W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Pismo. Magazyn opinii”
Letnie wydanie specjalne magazynu „Pismo” przynosi teksty krążące – jak zapisuje redakcja – „wokół miłości”. Na przykład opowiadanie Palec boży Patrycji Pustkowiak. Jego bohaterką jest czterdziestoletnia kobieta po rozwodzie, która odczuwa coraz większą pustkę. W akcie desperacji niczym po ostatnią deskę ratunku sięga po popularną aplikację randkową. Wspominając także o poprzednich doświadczeniach swojej bohaterki związanych z portalem Tinder, Pustkowiak w ten sposób rozpoczyna swoją opowieść:
Gość, który dał mi superlajka, miał oczy drapieżnika. Okrutne, zimne i jakby już firmowo wpatrzone w ofiarę. Muszę przyznać, że im dłużej przyglądałam się jego zdjęciu, odnotowując swoje rosnące zainteresowanie, tym większej pewności nabywałam, że mój radar nastawiony na osoby o wątpliwej kondycji zdrowia psychicznego nadal dobrze działa. Jest jednak w ludziach coś, co działa z podobną mocą – to tendencja do samooszukiwania siebie. Wszędzie wypatrywałam znaków, że mój los, unieruchomiony pośrodku czegoś większego, przypominający łabędzia uwięzionego na skutym lodem jeziorze, czeka nagła odmiana. Odwilż, po której będę mogła na nowo rozpostrzeć skrzydła.
Dzięki portalowi bohaterka poznała programistę, który okazał się tak wylewny i otwarty, że dzielił się z nią najintymniejszymi historiami ze swojego życia, między innymi zdjęciem paskudnej egzemy na ręce. Ale to jeszcze nic przy niepozornie wyglądającym facecie, który podczas spotkania przysunął się do niej z telefonem i zaprezentował jej fotkę z olbrzymim skórzanym biczem. Zamierzał za jego pomocą uatrakcyjnić ich wspólny wieczór. Nic więc dziwnego, że bohaterka uciekła. Za to idealnym partnerem wydał się jej wspomniany na początku opowiadania mężczyzna, z zawodu psychiatra:
Doktor Czub – taką ksywkę nadałam mu w następstwie późniejszych wydarzeń – był bardzo przystojny. Wpatrywałam się w jego idealną twarz, której wyraz pozostawał niemal niezmienny, w zęby białe jak kamienie na dalekich plażach, w nie tylko istniejące, lecz także bujne włosy, no i te oczy… Element, który od razu mnie zaniepokoił. Błękitne, piękne, choć pozbawione wyrazu, jakby nie były jedynie zwykłymi ludzkimi oczami, a eksponatami w Muzeum Psychopatycznych Oczu.
Tego, jak przebiegał związek bohaterki z Doktorem Czubem, oczywiście nie zdradzimy. Najlepiej przeczytajcie o tym sami.
*
Pogoń za miłością jest także tematem Fermy miłości. Jak zakochać się w „Love is Blind” – eseju Karoliny Lewestam i Katarzyny Kazimierowskiej. Przyczynkiem do jego napisania stał się popularny na całym świecie program Love is Blind, którego polska wersja od pewnego czasu jest dostępna na Netfliksie. Poprzedniczką owego reality show w Polsce była Randka w ciemno, prowadzona przez Jacka Kawalca i Tomasza Kammela. W tym programie jedna osoba na podstawie pytań zadawanych ludziom ukrytym za kurtyną wybierała z potencjalnych kandydatów kogoś, z kim chciałaby iść na randkę. Autorki tekstu udowadniają, jak niewinna była to zabawa w porównaniu z programem, który teraz możemy oglądać. Nie jest to już zwykłe romantyczne randkowanie, ale pewien proces, w który inwestuje się duże pieniądze i który ma prowadzić do ekscytujących dla widzów sytuacji. Jak zapisują autorki:
[…] niech zakochani później, wraz z operatorem, wyjadą na wspólne wakacje, gdzie będą, ku uciesze widzów, wstydliwie przyznawać się, czy poszli ze sobą do łóżka i czy było fajnie. Potem niech dostaną telefony z powrotem i pomieszkają razem w specjalnie dla nich wynajętych apartamentach, niech pokłócą się przy nas, niech się zdradzą, niech na oczach kamer odrzuci ich potencjalna teściowa czy szwagier. Niech kupują suknie ślubne i garnitury, niech boją się coraz bardziej, bo przecież zbliża się ślub, a to nie jest próba, proszę państwa, to jest rzecz prawdziwa; prawo będzie traktować gołąbki z „LiB” jak każdą inna rozwodzącą się parę – w grę wchodzi podział majątku, czasami rozdzielenie ubezpieczeń zdrowotnych i cała masa innych trudności. Niech do ołtarza dobrną najwytrwalsi, a tam publiczność będzie w napięciu czekać, czy aby na pewno powiedzą sobie „tak”. W ten właśnie sposób hoduje się prawdziwą miłość.
