Nie będę ukrywać, że z poglądami Marcina Kościelniaka zawsze było mi po drodze i że sporo mu zawdzięczam. Dzięki jego pierwszej książce Prawie ludzkie, prawie moje. Teatr Helmuta Kajzara z 2012 roku udało mi się wreszcie pojąć fenomen jej bohatera, choć wcześniej długo nie mogłam wskoczyć na jego falę. Dzięki o dwa lata późniejszej – „Młodzi niezdolni” i inne teksty o twórcach współczesnego teatru – zdołałam się (prawie) przekonać do tak przewrotnie przez niego określonego, kolejnego (po „młodszych zdolniejszych”) pokolenia polskich reżyserów (Moniki Strzępki, Michała Borczucha, Krzysztofa Garbaczewskiego, Wiktora Rubina, Michała Zadary i innych), co oczywiście nie znaczy, że autor potraktował ich bezkrytycznie, bo to zdecydowanie nie leży w jego naturze. Czytając pisane przez niego recenzje spektakli, zawsze (z pewną dozą satysfakcji) dostrzegałam, w jak wielu kwestiach się z nim zgadzam. Obiema rękami podpisuję się też pod diagnozami zawartymi w jego kolejnych książkach: Egoiści. Trzecia droga w kulturze polskiej lat 80. (2018) oraz Aborcja i demokracja. Przeciw-historia Polski 1956–1993 (2024). I muszę uczciwie przyznać – jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało – że otworzyły mi one oczy na wiele spraw.
Tematyka ta wprawdzie początkowo mnie zadziwiła, choć na fali obecnej performatycznej reorientacji teatrologii przejście ich autora od życia w teatrze do teatru życia nie powinno się wydawać szczególnie zaskakujące. Ponadto w przypadku Kościelniaka to ewolucja nader konsekwentna; od zawsze, jak mi się wydaje, postrzegał on bowiem teatr nie jako scenę w sensie dosłownym – służącą do odgrywania przedstawień – lecz jako „scenę” symboliczną, kulturową, społeczną i polityczną, na której w języku właściwym sztuce dramatycznej podejmowane są debaty o ważnych i aktualnych kwestiach: o płci, ciele i seksualności, o historii i religii, zniewoleniu, przemocy, wykluczaniu i tym podobnych.
Kościelniak od początku uprawiał pisarstwo nieskażone obojętnością, osadzone w aktualności, a jednocześnie powiązane z przeszłością; pisarstwo zaangażowane (w takim rozumieniu, jakie narodziło się już w początkach lat 80. ubiegłego wieku na fali tak zwanego zwrotu politycznego humanistyki, lecz nadal nietracące na ważności), udzielające – jak nazwał to jeden z moich mistrzów Jacques Derrida – „odpowiedzialnej odpowiedzi” na palące pytania świata rzeczywistego. Autor Aborcji i demokracji w swoich książkach i w innych tekstach zawsze udziela tych odpowiedzi odpowiedzialnie i niebywale rzetelnie. Nie posługuje się pustosłowiem, nie daje się uwodzić schematom myślowym, nie mości się wygodnie w „zamrożonej rzeczywistości opartej o stereotypy i fiksacje”, jak określiła to zjawisko francuska filozofka feministyczna Hélène Cixous. Kościelniak nie tylko uważnie przygląda się tej rzeczywistości, lecz także reaguje na nią („reaktywność” to jeden z synonimów wspomnianego zwrotu) z niezwykłą czujnością, a przy tym wszystko jest tu udokumentowane i poprzedzone mrówczą pracą archiwisty, zasługującą na najwyższy podziw. Dorobek tego autora stanowi dla mnie wręcz doskonałe świadectwo ważnej przemiany w mentalności humanistów, którą wiele lat temu lapidarnie opisał jeden z jej amerykańskich rzeczników: nawet, gdy w zaciszu własnego gabinetu popijasz poranną kawę, rozkoszując się frazą angielskiego poety metafizycznego, musisz wiedzieć, że to też jest działanie polityczne.
