Nie wiem, co mam zrobić z tym latem. O „Księdze umarłych” Joanny Mizielińskiej

Czy­ta­li­śmy już wie­le ksią­żek będą­cych zapi­sem żało­by i rów­nie dużo tek­stów reje­stru­ją­cych migo­ta­nie i zni­ka­nie (nie­obec­nie­nie, jak pisze Joan­na Mizie­liń­ska) oraz towa­rzy­szą­ce temu emo­cje. Księ­ga umar­łych to kolej­ny z nich. Od innych (nie wymie­niam tytu­łów czy autorek/autorów, ale zało­żę się, że pierw­sze pozy­cje z list, któ­re roz­wi­ja­ją się nam w gło­wach na hasło: „lite­ra­tu­ra żałob­na”, są takie same) odróż­nia tę opo­wieść to, że jest ona zapi­sem emo­cji po śmier­ci wie­lu osób/istot. Czy­ta­my tu o umie­ra­ją­cej psz­czo­le (pierw­sza śmierć widzia­na przez boha­ter­kę na wła­sne oczy), o otru­ciu się ciot­ki, zna­nej tyl­ko ze zdję­cia i rodzin­nych legend, o kole­dze, o któ­re­go śmier­ci boha­ter­ka dowia­du­je się na spo­tka­niu kla­so­wym i daw­no po fak­cie. Są w tej histo­rii kuzyn­ka mat­ki i sio­stry bab­ci, licz­ne wujo­stwo (łatwo pogu­bić się w koli­ga­cjach, choć w zasa­dzie, co szyb­ko sta­je się jasne, nie ma sen­su ich śle­dzić), są koty i zmar­ły nie­spo­dzie­wa­nie nauczy­ciel hisz­pań­skie­go. Są wresz­cie uko­cha­na bab­cia i nie­ko­cha­na mat­ka. Sło­wem: róż­ni ludzie i nie­lu­dzie, bli­scy i dal­si, dobra­ni według klu­cza zna­ne­go autor­ce (a może to wszy­scy jej zmar­li?). Zmie­nia­ją się nar­ra­tor­ki, pierw­szo­oso­bo­wa nar­ra­cja prze­pla­ta się w kolej­nych roz­dzia­łach z trze­cio­oso­bo­wą (boha­ter­ką tych frag­men­tów jest J.); w obszer­nych par­tiach tek­stu autor­ka zwra­ca się w dru­giej oso­bie do zmar­łych, po któ­rych jest w żało­bie. W dru­giej czę­ści książ­ki o śmier­ci bli­skich opo­wia­da­ją tak­że boha­te­ro­wie, któ­rych pozna­li­śmy w czę­ści pierw­szej.

W toku lek­tu­ry szyb­ko sta­je się jasne, że rzecz jest dokład­nie o tym, co zawie­ra się w tytu­le. Umie­ra­nie, śmierć, żało­ba odmie­nia­ne są tu przez wszyst­kie przy­pad­ki, nie­któ­re kwe­stie (obse­sja śmier­ci, poczu­cie winy wobec zmar­łych) powra­ca­ją, podob­nie jak pyta­nia bez odpo­wie­dzi oraz takie, któ­re raczej nie wyma­ga­ją odze­wu (Co sta­no­wi o war­to­ści życia? Kto może o tym decy­do­wać? Czy miłość trwa po śmier­ci? I kogo wów­czas się kocha?). A sko­ro jest o umie­ra­niu i śmier­ci, to jest też o cho­ro­bach, sta­ro­ści i opie­ce. Książ­ka Mizie­liń­skiej wpi­su­je się więc rów­nież w nurt lite­ra­tu­ry mala­dycz­nej, jak okre­śla się nar­ra­cje o cho­ro­wa­niu (bele­try­stycz­ne bądź auto­fik­cjo­nal­ne, pisa­ne z per­spek­ty­wy osób cho­ru­ją­cych czy towa­rzy­szą­cych cho­rym) – naj­ob­szer­niej­sze par­tie Księ­gi umar­łych doty­czą bowiem wła­śnie życia z cho­ro­bą (cukrzy­cą, nowo­two­rem, cho­ro­bą afek­tyw­ną dwu­bie­gu­no­wą) oraz z nie­peł­no­spraw­no­ścia­mi, widzia­ne­go z per­spek­ty­wy opiekunki/świadka. Przyj­rzyj­my się spo­so­bo­wi reali­za­cji wymie­nio­nych tema­tów w Księ­dze umar­łych.

