Magda Huzarska-Szumiec: Jakie książki zabiera pani ze sobą na wakacje?
Kamilla Baar: Na wakacjach zawsze muszę mieć przy sobie książkę, która liczy wiele stron albo składa się z kilku tomów. Daje mi to poczucie, że będę mogła zanurzyć się w jakiejś historii na dłużej, prawie bez końca. Lubię przebywać z jednym autorem, powoli wchodzić w stworzony przez niego świat. Urlop daje mi szansę na to, że codzienne obowiązki nie wyrwą mnie z literackiej przestrzeni, w którą wchodzę. Tak było w przypadku Johna Steinbecka, którego na nowo przetłumaczone książki czytałam właśnie w tym czasie, czy Karla Ovego Knausgårda i jego Wilków z lasu wieczności, towarzyszących mi podczas ubiegłych wakacji.
To lektury, którym rzeczywiście trzeba poświęcić sporo czasu i uwagi.
Tak, ale odpoczynek temu sprzyja. Dlatego bardzo starannie wybieram książki na lato. Zwracam uwagę na styl, w jakim zostały napisane, i na to, czy mogą mnie zainspirować, zafascynować. Bo dobre książki wprowadzają mnie w stan podobny do zakochania. Może dlatego chcę z nimi przebywać jak najdłużej i tak trudno jest mi się z nimi rozstać. Tak było w przypadku Steinbecka, choć opisuje on przecież sytuacje, które są bolesne, przebija z nich niesprawiedliwość, z jaką ludzie traktują siebie nawzajem. Mimo to od pierwszego tomu miałam wrażenie, że obcuję z pisarzem, który jest dla mnie autorytetem i którego słowa przynoszą mi ukojenie.
Ponieważ Steinbeck nie zostawia mnie z okropnymi opisanymi przez siebie sytuacjami, tylko staje się moim przewodnikiem, który ostatecznie doprowadza mnie do odkrycia, co w tym wszystkim ma sens.
Rozumiem, że w tego typu lekturach szuka pani odpowiedzi na dręczące panią pytania.
Tak, lubię książki, które pokazują mi, jaką niezbadaną do końca historię może nosić w sobie człowiek. Na co dzień z ciekawością obserwuję ludzi, zarówno dzieci, jak i osoby będące u kresu życiowej drogi. W pierwszym przypadku zastanawiam się, z czym one się zmagają, w drugim – usiłuję dociec, co się zdarzyło w życiu tych ludzi, ile było w nim dobra, ile trudu. Lubię, gdy autor robi to samo, gdy wchodzi pod powierzchnię czegoś, co na zewnątrz wygląda jak realistyczny obrazek, a w środku kryje całe morze metafizyki.
Steinbecka czytała pani w nowych przekładach. Czy współczesne przekłady klasycznych lektur są dla pani ważne?
Tak, ponieważ tłumaczenia traktuję jak literacką alchemię. Świetnym tego przykładem jest pisarstwo Annie Ernaux. Na jakie wyżyny słowa trzeba się wznieść, by z tak niewielkiej liczby zdań zapisanych przez noblistkę wyciągnąć esencję jej prozy w języku innym niż oryginalny? Dzięki przekładom Magdaleny Budzińskiej, Krzysztofa Jarosza, Agaty Kozak jej twórczość wywołuje taki wstrząs, że aż trudno go opisać. Podobny efekt dają tłumaczenia książek Alberta Camusa, takich jak Obcy, Upadek, Wygnanie czy Królestwo, które ostatnio przełożyła Anna Wasilewska. Niedawno ukazał się też Mleczarz Anny Burns w mistrzowskim tłumaczeniu Agi Zano. Sprawiło ono, że zaczęłam marzyć o wyjeździe do Irlandii. Jak widać, książki mogą inspirować do podróży.
Czy to się już pani zdarzyło? Czy przeczytane lektury prowokowały panią do wyjazdów w nieznane miejsca?