Przemiana ta wyrażała się w przejściu od tradycyjnie pojmowanego krytycyzmu (skupionego na samym dziele sztuki, literatury czy teatru) do krytycznego aktywizmu, wychodzącego od pytań, w jaki sposób badacz, krytyk literacki czy teatralny może się czynnie włączyć swoim pisaniem w kwestie polityczne, w imię czego (lub przeciw czemu) się wypowiada i jakie – konkretne – skutki wywołuje to w sferze publicznej. Nie pyta więc tylko o to, jak dany tekst (wszelkiego rodzaju) został ukształtowany, lecz o to, co (i z jakiego powodu) ów tekst ujawnia lub zataja, jakie formy dominacji lub przemocy zostały w nim zapisane i w czym przejawia się jego ingerencja w „świat pozatekstowy”. Na fali zwrotu politycznego zmieniło się również tradycyjne rozumienie polityki (jako dotyczące – najogólniej – instytucji politycznych), którą przemianowano wówczas na „polityczność” (the political). Podobnie, jak powiązane z tym tradycyjne pojęcie etyki (teoretycznej i uniwersalnej), nazwanej teraz dla odróżnienia „etycznością” (the ethical), co miało sygnalizować zwrot w stronę moralności – praktycznej i indywidualnej. Nowa polityczność oznaczała przede wszystkim uwrażliwienie na innych (płciowo, seksualnie, etnicznie, rasowo, narodowo), niemieszczących się w obowiązujących wzorcach (tożsamościowych, patriarchalnych, heteronormatywnych) i wymazywanych z dyskursów filozoficznych, literaturoznawczych, estetycznych, krytycznych, socjologicznych czy kulturoznawczych. Najważniejszym zadaniem stało się teraz ujawnianie opresyjnych wobec nich działań władzy skrytej w systemach, dyskursach, narracjach i tekstach, w myśl znanego konceptu „mikrofizyki wiedzy” Michela Foucaulta1. Dzięki temu piszący zrezygnowali (bez nostalgii) z dotychczasowego „narcystycznego” charakteru swojej aktywności, a w performatycznym duchu uczynili ją sprawczą. Zwracam na to uwagę dlatego, że w mojej ocenie przemiany te stanowią najgłębszy kontekst zwłaszcza dwóch ostatnich książek Kościelniaka. Jego „krytyczny aktywizm” wpisuje się – w sposób merytoryczny i wyważony – w owo nie nowe, lecz wciąż aktualne ujęcie polityczności i przekłada na uprawianą przez niego krytykę (autentycznie) zaangażowaną.
Myśl Foucaulta i Derridy – głównych przewodników zwrotu politycznego – najsilniej widoczna jest zarówno w jego Egoistach, jak i Aborcji i demokracji, z czym również jest mi zdecydowanie po drodze. Tę drugą mianuje on w podtytule „przeciw-historią” (counter-history), sygnalizując jej specyficzną formułę historiograficzną, zrodzoną również w XX wieku. Podważała ona obowiązujący od starożytności model historiografii tradycyjnej, a jej inicjatorem był właśnie Foucault. Przeciw-historii nie należy jednak mylić (a często się to dzieje) z modną obecnie „historią przeciw-faktyczną” (counter-factual), której podstawą jest hipoteza: „co by było, gdyby wszystko potoczyło się inaczej?”, a więc tworzącą fikcyjną, przypuszczalną wersję zdarzeń dziejowych. Narracja przeciw-historyczna – odwrotnie niż przeciw-historia – jest bardzo silnie umocowana w rzeczywistości, a jej zadaniem nie jest skonstruowanie historii alternatywnej do powszechnie znanej, lecz równoległej, oraz ujawnienie tego, co na pierwszy rzut oka niewidoczne; toczy się ona bowiem – by tak rzec – „pod podszewką” oficjalnie przyjętej, którą Friedrich Nietzsche, a za nim Foucault nazywali „historią monumentalną”. Inaczej niż historyk prawowierny, kierujący się pożyteczną podejrzliwością przeciw-historyk nicuje ją, odsłaniając relacje wiedzy (historycznej) i patronującej jej władzy i poddając je przy tym ponownej refleksji. „Niepokoi” historię monumentalną, zmieniając obraz wszystkiego, co – jak nazwał to Derrida – „zastygłe w oczywistościach”. Podważa jej autorytet (i autorytarność), czyli nadany jej przywilej występowania w roli poznawczej matrycy obowiązujących przekonań. I w takim – źródłowym – ujęciu funkcjonuje właśnie przeciw-historia w Aborcji i demokracji Marcina Kościelniaka.