Potrzebuję ciebie zapisanej

Książ­ka przed­sta­wia przede wszyst­kim emo­cje zwią­za­ne z umie­ra­niem, któ­re­go narratorka/bohaterka była świadkiem/towarzyszką, o któ­rym dowie­dzia­ła się od innych, któ­re anty­cy­pu­je (wspo­mnia­na obse­sja śmier­ci jest jed­nym z powo­dów powsta­nia opo­wie­ści oraz jej wąt­kiem prze­wod­nim). Są tu wspo­mnie­nia, zapi­ski żałob­ne, a nawet nar­ra­cja pro­wa­dzo­na z per­spek­ty­wy oso­by umie­ra­ją­cej na gle­ja­ka. O żało­bie na pew­no moż­na mówić w przy­pad­ku roz­dzia­łów poświę­co­nych śmier­ci bab­ci i mat­ki. Te tek­sty są naj­dłuż­sze i naj­bar­dziej prze­ko­nu­ją­ce w war­stwie emo­cjo­nal­nej (wie to sama autor­ka, któ­ra w pew­nym momen­cie mówi, zwra­ca­jąc się do zmar­łej bab­ci: „Moje pisa­nie sta­je się auten­tycz­ne dopie­ro wte­dy, gdy piszę o swo­ich uczu­ciach, o bra­ku, o wspo­mnie­niach zwią­za­nych z tobą”1). Taka jest też opo­wieść o zmar­łej na raka kot­ce. Po odej­ściu Cykor­ki, naj­pierw lata­mi oswa­ja­nej, a potem doglą­da­nej z tro­ską, wspól­nie part­ner­ką, w cho­ro­bie, nar­ra­tor­ka wyzna­je z żalem: „Teraz mamy wol­ny, nie­za­go­spo­da­ro­wa­ny czas, któ­ry tra­ci­my na mniej istot­ne, nie­ko­cie spra­wy”. „Dziw­na to żało­ba”, puen­tu­je roz­dział o kot­ce – i dosko­na­le rozu­mie­my tę „dziw­ność”: ktoś umarł, tym­cza­sem życie toczy się jak gdy­by nigdy nic, a nawet jest prost­sze.

