Mapa do gubienia się w

XXI wiek przy­niósł nam wie­le małych i wiel­kich cudów. Wśród nich są też dar­mo­we anto­lo­gie opo­wia­dań fan­ta­stycz­nych z otwar­tym nabo­rem. Nie­ogra­ni­cza­ne przez kosz­ty dru­ku, otwar­te dla wszyst­kich chcą­cych spró­bo­wać swo­ich sił w pisa­niu, redak­cji czy skła­dzie, sta­no­wią bar­dzo szcze­gól­ne zja­wi­sko lite­rac­kie, bliż­sze pul­so­wi tak zwa­ne­go fan­do­mu niż cokol­wiek wcze­śniej.

W efek­cie anto­lo­gie te są wypo­wie­dzia­mi spo­łecz­no­ści na dany temat; rolą redak­tor­ki jest, owszem, wybrać naj­lep­sze tek­sty, ale ta „naj­lep­szość” nie ist­nie­je w ode­rwa­niu od tema­tu. Nie mówi­my więc tyl­ko o dobrym warsz­ta­cie czy intry­gu­ją­cej fabu­le, naj­lep­sze opo­wia­da­nia to te „naj­le­piej eks­plo­ru­ją­ce temat” i „naj­le­piej wyra­ża­ją­ce to, co wie­lu auto­rów pró­bu­je prze­ka­zać”.

Gdy­by więc ktoś przy­szedł do mnie z pyta­niem, jaką książ­kę prze­czy­tać, by zro­zu­mieć Pol­skę wcze­snych lat 20. XXI wie­ku, nie wska­za­ła­bym żad­nej wiel­kiej powie­ści, a Rzecz nie­po­spo­li­tą, dar­mo­wą anto­lo­gię Gru­py Wydaw­ni­czej Alpa­ka, któ­rej pomy­sło­daw­czy­nią i redak­tor­ką była Wero­ni­ka Mamu­na1. To fascy­nu­ją­cy wie­lo­głos, któ­ry robi dokład­nie to, co ambit­na fan­ta­sty­ka robić powin­na: mity­zu­je rze­czy­wi­stość, by wycią­gnąć na świa­tło dzien­ne praw­dy, któ­re na co dzień są przed nami ukry­te.

A tych ukry­tych prawd jest co naj­mniej tyle, ile auto­rów i auto­rek. Zapo­wia­da nam to już we wstę­pie sama redak­tor­ka:

[…] powsta­ła anto­lo­gia ogrom­nie zróż­ni­co­wa­na: znaj­du­ją się w niej tek­sty zaska­ku­ją­ce sty­lem i for­mą, ale też bar­dziej tra­dy­cyj­ne. W jed­nych bar­dzo moc­no odbi­ja się moment powsta­nia, inne przed­sta­wia­ją współ­cze­sność w szer­szej per­spek­ty­wie. Są opo­wia­da­nia otwar­cie poli­tycz­ne, są i takie, któ­re poru­sza­ją kwe­stie spo­łecz­ne w spo­sób bar­dziej zawo­alo­wa­ny i sym­bo­licz­ny, albo któ­re mówią o spra­wach ogól­no­ludz­kich. W nie­któ­rych skrzy się humor, w innych czai sub­tel­na gro­za.
Widać jed­nak tak­że podo­bień­stwa, wspól­ne tema­ty, któ­re powra­ca­ją w kolej­nych tek­stach: tra­dy­cja, któ­ra daje sta­bil­ność i opar­cie, ale może tak­że dusić. Wal­ka o auto­no­mię i moż­li­wość samo­sta­no­wie­nia (zwłasz­cza kobiet), któ­ra róż­nie się koń­czy. No i wresz­cie: wyraź­ne sku­pie­nie na oto­cze­niu2.

I fak­tycz­nie: kie­dy myślę o tej anto­lo­gii, jawi mi się ona jako kolek­cja pocz­tó­wek z bar­dzo róż­nych miejsc – nie z powo­du banal­no­ści pocz­tów­ki jako obiek­tu (wie­le moż­na zna­leźć w tej anto­lo­gii, ale nie banał), a ze wzglę­du na to, że taka kolek­cja opo­wia­da histo­rię cało­ści, któ­rej nie da się objąć jed­nym spoj­rze­niem i zgrab­nie pod­su­mo­wać w kil­ku zda­niach.

Okładka książki pod tytułem „Rzecz niepospolita. Antologia opowiadań niesamowitych”.
„Rzecz niepospolita. Antologia opowiadań niesamowitych”, red. W. Mamuna, Kraków: Grupa Wydawnicza Alpaka, 2021.

Tym bar­dziej war­to ją prze­czy­tać. Spo­tkać każ­de opo­wia­da­nie z osob­na tam, gdzie jest (głę­bo­ko wie­rzę, że opo­wia­da­nia powin­ny być trak­to­wa­ne jak auto­no­micz­ne two­ry lite­rac­kie, któ­re zasłu­gu­ją na namysł nie mniej niż powie­ści), dostrzec tak wąt­ki powra­ca­ją­ce jak i te wyjąt­ko­we. Stwo­rzyć sobie w gło­wie mapę róż­no­barw­nych pej­za­ży, by móc się w niej gubić, szu­kać odpo­wie­dzi i nigdy jej do koń­ca nie znaj­du­jąc.

I. Kartka z zachodniopomorskiego (Joanna Przygodzka, „Barszcz”)

Gdy w poszu­ki­wa­niu owo­ców tra­fi­łam na pola­nę, zoba­czy­łam barszcz prze­wyż­sza­ją­cy drze­wa. Stał zresz­tą w ich krę­gu, oświe­tlo­ny przez słoń­ce, jak na obra­zie.
Jak pomnik, ołtarz albo bóg. Bia­ły kwiat ośle­piał, powie­trze na pola­nie wyda­wa­ło się zło­te3.

Wieś w zachod­nio­po­mor­skim, dwie godzi­ny autem od morza. Lato. Pierw­sze czy dru­gie waka­cje boha­ter­ki.