Właśnie tego rodzaju „hodowaniem” miłości jest reality show. Według Karoliny Lewestam i Katarzyny Kazimierowskiej ten program wiele mówi o współczesnym społeczeństwie, i to w dodatku o rzeczach, o których nie zawsze chcielibyśmy usłyszeć.
„Herito”
Wydawany przez Międzynarodowe Centrum Kultury kwartalnik „Herito” tym razem w całości poświęcony jest Morawom, wciąż słabo znanemu i niedocenianemu regionowi Czech, choć aż siedem znajdujących się tu miejsc wpisano na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Powoli jednak zaczyna się to zmieniać, do czego przyczynią się na pewno zawarte w magazynie artykuły, składające się na swoisty bedeker, wskazujący najciekawsze zabytki, które warto odwiedzić.
Na początek wybrałyśmy się razem z historyczką sztuki Magdaleną Łanuszką do Znojma. Wielu z nas zapewne czasem przejeżdża przez tę miejscowość, przywołując w pamięci dość wątpliwej urody niegdysiejsze bezcłowe sklepy znajdujące się przy samej granicy Czech z Austrią. A przecież, jak informuje autorka tekstu Znojmo (nie tylko) średniowieczne, leżące na wzgórzu miasteczko ma bogate i wielowymiarowe dziedzictwo:
Romańska Rotunda Świętej Katarzyny jest jednym z najważniejszych zabytków miasta i unikatem w skali całej Europy Środkowej ze względu na zachowane wewnątrz malowidła. Na ich temat prowadzono wiele badań i aktualnie najczęściej przyjmuje się, że powstały one w latach trzydziestych XII wieku […]. Obrazy te są wyjątkowe także ze względu na ikonografię. […] [F]ragmenty absydy zawierały między innymi scenę Deesis: Chrystusa na majestacie otoczonego przez Matkę Boską i Jana Chrzciciela, czyli przedstawienie osadzone w tradycjach bizantyjskich. […] Przede wszystkim jednak wśród malowideł ze znojemskiej rotundy, poza scenami religijnymi, znajdują się przedstawienia władców, począwszy od postaci przy orce, czyli najprawdopodobniej legendarnego Przemysława Oracza, protoplasty dynastii Przemyślidów.
Magdalena Łanuszka zachęca także do odwiedzenia tutejszych budynków sakralnych, Kościoła pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny oraz Świętego Wacława. Świątynia znajduje się na terenie Klasztoru Louka i pochodzi z początków XIII wieku. Autorka zapisuje:
Dziś wewnątrz zobaczymy między innymi zaskakujące relikwie: cały szkielet w szklanej trumnie, ubrany w bogato zdobione szaty, z szablą wbitą w okolice szyi, opisany jako „Święty Severus”. Takie eksponowanie pozostałości po świętych było popularne w krajach rządzonych przez Habsburgów od czasów kontrreformacji. W ten sposób upowszechniono kult relikwii rzekomych wczesnochrześcijańskich męczenników, za które uznawano liczne szkielety odkrywane w eksplorowanych szczególnie od schyłku XVI wieku rzymskich katakumbach. Szczątki te sprowadzano do Europy Środkowej, zmagającej się z deficytem świętych cierpiętników.
Wspomniana historyczka sztuki poleca również wizytę w Kościele Świętego Mikołaja, gdzie znajduje się podobny szkielet, opisany jako „Święty Bonifacy”.
