Rozegraj to na zimno. O Joan Didion

Czy­tam Notat­ki dla Joh­na Joan Didion i w mia­rę lek­tu­ry kolej­nych frag­men­tów w mojej kie­sze­ni otwie­ra się może nie nóż, ale na pew­no scy­zo­ryk. Wszyst­ko się w tym tek­ście sypie: struk­tu­ra „roz­dzia­łów”, kon­struk­cja samych zdań. Już nawet nie pod­glą­da­my przez szyb­kę czy szpa­rę kom­plet­ne­go roz­chwia­nia i roz­pa­du autor­ki, bez­rad­nej w obli­czu pry­wat­ne­go koń­ca świa­ta, ale patrzy­my na zapis tych doświad­czeń przez sze­ro­ko otwar­te drzwi.

Jak to się sta­ło, że może­my czy­tać Notat­ki…? Tekst nie był prze­zna­czo­ny do publi­ka­cji. Oko­ło 1999 roku bar­dzo zła sytu­acja domo­wa zapro­wa­dzi­ła Didion na kozet­kę psy­cho­ana­li­ty­ka Roge­ra McKin­no­na (wcze­śniej autor­ka korzy­sta­ła z porad psy­chia­try, ale sta­wia­ła opór wobec tera­pii). Wyjąt­ko­wo cenio­ny i popu­lar­ny wśród nowo­jor­skiej inte­li­gen­cji ana­li­tyk w tra­dy­cji freu­dow­skiej zapro­po­no­wał pisar­ce two­rze­nie swe­go rodza­ju spra­woz­dań z tych spo­tkań, w tym przy­pad­ku pozo­ro­wa­nych jako rela­cja nie­mal sło­wo w sło­wo. Mia­ło to pomóc Didion, kreu­ją­cej wcze­śniej wokół sie­bie aurę powścią­gli­wo­ści i opa­no­wa­nia, w prze­tra­wie­niu licz­nych i dłu­go­trwa­łych pro­ble­mów mał­żeń­skich i macie­rzyń­skich. Zarów­no jej zwią­zek z pisa­rzem i sce­na­rzy­stą Joh­nem Gre­go­rym Dun­nem, jak i rela­cja z adop­to­wa­ną cór­ką Quin­ta­ną, od wie­lu lat peł­ne napięć i trud­no­ści, zna­la­zły się w fazie kry­zy­su.

Z zapi­sów wyni­ka, że Didion i Dun­ne cał­ko­wi­cie pole­gli w kwe­stii rela­cji rodzi­ciel­skich, któ­re Quin­ta­na, otrzy­maw­szy mini­mum uwa­gi i mak­si­mum wol­no­ści, oku­pi­ła uza­leż­nie­niem (przede wszyst­kim od alko­ho­lu) oraz zabu­rze­niem oso­bo­wo­ści. Pra­wie trzy­let­nia tera­pia prze­bie­ga­ła pod zna­kiem nie­zwy­kle bole­snej szar­pa­ni­ny mię­dzy prze­peł­nio­ną poczu­ciem winy Didion a jej cór­ką. Dostrze­ga­my tu zna­jo­me tro­py zagu­bie­nia, zanie­chań, błę­dów i nie­sy­me­trycz­nych rela­cji, w któ­rych speł­nia­nie każ­dej zachcian­ki zastę­po­wa­ło oka­zy­wa­nie praw­dzi­wej uwa­gi i uczuć, skut­ku­ją­ce cał­ko­wi­tym nie­przy­sto­so­wa­niem cór­ki do życia. Uty­tu­ło­wa­na mat­ka jest tu w pew­nym sen­sie rów­nie pogu­bio­na, z tym że dzię­ki talen­to­wi lepiej sobie w tym świe­cie radzi. Uwi­kła­na we wła­sne pro­ble­my i zaję­ta pisa­niem, Didion praw­do­po­dob­nie nigdy nie powin­na była mieć dzie­ci. Mimo dobrej woli wszyst­kich zaan­ga­żo­wa­nych nie spo­sób zna­leźć wyj­ścia z trud­nej sytu­acji. Być może Didion rze­czy­wi­ście była bez­na­dziej­ną mat­ką, ale czy napraw­dę musia­łam – jako czy­tel­nicz­ka – się o tym dowia­dy­wać? Pozna­wać ją w chwi­lach naj­bar­dziej deli­kat­nych, pozba­wio­ną szans na obro­nę, czy­li choć­by wycy­ze­lo­wa­nie tek­stu nie­prze­zna­czo­ne­go pier­wot­nie do publi­ka­cji?

W cza­sach chłod­nej obser­wa­cji i bez­względ­nej, bru­tal­nej oce­ny życia pry­wat­ne­go osób publicz­nych Didion nie wypa­da naj­le­piej. Ale jej przy­kład poka­zu­je rów­nież naszą bez­bron­ność w obli­czu tak bez­ce­re­mo­nial­ne­go wkra­cza­nia w pry­wat­ność jed­nost­ki. W 2025 roku (wte­dy uka­zu­ją się Notat­ki…, wte­dy też powsta­je ten tekst) wie­my już, że prze­ko­na­nie o dosko­na­łym, uda­nym i peł­nym suk­ce­sów życiu Didion, jed­nej z naj­słyn­niej­szych i naj­bar­dziej doce­nio­nych pisa­rek ame­ry­kań­skich XX wie­ku, mia­ło nie­wie­le wspól­ne­go z rze­czy­wi­sto­ścią. Uka­za­ło się kil­ka jej bio­gra­fii, w tym Ostat­nia pieśń miło­sna Tracy’ego Daugherty’ego. Zna­ko­mi­ty bio­graf mimo wszel­kie­go rodza­ju trud­no­ści (mię­dzy inny­mi mimo odmo­wy współ­pra­cy ze stro­ny pisar­ki) zdo­łał uka­zać pęk­nię­cia w tej fasa­dzie. Jed­nak nawet on poległ w zetknię­ciu z mitem, ponie­waż na każ­dym kro­ku pró­bo­wał uspra­wie­dli­wiać Didion. Dau­gher­ty inter­pre­to­wał jej posta­wę i decy­zje jako prze­siąk­nię­te poczu­ciem winy z powo­du nie­spro­sta­nia roli mat­ki, a jeśli oka­zy­wa­ło się, że pisar­ka nie lubi­ła femi­ni­stek, nato­miast jej sym­pa­tię budzi­ła Lin­da Kasa­bian, jed­na z mor­der­czyń z ban­dy Char­le­sa Man­so­na, tłu­ma­czył to za pomo­cą odwo­łań do licen­tia poeti­ca.