Opo­wia­da­nie wyda­je się nie­po­zor­ne i jeśli nie czy­ta­my uważ­nie, może nawet nie­zbor­ne ze swo­im zagad­ko­wym, otwar­tym zakoń­cze­niem. Oto boha­ter­ka opo­wia­da nam o waka­cjach, któ­re w dzie­ciń­stwie spę­dzi­ła na wsi. Pew­ne­go dnia tra­fi­ła tam na pola­nę, gdzie rósł nie­praw­do­po­dob­nie wiel­ki egzem­plarz barsz­czu – Król Barsz­czu. Ucie­kła. Żyła spo­koj­nym życiem do jakie­goś momen­tu doro­sło­ści, kie­dy barszcz zaczął ją prze­śla­do­wać, rosnąć coraz bli­żej jej codzien­no­ści. Boha­ter­ka „rozu­mie tę dys­kret­ną groź­bę” i wra­ca więc do tam­tej wsi; miej­sce się zmie­ni­ło, ale pola­na wciąż jest tam, gdzie była, barszcz rów­nież. Boha­ter­ka wcho­dzi na pola­nę. Koniec. Co myśmy wła­śnie prze­czy­ta­li i po co.

Jeśli zada­my sobie to pyta­nie nie­lek­ce­wa­żą­cym tonem, jeśli spoj­rzy­my uważ­nie na kon­struk­cję tego tek­stu – jego zako­rze­nie­nie w rze­czy­wi­sto­ści, przy­wo­ły­wa­nie doświad­czeń z mil­le­nial­ne­go dzie­ciń­stwa, i demo­ny okre­su dora­sta­nia, powra­ca­ją­ce nie­spo­dzie­wa­nie w doro­sło­ści, na poda­ną otwar­cie infor­ma­cję o zabu­rze­niach lęko­wych boha­ter­ki – zorien­tu­je­my się, że to opo­wieść o stra­chu.

Miej­sca nasze­go dzie­ciń­stwa zmie­nia­ją się i od nas ucie­ka­ją, ale lęki któ­re w dzie­ciń­stwie naby­li­śmy są bar­dzo odpor­ne na upływ cza­su, opo­wia­da Przy­godz­ka. Raz wcze­piw­szy w nas szpo­ny w dzie­ciń­stwie nie pusz­cza­ją dopó­ki się z nimi nie zmie­rzy­my. . Jedy­ny wybór jaki mamy doty­czy tego, czy zro­bi­my to na wła­snych warun­kach czy pod przy­mu­sem; ale wła­sne warun­ki nie spra­wią, że będzie łatwiej, lżej, ina­czej. Będą tyl­ko i aż tym – wła­sny­mi warun­ka­mi.

II. Kartka z discmana łódzkiej licealistki, 2002 (Marta Malinowska, „O Dorotce i siedemnastu rzekach”)

Skrzy­żo­wa­nie na Zachod­niej też było puste, jakaś lam­pa prze­sta­ła świe­cić, więc sygna­li­za­cja zale­wa­ła asfalt zie­lo­nym, żół­tym, czer­wo­nym, zie­lo­nym, żół­tym, czer­wo­nym świa­tłem. Potem były skrzyp­ce i dam­ski wokal, i Dorot­ka nie mia­ła poję­cia, skąd się wzię­ła na Pla­cu Wol­no­ści, ale wie­dzia­ła, że sko­ro kla­pa przy żeliw­nej barier­ce jest otwar­ta i krę­co­ne scho­dy oświe­tlo­ne, a Amy Lee śpie­wa o wstrzy­my­wa­niu odde­chu i upa­da­niu, to trze­ba zejść4.

Łódź, sty­czeń w pierw­szej kla­sie liceum. Roz­bu­do­wa­na sce­no­gra­fia (a przede wszyst­kim – audio­gra­fia) wcze­snych lat 2000.: Miłość w cza­sach popkul­tu­ry, czy­ta­nie Anne Rice. Okres nasto­let­ni, w któ­rym życie obra­ca się wokół trzech rze­czy: lęku, rela­cji z rówie­śni­ka­mi i muzy­ki.

Muzy­ka jest w tym tek­ście bez wąt­pie­nia naj­waż­niej­sza – to o tyle zabaw­ne, że pisząc, nie mia­łam poję­cia, że tak jest. Tym­cza­sem od muzy­ki się zaczy­na, kie­dy boha­ter­ka, Dorot­ka, zosta­je bez sło­wa wysta­wio­na przed kon­cer­tem Comy przez zna­jo­mych, muzy­ka z tajem­ni­czej pły­ty zaty­tu­ło­wa­nej SKŁADANKA pro­wa­dzi ją uli­ca­mi Łodzi do kra­iny zamknię­tych w kana­łach pod­ziem­nych rzek. Rów­nież SKŁADANKA pozwa­la Dorot­ce stam­tąd uciec, kie­dy oka­zu­je się, że to, co wzię­ła za prze­zna­cze­nie i mitycz­ną rolę w porząd­ku świa­ta, to nie­wol­nic­two; każ­dy ruch Dorot­ki ma być pod­po­rząd­ko­wa­ny pra­cy, nie ma nawet cza­su na nało­że­nie słu­cha­wek. Nar­ra­cja jest prze­ty­ka­na tak frag­men­ta­mi tek­stów, jak i opi­sa­mi rif­fów, a pio­sen­ki i zespo­ły są wymie­nio­ne z nazwy, przy­pi­na­jąc to opo­wia­da­nie do bar­dzo kon­kret­ne­go momen­tu w histo­rii muzy­ki roc­ko­wej i aktu nasto­let­nie­go słu­cha­nia.