*
Morawy słyną nie tylko z nieoczywistych zabytków, lecz także z dokonań tamtejszych artystów, które intrygują znawców sztuki. Doskonałym przykładem jest choćby twórczość Miroslava Tichý’ego, którą opisał Piotr Gierowski w tekście Przeciw wszystkim. Miroslav Tichý. Tytułowa postać była nader osobliwa – Tichý to malarz, a przede wszystkim fotografik i outsider, który komunistyczną władzę kwestionował zarówno w swoich pracach, jak i przez swój styl życia. Mieszkał w małym miasteczku Kyjov, gdzie uznawano go za zaniedbanego włóczęgę i dziwaka. Jego wygląd nie pasował do socjalistycznej wizji społeczeństwa, dlatego raz po raz artystę zamykano w zakładach psychiatrycznych. Działo się tak szczególnie przed świętami państwowymi, które mógł zepsuć swoim niechlujnym wyglądem i niepoprawnym zachowaniem.
W rezultacie tworzona przez Tichý’ego sztuka nie była uznawana przez władze. Dotyczyło to zarówno jego malarstwa, jak i fotografii, którą zajmował się w latach 60., wykonując zdjęcia skonstruowanym przez siebie aparatem. Gierowski tak o tym pisze: „Oczywiście, że to działało – komentował Tichý. – Kiedy coś robię, musi być precyzyjne. Jednak działało to nieprecyzyjnie – i właśnie w tym tkwiła ta sztuka”. Brak precyzji to w zasadzie eufemizm. Zdjęcia są poplamione, pełne rys, zadrapań i skaz, niedoświetlone lub prześwietlone, z czarnymi plamami na obrzeżach, nieostre (nieostrość nadaje jego fotografii charakterystyczną miękkość, delikatność i liryzm). Pojawiają się na nich zacieki i odciski palców, ujęcia zdają się niedbałe, dobrane w zasadzie bez selekcji – wystarczyło, by było widać na nich cokolwiek „podobnego do świata”, jak twierdził sam twórca. Taka była podstawowa kwalifikacja do wykonania odbitki, która powstawała zwykle w jednym jedynym egzemplarzu.
Miroslav Tichý najczęściej fotografował kobiety. Nie zawsze robił to za ich wiedzą i zgodą. Dlatego na jego zdjęciach często widzimy rozmazane skosy drucianej siatki, przez którą wykonywał zdjęcia dziewczynom przychodzącym na miejski basen. Ale są wśród nich także obrazy kobiet z życzliwością patrzących na fotografa, a nawet uśmiechających się do niego. Gierowski podsumowuje:
Tichý wymyka się wszystkim, przeciwko wszystkiemu się buntuje. Międzynarodową sławę zdobył jako fotograf spod znaku „brut”, do dziś bywa tak zresztą postrzegany – jego prace wchodzą między innymi w skład dużej fotograficznej kolekcji Bruna Decharme’a. „Art brut”, czyli sztuka surowa, to według autora terminu Jeana Dubuffeta twórczość osób nieskażonych kulturą artystyczną, wolna od naśladownictwa, tradycji i konwencji artystycznych, samorodna, inwencyjna, stanowiąca całkowicie czyste i surowe działania twórcze. Tichý był jednym z pierwszych fotografów, którzy zostali uznania za przedstawicieli tej sfery.
„Znak”
Zaparkowałem przed bramą, ale nie wysiadłem. Patrzyłem i słuchałem. Po drugiej stronie ogrodzenia wściekle ujadał pies. Słońce już zaszło i podwórze tonęło w październikowej szarości, podszytej brązami i fioletami jak niechętnie gojący się siniak. Z prawej strony napierała ciemna bryła domu, przede mną wznosił się zwalisty kontur stodoły. Pies był duży i czarny, podejrzewałem, że to wilczur albo doberman – niski, chrapliwy szczek, nasycony morderczą groźbą.
Mój stary dom rodzinny. Stał jako ostatni na końcu wąskiej drogi, za nim już tylko pola. Za polami stawy oparte groblami o ścianę lasu. A za lasem już inny świat.