Podob­nych kon­sta­ta­cji jest w tej książ­ce wie­le – w koń­cu o umie­ra­niu i żało­bie trud­no powie­dzieć coś nowe­go czy odkryw­cze­go, a powsta­ją­ce wciąż tek­sty, z prze­wa­gą auto­fik­cjo­nal­nych, są w dużej mie­rze wtór­ne i kon­wen­cjo­nal­ne. W opo­wie­ści Mizie­liń­skiej oczy­wi­ście też mamy do czy­nie­nia z auto­fik­cją, i to taką, w któ­rej do gło­su docho­dzi wyłącz­nie to, co pry­wat­ne. Księ­ga umar­łych jest zwie­rze­niem dopro­wa­dzo­nym do gra­ni­cy (chy­ba już nic dalej/więcej nie moż­na powie­dzieć), jest tek­stem słu­żą­cym autor­ce jako for­ma auto­te­ra­pii, porząd­ko­wa­nia wła­snych emo­cji (trud­no oprzeć się wra­że­niu, że pra­cu­jąc nad książ­ką, zwłasz­cza nad czę­ścią o bab­ci, Mizie­liń­ska korzy­sta­ła z przy­go­to­wy­wa­nych w róż­nych okre­sach życia zapi­sków auto­te­ra­peu­tycz­nych), a tak­że pró­bą wyrwa­nia zmar­łych z nie­pa­mię­ci, oca­le­nia ich poprzez opi­sa­nie. Krąg odbior­ców takiej pró­by, jeśli książ­ka ma dzia­łać (czy­li rze­czy­wi­ście kogoś upa­mięt­niać, wywo­ły­wać w kimś emo­cje, o jakie zwy­kle cho­dzi w przy­pad­ku lite­ra­tu­ry żałob­nej), jest wąski. O tym, kim i jacy byli bli­scy Mizie­liń­skiej, dowia­du­je­my się z zazwy­czaj krót­kich szki­ców, w któ­rych poka­za­ni są oni przede wszyst­kim w rela­cji z autor­ką, nie jeste­śmy więc w sta­nie ich poznać, polu­bić (czy znie­lu­bić). Zazwy­czaj nie wywo­łu­ją żad­nych uczuć. Są jak posta­cie ze zdjęć wyj­mo­wa­nych seria­mi ze sta­re­go albu­mu – rodzi­na, któ­ra pamię­ta uchwy­co­ne na foto­gra­fiach oso­by, pew­nie wzru­szy się w cza­sie oglą­da­nia takich pamią­tek, pozo­sta­li zaś poki­wa­ją gło­wa­mi i tłu­miąc zie­wa­nie, zer­k­ną na zega­rek. Oczy­wi­ście wie­le zale­ży od tego, czy oglą­da­niu zdjęć będą towa­rzy­szy­ły histo­rie o życiu boha­te­rów, a jeśli tak, na ewen­tu­al­ne wzru­sze­nie słu­cha­czy wpły­nie rów­nież spo­sób prze­ka­zy­wa­nia opo­wie­ści. W przy­pad­ku Księ­gi umar­łych nie moż­na w tym wzglę­dzie liczyć na wie­le: lite­rac­ko tekst nie sta­no­wi dla czy­tel­ni­ka wiel­kie­go wyzwa­nia. Język jest prze­zro­czy­sty, próż­no szu­kać tu meta­for czy innych środ­ków arty­stycz­nych wpły­wa­ją­cych na for­mę opo­wie­ści o żało­bie, kon­struk­cja spro­wa­dza się do wyli­czan­ki: oso­ba, kil­ka fak­tów z jej życia, szcze­gó­ły doty­czą­ce śmier­ci, infor­ma­cja na temat emo­cji, któ­re przy tej oka­zji sta­ły się udzia­łem boha­ter­ki czy narratorów/narratorek. Wyko­rzy­sta­ny przez autor­kę zabieg pole­ga­ją­cy na zmia­nach nar­ra­to­rów nicze­mu nie słu­ży (w szcze­gól­no­ści doty­czy to per­spek­tyw „ja” i J.; pod wzglę­dem języ­ko­wym wypo­wie­dzi nar­ra­to­rek w ogó­le się od sie­bie nie róż­nią). Trud­no rów­nież sen­sow­nie zin­ter­pre­to­wać fakt, że zmar­li mają w książ­ce Mizie­liń­skiej imio­na, a żyją­cy tyl­ko ini­cja­ły – chy­ba że pew­ne­go rodza­ju ano­ni­mo­wość mia­ła sprzy­jać ochro­nie pry­wat­no­ści żywych, pod­czas gdy o zmar­łych moż­na już mówić wszyst­ko (wie­le wska­zu­je na to, że autor­ka tak wła­śnie uwa­ża). W każ­dym razie z nie­cier­pli­wo­ścią kart­ku­je­my ten album zło­żo­ny z pobież­nych szki­ców doty­czą­cych kil­ku­na­stu posta­ci, któ­re nie­uchron­nie zle­wa­ją nam się w jed­ną – czy raczej dwie, bo prze­cież są też koci boha­te­ro­wie – i zasta­na­wia­my się, po co nam czy­tać o tym (mar­twym) czło­wie­ku i (mar­twym) kocie.