Kiedy byłam dorastającą dziewczyną, ogromne wrażenie robiły na mnie wszystkie książki, których akcja toczyła się w Paryżu. Ukochałam sobie to miasto jako miejsce kwitnącej cyganerii, ale też rozwoju myśli i duchowości. Poznawałam je przez takich poetów, jak Arthur Rimbaud czy Paul Verlaine, ale też przez malarzy, którzy tam tworzyli. Z jednej strony interesowało mnie środowisko Gertrude Stein, a z drugiej – ludzi skupionych wokół rodzącego się impresjonizmu. Dochodziły do tego refleksje płynące z książek Ericha Marii Remarque’a, Anaïs Nin czy Henry’ego Millera. To były książki, które przeczytałam, zanim pojechałam do Paryża. A byłam tam po raz pierwszy w wieku dwudziestu lat. Miałam wówczas wrażenie, że jestem w środku tych książek. Biegałam z przejęciem po dzielnicach, które mi się z nimi kojarzyły. Byłam tak tym wszystkim zafascynowana, że nie mogłam spać.
A kiedy już udawało mi się zasnąć, to budziłam się o piątej rano i wychodziłam do miasta, żeby poczuć, jak ono żyje bez turystycznego zgiełku, jak płynie swoim własnym nurtem.
Paryż leży stosunkowo niedaleko od Polski. A czy przeczytane książki skłoniły panią również do dalszych podróży?
Tak było z Nowym Jorkiem, który najpierw poznawałam przez prozę Janusza Głowackiego, Jerzego Kosińskiego czy Paula Austera i Susan Sontag. Tak też było z Japonią. Zanim pojechałam do tego kraju, patrzyłam na niego oczami takich pisarzy, jak Yukio Mishima, Kōbō Abe, autor wspaniałej powieści Kobieta z wydm, a także Arthur Golden, który napisał Wyznania gejszy. Zachwyciła mnie ta opowieść o życiu kobiety od czasów jej dzieciństwa spędzonego na japońskiej prowincji aż do wyjazdu do Kioto, który był dla niej rodzajem awansu społecznego. Wielkie wrażenie w tamtym czasie wywarły też na mnie książki Harukiego Murakamiego. Każda z nich odsłaniała przede mną specyfikę Japonii. Dzięki lekturom łatwiej oswoiłam nieznane miejsca, które później zwiedzałam, takie jak targ rybny, dzielnice świątyń, dzielnice handlowe czy nawet linie metra. To wszystko sprawiło, że czułam się jak bohaterka tych powieści. Pomogła mi w tym jeszcze ważna dla mnie książka Joanny Bator Purezento. To piękna opowieść o Tokio – nie tym znanym ze zdjęć, lecz cichym, ukrywającym się przed gwarem. Na dodatek pisana w kocim rytmie.
Czy zdarzało się już pani podążać tropem bohaterów książek albo ich autorów?
Jeszcze nie, ale na pewno ciekawie byłoby wybrać się w podróż przez Europę śladami Ernesta Hemingwaya. Taka wyprawa do Włoch, Francji, Hiszpanii niosłaby pewnie ze sobą jakąś melancholię, wypływającą z wojennego smutku, o którym pisał autor.
W Nairobi miałam szansę być w hotelu, gdzie Hemingway podobno wymyślił słowo „safari”. Nawet jeżeli to tylko legenda, to pisarz przez pewien czas na pewno mieszkał w tym miejscu.
Hotele pamiętające wizyty pisarzy mają w sobie rzeczywiście coś niesamowitego. W Maroku mieszkałam w hotelu, gdzie powstała książka Pod osłoną nieba, którą napisał tam Paul Bowles, a potem Bernardo Bertolucci nakręcił na jej podstawie wspaniały film z Johnem Malkovichem i Debrą Winger. To niezwykłe, przepiękne miejsce w okolicach Tangeru, chętnie bym tam wróciła.