Z pisa­niem o Joan Didion mamy w Pol­sce pro­blem. Pole­ga on na gigan­tycz­nie zróż­ni­co­wa­nej recep­cji. Jeśli wpi­sać nazwi­sko autor­ki do wyszu­ki­war­ki, poja­wią się set­ki, jeśli nie tysią­ce wni­kli­wych tek­stów po angiel­sku, roz­kła­da­ją­cych naj­drob­niej­sze aspek­ty twór­czo­ści pisar­ki na czyn­ni­ki pierw­sze. Każ­da nowa publi­ka­cja doty­czą­ca Didion czy też pośmiert­ne zbio­ry jej tek­stów są oma­wia­ne w dłu­gich ese­jach i grun­tow­nych opra­co­wa­niach. Każ­dy sza­nu­ją­cy się kry­tyk chce coś o niej napi­sać, bo pisa­nie o Didion to tro­chę jak korzy­sta­nie z jej splen­do­ru. W Pol­sce nato­miast jakoś kult ten nie chce się naro­dzić, choć w ostat­nich latach uka­za­ło się wie­le prze­kła­dów jej ksią­żek, w tym być może naj­waż­niej­szej, czy­li Dry­fu­jąc do Betle­jem. Nie widzę book­sta­gra­me­rek postu­ją­cych sel­fie z Rokiem magicz­ne­go myśle­nia czy Błę­kit­ny­mi noca­mi w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Ale – co gor­sza – nie widu­ję lite­ra­tu­ro­znaw­czych ana­liz pisar­stwa Didion, nie publi­ku­je się wni­kli­wych recen­zji jej tek­stów.

Didion na nowo zwró­ci­ła naszą uwa­gę bar­dzo póź­no, już po – moim zda­niem – lukro­wa­nym i powierz­chow­nym fil­mie doku­men­tal­nym Net­fli­xa The Cen­ter Will Not Hold: Joan Didion (Wszyst­ko w roz­kła­dzie), po śmier­ci w 2021 roku. Ale nawet w Sta­nach Zjed­no­czo­nych gwiaz­da Didion zaczy­na­ła przy­ga­sać. Rok magicz­ne­go myśle­nia, ostat­nia waż­na książ­ka tej autor­ki, uka­za­ła się w 2005 roku (w 2007 roku w Pol­sce nakła­dem Pró­szyń­ski i Ska). A to wła­śnie dra­stycz­nie oso­bi­sta zawar­tość Roku… – nagła śmierć męża twór­czy­ni, zbli­ża­ją­ca się śmierć jej bar­dzo cho­rej cór­ki – przy­wró­ci­ła i umoc­ni­ła kul­to­wy sta­tus pisar­ki. Nadej­ście ery auto­fik­cji i swe­go rodza­ju uza­leż­nie­nie publicz­no­ści od opo­wie­ści o „praw­dzi­wym życiu”, wręcz fascy­na­cja taki­mi nar­ra­cja­mi, któ­ra opa­no­wa­ła anglo­sa­ski rynek wydaw­ni­czy, wresz­cie zagwa­ran­to­wa­ły książ­kom Didion miej­sce w kano­nie lite­ra­tu­ry. Pisar­ka dosko­na­le nada­wa­ła się na kla­sycz­kę: autor­ka legen­dar­nych repor­ta­ży z epo­ki, któ­rą Ame­ry­ka­nie uwa­ża­ją za „ostat­nie chwi­le nie­win­no­ści” swo­jej histo­rii, uświę­co­na współ­pra­cą z biblią inte­lek­tu­ali­stów, czy­li „New York Review of Books”, kobie­ta odno­szą­ca suk­ce­sy w cza­sach nie­zbyt przy­chyl­nym kobie­tom, obra­ca­ją­ca się w towa­rzy­stwie zarów­no Hol­ly­wo­od, jak i eks­cy­tu­ją­cej kontr­kul­tu­ry.

Oka­zu­je się, że tego mitu nie moż­na tak łatwo prze­ło­żyć na język pol­ski. Będzie więc zada­niem dziw­nym i trud­nym napi­sa­nie o Didion – w dodat­ku w odnie­sie­niu do tak dziw­nej i budzą­cej zastrze­że­nia książ­ki, jaką są Notat­ki dla Joh­na – cze­goś, co wnio­sło­by do dys­kur­su nowe tre­ści, kie­dy ten dys­kurs w Pol­sce w zasa­dzie nie ist­nie­je. A jed­nak w cza­sach auto­fik­cji i popu­lar­no­ści non-fic­tion zro­zu­mie­nie tej autor­ki wyda­je mi się klu­czo­we, dla­te­go też posta­no­wi­łam to wyzwa­nie pod­jąć.