Nieobecnienie

Wyjąt­kiem – nie pod kątem walo­rów lite­rac­kich, lecz szcze­gó­ło­wo­ści opi­su, zło­żo­no­ści obra­zu, odda­nych niu­an­sów – są wspo­mnia­ne czę­ści o bab­ci i mat­ce. Por­tre­ty obu kobiet zawie­ra­ją spo­ro deta­li, a rela­cje z nar­ra­tor­ką są w tym przy­pad­ku opi­sa­ne naj­peł­niej, z uwzględ­nie­niem ich ambi­wa­len­cji. Wymie­nio­ne rela­cje bar­dzo się od sie­bie róż­ni­ły: star­szą z kobiet autor­ka okre­śla jako miłość swo­je­go życia i wzór. W pew­nym momen­cie mówi, zwra­ca­jąc się do bab­ci: „[prze­szłość to – B.W.] ogrom­na prze­strzeń moje­go życia, któ­rą ty spa­ja­łaś w Całość”2. Postać ta spa­ja też książ­kę Mizie­liń­skiej, jest klam­rą i osno­wą: od bab­ci opo­wieść się zaczy­na i na niej się koń­czy, star­sza kobie­ta powra­ca rów­nież w opo­wie­ściach o innych oso­bach. Z kolei o mat­ce nar­ra­tor­ka mówi, że zawsze chcia­ła kształ­to­wać się na jej „nie­obraz i nie­po­do­bień­stwo”3, a w jed­nym z roz­dzia­łów (Umie­raj stąd) życzy jej śmier­ci, choć nie tyl­ko („stań się nie­mym warzy­wem, któ­re odda­my do przy­tuł­ku”)4. Cho­ro­ba psy­chicz­na kobie­ty i zwią­za­ne z tym ogra­ni­cze­nia spra­wi­ły, że to bab­cię autor­ka trak­tu­je jak mat­kę. Nar­ra­tor­ka, nie­za­leż­nie od uczuć, jaki­mi darzy­ła krew­ne, oraz od tego, jak ukła­da­ły się ich rela­cje, w obu przy­pad­kach opie­ko­wa­ła się bli­ski­mi przed śmier­cią, a bab­cią tak­że dłu­go wcze­śniej (star­sza kobie­ta mia­ła cukrzy­cę i ampu­to­wa­ną nogę; młod­sza zmar­ła na raka płuc), co szcze­gó­ło­wo refe­ru­je. Zaj­mo­wa­ła się też cho­ru­ją­cy­mi kota­mi i oka­zy­wa­ła wspar­cie dal­szym człon­kom rodzi­ny. I to jest w Księ­dze umar­łych cał­kiem inte­re­su­ją­ce – nie temat śmier­ci czy żało­by, lecz spo­sób, w jaki autor­ka opo­wia­da o sta­ro­ści i opie­ce nad potrze­bu­ją­cy­mi wspar­cia oso­ba­mi.