Główną metodą analizy stała się tutaj odrodzona przez Foucaulta nietzscheańska genealogia, którą francuski filozof objaśniał w kluczowym dla tej kwestii eseju Nietzsche. Genealogia. Historia z końca lat 70. XX wieku2. Metodę genealogiczną uznał on za narzędzie krytyczne służące demaskowaniu władzy ukrytej w pozornie neutralnych (ideologicznie) systemach wiedzy i moralności oraz wykazywaniu krótkowzroczności oficjalnego modelu wiedzy historycznej. Model ten poddawał krytyce na trzech poziomach, odpowiadających ustanowionym przez Platona modalnościom historii. Pierwszy oznaczał odrzucenie tematyki historycznej jako tego, co już znane. Drugi – dysocjację tożsamości (narodowej lub etnicznej), czyli „przeciwstawienie się historii jako ciągłości lub tradycji”. Trzeci, podważający metafizyczną ideę jednej obiektywnej prawdy – zakładał „przeciwstawienie się historii – poznaniu”. W konkluzji filozof stwierdzał, że „chodzi mu o uczynienie z historii czegoś w rodzaju antypamięci, a w ten sposób przekształcenie jej w zupełnie inną formę czasu”.
Nie oznaczało to jednak, że przeciw-historyk zamierza obalić historię monumentalną i zniszczyć pamięć kulturową. Eksploruje on natomiast ich „pobocza”, chcąc zachwiać fundamentami – „rozspoić je” (jak mógłby dodać Derrida) i „rozszczelnić” – jak z kolei trafnie nazwała tę czynność Joanna Krakowska w tytule eseju poświęconego Kościelniakowym Egoistom3, w którym (równie trafnie) dostrzegła kiełkowanie tego zamysłu już we wcześniejszych jego książkach. Można to też uznać za telegraficzny skrót metodologii zastosowanej przez niego także w Aborcji i demokracji.
Pora jednak zapytać: jaki cel przyświeca tak rozumianej narracji przeciw-historycznej? Zgodnie ze wspomnianą wcześniej ideą „polityczności” jest to – jak twierdził nieoceniony Foucault – wydobywanie na powierzchnię niewidocznych w ogólnie przyjętym (nie tylko powierzchniowym, lecz i powierzchownym) oglądzie sposobów „ujarzmiania” (asujetissement) oraz „dyscyplinowania” innych, ustawicznie poddawanych „grze dominacji”. Przeciw-historyk opowiada zatem o przeszłości z perspektywy ludzi marginalizowanych lub wykluczanych przez obowiązujące narracje historyczne, pisane zwykle z punktu widzenia zwycięzców. Przyjmując perspektywę zwyciężonych czy przegranych, których głos był dotąd niesłyszalny, wydobywa on z ukrycia historię wypartą (stłumioną przez tę „monumentalną”), ujawniając przy tym jej znacznie mniej chlubne, a nawet mroczne oblicze. Idąc dalej tropem freudowskim, warto zwrócić uwagę na to, co być może najważniejsze – również dla Kościelniaka. Foucaultowska genealogia (zatem przeciw-historia) dotykała (a „dotykanie” wydaje mi się tu najbardziej stosownym określeniem) przede wszystkim problemów relacji władzy i ciała, czego najlepszym świadectwem jest jego Historia seksualności z 1976 roku. Cielesność i seksualność zostały tutaj uznane za sferę, w której władza (zarówno instytucjonalna, jak i symboliczna) szczególnie intensywnie pragnie sprawować nadzór nad jednostką, poddając ją ustawicznej kontroli. Analizując rozbudowane wokół tej domeny dyskursy (na przykład medyczny czy seksuologiczny), filozof skrupulatnie wyłuskiwał z nich te miejsca, w których wiedza historyczna wytwarza to, co następnie przyjmuje się jako naturalne, a co – w istocie – było od zawsze ustanawiane, narzucane i podporządkowywane wyrafinowanej (bo niewidocznej) opresji. W projekcie Foucaulta zadaniem przeciw-historii było zatem nie tylko owo „ożywienie” historii oficjalnej, lecz również przywrócenie ciału i seksualności należnego im miejsca w uniwersum społecznym i kulturowym. I oba te zadania Aborcja i demokracja Kościelniaka zrealizowała z naddatkiem.