Didion jest zbyt kla­sycz­na w cza­sach prze­mia­ny para­dyg­ma­tów. To, co w jej pisar­stwie naj­lep­sze (na przy­kład dopro­wa­dzo­ne do per­fek­cji zda­nia), może dziś uosa­biać nie­do­sięż­ną dosko­na­łość. Moż­li­we jed­nak, że język autor­ki i tema­ty­ka jej ksią­żek przy­szły do nas za póź­no i są już po pro­stu „za sta­re”. Pod koniec lat 80. uka­za­ły się po pol­sku: Rze­ko­bieg (jej pierw­sza powieść, doty­czą­ca kon­tro­wer­syj­ne­go dziś dzie­dzic­twa cór­ki „pio­nie­rów”), Graj, jak się da (jej bodaj naj­cie­kaw­sza pro­za, z cza­sów kie­dy autor­ka prze­cho­dzi­ła zała­ma­nie ner­wo­we i posta­no­wi­ła roz­pra­wić się ze swo­im gla­mo­ur życiem sce­na­rzyst­ki Hol­ly­wo­od) oraz Modli­tew­nik (rów­nież bez­względ­na, zain­spi­ro­wa­na wła­snym życiem pisar­ki opo­wieść o jej kon­ser­wa­tyw­nym back­gro­un­dzie i zależ­no­ści od męż­czy­zny). Trud­no powie­dzieć, co z recep­cji tej twór­czo­ści prze­trwa­ło do 2007 roku, kie­dy uka­za­ło się pierw­sze pol­skie wyda­nie Roku magicz­ne­go myśle­nia. Wyda­je się, że bio­gra­fia autor­ki nie była dosta­tecz­nie nam zna­na, nie byli­śmy na tę książ­kę przy­go­to­wa­ni. Za to moż­na mieć pew­ność, że jed­nym z naj­waż­niej­szych tren­dów lite­rac­kich ostat­nie­go dzie­się­cio­le­cia była auto­fik­cja, tak zwa­na nowa szcze­rość. Pisa­nie o sobie sta­ło się jed­ną z naj­le­piej przyj­mu­ją­cych się stra­te­gii twór­czych w XXI wie­ku. „Nowa szcze­rość” jako ter­min mia­ła ujmo­wać zło­żo­ne zja­wi­ska – od powie­ści Davi­da Foste­ra Wallace’a aż po domi­na­cje sin­ger-son­gw­ri­te­rów na ryn­ku muzycz­nym czy serial Girls – sku­pio­ne na nie­do­sko­na­ło­ściach, kwe­stiach żenu­ją­cych i wsty­dli­wych, któ­re wpra­wi­ły­by w nie­smak poprzed­nie poko­le­nia arty­stów. W ten spo­sób rów­nież nie­do­sko­na­ło­ści lite­rac­kie sta­wa­ły się raczej świa­do­mym wybo­rem niż wypad­kiem przy pra­cy czy obna­że­niem bra­ku talen­tu. To chy­ba naj­więk­szy wpływ este­tycz­ny mile­nial­sów na współ­cze­sną kul­tu­rę.

To para­dok­sal­ne, że Didion wypły­nę­ła na tej fali – na widok tego rodza­ju celo­we­go nie­chluj­stwa raczej cof­nę­ła­by się z obrzy­dze­niem. Uosa­bia­ła nie­mal skraj­ne prze­ci­wień­stwo tej posta­wy. W swo­im pisa­niu prze­my­ca­ła ele­men­ty auto­bio­gra­ficz­ne, jed­nak zawo­alo­wa­ne, czy­tel­ne wyłącz­nie dla wąskiej gru­py odbior­ców. Nawet Rok magicz­ne­go myśle­nia, w któ­rym autor­ka lite­rac­ko prze­pra­co­wu­je stra­tę męża i postę­pu­ją­cą cho­ro­bę alko­ho­lo­wą cór­ki, dale­ki jest od kon­fe­syj­ne­go tonu. Wyda­je się kolej­ną lite­rac­ką kon­struk­cją Didion, w któ­rej przed­sta­wia ona raczej korzyst­ny obraz samej sie­bie. Didion jest też zna­na z cyze­lo­wa­nia swo­ich zdań, dopro­wa­dza­nia ich do per­fek­cji. Mawia­ła, że gra­ma­ty­ka była dla niej wszyst­kim. Ćwi­czy­ła, prze­pi­su­jąc na maszy­nie opo­wia­da­nia Erne­sta Hemin­gwaya, ale praw­dzi­wą szko­łą pisa­nia była dla niej pra­ca dla „Vouge’a”, wów­czas w tek­stach (zwłasz­cza w pod­pi­sach do zdjęć) wszyst­ko musia­ło się zga­dzać co do prze­cin­ka, żad­nych zbęd­nych słów. Nauka wycią­gnię­ta z utwo­rów Hemin­gwaya pomo­gła jej zro­zu­mieć, jak dzia­ła­ją zda­nia: powin­ny być czy­ste, gład­kie, nie­prze­nik­nio­ne. Ta nie­prze­nik­nio­ność była pali­wem i zasło­ną dym­ną Didion.

Okładka książki Joan Didion pod tytułem „Notatki dla Johna”.
Joan Didion, „Notatki dla Johna”, tłum. Jowita Maksymowicz-Hamann, Warszawa: Grupa Wydawnicza Relacja, 2025.

Zda­nia Didion są jej zna­kiem roz­po­znaw­czym: pro­sto­ta połą­czo­na z pre­cy­zją, zdol­ność wypo­wie­dze­nia jak naj­wię­cej za pomo­cą jak naj­mniej­szej licz­by słów. Budzą podziw, ale też alar­mu­ją, jeśli pomy­śleć, że Didion była tą jedy­ną namasz­czo­ną przez kry­ty­kę autor­ką, któ­rej uda­ło się dołą­czyć do męskie­go gro­na: nie tyl­ko do gru­py dzien­ni­ka­rzy o ambi­cjach pisar­skich – przed­sta­wi­cie­li „Nowe­go Dzien­ni­kar­stwa”, takich jak Tru­man Capo­te, Hun­ter S. Thomp­son, Tom Wol­fe, Gay Tale­se i wie­lu innych – ale i do pan­te­onu ame­ry­kań­skich pisa­rzy dwu­dzie­sto­wiecz­nych. Jeśli pro­sto­tę opi­sy­wać jako ten naj­do­sko­nal­szy spo­sób pisa­nia, ozna­czać to będzie też pew­ne­go rodza­ju odrzu­ce­nie lub kry­ty­kę stra­te­gii odmien­nych. Pro­sto­ta może być rów­nież rodza­jem pułap­ki. Ta for­ma wyde­sty­lo­wa­nia kreu­je wra­że­nie, że pod spodem nie ma już nic, co moż­na było­by wycią­gnąć na wierzch. Żad­ne­go dru­gie­go dna. Żad­nych sekre­tów.