Książ­ka Mizie­liń­skiej jest nar­ra­cją tro­ski, z dość rzad­ko widocz­ną w pol­skiej lite­ra­tu­rze figu­rą opie­kun­ki; jest pró­bą – uda­ną – odda­nia zło­żo­no­ści opie­ki, uka­za­nia jej w wymia­rach instru­men­tal­nym i emo­cjo­nal­nym. To opo­wieść (mono­ton­na i peł­na powtó­rzeń) o codzien­nych rytu­ałach, domo­wym krzą­tac­twie (przy­go­to­wy­wa­niu jedze­nia, zaku­pach, zmie­nia­niu poście­li, pod­le­wa­niu kwia­tów), prak­ty­kach cie­le­snych (depi­la­cji, myciu, obci­na­niu wło­sów) oraz zwią­za­nych ze zdro­wiem i lecze­niem (przy­go­to­wy­wa­niu leków, mie­rze­niu cukru), a tak­że o oka­zy­wa­niu czu­ło­ści, byciu razem (roz­mo­wach, wspól­nym oglą­da­niu zdjęć czy ulu­bio­ne­go seria­lu, waka­cyj­nych wyjaz­dach). Zary­so­wa­ne w Księ­dze umar­łych kon­tek­sty spra­wo­wa­nia opie­ki – czy to nad oso­bą star­szą, czy cho­ru­ją­cą – wyda­ją się dość typo­we dla nasze­go spo­łe­czeń­stwa mimo wyż­sze­go niż prze­cięt­ny sta­tu­su spo­łecz­ne­go boha­ter­ki-opie­kun­ki. Pol­ska jest pań­stwem z dużym udzia­łem fami­li­zmu publicz­ne­go w opie­ce, któ­ry ozna­cza pole­ga­nie na krew­nych osób cho­rych, nie­peł­no­spraw­nych i star­szych w kwe­stii zapew­nie­nia wspar­cia tym potrze­bu­ją­cym – zakła­da więc wyko­rzy­sta­nie w tym celu ist­nie­ją­cych sie­ci spo­łecz­nych. Oczy­wi­sto­ścią jest stwier­dze­nie, że opie­ka nie­for­mal­na bazu­je na pra­cy kobiet – i to one są w książ­ce Mizie­liń­skiej głów­ny­mi opie­kun­ka­mi osób cho­rych i star­szych. Autor­ka poka­zu­je opie­ko­wa­nie się inny­mi jako pro­ces dyna­micz­ny i emo­cjo­nal­ny, ini­cjo­wa­ny i pro­wa­dzo­ny dzię­ki miło­ści, wdzięcz­no­ści czy innym zobo­wią­za­niom. Pozy­tyw­ne emo­cje są tu moto­rem dzia­ła­nia (przy­pa­dek opie­ki nad bab­cią), choć ich brak nigdy nie ogra­ni­cza ani nie powstrzy­mu­je świad­cze­nia opie­ki: w opo­wie­ści Mizie­liń­skiej poczu­cie obo­wiąz­ku wobec człon­ków rodzi­ny odsu­wa na dal­szy plan wcze­śniej­sze wza­jem­ne żale, ani­mo­zje czy nie­zgo­dy, jak w przy­pad­ku mat­ki czy cho­ru­ją­cej na gle­ja­ka ciot­ki, któ­rej stan mobi­li­zu­je skłó­co­ną rodzi­nę do zgod­nej pra­cy opie­kuń­czej.

Okładka powieści Joanny Mizielińskiej pod tytułem „Księga umarłych”.
Joanna Mizielińska, „Księga umarłych”, Warszawa: Agora, 2025.