Książce tej, napisanej w duchu historiograficznego narratywizmu (w myśl którego przeszłość nie jest obiektywna, lecz skonstruowana), patronuje jednak nie tylko metoda genealogiczna (w wersji foucaultowskiej czy nowszej, na przykład Joan Wallach Scott), lecz także wprowadzona przez filozofa (w Archeologii wiedzy z 1969 roku) metoda archeologiczna. W myśl jego poglądów źródła/dokumenty historyczne nie dostarczają jedynie informacji, lecz są „objawami ogólnej struktury systemu”, w ramach którego powołano je do życia i którego cele realizują. A wówczas te pozornie niewinne – pozornie neutralne ideologicznie i obiektywne – źródła również odsłaniają swoje drugie i bynajmniej nieidylliczne oblicze. Kościelniak posłużył się tutaj też kategorią dyskursu w ujęciu bliskim propozycji Foucaulta, czyli „odnoszącą się do praktyk, które w sposób performatywny ustanawiają rzeczywistość, a zarazem same są wytworem oraz świadectwem obowiązujących w danym polu kulturowym norm”, a także przeformułowanym przez niego (i Derridę) konceptem „archiwum”, zrywającym z nadaną mu przez tradycyjną historiografię ideą statycznego „depozytu dokumentów” gromadzących wiedzę historyczną, a w zamian prezentującym ujęcie dynamiczne – jako także struktury dyskursywnej wytwarzającej ową wiedzę (i pamięć) nie na podstawie faktów (których status i tak jest mocno wątpliwy), lecz ich reprezentacji.
Pozwoliłam sobie na ten nieco przydługi wstęp teoretyczny, by wskazać punkt wyjścia Aborcji i demokracji, oznaczyć jej ramy metodologiczne i unaocznić głębokie podłoże etosu badawczego jej autora, który tak bardzo podziwiam. Wszak to Foucault napominał również we wspomnianym eseju (za Nietzschem), że metoda genealogiczna wymaga „wielu ułożonych w stosy materiałów, drobiazgowej wiedzy, cierpliwości” i „zapalczywości w erudycji”. Cytując pisma niemieckiego filozofa, dodawał on, że metoda ta nie musi „wznosić swoich cyklopowych budowli” z „uszczęśliwiających i oślepiających błędów”, lecz z „prawd niepozornych” i „znalezionych za pomocą ścisłej metody”. Prawdy, które tak cierpliwie, drobiazgowo i metodycznie odsłania Kościelniak w swoich książkach, mogą się również wydawać „niepozorne”, lecz – by sięgnąć raz jeszcze do Foucaulta – to właśnie one zdolne są ożywić zmumifikowaną historię monumentalną i „odtworzyć systemy ujarzmiania”. I również tę lekcję autor Aborcji i demokracji odrobił celująco.
Do rozwoju nurtu przeciw-historycznego ukierunkowanego na przywracanie głosu innym przyczynił się jednak nie tylko wspomniany zwrot polityczny, lecz także – ściśle z nim powiązany – odwrót od „myśli Tożsamości” i przejście na stronę „myśli Inności” na gruncie filozofii ponowoczesnej, w czym zarówno Foucault, jak i Derrida odegrali pierwszoplanowe role. I jeśli głównym celem wszystkich tych przemian miały być nie tylko deklaracje teoretyczne, lecz również ich wcielenie w praktykę pisarską, to Kościelniak jest dla mnie wręcz wzorcowym przykładem realizatora tego zadania, z czym – jako admiratorce ponowoczesności i jej konsekwencji dla myślenia – jest mi oczywiście najbardziej po drodze. W Aborcji i demokracji owa inność przybrała konkretną postać: polskiej kobiety, na mocy tradycji (nie tylko zresztą rodzimej, lecz właśnie filozoficznej) marginalizowanej zarówno w sferach: społecznej, politycznej, kulturowej i symbolicznej, jak i – rzecz jasna – w dyskursie polskiej historii „monumentalnej”.