A jed­nak tych sekre­tów było mnó­stwo. Selek­tyw­ne podej­ście do fak­tów jest zauwa­żal­ne zwłasz­cza w dwóch ostat­nich książ­kach Joan Didion, czy­li Roku… i Błę­kit­nych nocach, napi­sa­nych już po śmier­ci Quin­ta­ny. Zwłasz­cza ta dru­ga pozy­cja budzi wąt­pli­wo­ści: jak na książ­kę doty­czą­cą cór­ki jest tam zaska­ku­ją­co nie­wie­le o niej samej. Jeśli zna­leźć moż­na w tych tek­stach intro­spek­cję, to abs­trak­cyj­ną. Czy­ta­my o tym, jak po śmier­ci męża Joan dro­bia­zgo­wo pla­no­wa­ła i urzą­dza­ła dom dla Joh­na, na wypa­dek gdy­by „wró­cił do domu”, ale o ich wspól­nym życiu nie dowia­du­je­my się nicze­go. Mamy do czy­nie­nia raczej z bada­niem umy­słu w żało­bie, nie ze spo­wie­dzią. Quin­ta­na wyda­je się tu posta­cią szcze­gól­nie nie­uchwyt­ną: nie wie­my, co tak napraw­dę się z nią dzie­je. Nie dowie­my się tego z poświę­co­nych jej Błę­kit­nych nocy, choć znaj­dzie­my tam infor­ma­cje o tym, że mia­ła depre­sję, była nie­spo­koj­na, piła, a picie nazy­wa­ła samo­le­cze­niem. Moż­na powie­dzieć, że Didion ma pra­wo do wła­snej wer­sji wyda­rzeń, ma ostat­nie sło­wo w mate­rii wła­sne­go życia. Ale po lek­tu­rze tych ksią­żek ina­czej patrzy­my na język rze­ko­mo „obiek­tyw­nych” Dry­fu­jąc do Betle­jemBia­łe­go albu­mu.

Jed­nak pod tym wszyst­kim wyczu­wa się strach. W tytu­ło­wym, otwie­ra­ją­cym Bia­ły album ese­ju czy­ta­my dłu­gi na całą stro­nę wypis psy­chia­try doty­czą­cy pacjent­ki doświad­cza­ją­cej zawro­tów gło­wy, mdło­ści i poczu­cia, że zaraz zemdle­je. Potem oka­zu­je się, że tą pacjent­ką jest sama Didion. Autor­ka jest w swo­ich opo­wie­ściach, w któ­rych nie dekla­ru­je obiek­ty­wi­zmu, ale wła­śnie sam ich język: tak pozor­nie pro­sty i przej­rzy­sty, suge­ru­je obiek­ty­wizm. To oczy­wi­ście genial­ne posu­nię­cie, a Didion potwier­dza nim, że jest wiel­ką pisar­ką. Nawet wbrew woli czy­tel­ni­ka, któ­ry musi czę­sto ska­pi­tu­lo­wać przed tą pisar­ską prze­bie­gło­ścią. Kie­dy czy­ta­my jed­no z naj­słyn­niej­szych zdań Didion, czy­li „opo­wia­da­my sobie histo­rie po to, by żyć”, otwie­ra­ją­ce Bia­ły album, to wca­le (wbrew czę­sto wystę­pu­ją­cym inter­pre­ta­cjom) nie mamy do czy­nie­nia z pochwa­łą pisar­stwa i siły opo­wie­ści. To raczej uzna­nie, że świat jest w tak fatal­nym sta­nie, a my wraz z nim, że aby w nim prze­trwać, potrze­bu­je­my fik­cji, a potem potrze­bu­je­my kur­czo­wo się tych fik­cji trzy­mać. Być może jed­nak Didion mówi­ła praw­dę, kie­dy suge­ro­wa­ła, że jej zda­nia są przej­rzy­ste. A przy­naj­mniej nie kła­ma­ła.

To nie kla­sycz­ność for­my może spra­wiać pro­blem, ale rzad­ko pod­da­wa­ny dys­ku­sji kon­ser­wa­tyzm Joan Didion. Pisar­ka pocho­dzi­ła z kon­ser­wa­tyw­nej rodzi­ny potom­ków ame­ry­kań­skich pio­nie­rów, czy­li grup osad­ni­ków, któ­rzy bru­tal­nie kolo­ni­zo­wa­li zachód kra­ju w XIX wie­ku, prze­su­wa­jąc gra­ni­cę Sta­nów Zjed­no­czo­nych i pro­wa­dząc do wysie­dleń, a nawet zagła­dy rdzen­nych Ame­ry­ka­nów. Osad­ni­cy ci masko­wa­li te zbrod­ni­cze dzia­ła­nia pseu­do­fi­lo­zo­fią tak zwa­ne­go Obja­wio­ne­go Prze­zna­cze­nia. Do dziś dal­sza rodzi­na twór­czy­ni posia­da ogrom­ne ilo­ści zie­mi z cza­sów zagra­bie­nia tere­nów India­nom; moż­na zna­leźć na ten temat infor­ma­cje. Współ­cze­sna, koja­rzo­na z Gen Z can­cel cul­tu­re, czy­li oce­na moral­na na pod­sta­wie poglą­dów czy postęp­ków, cał­ko­wi­cie, jak się zda­je, omi­ja Didion. Na razie się jej upie­kło. Dla­cze­go? Czę­sto oso­by nie­zna­ją­ce jej dorob­ku uwa­ża­ją ją za iko­nę femi­ni­zmu, tym­cza­sem Didion o femi­nist­kach pisa­ła pogar­dli­wie, przy­pi­su­jąc im dogma­tycz­ność i uprasz­cza­nie skom­pli­ko­wa­nych idei. Są na to kwi­ty. Nie­wie­le lep­szą opi­nię mia­ła o lewi­co­wych rady­ka­łach z Par­tii Komu­ni­stycz­nej Ame­ry­ki czy Czar­nych Pan­te­rach. Komen­ta­to­rzy wspo­mi­na­li o tym czę­sto z uzna­niem: Didion nie potra­fi być hipo­kryt­ką, nie umie zacią­gnąć się pod jakiś sztan­dar, jeśli nie wie­rzy w idee, któ­re on repre­zen­tu­je.