Jest ono rów­nież przy­pię­te do miej­sca poprzez dro­bia­zgo­wo odtwo­rzo­ny miej­ski kra­jo­braz. Dru­gą gwiaz­dą tek­stu jest Łódź, jej włó­kien­ni­cza prze­szłość i tajem­ni­cze rze­ki, o któ­rych więk­szość miesz­kań­ców wie, ale któ­rych się w więk­szo­ści nie widu­je. Na muzy­ce i Łodzi osnu­ta jest histo­ria o eman­cy­pa­cji i dora­sta­niu, o prze­cho­dze­niu z nie­doj­rza­łej kobie­co­ści rozu­mia­nej jako nie spra­wia­nie pro­ble­mów i zga­dza­nie się na wszyst­ko do doj­rza­łej, któ­ra ma miej­sce na emo­cje i krę­go­słup. Taka była moja inten­cja, kie­dy to pisa­łam. Ale osta­tecz­nie czy­ta się to jak tekst o sztu­ce poma­ga­ją­cej nam nie tyl­ko prze­trwać trud­ne momen­ty, ale też dotrzeć w miej­sca, w któ­re trze­ba nam dotrzeć i prze­żyć to, co musi­my prze­żyć, odna­leźć wła­sny głos w cudzych gło­sach.

III. Kartka z ojczyzny (Anna Robak-Reczek, „Czarnoziem”)

Wieś była spo­ra, choć oto­czo­na wzgó­rza­mi jak stu­lo­ny­mi dłoń­mi. Poni­żej leża­ły pola i pach­ną­ce łąki, któ­rych tery­to­rium koń­czy­ło się linią lasów pora­sta­ją­cych wzgó­rza po same wierz­choł­ki. Dalej był świat, choć w takim miej­scu tra­cił na zna­cze­niu. Radio i tele­wi­zja szu­mia­ły i śnie­ży­ły, tele­fo­ny komór­ko­we dzia­ła­ły tyl­ko od pew­nej wyso­ko­ści. Z inter­ne­tem też było kiep­sko. Wszyst­ko za nic tu mia­ło rój sate­li­tów krą­żą­cych dooko­ła Zie­mi5.

Waka­cyj­ny bez­czas, wiej­ska bez­prze­strzeń. W Czar­no­zie­mie – ina­czej niż w poprzed­nich opo­wia­da­niach – nie dosta­nie­my współ­rzęd­nych geo­gra­ficz­nych miej­sca akcji. Czar­no­ziem nie potrze­bu­je adre­su, jest świa­tem samym dla sie­bie, jedy­nym moż­li­wym.

Leci to tak: Maja, mło­da cho­ro­wi­ta dziew­czy­na z cho­ro­wi­tej rodzi­ny, nie­daw­no osie­ro­co­na przez mat­kę (ojciec nie żyje od daw­na), jest na waka­cjach z bab­cią. Na tych waka­cjach czu­je się zdro­wo jak nigdy wcze­śniej. Dzie­ją się róż­ne rze­czy, któ­re może­my w skró­cie okre­ślić dora­sta­niem: boha­ter­ka odkry­wa rodzin­ne sekre­ty, zako­chu­je się, znaj­du­je pra­cę, po raz pierw­szy upra­wia seks. Wresz­cie dowia­du­je się, że jej rodzi­ce pocho­dzi­li z tej wsi. Że tutej­sza zie­mia przy­wią­zu­je do sie­bie ludzi, bło­go­sła­wi wier­nym dzie­ciom, dając im zdro­wie, a nawet moż­li­wość wsta­nia po śmier­ci na kil­ka dni, poza­ła­twia­nia ostat­nich spraw. Ci, któ­rzy wyja­dą, cho­ru­ją i mar­nie­ją.

W tek­ście o nie­wiel­kiej obję­to­ści mamy mnó­stwo wąt­ków i moty­wów: śmierć, rodzi­nę, miłość, pla­no­wa­nie życia, budo­wa­nie spo­łecz­no­ści. Ukła­da­nie się z magicz­ną zie­mią na tyle, na ile się da. Naj­bar­dziej poru­szył mnie chy­ba moment, w któ­rym Maja naty­ka się na dyrek­to­ra lokal­nej szko­ły i księ­dza, kie­dy ci wyle­wa­ją na zie­mię krew pobra­ną od dzie­ci z domu dziec­ka, któ­re przy­je­cha­ły do wsi na kolo­nie. W ten spo­sób magicz­nie wią­żą je z zie­mią – nawet te, któ­rych lokal­nym rodzi­nom nie uda się zaadop­to­wać, będą tęsk­nić i wra­cać.

Będą mia­ły miej­sce – mówią męż­czyź­ni boha­ter­ce – rodzi­ny i miłość. Czy to takie złe? Do koń­ca lek­tu­ry cze­ka­my na odpo­wiedź. Czy to takie złe? Co mają zro­bić ludzie, któ­rzy po pro­stu miesz­ka­ją na zie­mi, któ­ra jest dla nich dobra? Któ­rzy więd­ną, kie­dy wyja­dą? Nie z czy­jej­kol­wiek winy – dla­te­go że miej­sce, w któ­rym się uro­dzi­li, tak dzia­ła. Oni po pro­stu, poznaw­szy pra­wa, któ­ry­mi rzą­dzi się rze­czy­wi­stość, zaczy­na­ją się nimi posłu­gi­wać. Są regu­ły gry, jest więc i gra.