Frag­men­ty poświę­co­ne opie­ce są naj­cie­kaw­sze (choć – pod­kre­ślam – nie cho­dzi tu o walo­ry lite­rac­kie), zwłasz­cza par­tie tek­stu opo­wia­da­ją­ce o bab­ci i czyn­no­ściach pie­lę­gna­cyj­nych wokół sta­re­go, nie­peł­no­spraw­ne­go, cho­re­go cia­ła, któ­rym nar­ra­tor­ka zaj­mu­je się z czu­ło­ścią i któ­re uwa­ża za pięk­ne, a kon­takt z nim opi­su­je jako źró­dło przy­jem­no­ści, tak­że fizycz­nej. „Gła­dzi­łam two­je sta­re cia­ło, obmy­wa­łam je z potu, szo­ro­wa­łam z bru­du, pie­ści­łam, pie­lę­gno­wa­łam kre­ma­mi, maso­wa­łam, by popra­wić krą­że­nie” – pisze w odnie­sie­niu do bab­ci5. A wcze­śniej: „Zazdrosz­czę innym cze­ka­nia [na powrót star­szej oso­by do domu – B.W.], doty­ku sta­re­go cia­ła, cie­płych dło­ni, mięk­kie­go brzu­cha”6. Zmy­sło­we doświad­cza­nie cudzej sta­ro­ści powią­za­ne jest z pisa­niem o opie­ce jak o czymś war­to­ścio­wym. Rzad­ko zaj­mo­wa­nie się kimś sta­rym i cho­rym poka­zy­wa­ne jest w taki spo­sób, czy to w lite­ra­tu­rze, publi­cy­sty­ce, czy w tek­stach nauko­wych. Czę­ściej opo­wie­ści tego rodza­ju kon­cen­tru­ją się na obcią­że­niach, uciąż­li­wo­ściach i pro­ble­mach wyma­ga­ją­cych roz­wią­za­nia – opie­ka jest w tych nar­ra­cjach czymś, co roz­bi­ja, sta­no­wi prze­szko­dę w codzien­nym funk­cjo­no­wa­niu, stre­su­je i męczy, zmu­sza do wyrze­czeń. Tu jest ina­czej – opie­ka nad bab­cią jest dla nar­ra­tor­ki natu­ral­na, jest oczy­wi­stą kon­se­kwen­cją ich miło­ści. Nie znaj­dzie­my więc w książ­ce Mizie­liń­skiej narze­kań na codzien­ne tru­dy i zmę­cze­nie (a nawet jeśli, to podob­nych sygna­łów jest bar­dzo nie­wie­le) czy frag­men­tów świad­czą­cych o poiry­to­wa­niu boha­ter­ki sytu­acją. Nie zna­czy to, że autor­ce nie uda­je się uchwy­cić ambi­wa­len­cji opie­ki – choć­by wte­dy, gdy pisze o rela­cji z bab­cią jako o czymś ogra­ni­cza­ją­cym kon­tak­ty z inny­mi oso­ba­mi („Ja przy­wią­za­na do cie­bie, nie­mo­gą­ca nawią­zać innych rela­cji”)7. Odmien­ne niż w przy­pad­ku bab­ci były powo­dy pod­ję­cia się opie­ki nad mat­ką: poczu­cie obo­wiąz­ku („czyn­no­ści pie­lę­gna­cyj­ne wokół mat­ki to przy­kra koniecz­ność”)8, współ­czu­cie, chęć nie­sie­nia pomo­cy ojcu. Czas spę­dzo­ny z mat­ką w okre­sie poprze­dza­ją­cym jej śmierć jest też pró­bą – nie­uda­ną – odbu­do­wa­nia rela­cji, oca­le­nia cze­goś, co bez­pow­rot­nie stra­co­ne. Przej­mu­ją­ce są aka­pi­ty, w któ­rych nar­ra­tor­ka opi­su­je „nio­ebec­nie­nie” obu kobiet, kur­cze­nie się, zwi­ja­nie w sobie, migo­ta­nie i gaśnię­cie, czy to ze wzglę­du na sta­rość, czy cho­ro­bę.