A jed­nak nie jest to do koń­ca praw­da: kie­dy sytu­acja tego wyma­ga­ła, Didion opo­wia­da­ła się po któ­rejś ze stron. Na przy­kład w 1964 roku popie­ra­ła repu­bli­kań­skie­go kan­dy­da­ta na pre­zy­den­ta Barry’ego Gol­dwa­te­ra, wyra­ża­jąc w ten spo­sób sprze­ciw wobec reelek­cji Lyn­do­na John­so­na, któ­ry to naj­wię­cej zro­bił dla wpro­wa­dze­nia dese­gre­ga­cji i rów­nych praw dla Afro­ame­ry­ka­nów. Didion nie tyl­ko nie była zain­te­re­so­wa­na wspie­ra­niem czar­nych współ­o­by­wa­te­li, ale też aktyw­nie uczest­ni­czy­ła w dys­kre­dy­ta­cji pro­gre­syw­nych, bar­dziej lewi­co­wych gło­sów ame­ry­kań­skiej poli­ty­ki. Być może w reto­ry­ce ame­ry­kań­skiej lewi­cy było spo­ro nie­spój­no­ści, ale z per­spek­ty­wy cza­su jest jasne, że przy­naj­mniej sta­no­wi­li jakąś alter­na­ty­wę. Bez tej alter­na­ty­wy Sta­ny Zjed­no­czo­ne zmie­rza­ły stop­nio­wo ku neo­li­be­ra­li­zmo­wi, któ­ry umoc­ni­ły rzą­dy Ronal­da Reaga­na. Pod koniec lat 70. poglą­dy Didion były coraz bar­dziej pro­de­mo­kra­tycz­ne, jed­nak swo­je naj­waż­niej­sze aktyw­ne lata poświę­ci­ła ona dys­kre­dy­to­wa­niu lewi­cy.

Robi­li tak zresz­tą licz­ni przed­sta­wi­cie­le tak zwa­ne­go Nowe­go Dzien­ni­kar­stwa. Więk­szość z nich spę­dzi­ła ten czas na doku­men­to­wa­niu „sza­leństw” Ame­ry­ki prze­ło­mu oby­cza­jo­we­go, zaj­mu­jąc bar­dzo kry­tycz­ne i kon­ser­wa­tyw­ne sta­no­wi­sko wobec prób two­rze­nia jakiej­kol­wiek alter­na­ty­wy dla uświę­co­ne­go ame­ry­kań­skie­go spo­so­bu życia. Czy­ta­jąc Hun­te­ra S. Thomp­so­na, opi­su­ją­ce­go gan­gi moto­cy­klo­we, czy Gaya Talese’a, któ­ry pod­da­wał saty­rze sek­su­al­ną uto­pię komun natu­ry­stów, moż­na odnieść wra­że­nie, że świat się roz­pa­da, gdyż mło­de poko­le­nie otrzy­ma­ło za dużo wol­no­ści i uwie­rzy­ło we wła­sne złu­dy. Joan Didion jawi się tu jako oso­ba nie­zwy­kle kru­cha, prze­ra­żo­na tym, dokąd to wszyst­ko zmie­rza.

Ale wca­le nie cho­dzi mi o to, czy Didion była pra­wi­co­wa czy nie­wy­star­cza­ją­co lewi­co­wa. Upa­tru­ję pro­ble­mu w utrzy­my­wa­niu złu­dze­nia, że moż­na pozo­sta­wać bez­stron­nym lub nie­za­an­ga­żo­wa­nym. Złu­dze­nia, że twór­ca dzię­ki swo­je­mu przej­rzy­ste­mu jak woda sty­lo­wi, za pomo­cą któ­re­go opi­su­je tak bar­dzo podzie­lo­ny świat, jaki opi­sy­wa­ła Didion, w jakiś spo­sób pozo­sta­je tym roz­pa­dem nie­do­tknię­ty. To oczy­wi­ście kolej­na fik­cja.