Opo­wia­da­nie nam tej odpo­wie­dzi nie udzie­li. Będzie­my czu­li że rze­czy nie są w porząd­ku, nie będzie­my mogli spraw­nie roz­pra­wić się z logi­ką kie­ru­ją­cą miesz­kań­ca­mi wsi. W Dorot­ce…, któ­ra poprze­dza Czar­no­ziem, jed­na z głów­nych linii kon­flik­tu bie­gnie mię­dzy akcep­to­wa­niem miej­sca gdzie cię wepchnię­to, a bun­to­wa­niem się prze­ciw­ko nie­mu i szu­ka­niu wła­sne­go. Tam gdzie Dorot­ka… daje katark­tycz­ne roz­wią­za­nie fabu­ły z fajer­wer­ka­mi, muzy­ką w słu­chaw­kach i bie­giem pod­ziem­nym kana­łem, Czar­no­ziem daje spo­koj­ny, „zło­ty, sierp­nio­wy wie­czór” i cichą roz­mo­wę mał­żon­ków, któ­rym dano szan­sę spo­koj­nie poże­gnać się i poza­ła­twiać spra­wy przed dru­gą śmier­cią. Nie ma żad­ne­go kathar­sis, jest dziew­czy­na, któ­ra może wybrać nie­wo­lę a z nią miłość, zdro­wie i życie w spo­łecz­no­ści z któ­rej się wywo­dzi, albo wol­ność i zwią­za­ne z nią nie­pew­ność, cho­ro­by i przed­wcze­sną śmierć. Nic tu nie jest pro­ste, a magicz­na wieś jako meta­fo­ra ojczy­zny – prze­moż­nej, ambi­wa­lent­nej siły rzą­dzą­cej naszym życiem, spo­so­bem poj­mo­wa­nia świa­ta, bez­li­to­śnie pozo­sta­ją­cej tym czymś co nazy­wa­my praw­dzi­wym domem – spraw­dza się wyśmie­ni­cie.

IV. Igor Myszkiewicz, „V”

Po tych trzech opo­wia­da­niach mamy pierw­szą ilu­stra­cję zbio­ru – prze­kor­ne V, pomnik zwy­cię­stwa (i poko­ju?) pośród szkie­le­tów żoł­nie­rzy i kwia­tów. Trak­tu­ję je jako zapo­wiedź przej­ścia do nie­co innej tema­ty­ki, na pierw­szy rzut bar­dziej koja­rzą­cej się z Pol­ską i pol­sko­ścią niż barszcz Sosnow­skie­go, kon­cer­ty Comy i przy­wią­za­nie do zie­mi, któ­rej sobie nie wybra­li­śmy.

V. Kartka z gabinetu zegarmistrza (Michał Studniarek, „Teraz nie ma czasów”)

[…] zega­rów upchnię­to w tym maleń­kim miesz­ka­niu mnó­stwo. Wiszą­cych, z kukuł­ką i cię­żar­ka­mi w kształ­cie szysz­ki; sto­ją­cych, z rzeź­bio­ny­mi myśli­wy­mi dmą­cy­mi w trąb­ki; nawet tra­dy­cyj­nych budzi­ków. Pio­trek spo­dzie­wał się nie­mal wol­no­sto­ją­ce­go egzem­pla­rza wiel­ko­ści sza­fy, ale dla nie­go po pro­stu zabra­kło­by już miej­sca6.

Miesz­ka­nie sta­re­go zegar­mi­strza. Nagra­nie mate­ria­łu dla lokal­nej tele­wi­zji.

Teraz nie ma cza­sów Micha­ła Stud­niar­ka stoi histo­rią. Mamy dwóch kole­gów, któ­rzy pra­cu­ją dla jakie­goś archi­wum, robiąc mate­ria­ły fil­mo­we o star­szych ludziach. Są aku­rat u zegar­mi­strza i jest tu wszyst­ko, cze­go może­my się spo­dzie­wać: umie­ra­ją­cy zawód, kom­ba­tanc­kie opo­wie­ści, tajem­ni­ce z cza­sów woj­ny, smut­ne reflek­sje o tym, że teraz już takich ludzi nie robią. Po wyłą­cze­niu kame­ry boha­te­ro­wie dosta­ją od swo­je­go roz­mów­cy jesz­cze jed­ną histo­rię. Jeste­śmy tutaj w prze­strze­ni daw­nych opo­wie­ści i legend: a, woj­na, z kimś zagra­łem, kogoś prze­pi­łem, dosta­łem zegar­ki i teraz dłu­żej żyję, cza­sem ukra­dzio­nym wła­ści­cie­lom zegar­ków i nie mogę się tych zegar­ków pozbyć, pro­szę, zabierz­cie je ode mnie. Boha­te­ro­wie osta­tecz­nie bio­rą po zegar­ku, wycho­dzą na wietrz­ną uli­cę, jeden z nich sły­szy bez­cie­le­sne „Ach­tung!”, dzię­ki któ­re­mu uni­ka ude­rze­nia przy­pad­ko­we­go, spa­da­ją­ce­go z drze­wa kona­ra. Wra­ca­ją do War­sza­wy, a następ­nie ten ostrze­żo­ny wyrzu­ca swój zega­rek do publicz­ne­go kosza na śmie­ci („nie­po­trzeb­ny mi jakiś ponie­miec­ki czas, sza­bro­wa­ny albo jesz­cze gorzej”). Jego kole­ga swój zega­rek zacho­wu­je. Umie­ra pierw­szy (lata póź­niej), jego krew­ni nie ujaw­nia­ją przy­czyn jego śmier­ci, ale może­my się domy­ślać, że to jakiś hor­ror i/lub samo­bój­stwo.

Jest kil­ka spo­so­bów na czy­ta­nie tego opo­wia­da­nia. Moż­na się ogra­ni­czyć do klu­cza sen­ty­men­tu: teraz nie ma cza­sów, teraz takich ludzi nie robią, nawet daw­na magia prze­sta­je dzia­łać. Moż­na też wczy­tać się bar­dziej w roz­ter­ki Piotr­ka, któ­ry posta­na­wia zerwać z prze­klę­tą prze­szło­ścią, nie przyj­mo­wać daru. Prze­szłość jest, mimo nie­wiel­kiej obję­to­ści tek­stu, wie­lo­wy­mia­ro­wa i nie­jed­no­znacz­na – barw­na, a jed­no­cze­śnie prze­klę­ta. To cie­ka­we podej­ście i dobre tema­ty, któ­rym prze­szka­dza nie­ste­ty abso­lut­na prze­zro­czy­stość pro­zy Stud­niar­ka. W jego opo­wia­da­niu widać wpływ powszech­nej w pew­nych krę­gach szko­ły pisa­nia fan­ta­sty­ki: sku­pie­nie głów­nie na popraw­no­ści pol­sz­czy­zny, nie prze­szka­dza­nie czy­tel­ni­ko­wi w pły­nię­ciu przez tekst, nie odwra­ca­nie uwa­gi od przed­sta­wio­nych wyda­rzeń i w efek­cie, nie­ste­ty, nie przy­ku­wa­nie uwa­gi do nicze­go.