W poszukiwaniu przykładów mógł on sięgnąć do wielu różnych obszarów życia i związanych z nimi problemów, lecz podjął (nad wyraz słusznie) kwestię najbardziej pod tym względem newralgiczną, a przy tym symptomatyczną, czyli – rodzimej postawy wobec aborcji. Poddał wiwisekcji czas historyczny w precyzyjnie wyznaczonym przedziale, od 1956 do 1993 roku. Czyli od chwili, gdy przyjęto Ustawę o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, przyzwalającą na aborcję na żądanie, do momentu, w której możliwość tę ograniczono jedynie do trzech wyjątków: zagrożenia zdrowia i życia kobiety, przypadku ciąży będącej wynikiem czynu zabronionego (na przykład gwałtu czy kazirodztwa) oraz ciąży niosącej ze sobą wysokie prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu. Kościelniakowi nie chodziło jednak o kronikarską rekonstrukcję ustawodawstwa aborcyjnego, choć – jak już wspomniałam – jego książka zawiera wręcz imponujący materiał źródłowy. W zgodzie z założeniami narracji przeciw-historycznej opowiedział on dwie różne i niezbieżne ze sobą historie. Pierwsza (oficjalna czy „monumentalna”), konstruowana z perspektywy patriarchalnej i obejmująca nieco dłuższy okres (od końca drugiej wojny światowej do 1989 roku), to „opowieść o tryumfalnym pochodzie polskiego społeczeństwa do demokracji”. Druga (1956‒1993) natomiast – tworzona z perspektywy kobiet – jest opisem „drog[i] wiodąc[ej] od wolności do systemowej przemocy państwa nieświeckiego”. Pierwsza dotyczy zatem chwalebnego szlaku prowadzącego polskie społeczeństwo w stronę przemian demokratycznych i wolności, druga – mniej chlubna – traktu postępującego zniewolenia kobiet. Dzięki temu najnowsza historia Polski ujawnia owo drugie oblicze, w którym ceną procesów transformacyjnych okazuje się pozbawienie kobiet ich praw, a to, co w niemal powszechnym mniemaniu waloryzowane pozytywnie, objawia swoją negatywną, mroczną stronę. Kościelniak pokazał to wręcz laboratoryjnie, jednak jego rozpoznanie domaga się jeszcze krótkiego komentarza.
Kluczową rolę autor Aborcji i demokracji przypisał tutaj polskiemu Kościołowi katolickiemu, ze względu na mariaż, jaki nawiązały z nim już w latach 70. ubiegłego wieku środowiska opozycyjne. Jak trafnie pisze Kościelniak, pierwsza Solidarność (z lat 1980‒1981) ufundowała się na podłożu wartości chrześcijańskich, a w związku z tym niesubordynacja polskiego społeczeństwa wobec władzy komunistycznej stała się jednocześnie procesem postępującej subordynacji wobec Kościoła, zajmującego w kwestii aborcji – jak wiadomo – zdecydowane stanowisko. Przypisywana Kościołowi zasługa delegitymizacji komunistycznej władzy nad społeczeństwem pociągnęła za sobą legitymizację jego „władzy jako podmiotu uprawnionego do wyznaczania reguł życia społecznego”, a w ten sposób historia pierwsza „wtrąciła się” w drugą. Żeby jednak była jasność – Kościelniak nie próbuje zdyskredytować roli instytucji kościelnej w dziele polskiej transformacji; podkreśla, że już „kapitał społeczny, jakim dysponował w Polsce Ludowej Kościół, czynił go jedyną realną siłą, z którą komuniści musieli się liczyć – i także dlatego opozycja szukała w nim sojusznika”.
Za problematyczne autor uznaje jednak wpływy, które wykroczyły daleko poza pełnioną przez Kościół wyzwolicielską misję. Formułuje to zresztą bardzo celnie – w duchu freudowskim – zwracając uwagę na fakt, że na fali tej misji Kościół został „obsadzony w roli nad-ja polskiego społeczeństwa”. Istotnie – zgodnie z mechanizmami, o których pisał ojciec psychoanalizy w swojej koncepcji nad-jaźni – wpływy Kościoła uległy „uwewnętrznieniu”, stając się integralnym składnikiem „aparatu psychicznego” Polaków (jeśli użyć jego terminu) podporządkowanego pełnionej przez niego funkcji regulatywno-nakazowej, co rzecz jasna wywołało określone skutki w sferze politycznej, społecznej, kulturowej i obyczajowej.