W tym samym cza­sie Didion opi­sy­wa­ła roz­pad ame­ry­kań­skie­go świa­ta i roz­wi­ja­ła nie­zwy­kle uda­ną karie­rę sce­na­rzyst­ki w Hol­ly­wo­od. Mia­ła pięk­ny dom z wido­kiem na pla­żę, zapra­sza­ła do nie­go akto­rów, pisa­rzy i śmie­tan­kę kontr­kul­tu­ro­we­go Los Ange­les na regu­lar­ne impre­zy. To towa­rzy­stwo nie było może praw­dzi­wą bohe­mą, ale ją przy­po­mi­na­ło. Oso­by z oto­cze­nia autor­ki tak usil­nie sta­ra­ły się zaist­nieć w tym świe­cie, że star­si gra­cze, na przy­kład legen­dar­ny Chri­sto­pher Isher­wo­od, uwa­ża­li ich nachal­ność za nie­smacz­ną. Didion opi­sa­ła potem ten okres w Graj, jak się da, być może naj­bar­dziej szcze­rej ze swo­ich powie­ści. Wła­śnie w tej książ­ce apa­tycz­na, pozba­wio­na ener­gii czy poczu­cia spraw­czo­ści mło­da aktor­ka Maria ma cho­rą psy­chicz­nie adop­to­wa­ną cór­kę, któ­rą wraz z part­ne­rem umiesz­cza w ośrod­ku zamknię­tym, za co prze­śla­du­je ją ogrom­ne poczu­cie winy. Przez więk­szość powie­ści kobie­ta pro­wa­dzi zasta­na­wia­ją­ce, smut­ne roz­gryw­ki z roz­ma­ity­mi męż­czy­zna­mi, mię­dzy inny­mi z nie do koń­ca byłym mężem. Boha­ter­ka pro­po­nu­je mu, że pod­da się abor­cji – prze­rwie cią­żę, w któ­rą zaszła z innym męż­czy­zną, byle tyl­ko mąż pozwo­lił jej odzy­skać ich wspól­ne dziec­ko. Wyda­je się, że w powie­ści Didion – jak każ­da śmier­tel­nicz­ka – pro­jek­to­wa­ła ideę porząd­ku moral­ne­go, któ­rej sama rzecz jasna nie potra­fi­ła zre­ali­zo­wać w życiu. Ale być może gorącz­ko­we poszu­ki­wa­nie sen­su czy jakie­goś ładu prze­bi­ja­ją­ce z jej ksią­żek jest przy­naj­mniej dowo­dem na chęć pod­trzy­ma­nia tej ułu­dy. Kwe­stie emo­cjo­nal­ne wola­ła prze­pra­co­wać raczej w pro­zie niż w repor­ta­żu; wola­ła roze­grać je na chłod­no.

Może wła­śnie dla­te­go auto­rzy piszą­cy o Didion tak czę­sto trak­tu­ją spra­wę oso­bi­ście, jak­by cho­dzi­ło o kogoś bli­skie­go. Sta­ra­ją się ją wybro­nić z moral­nych mean­drów, zakrę­tów i dyle­ma­tów, któ­rych nie­zbi­te dowo­dy ist­nie­ją w jej pisar­stwie. To dla­te­go, że może ze wszyst­kich innych pisa­rzy ame­ry­kań­skie­go main­stre­amu, Didion naj­do­bit­niej przed­sta­wi­ła obraz Sta­nów Zjed­no­czo­nych i zaofe­ro­wa­ła całe­mu poko­le­niu Ame­ry­ka­nów ich spo­sób widze­nia świa­ta. Nie była to już wizja ide­ali­stycz­na, naiw­na, peł­na wia­ry w odbu­do­wę świa­ta, ale mimo to ofe­ro­wa­ła pewien cało­ścio­wy inte­li­gent­ny opis rze­czy­wi­sto­ści póź­ne­go XX wie­ku. Didion zde­kon­stru­owa­ła wyide­ali­zo­wa­ną wizję Sta­nów Zjed­no­czo­nych w chwi­li szczy­tu ruchu hipi­sow­skie­go, momen­tu w histo­rii tego pań­stwa, kie­dy mogło poja­wić się coś w rodza­ju „nowe­go socja­li­zmu” jako opo­zy­cja do zban­kru­to­wa­nej poli­ty­ki Nixo­na, woj­ny w Wiet­na­mie i innych oznak kry­zy­su poprzez swo­je opi­sy deka­den­cji, złud i kłamstw, jakie opo­wia­da­ła sobie w latach 60. kontr­kul­tu­ra. Może dla­te­go, że nie dora­sta­ła w libe­ral­nym domu, wręcz prze­ciw­nie, była wycho­wy­wa­na kon­ser­wa­tyw­nie, była pro­duk­tem Ame­ry­ki do pew­ne­go stop­nia pro­win­cjo­nal­nej – nie mia­ła ide­ali­stycz­ne­go, inte­li­genc­kie­go spoj­rze­nia na świat. Jej fani uzna­ją, ze wła­śnie dzię­ki swo­je­mu pocho­dze­niu Didion mia­ła kon­takt z „praw­dzi­wą Ame­ry­ką” – z red­nec­ka­mi, kon­ser­wa­ty­sta­mi, tymi wszyst­ki­mi, któ­ry­mi brzy­dzi się wiel­ko­miej­ska libe­ral­na eli­ta. Didion nie musia­ła pisać wprost, że jest kry­tycz­na też wobec rewo­lu­cji sek­su­al­nej i roz­luź­nie­nia norm spo­łecz­nych. Sam spo­sób pre­zen­ta­cji mate­ria­łu jest u niej taki, aby dopro­wa­dzić czy­tel­ni­ka do kon­klu­zji, że od cał­ko­wi­tej apo­ka­lip­sy może nas uchro­nić już tyl­ko zewnętrz­na inter­wen­cja, praw­na, spo­łecz­na czy mili­tar­na.

Czy wyżej wymie­nio­ne spo­strze­że­nia spro­wo­ko­wa­ły u mnie nie­chęć do autor­ki? Sama jestem zasko­czo­na, ale sta­ło się wręcz prze­ciw­nie. Im dłu­żej stu­diu­ję jej bio­gra­fię, tym lepiej rozu­miem jej wybo­ry. Didion żyła w okre­ślo­nej epo­ce, chcia­ła być pisar­ką i czuć w tym peł­ną wol­ność. Na dro­dze stał sek­sizm, poli­tycz­ne zawi­ro­wa­nia, nie­do­strze­gal­ne na pierw­szy rzut oka, ale żela­zne i nie­ubła­ga­ne zasa­dy, jaki­mi kie­ru­je się show-busi­ness i świat kul­tu­ral­no-lite­rac­ki. Zda­jąc sobie spra­wę ze swo­ich ogra­ni­czeń, stwo­rzy­ła per­so­nę, kogoś inne­go niż jest. Nie­przy­stęp­ną, uoso­bie­nie gla­mo­uru, postać, któ­rej por­tre­ty, okra­szo­ne wiel­ko­for­ma­to­wy­mi zdję­cia­mi uka­zy­wa­ły się w maga­zy­nach ilu­stro­wa­nych. Ten tajem­ni­czy, wyide­ali­zo­wa­ny obraz zara­zem słu­żył autor­ce do ukry­cia się, jak i był cen­ną stra­te­gią, przy­no­szą­cą jej uzna­nie. Didion-Dun­ne­’o­wie nie przy­pad­kiem wybra­li Hol­ly­wo­od: to na sprze­da­nych sce­na­riu­szach napraw­dę zara­bia­li, a nie na repor­ta­żach i książ­kach. Pie­lę­gno­wa­nie ide­al­ne­go obra­zu rodzi­ny musia­ło być ryzy­kow­ne i wyma­gać ogrom­ne­go wysił­ku. Notat­ki dla Joh­na roz­bi­ja­ją ów obraz w szcze­gól­nie spek­ta­ku­lar­ny spo­sób, choć to tyl­ko przy­pie­czę­to­wa­nie tego, co już wie­dzie­li­śmy. Kon­klu­zja na pew­no jest taka, że kobie­tom świat wyba­cza znacz­nie mniej.