Powyższy tekst to początek opowiadania Stodoła Krzysztofa A. Zajasa. Możemy je przeczytać w czerwcowym numerze „Znaku”. Bohater utworu pewnego dnia wraca w rodzinne strony, kierowany irracjonalną potrzebą zobaczenia stodoły. Przyśnił mu się kolega Andrzej, więc pod wpływem tego snu mężczyzna postanowił wsiąść do samochodu w ponury wrześniowy dzień i ruszyć przed siebie.
Krzysztof Zajas jest profesorem literaturoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, pisarzem, autorem popularnych powieści kryminalnych, między innymi trylogii grobiańskiej oraz pomorskiej, opowiadającej o krakowskim komisarzu Andrzeju Krzyckim. Nic więc dziwnego, że potrafi świetnie budować napięcie, wzbudzać w czytelniku niepokój niczym Stephen King w swoim najlepszym okresie. Nie bez powodu w tekście pada imię Cujo – w książce Kinga nosi je olbrzymi, spokojny bernardyn, który wskutek zarażenia wścieklizną zmienił się w mordercę. Zajas, nawiązujący także do filmu Gabinet Grozy doktora Zgrozy, zapisuje:
Cienki głos zachęcił tylko psy do jeszcze gwałtowniejszego ataku na furtkę. Łapały zębami pręty i szarpały jak szalone. Jeśli uda im się sforsować ogrodzenie, zablokują samochód na całą noc i będę tu siedział jak ofiara Cujo, dopóki nie umrę z głodu i strachu, pomyślałem, osuwając się głębiej w fotel. Wyłączyłem odtwarzacz i patrzyłem na wyszczerzone pyski, słuchając basowego charkotu i zastanawiając się, czy filigranowa osiemdziesięcioletnia kobieta zdoła spacyfikować bestie i zaprosi mnie do domu na herbatę. Nie tylko do domu. Potrzebowałem, żeby pozwoliła mi wejść do stodoły.
Skojarzenia literackie, a także dotyczące innych gatunków sztuki, to jedna z niewątpliwych zalet twórczości Krzysztofa Zajasa, zapewniająca odbiorcom jego książek dodatkową przyjemność lekturową. W przypadku opowiadania Stodoła najważniejsze jest jednak zakończenie – to, co dzieje się po spotkaniu bohatera z przyjaciółmi z młodości. Oczywiście nie zdradzimy szczegółów, ale dajemy słowo, że finał robi wrażenie.
„Tygodnik Powszechny”
Paulina Frankiewicz, dyrektorka programowa Festiwalu Conrada, którego październikowy program został właśnie ogłoszony w najnowszym „Tygodniku…”, zapisuje:
„Już pełnoletni, wciąż nieposłuszny” – z takim nastawieniem zapowiadamy 18. edycję Festiwalu Conrada. Gen nieposłuszeństwa miał w sobie patron festiwalu – Józef Konrad Korzeniowski. Nim wyruszymy na wzburzone wody, by eksplorować kolejne przejawy buntu, popłyńmy pod prąd: do źródła.
W tekście Conrad zbuntowany Frankiewicz prezentuje sylwetkę tego jednego z najlepszych pisarzy światowych, którzy w swojej twórczości przedstawiali życie na dalekich morzach. Równocześnie – rzecz jasna w kontekście wspomnianego festiwalu – autorka artykułu zastanawia się nad różnymi aspektami dojrzałości tej imprezy literackiej. Frankiewicz, której tekst pełni funkcję wprowadzenia do poświęconego Festiwalowi Conrada dodatku do „Tygodnika Powszechnego”, pisze:
Ze wskazaniem momentu wejścia w pełnoletność Festiwalu Conrada nie ma kłopotów. Choć obecna rzeczywistość nie jest ani trochę spokojniejsza, nikt już nie bawi się czasem (za to sam czas zyskał status najcenniejszej z walut). Ratuszowa latarnia na krakowskim Rynku wyznacza nam kierunek literackich poszukiwań od 2009 roku, tej jesieni Conrad osiągnie więc dojrzałość. Jako wieloletnia uczestniczka tego wydarzenia wiem, czym jest ono dla mnie, jednak przygotowując program tegorocznej edycji, pytałam o tożsamość Festiwalu Conrada osoby, które spotykałam na swojej drodze. Awangardowy, mainstreamowy, punkowy, wymagający, elitarny, nieoczywisty, zawsze o krok przed – padały kolejne odpowiedzi. Żadna z nich nie wyklucza pozostałych. Myślę sobie, że Festiwal Conrada jest jak morze: „otwarte dla wszystkich i nie dochowujące wierności nikomu, roztacza swój czar na zgubę najlepszych” – jak pisze nasz patron w „Zwierciadle morza” (tłum. Aniela Zagórska). Odzierając tę frazę z goryczy doświadczonego marynarza, który widział, jak wzburzona woda igra ze wszystkim, dostrzegam w niej nieposłuszną odwagę poszukiwania: idei, tekstów, ludzi, którzy z nami zostaną, przynajmniej do następnego razu. Tylko pozwalając sobie na zagubienie, można na powrót się odnaleźć.
