Irytująca potrzeba tworzenia

Koma­ry to naj­now­szy tom wier­szy Kami­la Kawal­ca – wro­cław­skie­go poety, ani­ma­to­ra, a tak­że muzy­ka oraz sta­łe­go bywal­ca sla­mów poetyc­kich, co nie pozo­sta­je bez zna­cze­nia dla lek­ko­ści i muzy­kal­no­ści książ­ki. Już pobież­ny ogląd publi­ka­cji napro­wa­dza czy­tel­ni­ka na trop autor­skie­go kon­cep­tu: okład­ka, tytuł, spis tre­ści i zasto­so­wa­ne roz­wią­za­nia typo­gra­ficz­ne odpo­wia­da­ją Kawal­co­wej wizji poezji, kon­se­kwent­nie reali­zo­wa­nej przez twór­cę w jego kolej­nych wier­szach. Sam pomysł sta­je się deter­mi­nan­tą kom­po­zy­cyj­ną wszyst­kich utwo­rów, a być może całe­go koma­ro­we­go uni­wer­sum, któ­re­go regu­ły pod­po­rząd­ko­wa­ne są cyklo­wi życia iry­tu­ją­cych owa­dów. W ramach tego poetyc­kie­go wszech­świa­ta rze­czy nie tyl­ko się wyda­rza­ją (zgod­nie z zamie­rze­nia­mi pod­mio­tu lub wbrew nim), lecz tak­że w pew­nym sen­sie ist­nie­ją poten­cjal­nie, jak choć­by ocze­ki­wa­nia czy­tel­ni­ka sygna­li­zo­wa­ne na pierw­szej stro­nie tomu.

„Żąda­nie fla­ków” w dosko­na­ły spo­sób zako­twi­cza w sobie róż­no­rod­ne postu­la­ty doty­czą­ce domnie­ma­nych zadań poezji, wyobra­żeń czy­tel­ni­czych, ście­żek inter­pre­ta­cyj­nych czy nawet sądów na temat natu­ry czło­wie­ka (i nie-czło­wie­ka). Fla­ki to wnę­trze, śro­dek, nie­do­stęp­ny i tajem­ni­czy ele­ment, uzna­wa­ny za istot­ny, wyma­ga­ją­cy ochro­ny ze wzglę­du na swo­ją deli­kat­ność i nie­zbęd­ną funk­cję w orga­ni­zmie. Intry­gu­ją czy­tel­ni­ka, ponie­waż na co dzień są ukry­te i abiek­tal­ne. Ich odpy­cha­ją­cy cha­rak­ter łączy się tak­że z dąże­niem czło­wie­ka do destruk­cji, z pocią­giem ku prze­mo­cy, satys­fak­cją odczu­wa­ną pod­czas nisz­cze­nia, dekon­stru­owa­nia – w tym rozu­mie­niu fla­ki sta­ją się sym­bo­lem pier­wot­nych impul­sów zwią­za­nych z fizycz­nym roz­ła­do­wa­niem nega­tyw­nych emo­cji. Ostat­nie wer­sy suge­ru­ją jed­nak, jesz­cze jeden spo­sób odczy­ta­nia tej meta­fo­ry: „Doma­ga­my się fla­ków, \ któ­re mogą wszyst­ko wyja­śnić” – to nic inne­go jak żąda­nie kon­kre­tów, apel o opi­sa­nie clue, o nada­nie sen­su – sło­wom, poezji, świa­tu. Reali­zo­wa­ny w tomie kon­cept pole­ga zatem nie tyl­ko na poka­zy­wa­niu tego, co ukry­te, na wyci­sza­niu gło­su daimo­nio­na, lecz przede wszyst­kim na roz­pacz­li­wym poszu­ki­wa­niu zna­cze­nia.