„Styl to cha­rak­ter”, napi­sa­ła Didion w jed­nym z tek­stów i tej zasa­dy prze­strze­ga­ła. Z jed­nej stro­ny mamy styl jej pro­zy, słusz­nie chwa­lo­ny za sta­lo­wą, mini­ma­li­stycz­ną ele­gan­cję. Mamy też styl oso­bi­sty, chłod­ny, zdy­stan­so­wa­ny spo­sób bycia, któ­ry tak fascy­no­wał media. Nowe poko­le­nie jej fanów, przy­naj­mniej na zacho­dzie, wyda­je się nie odróż­niać wręcz jed­ne­go od dru­gie­go. Didion wpro­wa­dzi­ła nowa­tor­ski, oso­bi­sty spo­sób pisa­nia, w któ­rym fil­tru­je oto­cze­nie poprzez sie­bie, a sie­bie poprzez oto­cze­nie. Nowe dzien­ni­kar­stwo zbu­rzy­ło gra­ni­ce mię­dzy fik­cją a rze­czy­wi­sto­ścią, zde­tro­ni­zo­wa­ło powieść na dłu­gie lata, zara­zem wciąż bazu­jąc na czy­tel­ni­czym zaufa­niu, że dzien­ni­ka­rze mówią praw­dę. Didion nie sta­ra­ła się bynaj­mniej pisać „praw­dy”, a przy­naj­mniej ina­czej tę praw­dę rozu­mia­ła. Nie jako per­fek­cyj­ną zgod­ność z fak­ta­mi, ale jako praw­dę per­fek­cyj­ne­go zda­nia, któ­re chwy­ta ducha cza­su. Uosa­bia­ła słyn­ny „koniec wiel­kich nar­ra­cji”. Pisa­nie Didion było jak ona, peł­ne sprzecz­no­ści. Uwiel­bia­ła krót­kie, dobit­ne zda­nia, któ­re koja­rzy­ły jej się z jej pocho­dze­niem ze śro­do­wi­ska ludzi, któ­rzy nie lubi­li roz­wo­dzić się zanad­to nad swo­imi uczu­cia­mi. Ale uwiel­bia­ła też pisać dłu­gie, peł­ne zło­żeń, skom­pli­ko­wa­ne zda­nia, w któ­rych docho­dzi­ło do spię­trze­nia ambi­wa­len­cji.

 Notat­ki dla Joh­na już ich nie mają. Didion musia­ła czuć wewnętrz­ny kon­flikt wobec tego mate­ria­łu – jak na „nie­prze­zna­czo­ny do publi­ka­cji” został sta­ran­nie przy­go­to­wa­ny. Zaj­mo­wał szcze­gól­ne miej­sce, tuż obok jej kom­pu­te­ra, jak­by tyl­ko cze­kał na swo­je odkry­cie. Notat­ki napi­sa­ne zosta­ły przez oso­bę z pew­no­ścią znaj­du­ją­cą się w ogrom­nym stre­sie, prze­stra­szo­ną, wciąż jesz­cze pró­bu­ją­cą roz­pacz­li­wie poskła­dać zła­ma­ny obraz rodzi­ny, sie­bie, swo­jej karie­ry w jed­ną całość. Jed­nak w prze­ci­wień­stwie do jej memu­arów, tutaj nie ma kon­tro­li nad każ­dą zgło­ską. Zdu­mie­wa i budzi podziw feno­me­nal­na zdol­ność do zapa­mię­ty­wa­nia szcze­gó­łów, co spra­wia, że te zapi­ski czy­ta się jak coś wię­cej, niż tyl­ko funk­cjo­nal­ną kro­ni­kę roz­mów z psy­cho­ana­li­ty­kiem. Roz­mo­wy nie doty­czą bynaj­mniej wyłącz­nie Quin­ta­ny. Ana­li­tyk doty­ka dzie­ciń­stwa Didion, źró­dła jej lęków zwią­za­nych z wyjaz­dem ojca na woj­nę (dru­gą świa­to­wą), bada jej reak­cję nie­obec­ność ojca (rze­ko­mo prze­sta­ła wów­czas rosnąć), a potem życie rodzin­ne ze stre­sem poura­zo­wym ojca. Prze­wi­ja się przez to lęk przed utra­tą Quin­ta­ny: czu­ła, że na nią nie zasłu­gu­je (nie­za­słu­gi­wa­nie to cały leit­mo­tyw) i żę nie­chcą­cy uczy­ni­ła życie cór­ki zbyt „łatwym” – tzn. do tego stop­nia pozba­wio­nym obiek­tyw­nych trud­no­ści, że unie­moż­li­wi­ła przez to cór­ce wykształ­ce­nie wła­sne­go, sil­ne­go ja. Wybi­ja się tutaj odpo­wiedź McKin­no­na: jedy­nym spo­so­bem, w jaki może jej pomóc, jest akcep­ta­cja, że taka pomoc jest nie­moż­li­wa. W pew­nym sen­sie musi pozwo­lić cór­ce się znisz­czyć.