Mniej istotne, niekocie sprawy

Na koniec kil­ka słów na temat kwe­stii, któ­ra w Księ­dze umar­łych jest bar­dziej pro­ble­ma­tycz­na niż to, że książ­ka pozba­wio­na jest walo­rów lite­rac­kich. Obok przy­ta­cza­nych obie­go­wych prawd o życiu i śmier­ci, upo­rczy­wych powtó­rzeń (na przy­kład fak­tów z życia rodzin­ne­go, wno­szą­cych nie­wie­le infor­ma­cji o koli­ga­cjach rodzin­nych), epa­to­wa­nia szcze­gó­ła­mi dla same­go epa­to­wa­nia, nie­po­trzeb­nych nawią­zań do popu­lar­nych w ostat­nich latach tema­tów (pro­win­cjo­nal­ne pocho­dze­nie, wstyd kla­so­wy, awans spo­łecz­ny i tym podob­ne) oraz iry­tu­ją­ce­go prze­świad­cze­nia, że kry­tycz­ne oce­nia­nie mat­ki oraz ogła­sza­nie bra­ku miło­ści do niej to coś sza­le­nie wywro­to­we­go („naru­szam tabu miło­ści­świę­tej­do­uko­cha­ne­ji­je­dy­nej­mat­ki”)9, znaj­dzie­my w opo­wie­ści Mizie­liń­skiej tak­że ana­chro­nicz­ny, styg­ma­ty­zu­ją­cy język mówie­nia o cho­ro­bie psy­chicz­nej. I nie są to poje­dyn­cze wpad­ki: autor­ka, pisząc o swo­jej „cho­rej psy­chicz­nie” mat­ce, oso­bie ze zdia­gno­zo­wa­ną cho­ro­bą afek­tyw­ną dwu­bie­gu­no­wą, kon­se­kwent­nie uży­wa pięt­nu­ją­cych okre­śleń, a nawet negu­je cho­ro­bę. ChAD nazy­wa „odmien­ny­mi sta­na­mi świa­do­mo­ści”10. Zale­co­ne przez psy­chia­trę leki, któ­re cho­ra sobie „zapo­da­je”11, to „psy­cho­tro­py” („[mat­ka – B.W.] wciąż tyl­ko przy­sy­pia na tych swo­ich psy­cho­tro­pach”)12, dopro­wa­dza­ją­ce do sta­nu „oszo­ło­mie­nia”13. Szpi­tal psy­chia­trycz­ny to „psy­chia­tryk” („gro­żę, że zadzwo­nię do psy­chia­try­ka, by cię tam natych­miast zabra­li”)14, w któ­rym się „lądu­je” („wylą­do­wa­ła w szpi­ta­lu dla psy­chicz­nie cho­rych”)15, a prze­by­wa­ją­ca tam mat­ka wyda[je] się „nie mniej sza­lo­na od innych”16. Choć kobie­ta przez całe życie leczy­ła się psy­chia­trycz­nie (a w depre­sji pró­bo­wa­ła popeł­nić samo­bój­stwo), cór­ka poda­je w wąt­pli­wość dia­gno­zę, a nawet same obja­wy:

Ta cho­ro­ba nigdy nie mia­ła imie­nia, choć jej nazwy zmie­nia­ły się zgod­nie z panu­ją­cą nomen­kla­tu­rą i two­imi odmien­ny­mi sta­na­mi świa­do­mo­ści, w któ­re wie­rzy­li psy­chia­trzy17.

I wresz­cie tak pisze Mizie­liń­ska o cho­ro­bie afek­tyw­nej dwu­bie­gu­no­wej, zwra­ca­jąc się do cho­ru­ją­cej mat­ki: „Czy nie mogła­byś jej na chwi­lę wyłą­czyć i pozwo­lić mi poczuć, jak to jest obco­wać z tobą?”18; suge­ru­je przy tym (oczy­wi­ście zapew­ne nie­świa­do­mie), że nad cho­ro­bą psy­chicz­ną da się zapa­no­wać siłą woli. W innych kon­tek­stach Mizie­liń­ska też nie­szcze­gól­nie przej­mu­je się sło­wa­mi: mat­ka „urzą­dza histe­rię”19, „łapie delir­kę”20. O raku mówi się tu w kate­go­riach „wyro­ku”21, poja­wia się rów­nież, w odnie­sie­niu do bycia oso­bą zależ­ną, sło­wo „warzy­wo” („któ­re odda­my do przy­tuł­ku”)22. Sło­wa te nicze­mu w nar­ra­cji nie słu­żą, bo nie­chęć do mat­ki i tak pozo­sta­ła­by czy­tel­na, nawet gdy­by autor­ka zre­zy­gno­wa­ła z takich okre­śleń, jak „psy­cho­tro­py” i „psy­chia­try­ki” – chy­ba że celem jest tu poka­za­nie wła­dzy, któ­ra nie­ro­ze­rwal­nie wią­że się ze stig­mą. Moż­na by powie­dzieć, że pry­wat­ny język refe­ru­je oso­bi­ste doświad­cze­nia, ale prze­cież cho­dzi tu o coś wię­cej: ana­chro­nicz­ność języ­ka mówie­nia o cho­ro­bie psy­chicz­nej kon­ser­wu­je nega­tyw­ne ste­reo­ty­py. I trud­no zrzu­cić winę na wydaw­cę, ponie­waż wie­dza o roli języ­ka w spo­łecz­nym kon­stru­owa­niu rze­czy­wi­sto­ści z pew­no­ścią jest nie­ob­ca autor­ce Księ­gi umar­łych. Bez wąt­pie­nia Mizie­liń­ska ma też świa­do­mość, że styg­ma­ty­za­cja i dys­kry­mi­na­cja osób cho­ru­ją­cych psy­chicz­nie jest w Pol­sce ogrom­nym pro­ble­mem spo­łecz­nym. W tym kon­tek­ście uży­wa­nie tak sil­nie nace­cho­wa­nych, pięt­nu­ją­cych słów w tek­ście z nur­tu lite­ra­tu­ry fak­tu (napi­sa­nym przez aka­de­micz­kę) budzi wąt­pli­wo­ści etycz­ne.