Czy­tel­nik zosta­je w pewien spo­sób zapro­gra­mo­wa­ny przez auto­ra do tro­pie­nia sen­sów w każ­dym roz­wią­za­niu edy­tor­skim, w każ­dym sło­wie, tytu­le czy ukła­dzie wier­szy. Choć Kawa­lec jest świa­do­my ocze­ki­wań odbior­ców („wszyst­ko wyja­śnić”), swo­bod­nie reagu­je na pre­sję tłu­ma­cze­nia świa­ta i doszu­ki­wa­nia się w nim zna­cze­nia, wyko­rzy­stu­jąc ją jako kolej­ną pozę do ogra­nia. W całym tomie daw­ko­wa­ne są zatem infor­ma­cje pozwa­la­ją­ce roz­szy­fro­wać poetyc­ki prze­kaz – autor dosko­na­le budu­je napię­cie zna­cze­nio­we, by potem roz­ła­do­wać je w mało satys­fak­cjo­nu­ją­cy dla odbior­cy spo­sób, de fac­to nicze­go nie wyja­śnia­jąc. Łatwo dojść do wnio­sku, że w toku lek­tu­ry zbio­ru poziom iry­ta­cji inter­pre­ta­to­ra wzra­sta – co zresz­tą zapo­wia­da już sam spis tre­ści. Kurz, Katar i Koma­ry to trzy draż­nią­ce zja­wi­ska na „k”, któ­re dzie­lą tę poezję rów­nie draż­nią­co i arbi­tral­nie: moż­na odnieść wra­że­nie, że tek­sty są tu poroz­rzu­ca­ne niczym owa­dy zeska­no­wa­ne na kolej­nej stro­nie. Stwo­rze­nia te łączą się więc z samym aktem pisa­nia, co zosta­ło przez Kawal­ca zasy­gna­li­zo­wa­ne już w otwie­ra­ją­cym tom wier­szu:

Zawsze po dniu naj­głęb­sze­go przy­gnę­bie­nia,
gdy dopa­da mnie kleszcz,
gdy prze­bi­ja pierw­szą war­stwę skó­ry leni­wej,
gdy prze­bi­ja dru­gą war­stwę skó­ry spra­co­wa­nej,
gdy prze­bi­ja się do skó­ry wła­ści­wej,
gdy uda­je mi się napi­sać choć­by linij­kę,
któ­rą nie­ko­niecz­nie mam ocho­tę.

Potrze­ba two­rze­nia zda­je się dla pod­mio­tu iry­tu­ją­ca niczym owad wbi­ja­ją­cy się w skó­rę – odbie­ra poecie kom­fort, nie­ustan­nie o sobie przy­po­mi­na, zakłó­ca spo­koj­nie nic­nie­ro­bie­nie. Aby pisać, trze­ba mieć zdol­ność do samo­kry­ty­cy­zmu, zgod­nie ze zna­nym stwier­dze­niem, że „pisa­nie to wykre­śla­nie”. To od wykre­śla­nia zaczy­na się wiersz – tytuł utwo­ru jest jed­no­cze­śnie jego puen­tą. Myśl, że pod­miot celo­wo wypro­wa­dza czy­tel­ni­ka na manow­ce, igno­ru­jąc jego potrze­bę doszu­ki­wa­nia się we wszyst­kim sen­su, zosta­je roz­wi­nię­ta w wier­szu Widzia­łem. Wymy­ślo­ny cytat real­nie ist­nie­ją­ce­go, nagra­dza­ne­go poety, uzna­wa­ne­go przez nie­któ­rych za auto­ry­tet, suge­ru­je, że w meta­fo­rze pomi­do­rów „musi być coś wię­cej”. To spryt­ny spo­sób na unik­nię­cie koniecz­no­ści zaspo­ka­ja­nia ocze­ki­wań czy­tel­ni­ków, na zrzu­ce­nie z sie­bie pre­sji, bo jak pręd­ko się oka­zu­je – pomi­dor­ki są po pro­stu pomi­dor­ka­mi; powra­ca­ją wie­lo­krot­nie w tomie jako symu­la­krum zna­cze­nia.