Nie tylko jednak ów „aparat psychiczny”, lecz również polska tożsamość ukształtowana w taki sposób przez antykomunistyczną opozycję (oraz przez społeczeństwo, w większości wszak identyfikujące się z katolicyzmem) przybrała postać spójną z wartościami chrześcijańskimi, uznanymi za powszechnie obowiązujące. A z punktu widzenia tej tożsamości „zabijanie nienarodzonych” było niedopuszczalne. W optyce autora Aborcji i demokracji ustawa o niemal całkowitym zakazie aborcji z 1993 roku była więc konsekwencją uzyskanej przez Kościół katolicki jeszcze przed rokiem 1989 dominującej pozycji w rodzimym uniwersum symbolicznym i wyznaczonego przez tę instytucję wzorca tożsamościowego („prawdziwego Polaka”), definiowanego poprzez akceptację ustanowionych przez Kościół wartości. Skrupulatnie opisując cały ten proces wnikania antyaborcyjnej ideologii katolickiej w świadomość Polaków, Kościelniak daje jasno do zrozumienia, że pod tym względem historia nie mogła potoczyć się inaczej. By znów posłużyć się językiem Foucaulta: konsekwentnie i od dawna wypracowywany „system ujarzmiania” i „dyscyplinowania” kobiet (zwłaszcza ich cielesności i seksualności) musiał zebrać stosowne żniwo. Wzrastająca hegemonia „paradygmatu katolickiego” (jak go określa Kościelniak), u której genezy tkwiło uznanie Kościoła za najbardziej skuteczny front oporu wobec komunizmu, nie mogła nie pociągnąć za sobą ofiary z praw kobiet. W ocenie autora transformacja ustrojowa w naszym kraju oznaczała więc „nie zmierzch, ale urzeczywistnienie dotychczasowego porządku polskiej kultury, poprzez wprowadzenie Kościoła i tzw. wartości chrześcijańskich w krwiobieg polskiego życia publicznego jako jego fundamentalnej zasady”.
Grunt do tej diagnozy przygotował w swojej wcześniejszej książce Egoiści. Trzecia droga w kulturze polskiej lat 80. (2018), w której podjął się między innymi opisania religijnego etosu Solidarności i jego konsekwencji. Wskazywał tu dominującą rolę katolicyzmu w polskiej kulturze, badając jego wpływy na ustalenie i utrwalenie się symbolicznego porządku rzeczywistości oraz na formowanie się wyobraźni kulturowej Polaków. Dostrzegał je – jak słusznie zauważyła Iwona Kurz w recenzji wydawniczej – „tam, gdzie się ich nie spodziewamy”, jako coś w rodzaju „ustawienia domyślnego” polskiej formacji kulturowej, wyprowadzonego z dziedzictwa solidarnościowego. Poruszając się tutaj pomiędzy biegunami binarnej opozycji „reżim komunistyczny – prokatolicka Solidarność”, skupił się on jednak na wybranych praktykach artystycznych i kulturowych lat 80., które się poza tą opozycją ulokowały, a tym samym stworzyły tytułową „trzecią drogę” (nazwaną przez niego „Kulturą Zrzuty”). Zainteresowanych poglądami Kościelniaka na ten temat odsyłam do tej równie znakomitej książki, tutaj chcę jedynie zwrócić uwagę na strategię, którą w niej zastosował, ponieważ analogiczna pojawiła się w Aborcji i demokracji. Wybrał on bowiem to, co zdolne było – tym razem użyję języka Derridy – tę opozycję zdekonstruować. Albo innymi słowy: wpuścił swego rodzaju „wirusa” w utrwalony dualistyczny system, który w wizji usankcjonowanej przez historię oficjalną pozornie funkcjonował bez zarzutu, lecz „zakażony” przez dekonstrukcjonistę, zaczął niedomagać. Dzięki temu mógł zademonstrować (na pierwszy rzut oka niewidoczną) kruchość owej „cyklopowej budowli”, o której wspominał Foucault. Wręcz znakomicie wcielił zatem w życie to, co twórca dekonstrukcji określił wdzięcznym mianem llabilité – czyli wprawieniem systemu w „chwiejność”, a przez to podważył go znacznie efektywniej, niż gdyby poddał go po prostu (jak to nazywa Derrida) „krytyce frontalnej”.
W omawianej książce rolę tego – excusez le mot – „wirusa” wpuszczonego w utrwaloną opozycję: komunistyczny reżim – antykomunistyczny sprzeciw, odegrała sprawa kobieca. Za sprawą „kwestii aborcji”, a ściślej – odebrania kobietom prawa do decydowania o niej, Kościelniak silnie zachwiał uznaną (i nobilitowaną) wizją demokracji – tego tak istotnego komponentu najnowszej (monumentalnej) historii Polski. Perspektywa przeciw-historyczna została w ten sposób puszczona w ruch, bo okazało się, że świetlany szlak wiodący ku demokracji ma „pod podszewką” łamanie praw kobiet. Żeby jednak – znów – była jasność: nie wypowiada się on tutaj przeciwko demokracji, lecz jedynie „rozszczelnia” jej skostniały wizerunek. Nie staje też po stronie aborcji, lecz optuje za tym, by usankcjonowana legislacyjnie decyzja o niej przysługiwała tym, których zarówno sam zabieg, jak i jego skutki dotyczą bezpośrednio, nie zaś tym arbitralnie uzurpującym sobie prawo do dysponowania nie swoim życiem i nie swoim ciałem i starającym się je w ten sposób „ujarzmić”.