VI. Kartka z Kurpiów (Małgorzata Gwara, „O pewnej przyjaźni”)

Woko­ło pysz­ni­ły się kosz­tow­no­ści, o jakich nie śmia­ła nawet śnić. Prze­pięk­ne, bursz­ty­no­we kora­le kusi­ły swym bla­skiem. Zło­te mone­ty ośle­pia­ły, gdy je mija­ła. Szma­rag­dy, rubi­ny i dia­men­ty obie­cy­wa­ły wszel­ką pomyśl­ność, jeśli tyl­ko by któ­ryś wzię­ła do ręki i spie­nię­ży­ła. Szła dalej, ku środ­ko­wi pomiesz­cze­nia. Tam na ogrom­nym tro­nie spo­czy­wał kudła­ty bies i przy­glą­dał jej się leni­wie jak wyle­nia­ły kocur zza pie­ca. Spod tył­ka przy każ­dym ruchu wyla­ty­wa­ło mu zło­to7.

Czer­wiec, Rowy, nie­wiel­ka wieś na Kur­piach. Rowy to miej­sce, w któ­rym prze­szłość się nie koń­czy. Star­si bogo­wie, czar­ty, kró­lo­wa Bona i nie­szczę­śni­cy stra­ce­ni w pobli­skim lesie w cza­sie dru­giej woj­ny to bli­ske i nama­cal­ne ele­men­ty rze­czy­wi­sto­ści. Kró­lo­wą się mija po dro­dze do czar­tów, z czar­ta­mi tar­gu­je o zwy­cię­stwo w spo­rze z przy­ja­ciół­ką. Na zmar­łych się uwa­ża, żeby ich nie zbu­dzić. Dezyn­wol­tu­ra, z jaką sędzi­wa boha­ter­ka pod­cho­dzi do wszyst­kich strasz­li­wych histo­rii i para­nor­mal­nych zja­wisk, hip­no­ty­zu­je i zbi­ja z tro­pu. To histo­ria, któ­ra radu­je moją etno­lo­gicz­ną wraż­li­wość – fan­ta­sty­ka nie jest tu nie­sa­mo­wi­ta, to część codzien­no­ści. Leka­rze i sana­to­ria ist­nie­ją na rów­ni z lewi­tu­ją­cy­mi wnu­czę­ta­mi i małost­ko­wy­mi pak­ta­mi z czar­tem. Na pozio­mie kre­acji rze­czy­wi­sto­ści wszyst­ko tu dzia­ła, Kur­pie jawią się jako kra­ina jed­no­cze­śnie zna­na i obca, na pierw­szy rzut oka zgod­na z popu­lar­nym, ste­reo­ty­po­wym myśle­niem o wsi, na dru­gi – swo­je wie­dzą­ca i swo­ją toż­sa­mość mają­ca, a przede wszyst­kim cha­rak­ter­na. Próż­no tu szu­kać opi­sów miejsc, więk­szość słów jest tu poświę­co­na spo­łecz­no­ści, życiu w Rowach i, może zwłasz­cza, codzien­no­ści boha­ter­ki. Nie dla­te­go, że kra­jo­braz jest nie­waż­ny, dla­te­go, że jak nie wiesz jak wyglą­da­ją Kur­pie, gdzie jest Zosin, gdzie góra kró­lo­wej Bony, to już twój pro­blem. Duch tego opo­wia­da­nia, rze­czo­wość tek­stu i wyczu­wal­na w nim nuta bez­czel­no­ści są urze­ka­ją­ce.

Urze­ka przez więk­szość cza­su rów­nież głów­na boha­ter­ka – Marian­na Walew­ska, lat dzie­więć­dzie­siąt osiem. Wszyst­ko już widzia­ła, nic jej zdzi­wić nie może, po świe­cie poru­sza się pod­pie­ra­jąc się kij­kiem, ale z ogrom­ną kom­pe­ten­cją. Jest bystra, jest obda­rzo­na nie­zwy­kły­mi moca­mi z któ­ry­mi się nie obno­si, wie z jaką spra­wą iść do kró­lo­wej Bony a z jaką do czar­tów. Z tym aspek­tem two­rze­nia boha­ter­ki Gwa­ra pora­dzi­ła sobie rewe­la­cyj­nie. Co mnie nie prze­ko­na­ło to aspekt kome­dio­wy doty­czą­cy tytu­ło­wej przy­jaź­ni – opo­wia­da­nie pod­cho­dzi do star­szych, lęka­ją­cych się o swo­je zdro­wie kobiet i ich wię­zi dość kpią­co i mier­zi mnie to tro­chę, ‚co jest o tyle smut­ne, że ta więź i kon­flikt z nią zwią­za­ny jest osią całej fabu­ły. Z dru­giej stro­ny może moje świę­te obu­rze­nie jest nie na miej­scu, bo wątek jest jak wyję­ty z dziw­nej legen­dy czy poda­nia. Nie­mniej jed­nak bar­dzo trud­no mi było pogo­dzić Marian­nę sie­dzą­cą z Mario­lą na ław­ce i kłó­cą­cą się o strzy­ka­nie w kola­nach z Marian­ną w pozo­sta­łych sce­nach.

Może jed­nak tak jest z Kur­pia­mi i kur­pio­ski­mi spra­wa­mi, że nie dają się stra­wić w cało­ści.

VII. Kartka z pandemii (Przemysław Zańko, „Znieczulica”)

Na dwo­rze było cicho, padał śnieg. Przez blo­ka­dę mnie puści­li bez pro­ble­mu, no bo prze­cież niby do kościo­ła. Poszłam przez mia­sto, tak w sumie bez celu, prze­szłam sobie koło szko­ły, pokrę­ci­łam się po par­ku. Wszyst­kie drze­wa łyse, czar­ne, tyl­ko igla­ki całe na bia­ło. Tak sobie myśla­łam, że wyglą­da­ją jak mło­de pary na wese­lu. Przy­po­mniał mi się polo­nez ze stud­niów­ki i chwi­lę sobie potań­czy­łam, potem mi to prze­szło w jakiś walc, a potem sama nie wiem w co. Zro­bi­łam anioł­ka na śnie­gu8.