Mówi o nich tur­kuć pod­ja­dek w prze­bra­niu pro­ro­ka, sta­ją się one meta­fo­rą rela­cji mię­dzy­ludz­kich i nie­po­ha­mo­wa­nej żądzy, sub­sty­tu­tem idei czy w koń­cu zwia­stu­nem śmier­ci i roz­pa­du. Pod­miot jed­nak z pobła­ża­niem trak­tu­je pro­jek­to­wa­ne roz­cza­ro­wa­nie czy­tel­ni­ka, wska­zu­jąc, że to ludz­ka rzecz – dążyć do nada­wa­nia sen­su zda­rze­niom i zja­wi­skom: „Jestem czło­wie­kiem, / mam pal­ce i pcham je wszę­dzie, gdzie się da […] Jestem czło­wie­kiem, ale czy jestem ludz­ki? / Mam pal­ce czy zwy­czaj­nie pcham je wszę­dzie, gdzie się da?”. Aktyw­ność, dzia­ła­nie, two­rze­nie zda­ją się poję­cia­mi wią­żą­cy­mi wszyst­kie tro­py zosta­wia­ne przez pod­miot – choć wpro­wa­dza­ją cha­os, ruch, uwie­ra­ją, kłu­ją i iry­tu­ją niczym komar, są wyznacz­ni­ka­mi czło­wie­czeń­stwa. Nie­wy­go­da wyni­ka­ją­ca z tej świa­do­mo­ści jest zako­twi­czo­na rów­nież w języ­ku, któ­ry kreu­je rze­czy­wi­stość pozba­wio­ną kom­for­tu – Język, myślę, że stra­cił tę funk­cję: „Oso­bi­ście wzru­sza mnie to w chuj”. Real­ny dys­kom­fort ist­nie­nia oraz two­rze­nia zosta­je skon­fron­to­wa­ny z baj­ką, w któ­rej

Są ludzie, po któ­rych widać, że wie­rzą.
Są ludzie, co podró­żu­ją zwró­ce­ni ple­ca­mi w kie­run­ku jaz­dy.
Są ludzie, któ­rzy bez pro­ble­mu zasną w ope­rze.
Są ludzie, któ­rzy są jak nie-ludzie.

To wyso­ki kom­fort.

Pod­miot prze­ko­nu­je, że „pcha­nie rąk”, a więc two­rze­nie, podej­mo­wa­nie ini­cja­ty­wy, aktyw­ność – wszyst­ko to odbie­ra jed­no­st­ce spo­kój, ale rów­no­cze­śnie wyzna­cza gra­ni­ce czło­wie­czeń­stwa: ci, któ­rzy odczu­wa­ją kom­fort, są jak „nie-ludzie”. Kom­pli­ko­wa­nie komu­ni­ka­tów języ­ko­wych odbie­ra­nych i prze­ka­zy­wa­nych przez oso­bę mówią­cą w wier­szach jest aktem odwa­gi zwią­za­nej z aktyw­ną posta­wą wobec świa­ta. Pod­miot, choć nara­żo­ny na obśmia­nie, nie­zro­zu­mie­nie, świa­do­my zakłó­ceń w odbio­rze (Audio­de­skryp­cja: „ja ją teraz mylę”), pró­bu­je rzu­cić świa­tło na te miej­sca, w któ­rych sło­wa łączą się w spo­sób pozwa­la­ją­cy na zbu­do­wa­nie mię­dzy nimi napię­cia zna­cze­nio­we­go. Mecha­nizm ten obej­mu­je nie tyl­ko poszcze­gól­ne wier­sze, lecz tak­że cały tom, zawie­ra­ją­cy takie frag­men­ty, jak: „Nikt nie chce mieć na bal­ko­nie tur­ku­cia pod­jad­ka w prze­bra­niu, / któ­ry na wstę­pie mówi, że nie jest tur­ku­ciem pod­jad­kiem, / czym od razu zdra­dza to, że jest pod­jad­kiem”, „Każ­dy chciał­by mieć na bal­ko­nie fru­cza­ka gołąb­ka, / któ­ry mówi, że jest koma­rem, / przy czym od razu widać, że jest fru­cza­kiem”, „[…] zapa­lo­na wesz, / co się prze­bra­ła za koma­ra, pró­bu­jąc wpro­sić się pod koł­der­kę”, „Nie lubię, jak przy­cho­dzi do mnie komar pod prze­bra­niem / i mówi, że jest tur­ku­ciem pod­jad­kiem z ogród­ka, / a prze­cież od razu moż­na po nim poznać, / że przy­szedł wyjeść mi pul­pę”.