Didion w żaden spo­sób nie komen­tu­je tych roz­mów, nie snu­je dodat­ko­wych reflek­sji, nie sprze­ci­wia się, ale też nie apro­bu­je kon­klu­zji ana­li­ty­ka. Pozo­sta­je dziw­nie nie­obec­na. Cze­goś tu bra­ku­je. Tak, jak­by z naj­bar­dziej oso­bi­sty­mi pro­ble­ma­mi chcia­ła radzić sobie bez­oso­bo­wo. Uję­cie kwe­stii oso­bi­stych w dys­kurs tera­peu­tycz­ny gene­ra­li­zu­je je, spra­wia, że tra­cą swo­ją bole­sną jed­nost­ko­wość. Moż­na powie­dzieć, że w prze­dziw­ny spo­sób Didion zacho­wu­je swój spo­sób widze­nia z repor­ta­ży. Nie ma tu jed­nak, wbrew wypo­wie­dziom kry­ty­ków wyda­nia tej książ­ki, żad­nych wiel­kich ujaw­nień czy rewe­la­cji, może poza tym, że autor­ka była leczo­na na raka. Przy­zna­je też w pew­nym momen­cie, że „oba­wia się”, że nie lubi swo­jej cór­ki. Kocha ją, ale jej nie lubi. Dowia­du­je­my się też o despe­rac­kich, ale też wprost nie­mą­drych, wywo­ła­nych poczu­ciem winy i bez­rad­no­ścią zacho­wa­niach Didion i Dun­ne­’a. Na przy­kład dają oni cór­ce 100 tysię­cy dola­rów jako…prezent pod cho­in­kę, któ­ry to pre­zent trud­no potrak­to­wać jak cokol­wiek inne­go, niż uła­twia­nie jej pogrą­ża­nia się w nało­gu.

Nie­kon­se­kwen­cja wobec wła­snych dzie­ci jest jed­nak czymś raczej powszech­nym. Błę­dy rodzi­ciel­skie nie omi­ja­ją wiel­kich pisa­rek. Ujaw­nia­nie naszych wewnętrz­nych sprzecz­no­ści może boleć, ale sam fakt, że tacy jeste­śmy, to raczej nor­ma. Nawet ktoś tak poukła­da­ny i pre­cy­zyj­ny, jak Joan Didion. W ese­ju Why I Wri­te pisa­ła, że pisarz to dla niej „oso­ba, któ­rej naj­bar­dziej absor­bu­ją­ce i namięt­ne godzi­ny zosta­ją spę­dzo­ne na aran­żo­wa­niu słów na kawał­kach papie­ru”. Jeśli Didion pokła­da­ła w czymś wia­rę, to wła­śnie w tej aktyw­no­ści, wobec któ­rej wszyst­ko inne bla­dło. Pra­ca mogła sta­no­wić jedy­ny sta­ły punkt w obli­czu „świa­ta, któ­ry się roz­pa­da”. Jed­nak tra­ge­dia, jaką był nałóg, auto­de­struk­cja a potem śmierć cór­ki sta­no­wi­ło zbyt wie­le, nawet dla zacho­wu­ją­cej fasa­dę opa­no­wa­nia i per­fek­cyj­ne­go uło­że­nia Didion. Przez deka­dy pisar­ce uda­wa­ło się zacho­wy­wać kon­tro­lę: nad swo­ją karie­rą, wize­run­kiem, choć przede wszyst­kim nad ukła­dem wyra­zów i zdań na stro­nie. Pod koniec zosta­je już tyl­ko pra­ca pisar­ska i zacho­wa­nie kon­tro­li, jaką ona daje. Moż­na powie­dzieć, że w Notat­kach… zni­ka rów­nież i ona. Nie ma już selek­tyw­no­ści, pomi­nięć i prze­mil­czeń. Jest wszyst­ko to, co gdzie indziej zosta­ło­by pod­da­ne kry­ty­ce i wyeli­mi­no­wa­nie. Czy pozna­jąc jej sekret, dopusz­cza­my się wobec tej tak wspa­nia­le zazwy­czaj panu­ją­cej nad sty­lem autor­ki zdra­dy? Po deka­dach chro­nie­nia powierzch­ni – „sty­lu jako cha­rak­te­ru”, na kozet­ce u McKin­no­na Didion musia­ła zaak­cep­to­wać ruiny życia oso­bi­ste­go. A były to ruiny abso­lut­ne. Notat­ki dla Joh­na są więc bez­cen­nym doku­men­tem pro­ce­su, w ramach któ­re­go napraw­dę powsta­je lite­ra­tu­ra. Zapo­ry pęka­ją, Didion regu­lar­nie pła­cze. Język nie wytrzy­mu­je kon­fron­ta­cji z życiem i o tym mię­dzy inny­mi jest ta książ­ka. Osta­tecz­nie pisa­nie nie oka­zu­je się ratun­kiem ani nawet nadzie­ją. Jest raczej kom­pul­sją, owy­mi „histo­ria­mi, któ­re opo­wia­da­my sobie po to, aby żyć”.

– krytyczka sztuki
i literatury. Uwielbia krytyczną krytykę, a kultura wysoka jest jej
true guilty pleasure.

więcej →

Fallback Avatar

– eseistka, dziennikarka, scenarzystka, powieściopisarka.

więcej →

Powiązane teksty

26.04.2026
Recenzje

„Hjem”, czyli o dającej nadzieję współegzystencji ludzi i nieludzi na Północy

Tytułowe słowo „hjem” w języku norweskim oznacza dom rozumiany jako siedlisko czy przystań. Wybór tytułu można uznać za trafny, bo książka przywodzi na myśl pamiętnik z miejsca, które zarówno dla autorki, jak i obserwowanych przez nią postaci (ludzi i nieludzi) rzeczywiście oznacza coś więcej niż adres – o książce Ilony Wiśniewskiej pisze Dagmara Tomczyk.