Łom­ża, listopad–grudzień 2020 roku. Miesz­ka­nie, któ­re pew­na stu­dent­ka dzie­li z bra­tem, rodzi­ca­mi i bab­ką. Są tam uwię­zie­ni. Trwa pan­de­mia.

Znie­czu­li­ca Prze­mka Zań­ki to opo­wia­da­nie, o któ­rym mogła­bym napi­sać osob­ny tekst. To histo­ria kil­ku sło­wach prze­ka­zu­ją­ca wszyst­kie emo­cje z cza­su lock­dow­nów:

32 grud­nia 2020

Kur­wa.
Ja pier­do­lę.
Odwo­ła­li9.

Pierw­szy rok stu­diów Goś­ki, boha­ter­ki opo­wia­da­nia, przy­padł na 2020 rok. Pozna­je­my ją za pośred­nic­twem jej pamięt­ni­ka i jako oso­ba któ­ra ma pamięt­ni­ki z ostat­nie­go ćwierć­wie­cza i cza­sem je czy­tu­je, zaświad­czam, że sty­li­za­cja na pamięt­nik mło­dej dziew­czy­ny jest mistrzow­ska. Te tro­chę nie­zręcz­ne zda­nia, wie­lo­krop­ki, listy, skre­śle­nia… Wiem, jak wyglą­da ten zeszyt.

Zaczy­na się od tego że Goś­ka uwa­ża, że przez covid nic nie czu­je. Dłu­go w to w ogó­le wie­rzy­łam i w związ­ku z tym trud­no mi się było wgryźć w głęb­sze war­stwy opo­wia­da­nia. Byłam zachwy­co­na nad­re­ali­zmem tego tek­stu: miecz anty­kry­zy­so­wy, stre­fy popie­la­ta, gra­fi­to­wa i smo­li­sta (już zapo­mnia­łam o tym, że mie­li­śmy stre­fy!), absur­dal­ne zaka­zy – wszyst­ko to, co dzia­ło się w tam­tym dziw­nym roku, ale pod­ko­lo­ro­wa­ne i ufan­ta­stycz­nio­ne, a w związ­ku z tym – w ramach opo­wie­ści – wła­ści­wie bar­dziej praw­dzi­we i cel­ne niż fak­ty. W 2026 roku czy­tam ten tekst jako abso­lut­nie wier­ny tej rze­czy­wi­sto­ści, jaką z wte­dy zapa­mię­ta­łam.

W sty­li­za­cji widzia­łam sie­bie, w wyda­rze­niach – odbi­cie pan­de­micz­nych prze­żyć, nato­miast sam łuk emo­cjo­nal­ny boha­ter­ki umy­kał mi dopó­ki nie prze­sta­łam jej wie­rzyć. To nie jest tak, że Goś­ka nic nie czu­je; po pro­stu zmie­nia się jej spo­sób odbie­ra­nia świa­ta. Po pro­stu ma dość, po pro­stu dora­sta, po pro­stu zaczy­na o sie­bie wal­czyć. I dopie­ro przy­glą­da­jąc się, jak Goś­ka usi­łu­je dojść do ładu z wła­snym czu­ciem, nie-czu­ciem, tym co wcze­śniej uwa­ża­ła za nor­mal­ne emo­cje (wstyd, poczu­cie winy, nie­po­kój, że znów się coś źle zro­bi­ło) i z tym, co dla niej nowe – gdy przyj­rza­łam się jej meta­mor­fo­zie, zako­rze­nio­nej tak w wewnętrz­nych prze­ży­ciach, jak i w ota­cza­ją­cych ją zewsząd kry­zy­sie i opre­sji, wchło­nę­łam Znie­czu­li­cę w cało­ści.

W zeszłym roku Wero­ni­ka Mamu­na oma­wia­ła tu anto­lo­gię fan­ta­sty­ki socjo­lo­gicz­nej10, docho­dząc do wnio­sku, że jej boha­te­ro­wie zazwy­czaj nie żyją w spo­łe­czeń­stwie, są bun­tu­ją­cy­mi się odlud­ka­mi i muszę przy­znać, że ta per­spek­ty­wa towa­rzy­szy mi teraz przy lek­tu­rze róż­nych tek­stów, ska­nu­ję je pod tym kątem. Znie­czu­li­ca z nie­wia­ry­god­ną zręcz­no­ścią łączy obie te kon­wen­cje – w domu Goś­ka prze­cho­dzi meta­mor­fo­zę w odlud­ka odrzu­ca­ją­ce­go nor­my, ale dzie­je się to pod wpły­wem i kry­zy­sów i ruchów spo­łecz­nych. To opo­wia­da­nie traf­nie opi­su­je wie­le rze­czy, ale być może w jego ser­cu tkwi dora­sta­nie jako przej­ście z bycia czę­ścią małej spo­łecz­no­ści rodzi­ny nukle­ar­nej do bycia czę­ścią więk­sze­go świa­ta. Wyla­ty­wa­nie z gniaz­da, by tak rzec.

VIII. Anna Karolina Kaczmarczyk, „Znieczulica”

Znie­czu­li­ca to jedy­ne opo­wia­da­nie w zbio­rze, któ­re docze­ka­ło się ilu­stra­cji i jest to ilu­stra­cja świet­nie zgra­na z tek­stem. Widzi­my ple­cy wychy­la­ją­cej się przez okno dziew­czy­ny w ciem­nym miesz­ka­niu. Do pomiesz­cze­nia wpa­da dym albo smog, gdzieś w głę­bi miesz­ka­nia śnie­ży tele­wi­zor. Nad nim, po pra­wej, jesz­cze jed­no okno, jaśniej­sze i bez dymu, dają­ce jakąś nadzie­ję.