Kościelniak z wręcz chirurgiczną precyzją „wykonał” (jeśli odwołać się tym razem do języka performatyki) dokładnie to, co zadeklarował i sformułował: „wydobył coś, co zostało ukryte”, „odzyskał stłumioną lub przeinaczoną wiedzę” i „odczytał prawdę zapieczętowaną”. A jeśli Nietzsche w Niewczesnych rozważaniach historię „monumentalną” utożsamił z odzyskiwaniem „wielkich chwil” po to, by móc je utrwalić i zatrzymać „w wiecznej teraźniejszości”, to można powiedzieć, że przeciw-historyczna książka Kościelniaka zatrzymała te chwile, które mogą się nie wydawać aż tak wielkie (jak na przykład walka o wolność i demokrację), jednak bez wątpienia zasługują na odzyskanie i utrwalenie. W przywołanym wcześniej eseju Nietzsche. Genealogia. Historia Foucault dodawał do tego porównanie, które wydaje mi się cenne – zwłaszcza w perspektywie wpisania adaptacji Aborcji i demokracji w plany repertuaru Narodowego Teatru Starego w Krakowie. Francuski filozof stwierdzał mianowicie, że w „teatrze” historii „monumentalnej” „wystawia się zawsze tę samą sztukę”, genealogia natomiast (a zatem przeciw-historia) jest „wkroczeniem sił na scenę, ich wtargnięciem, przeskokiem zza kulis w sam środek teatru, z przynależnym im wigorem i młodzieńczością”. Jestem przekonana, że książka Marcina Kościelniaka w pełni zasługuje na taką właśnie wersję sceniczną i gorąco temu przedsięwzięciu kibicuję.
Diagnoza autora Aborcji i demokracji jest jednak nie tylko otwierająca, lecz także wysoce pesymistyczna. W finale zauważa on, że opisywany przez niego proces nadal trwa i ma się całkiem dobrze: „łamanie praw kobiet przez zaostrzenie zakazu aborcji w 2020 roku wpisuje się w model polskiej demokracji, wypracowany na szlaku «polskiej drogi do wolności». W 2024 roku wciąż pozostajemy na tej drodze”.
Ale opowieść o polskim ustawodawstwie aborcyjnym to wszak nie tylko „historia mrocznego poddaństwa”, bo jej istotne uzupełnienie – jak słusznie zauważa autor za Foucaultem – stanowi „historia jednoczesnej bliźniaczej deklaracji praw i wojen” 4. Tą warstwą historyczną w Aborcji i demokracji nie zajął się w pełni świadomie, odkładając jej omówienie do czasu przygotowania kolejnej książki, która – w zapowiedzi – nie będzie mówiła o władzy, instytucjonalnej przemocy czy demontażu narodowych mitów, lecz przyniesie pisaną z perspektywy „herstorycznej” narrację o nieposłuszeństwie, oporze i o feministycznym „aktywizmie na rzecz praw kobiet, pluralizmu i świeckiego państwa”.
Nie będę ukrywać, że bardzo na tę książkę czekam. Jestem absolutnie pewna, że po raz kolejny w wielu kwestiach zgodzę się z przemyśleniami Marcina Kościelniaka.
1 Szczegółowo opisałam ten proces w książce Dekonstrukcja, polityka i performatyka (2013).
2 W tomie: M. Foucault, Filozofia. Historia. Polityka. Wybór pism, tłum. D. Leszczyński, L. Rasiński, Warszawa‒Wrocław 2000. Wszystkie cytaty wykorzystane w niniejszym tekście pochodzą z tego wydania.
3 J. Krakowska, Rozszczelnianie, „Dialog” 2019, nr 10.
4 Tym razem z jakże wymownie w kontekście jego wywodów zatytułowanego zbioru: M. Foucault, Trzeba bronić społeczeństwa. Wykłady w Collège de France, 1976, tłum. M. Kowalska, Warszawa 1998.
