Debiutancki zbiór wierszy Bartosza Dłubały powstał jako pokłosie konkursu Wydawnictwa Kwadratura. Jury na podstawie próbki tekstów przyznało poecie pierwsze miejsce i zdecydowało, że to jego koncept zostanie zrealizowany w tomie. Trudno się dziwić takiemu werdyktowi. Żeby dawały schron to propozycja spójna pod względem artystycznym, gęsta znaczeniowo, wyrazista, a jednocześnie minimalistyczna w formie – doskonale wpisuje się również w trend odkrywania historii peryferii, wsi, odchodzenia od centrum. Autor eksploruje granicę między dziecięcymi doświadczeniami a wspomnieniem tamtego czasu, badając jednocześnie możliwość zrekonstruowania świata we fragmentach, urywkach, migawkach. Tom staje się zatem nie tylko sposobem pamiętania o dzieciństwie spędzonym w małym mieście, lecz także środkiem kreowania owego małomiasteczkowego dzieciństwa – i dopiero zapośredniczenie tej kreacji w języku pozwala na jej częściowe zrozumienie.
Podmiot przywołuje dziecięce historie z barwnymi szczegółami, opisuje zapachy, kolory, a jednocześnie jest niezwykle świadomy własnego błędu poznawczego: nie przekonuje, że mówi o realnych wydarzeniach, nie jest zainteresowany reportażową sprawozdawczością, a raczej poddaje się naturalnej chęci wypełniania luk w pamięci. Daleko mu jednak do konfabulacji – choć opisywany świat zdaje się niemalże namacalny, tak naprawdę składa się z redundancji i naddatku znaczeniowego, gwarantujących spójność obrazów. Działają one na zasadzie asocjacji, a ich kompozycja wskazuje na biegłość autora w zakresie operowania formą; w przekonujący sposób wykorzystuje on bowiem techniki montażowe (cięcie, zestawienie, kadrowanie) i filmowe (gwałtowną zmianę obrazu, wyostrzenia, przebitki) do stworzenia przestrzeni dla dziecięcej percepcji świata oraz intensyfikacji opisywanych doświadczeń bez konieczności budowania narracji. Dzieciństwo to w tomie okres inicjacji w świat pełen przemocy i brutalności, a rozumienie tych realiów jest ograniczane przez perspektywę chłopca. Na próżno szukać w żeby dawały schron prób racjonalizacji czy interpretacji skażonej przez optykę dorosłego człowieka – to właśnie w surowej, nieprzetworzonej materialności wspomnień tkwi największy potencjał tomu.
Cielesność, materialność, które stanowią główną oś kompozycyjną publikacji, objawiają się już w otwierającym wierszu:
matkę rozpoznaje się po sutkach
główka przy ciele pracuje
ma szwy ponitkowana skóra
drapie linie papilarne będzie to samo
zwierzę w środku nocy budzi wyje
co drugi pies przy budzie
co trzeci kot bez łba1.
Człowiek zostaje porównany do zwierzęcia, a rodzinne więzi – sprowadzone do sfery biologii, natury. Figura matki jest symboliczna nie tylko na poziomie wiersza, lecz także całej książki, bowiem stanowi pierwsze schronienie: w tym przypadku jednak jej funkcja ogranicza się do zaspokojenia potrzeb fizjologicznych potomstwa. Autor decyduje się na zestawienie obrazu matki i dziecka z wizją przywiązanych do budy psów i zmasakrowanych ciał kotów; tym samym buduje atmosferę niepokoju, kodując przemoc w otaczającym podmiot świecie już na poziomie elementarnym. Głęboka relacja zostaje tu zastąpiona naturalistycznym cielesnym połączeniem organizmów, objawiającym się wyłącznie w ich cechach fizycznych.
Ciało matki lub jego brak to powracający motyw tomu – już w kolejnym tekście jej nieobecność staje się źródłem dziecięcej traumy: „mama mówiła że idzie się powiesić / jak schnąca bielizna na sznurku”2. Świat dorosłych zostaje zniekształcony przez dziecięce ograniczenia percepcji i rozumienia, a także mechanizmy pamięci. Owe ograniczenia pogłębiają również poczucie zagubienia i strachu, którego doświadcza podmiot. Nie czuje się on bezpiecznie, zostaje pozbawiony schronienia, a otaczająca go rzeczywistość jest przesiąknięta przemocą, rozpadem. Niebezpieczeństwo czai się jednak w codzienności, w ledwo zauważalnych detalach – wślizguje się do pozornie zwyczajnego obrazu dzieciństwa spędzanego w małym miasteczku. Koty bez łbów, topione psy, ciągnięte za uszy zające, kwiczące w chlewie świnie nie są jedynie rekwizytami świata przedstawionego, ale przede wszystkim elementem wspólnego porządku biologicznego. Podmiotowi bliżej do topionego szczeniaka czy zarzynanego prosięcia niż do beztroskiego dziecka dorastającego na sielskiej wsi: zezwierzęcenie podkreśla się tu do tego stopnia, że nawet instytucje socjalizujące, kojarzące się z porządkiem i kulturą, zostają przejęte przez brutalną, bezlitosną biologię:
[…] wściekle wymalowane siusiaki na ścianach szkoły
tworzą mozaikę brakuje pizd
na tyłach budynku rozetnij kolano to będzie na granicy płotu
do domu biegnij przez ślady gruzu
nie zobaczysz dziurawej drogi prowadzącej do matki
jej nie ma podobnie jak ścieżek którymi można uciekać
ich nie ma podobnie jak gąsienicującej krwi3.