Jeśli dobrze się przyj­rzy­my, na ple­cach Goś­ki dostrze­że­my pio­run., co w opo­wia­da­niu o dziew­czy­nie któ­rej mię­dzy covi­dem a straj­ka­mi kobiet wyra­sta­ją skrzy­dła jest strza­łem w dzie­siąt­kę.

IX. Kartka z zimy (Marta Konieczny, „Rok jej powrotu”)

Na asfal­cie leża­ła gru­ba war­stwa świe­że­go śnie­gu. Była nie­mal zupeł­nie gład­ka, prze­ci­na­ły ją tyl­ko dwa gru­be śla­dy płóz. Sze­ro­ka prze­strzeń mię­dzy nimi z łatwo­ścią pomie­ści­ła­by wagon pocią­gu11.

Nie­wiel­kie rodzin­ne mia­stecz­ko, do któ­re­go wró­ci­ło się po stu­diach, by pra­co­wać we swo­jej daw­nej szko­le. Poło­wa mar­ca.

Mło­da nauczy­ciel­ka, Maja, decy­du­je, że nie nale­ży robić marzan­ny, bo kry­zys kli­ma­tycz­ny. W efek­cie przy­cho­dzi magicz­na, potwor­na zima. Euge­nia, daw­na nauczy­ciel­ka, a obec­na współ­pra­cow­nicz­ka Mai, mniej wię­cej w wie­ku jej zmar­łej bab­ci, uświa­da­mia dziew­czy­nie, że to dla­te­go, że rytu­ały są waż­ne. By prze­go­nić zimę, sama poświę­ca się w jed­nym z nich. Maja i jej part­ner­ka, Ada, uczą się war­to­ści tra­dy­cji, ale po mniej wię­cej roku jed­nak się roz­sta­ją, bo Ada wyjeż­dża do duże­go mia­sta.

Rok jej powro­tu to tekst któ­ry moż­na łatwo stre­ścić i nie mieć z tego nic; jest naje­żo­ny szcze­gó­ła­mi, wyma­ga uważ­nej lek­tu­ry, a jeśli się jej podej­mie­my, nie daje pro­stych odpo­wie­dzi. Wie­my, że Maja ma rację, kry­zys kli­ma­tycz­ny tu bez wąt­pie­nia jest, daw­ne zwy­cza­je zwią­za­ne z pogo­dą wyda­ją się tra­cić na zna­cze­niu. Jed­no­cze­śnie wie­my, widzi­my, że Maja nie ma racji – oce­nia oto­cze­nie przez wykrzy­wio­ny pry­zmat (jak­by mia­ła okruch lodu w oku, chcia­ło­by się rzec), wszyst­ko w mia­stecz­ku jest dla niej duszą­ce i przy­gnę­bia­ją­ce. Wyczer­pa­na dłu­gą cho­ro­bą neu­ro­de­ge­ne­ra­cyj­ną nie­daw­no zmar­łej bab­ci, w star­szej nauczy­ciel­ce widzi z począt­ku w grun­cie rze­czy żywe­go tru­pa, jej sprze­ciw wobec scan­cel­lo­wa­nia marzan­ny przy­pi­su­je wcze­snej fazie demen­cji. Jej żywe i zro­zu­mia­łe reak­cje inter­pre­tu­je w tym samym klu­czu. Orien­tu­je się, że star­sza pani jest żywą part­ner­ką do roz­mo­wy wła­ści­wie dopie­ro wte­dy kie­dy ta ska­zu­je się na śmierć.

Przy uważ­nej lek­tu­rze Rok jej powro­tu oka­zu­je się ukry­tym klej­no­tem tej anto­lo­gii – opo­wia­da­niem o nie­praw­do­po­dob­nej wie­lo­wy­mia­ro­wo­ści świa­ta, jego nie­przy­sta­wal­no­ści do nar­ra­cji, któ­re ukła­da­my ze zna­nych sobie fak­tów, ale też o tym, że trud­no się z tych nar­ra­cji uwol­nić nawet kie­dy dosta­nie­my na twarz dowo­dem na to, że świat zawsze jest więk­szy niż nasze wyobra­że­nia. Osnu­cie tej histo­rii na kan­wie kata­stro­fy kli­ma­tycz­nej – pro­ble­mu o wie­le bar­dziej zło­żo­ne­go niż wyda­je się nam na co dzień, gdy nie­po­trzeb­nie dys­ku­tu­je­my z wokal­ną mniej­szo­ścią denia­li­stów – to strzał w dzie­siąt­kę.

X. Kartka z Chicago i Wałbrzycha (Lena Dominiczak, „Stacja Chicago–Wałbrzych 20 21”)

Okno w salo­nie, duże, ozdo­bio­ne gustow­nie jemio­łą, pod któ­rą nikt się nie chciał cało­wać, a za oknem pol­ska bre­ja śnie­go­wa. Dże­si­ka ude­rza się w gło­wę, przy­po­mi­na sobie, że to nie­ste­ty nie Szi­ka­go […]12.

Wał­brzych, syl­we­ster 2020/2021, alter­na­tyw­ny świat bez pan­de­mii.

Napraw­dę dłu­go po lek­tu­rze Sta­cji Chi­ca­go-Wał­brzych 20 21 zorien­to­wa­łam się, że głów­nym ele­men­tem fan­ta­stycz­nym tego opo­wia­da­nia jest impre­za któ­rej chy­ba nie mogło być.

To krót­ki, bra­wu­ro­wy języ­ko­wo tekst typu migaw­ka z życia. Na dobrą spra­wę nic tu się nie dzie­je – pora­nek po syl­we­strze, cór­ka któ­ra wró­ci­ła ze Sta­nów na świę­ta, jej przy­gnę­bio­na mat­ka, wyjazd. Jed­no­cze­śnie jed­nak trud­no się od tego ode­rwać.