O ile pod wzglę­dem przed­sta­wie­nia umie­ra­nia i żało­by książ­ka Mizie­liń­skiej jest wtór­na, a dzię­ki wąt­ko­wi opie­ki – jed­nak (par­tia­mi) war­ta uwa­gi, choć nie­li­te­rac­ka, o tyle język mówie­nia o cho­ro­bie psy­chicz­nej spra­wia, że jest po pro­stu szko­dli­wa. Jed­no­cze­śnie Księ­ga umar­łych sta­no­wi przy­kład obser­wo­wa­nej na prze­strze­ni ostat­nich lat ten­den­cji roz­wo­jo­wej lite­ra­tu­ry fak­tu, a w zasa­dzie ilu­stru­je punkt szczy­to­wy owej ten­den­cji. Refe­ro­wa­nie histo­rii rodzi­ny przez pry­zmat śmier­ci i cho­rób jest tu opo­wia­da­niem o sobie, w któ­rym do gło­su docho­dzi wyłącz­nie to, co pry­wat­ne. Jest wyrzu­ca­niem z sie­bie oso­bi­stych doświad­czeń, któ­re na koniec pozo­sta­wia skon­ster­no­wa­ną czy­tel­nicz­kę z pyta­niem: po co wła­ści­wie to wszyst­ko prze­czy­ta­łam?

 

Pierw­sza część tytu­łu oraz śród­ty­tu­ły to cyta­ty zaczerp­nię­te z „Księ­gi umar­łych” Joan­ny Mizie­liń­skiej.

 

1 J. Mizie­liń­ska, Księ­ga umar­łych, War­sza­wa: Ago­ra, 2025, s. 106.

2 Tam­że, s. 42.

3 Tam­że, s. 208.

4 Tam­że, s. 205.

5 Tam­że, s. 127.

6 Tam­że.

7 Tam­że, s. 129.

8 Tam­że, s. 243.

9 Tam­że, s. 215.

10 Tam­że, s. 218.

11 Tam­że, s. 209.

12 Tam­że, s. 190.

13 Tam­że, s. 220.

14 Tam­że, s. 217.

15 Tam­że, s. 252.

16 Tam­że, s. 220.

17 Tam­że, s. 218.

18 Tam­że, s. 212.

19 Tam­że, s. 90.

20 Tam­że, s. 218.

21 Tam­że, s. 230.

22 Tam­że, s. 205.

Barbara Woźniak, fot. ze zbiorów autorki

– prozaiczka, socjolożka i gerontolożka, adiunkta na Uniwersytecie Jagiellońskim.

więcej →

Fallback Avatar

Pisarka, kulturoznawczyni.

więcej →

Powiązane teksty

26.04.2026
Recenzje

„Hjem”, czyli o dającej nadzieję współegzystencji ludzi i nieludzi na Północy

Tytułowe słowo „hjem” w języku norweskim oznacza dom rozumiany jako siedlisko czy przystań. Wybór tytułu można uznać za trafny, bo książka przywodzi na myśl pamiętnik z miejsca, które zarówno dla autorki, jak i obserwowanych przez nią postaci (ludzi i nieludzi) rzeczywiście oznacza coś więcej niż adres – o książce Ilony Wiśniewskiej pisze Dagmara Tomczyk.