Edukacja, infrastruktura, gospodarka przestrzenna nie istnieją w świecie wykreowanym przez Dłubałę – stają się jedynie pustymi określeniami, a miejsca po nich okazują się dawno przejęte przez naturę. Nie tylko podkreślają kruchość i bezradność ciała, lecz także demaskują ułudę bezpieczeństwa, spokoju, opieki: szkoła to miejsce pełne przemocy, po budynkach zostają wyłącznie gruzy, drogi są dziurawe i prowadzą donikąd, a w domu brakuje matki. Przemoc dziecięcego świata podmiotu nie jest jednak krzykliwa i alarmująca, dlatego tak łatwo ją przegapić – prześlizguje się ona do rzeczywistości poprzez migawki obrazów, pojedyncze słowa, poczucie odosobnienia. Można odnieść wrażenie, że już sam akt kreowania przestrzeni jest wadliwy, zdaje się predestynowany do rozpadu, rozszczelnienia („szyje pęknięcie linii w kroku / haczy strzępy igłą wypełnia przepaść”)4. Nawet relacje rodzinne są w żeby dawały schron raczej strzępkowe; dotyczy to wspomnianej już matki, nieobecnego ojca („czy wy ojca nie macie że się boicie wielkiej wody”)5, a także babci i dziadków, którzy sprawiają wrażenie statystów, elementów wyposażenia świata („produkty w fabryce babcia na wersalce”6, „nasze babcie pełzały po podłogach aby zmiatać / brud z roboczych butów dziadka”7).
W czasie lektury tomu czytelnik szybko orientuje się, że absolutnie nic ani nikt nie może zapewnić podmiotowi schronienia, dlatego tytuł książki jest w tym kontekście jedynie życzeniem, swoistą modlitwą. Co szczególnie interesujące, Dłubała wyklucza, że źródłem ukojenia mógłby być którykolwiek z elementów świata przedstawionego – ten ostatni jest bowiem bezlitośnie mechanicystyczny i materialistyczny. Składa się z elementów materii ożywionej oraz nieożywionej, które zachowują się w przewidywalny sposób, tworząc substancję chłodnej rzeczywistości: metalu, drewna, skóry, krwi, mięsa, ziemi. Nawet skrajne doświadczenia są pozbawiane ludzkiego wymiaru, wpisują się w beznamiętną, sprawozdawczą narrację: „[…] ma mu się na zdechnięcie”8, „zaboli jak skurwysyn pozbywanie się wścieklizny / stąd te sidła wokół byleby nie pokiełbasiło nóg”9. Myśl o bezpieczeństwie czy ukojeniu jest dla podmiotu jak „trujak w głowie”10, a więc uznaje się ją za niebezpieczną, toksyczną, budzącą strach. Wyobrażenie sobie bezpieczniejszego świata jest niemożliwe, gdy bohatera wierszy otaczają opuszczone blokowiska, zabite zwierzęta, a wszystkie relacje oparte są wyłącznie na biologicznych połączeniach:
mówią że zachowuje się jak gówniarz
nie chce jeść tabletek i często sika
mówią że leje na wieś przez to nie rośnie jak powinno
uśmierca bloki pozbawione miasta które ktoś wzniósł
żeby funkcjonowały dawały schron11.
Materiały, z których podmiot próbuje zbudować swoje schronienie, to gruzy, pustostany, pozrywane kable, wióry i grudy ziemi – ich nadrzędną cechą jest resztkowy charakter, są one raczej wspomnieniem lepszych czasów, świadkiem zniszczenia, a nie budulcem. Bezpiecznego miejsca nie ma, ponieważ żadne miejsce nie istnieje – to brak (drogi, prądu, mostu i ludzi) przesądza o obrazie świata, w którym funkcjonuje podmiot: „gdzieś jest burzony obiekt grożący miażdżeniem ludzi / nie zostanie zbudowany most”12, „wszystko wykarczować skrócić przez opad / spodziewać się pierdolnięcia takiego że szyby bęc”13, „podciąganie prądu to się robi na własność jak mówią / za własny kredyt spłatę zobowiązań”14.
Dłubale udało się wypracować własny idiom – gęsty, materialny, wypełniony detalami, a jednocześnie minimalistyczny pod względem formy. Podejmowane przez podmiot żeby dawały schron próby rekonstrukcji dziecięcych wspomnień, montowania ich z obrazów, zapachów i słów, nie służą oswojeniu czy racjonalizacji rzeczywistości. Z tych kadrów powstaje świat bez ochronnej narracji, niebezpieczny – pełen obcych ciał, przemocy, brudu. Debiutancki tom autora dowodzi, że schronienie jest tylko chwilowym złudzeniem. Reszta rozgrywa się w polu rażenia.
1 B. Dłubała, żeby dawały schron, Łódź: Wydawnictwo Kwadratura, 2025, s. 7.
2 Tamże, s. 8.
3 Tamże, s. 10.
4 Tamże, s. 19.
5 Tamże, s. 35.
6 Tamże, s. 16.
7 Tamże, s. 32.
8 Tamże, s. 21.
9 Tamże, s. 12.
10 Tamże, s. 29.
11 Tamże, s. 26.
12 Tamże, s. 30.
13 Tamże, s. 31.
14 Tamże, s. 38.