A czy zdarza się pani podczas wakacji wracać do lektur z dzieciństwa?
Dla mnie w dzieciństwie najważniejsze były baśnie, szczególnie braci Grimm i Andersena. Niekoniecznie wracam do nich podczas wakacji, ale czasami je sobie przypominam i wykorzystuję jako inspirację do roli, nad którą pracuję. Znajduję w nich archetypy granych przeze mnie postaci. Ale już bez żadnego powodu sięgam na przykład po Przygody Kubusia Puchatka czy Muminki, w których świecie lubię czasami się schować.
Okazało się niedawno, że takim powrotem do dzieciństwa jest także „Dadzieja” Anny Jadowskiej. Ta książka uświadomiła mi, jak wiele zapamiętałam z tamtych czasów.
A w jakich okolicznościach czyta pani książki na wakacjach?
Wakacje prawie zawsze spędzam w głuszy, w lesie, gdzie poza ptakami nic nie słychać, chyba że w jeziorze pluśnie ogonem jakaś ryba. W takiej dziczy książka towarzyszy mi od samego rana, od momentu, kiedy się obudzę. Najlepiej jest, gdy zdarzy się taka idealna sytuacja: świeci słońce, mam na głowie kapelusz, coś dobrego sobie podgryzam i czytam, czytam, czytam.
Czy na planach filmowych albo w teatralnej garderobie zdarza się pani sięgać po książkę?
Tak, książkę muszę mieć zawsze przy sobie. To jest nawyk, bez czegoś do czytania nie ruszam się z domu. Dziennie muszę przeczytać przynajmniej pięćdziesiąt stron, niezależnie od tego, czy są one w wersji papierowej czy elektronicznej.
Czytam wszędzie, gdzie się da, nie tylko w oczekiwaniu na zdjęcia czy rozpoczęcie próby, ale też w komunikacji miejskiej.
Jest taki typ ludzi, którzy czują się zaniepokojeni, kiedy nie mają książki na wyciągnięcie ręki.
Należę właśnie do takich osób.
A czy odczuwa pani potrzebę dzielenia się refleksją na temat przeczytanej książki z przyjaciółmi, z rodziną?
Bardzo lubię rozmawiać o książkach. A szczególnie lubię, kiedy jakaś bliska mi osoba jest pod wrażeniem tytułu, który właśnie przeczytałam i o którym nie mogę przestać myśleć.
Zauważyłam, że w mediach społecznościowych publikuje pani zdjęcia okładek przeczytanych książek. Obok znalazło się zdanie: „Kto czyta, żyje wielokrotnie”. Z liczby lektur, o których tu rozmawiałyśmy, wynika, że ma pani bardzo dużo żyć. Zwłaszcza jeśli liczyć życie każdej postaci, w którą wciela się pani w spektaklach opartych na ważnych tekstach literackich.
Na tym polega moje szczęście. Jako aktorka mogę obcować z życiem granych przeze mnie bohaterek. Daje mi to dużo nowych perspektyw, inspiracji, energii, ale też jest niesamowitą, piękną alternatywą dla mojego własnego życia.
Na koniec muszę zapytać, jakie tytuły trafią do pani walizki, kiedy wyruszy pani w tym roku na wakacyjną wyprawę.
Na pewno nie będzie to walizka, ale plecak, bo podróżuję w sposób minimalistyczny. W tym roku planuję włożyć do plecaka pierwszy tom W poszukiwaniu utraconego czasu – taki tytuł nosi powieść Marcela Prousta w nowym przekładzie Krystyny Rodowskiej. Zamierzam też sięgnąć po Gdy leżę, konając Williama Faulknera, książkę przetłumaczoną niedawno przez Jacka Dehnela. Plecak nie jest znowu taki mały, więc znajdzie się w nim miejsce także dla Łaskawych Jonathana Littella. Jak widać, będę miała sporo stron i fascynujących historii do poznania.