Zakła­da­nie prze­bra­nia, uda­wa­nie, pod­szy­wa­nie się pod kogoś lub pod coś sta­ją się deter­mi­nan­tą świa­ta Koma­rów; kie­dy żad­ne sło­wo, żad­na postać, żaden język nie są tym, za co się je uwa­ża, nie może być mowy o kom­for­cie rozu­mie­nia. Przy­zna­nie się do wytwa­rza­nia akcy­den­tal­nych połą­czeń mię­dzy wyra­za­mi, nie­od­sy­ła­ją­cych do skom­pli­ko­wa­nych sym­bo­li czy meta­fo­rycz­nych kon­tek­stów, skut­ku­je swe­go rodza­ju ulgą („Faj­nie było nauczyć się gry na gita­rze. / Więc teraz spo­koj­nie mogę na niej nie grać”), swo­bo­dą twór­czą. Łatwo wska­zać w tomie frag­men­ty świad­czą­ce o tym, że satys­fak­cję przy­no­si pod­mio­to­wi samo brzmie­nie słów, jak choć­by w wier­szu Zapro­sze­nie na przy­ję­cie, w któ­rym „Pava­rot­ti i Bra­idot­ti przy­cho­dzą do klesz­czy­cy Kasi”. Nazwi­ska sław­ne­go śpie­wa­ka ope­ro­we­go oraz uzna­nej filo­zof­ki i femi­nist­ki nie łączą się na pozio­mie zna­cze­nio­wym, lecz fone­tycz­nym. Wtó­ru­ją temu „klesz­czy­ca Kasia” i „soł­tys Sto­no­ga”.

Podo­bień­stwo na pozio­mie brzmie­nia, a nie sen­su, jest jed­nak naj­ja­skraw­sze w feno­me­nal­nym wier­szu Nóż w maśle, sta­no­wią­cym pastisz tek­stu Sta­ni­sła­wa Barań­cza­ka Jeże­li por­ce­la­na, to wyłącz­nie taka. Już w pierw­szym wer­sie uwi­dacz­nia się pole­micz­ny sto­su­nek pod­mio­tu do filo­zo­ficz­ne­go wnio­sku, że wszyst­ko prze­mi­ja, pły­ną­ce­go z wier­sza Barań­cza­ka – tutaj „Jeśli parów­ki, to tyl­ko z ket­chu­pem; […] Jeśli purée, to tyl­ko z ziem­nia­ka”. Akt ten nie jest jed­nak pró­bą dewa­lu­acji ory­gi­nal­ne­go tek­stu, a raczej waria­cją na temat „wykre­śla­nia”, prak­ty­ko­wa­ne­go przez pod­miot Koma­rów. To spo­sób na stwier­dze­nie, że „wszyst­ko już było”, a iry­tu­ją­ca potrze­ba two­rze­nia cze­goś nowe­go koń­czy się wła­śnie usu­wa­niem, skre­śla­niem. Roz­draż­nie­nie wyni­ka­ją­ce z tego para­dok­su twór­cze­go osią­ga punkt kul­mi­na­cyj­ny w wier­szu Myję naczy­nia i dzię­ku­ję za popraw­ki. Pod­miot porów­nu­je tu pod­da­wa­nie oce­nie i redak­cji wła­snych wier­szy do grze­ba­nia w oku czy sier­ści (bo sta­je się on już pod­mio­tem zde­hu­ma­ni­zo­wa­nym), zaś wąt­pli­wą przy­jem­ność wyni­ka­ją­cą z takie­go obna­ża­nia się – do koniecz­no­ści mycia naczyń. W ten spo­sób przy­zna­je wprost, że fla­ków, któ­rych czy­tel­nik ocze­ki­wał, nigdy nie będzie. Teza ta znaj­du­je potwier­dze­nie w bez­po­śred­nim zwro­cie do adre­sa­ta, czy­li wier­szu Ty, skła­da­ją­cym się nie­mal z samych oko­licz­ni­ków. Poza jed­nym wyjąt­kiem („chy­ba że patrzysz”) nie znaj­dzie­my w nim żad­nych orze­czeń, któ­re zwy­kle sta­no­wią cen­tral­ny, naj­waż­niej­szy ele­ment każ­de­go zda­nia.