We wspomnianym dodatku znalazły się także rozmowa z poetką Rene Karabasz i artykuł Filipa Firka dotyczący korzyści płynących z przyjaźni, a zawierający nawiązania między innymi do eseju Geoffroya de Lagasneriego. Z kolei Magda Melnyk omawia twórczość Cristiny Rivery Garzy, a Maciej Kałuża sięga po eseje Alberta Camusa. Nie ulega wątpliwości, że każdy z wymienionych tu artykułów zachęci czytelników i czytelniczki do wzięcia udziału w zbliżających się festiwalowych wydarzeniach.
*
Na ekrany kin weszła właśnie Ojczyzna – najnowszy film Pawła Pawlikowskiego. Wszyscy, którzy widzieli opowieść o podróży Thomasa Manna wraz z córką Eryką przez powojenne Niemcy, są pod wrażeniem zdjęć Łukasza Żala. To właśnie temu znakomitemu operatorowi poświęcony jest artykuł Juliusza Pielichowskiego Mistrz światła, opisujący, jak młody filmowiec z Polski osiągnął światowy sukces i stał się autorem zdjęć do dzieł Pawła Pawlikowskiego, ale także do innych znakomitych światowych produkcji, takich jak Hamnet czy Strefa interesów. Na przykładzie tego ostatniego filmu Pielichowski tak opisuje styl Łukasza Żala:
W „Strefie interesów” zdjęcia są nie tylko środkiem narracji, lecz także narzędziem refleksji nad naturą ludzkiej obojętności. Operator z reżyserem zrezygnowali z tradycyjnego sposobu filmowania, w którym kamera podąża za bohaterami i podkreśla ich emocje. Zamiast tego zastosowano system wielu ukrytych kamer rozmieszczonych w przestrzeni domu rodziny Hössów. Pozwoliło to aktorom swobodnie poruszać się po planie, a obraz uzyskał charakter niemal dokumentalnej obserwacji. Widz nie ma poczucia uczestnictwa w starannie wyreżyserowanej scenie, obserwuje życie bohaterów z dystansu, niczym świadek codziennych wydarzeń. Dominują naturalne lub stylizowane na naturalne źródła światła, co wzmacnia wrażenie autentyczności. Zdjęcia pozbawione są dramatycznych kontrastów, charakterystycznych dla wielu filmów historycznych.
To film, w którym twórcy zastosowali specyficzną kolorystykę. Ojczyzna, a także Ida i Zimna wojna to obrazy czarno-białe. Charakterystyczna estetyka buduje atmosferę podróży przez krajobrazy ruin moralnych i historycznych. Pielichowski podsumowuje:
Powojenne Niemcy ukazane są jako przestrzeń pełna śladów niedawnej katastrofy, a czarno-białe zdjęcia podkreślają poczucie niepewności oraz historycznego zawieszenia, nie będąc przy tym jedynie stylizacją historyczną ani próbą odtworzenia wizualnego charakteru epoki. Jak miało to miejsce w przypadku „Idy” i „Zimnej wojny”, są raczej narzędziem interpretacji rzeczywistości: Niemcy przedstawione w filmie nie są realistycznym zapisem konkretnego miejsca, raczej krajobrazem pamięci – także samych bohaterów – przestrzenią istniejącą pomiędzy wspomnieniem a teraźniejszością.
Niewątpliwie warto przeczytać ten tekst i oczywiście koniecznie wybrać się do kina.