Czy­tel­nik w Koma­rach jest zatem bom­bar­do­wa­ny iry­tu­ją­cy­mi sytu­acja­mi komu­ni­ka­cyj­ny­mi, w któ­rych domi­nu­ją nie­do­po­wie­dze­nia, pułap­ki zna­cze­nio­we, ury­wa­ne sen­sy. Roz­draż­nie­nie odbior­cy nara­sta w toku lek­tu­ry kolej­nych tek­stów, by osta­tecz­nie zostać abso­lut­nie zneu­tra­li­zo­wa­ne, prze­ina­czo­ne w zamy­ka­ją­cym tom wier­szu Bill Gates wypu­ścił koma­ry w audy­to­rium. Oka­zu­je się, że iry­ta­cja to prze­jaw naj­wyż­sze­go kom­for­tu – tyl­ko uprzy­wi­le­jo­wa­ni mogą bowiem być roz­ju­sze­ni z tak bła­hych powo­dów:

Mala­ria jest oczy­wi­ście prze­no­szo­na przez koma­ry.
Przy­nio­słem ich tro­chę (powie­dział Gates),
pozwo­lę im latać po audy­to­rium,
żeby­ście mogli doświad­czyć, jak to jest.

Nie ma powo­du,
dla któ­re­go tyl­ko bied­ni mie­li­by mieć takie doświad­cze­nie.

Ci, któ­rzy mają mniej szczę­ścia, mogą zapaść na śmier­tel­ną cho­ro­bę. I o tym niech przy­po­mi­na brzę­cze­nie każ­de­go koma­ra.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

15.11.2025 Rozmowy

O rzeczywistości odbitej w języku

Zacząłem intensywnie wietrzyć wszystkie możliwe pokoje. Przedpokoje. Kuchnie. Mogło być też tak, że po prostu poszedłem do pracy, skończyłem tę całą zabawę w akademię i to sporo zweryfikowało – o swojej twórczości i najnowszym tomie poetyckim 5 mówi Szymon Bira w rozmowie z Kamilem Kawalcem.

16.05.2026 Recenzje

W polu rażenia

Podmiot przywołuje dziecięce historie z barwnymi szczegółami, opisuje zapachy, kolory, a jednocześnie jest niezwykle świadomy własnego błędu poznawczego: nie jest zainteresowany reportażową sprawozdawczością, a raczej poddaje się naturalnej chęci wypełniania luk w pamięci – o debiutanckim tomie wierszy Bartosza Dłubały pisze Karolina Górnicka.

31.03.2026 Recenzje

Topografia nieobecności

Agata Puwalska próbuje podkreślić, że każde spojrzenie jest zdolne zmienić obiekt czy zjawisko, na którym się skupia. Poetka nie szuka jednak nowej możliwości poznania pozazmysłowego, ponieważ szybko orientuje się, że wszystkie interakcje ze światem obciążone są perspektywą podmiotową – o Alis Ubbo Agaty Puwalskiej pisze Karolina Górnicka.