W obli­czu bra­ku tra­dy­cyj­nie pro­wa­dzo­nej fabu­ły (któ­ry moc­no utrud­nia kry­ty­kę i w ogó­le pró­by namy­słu nad tek­stem) wypa­da się zła­pać tego co wysta­je, a wysta­je jak wspo­mnia­łam przede wszyst­kim język. Dosta­je­my „p e r s p e k t y w ę   s z i k a g o w s k ą” – wyda­rze­nia z per­spek­ty­wy Dżesiki/[p]Olki, rwą­cy potok sko­ja­rzeń, kalek, ryt­mów i wtrę­tów:

Jakiś gru­by kole­ga Bra­ja­na (tyl­ko tyle potra­fi­ła o nim powie­dzieć, gru­by) pejn­to­wał wczo­raj po kar­pe­cie jak jakiś Pika­so nie­okieł­zna­ny, sza­łem twór­czym owład­nię­ty. Dar­ła się na nie­go, to pamię­ta, dar­ła się, żeby prze­stał, bo do gar­be­cia będzie trze­ba wywa­lić (dywa­nik, nie gru­be­go kole­gę Bra­ja­na). Trud­no. Kolo­ro­wa masa pod jej sto­pa­mi prze­su­wa się nie­chęt­nie w stro­nę drzwi, wyda­jąc wszyst­kie odgło­sy nie­za­do­wo­le­nia. Dże­si­ka poczu­ła, że jed­nak suszy Sasza szo­sę, trze­ba zejść do kuch­ni się napić, więc idzie Dże­si­ka o barw­nych sto­pach, prze­pra­wa przez dom po wodę świę­co­ną, co wyba­wia, człap człap, kolo­ro­we śla­dy zosta­wia, Bra­ja­nek ją wytro­pi, tacy już są chło­pi13.

Dosta­je­my też p e r s p e k t y w ę  w a ł b r z y s k ą – czy­li punkt widze­nia Aga­ty, nar­ra­cję dużo bar­dziej kon­wen­cjo­nal­ną, gdzie jedy­ną eks­cen­trycz­no­ścią jest fakt, że boha­ter­ka o cór­ce myśli [p]Olka.

Aga­ta to kobie­ta sto­no­wa­na i w sumie przy­gnę­bio­na, domy­śla­my się że wdo­wa (wspo­mnie­nia o nie­obec­nym mężu raczej cie­płe), od pięt­na­stu lat samot­na. Jest duża dba­łość w poda­wa­niu nam takich szcze­gó­łów, powta­rza­niu, że Dżes ma lat trzy­dzie­ści a zacho­wu­je się jak nasto­lat­ka, tym że w pierw­szym zda­niu per­spek­ty­wy wał­brzy­skiej dowia­du­je­my się że to już pięt­na­ście lat bez męża. Dużo danych, któ­re pozwa­la­ją nam sobie nary­so­wać w tle jakieś losy tych opi­sa­nych na led­wie kil­ku stro­nach kobiet.

W ogó­le prze­mi­ja­nie jest tu z pew­no­ścią jakimś tema­tem – to, że to jest syl­we­ster, myśle­nie Aga­ty o sta­ro­ści, o tym jak [p]Olka/Dżesika była nasto­lat­ką, o tym że malu­ją się tą samą szmin­ką. To, że ostat­nie zda­nie Aga­ty w tym opo­wia­da­niu brzmi „jesz­cze zdą­ży­my być szczę­śli­we” (czy „my” to Aga­ta i [p]Olka czy Aga­ta i jej odbi­cie w lustrze, pozo­sta­je kwe­stią otwar­tą, ja inter­pre­tu­ję te sło­wa róż­nie, w zależ­no­ści od dnia i humo­ru).

Przede wszyst­kim jed­nak tema­tem opo­wia­da­nia jest toż­sa­mość. Dla­te­go język jest tak waż­ny, stąd to zesta­wie­nie uczci­wej, kon­wen­cjo­nal­nej pro­zy w czę­ściach doty­czą­cych Aga­ty – któ­ra jest przy tym boha­ter­ką ukształ­to­wa­ną i samo­dziel­ną, bar­dziej defi­nio­wa­ną przez sie­bie niż przez pol­skość – i tej Dże­si­ki, któ­ra jest cią­głym kola­żem Pol­ski i Sta­nów. To u Dże­si­ki mamy „suszy Sasza szo­sę,” „świę­tą mat­kę polkę Aga­tę z Kal­ku­ty”, „zie­mię obie­ca­ną, odzy­ska­ną, nie­pod­le­głą, dziu­ra­wym asfal­tem zala­ną”. Aga­tę defi­niu­ją jej życio­we doświad­cze­nia, Dże­si­kę też, ale Dże­si­ka ma ten pro­blem, że jej doświad­cze­nia roz­po­ście­ra­ją się mię­dzy dwo­ma kon­ty­nen­ta­mi i że zawsze będzie repre­zen­tant­ką dwóch kra­jów i będzie nio­sła tę repre­zen­ta­cję, myśla­ła o tym czy Pol­ska czy Sta­ny, dla­cze­go Pol­ska nie, dla­cze­go Sta­ny tak.

A pod tym wszyst­kim jest jesz­cze tęsk­no­ta – to, co spro­wa­dza Dże­si­kę do Pol­ski w prze­klę­tym roku 2020, albo co spra­wia, że i ona, i Aga­ta nie mogą nie myśleć o tym, jak ten syl­we­ster by wyglą­dał gdy­by się wyda­rzył. A wyda­rzyć się prze­cież nie powi­nien, pamię­tam dobrze, że w 2020 roku na syl­we­stra nie wol­no było nigdzie wyjść, a co dopie­ro przy­je­chać ze Sta­nów.

Nie­wia­ry­god­na licz­ba wąt­ków jak na tekst bez fabu­ły.

Nie powin­no być anto­lo­gii o Pol­sce bez opo­wia­da­nia o emi­gra­cji. Sta­cji Chi­ca­go-Wał­brzych… sta­nę­ła na wyso­ko­ści zada­nia, samą for­mą tek­stu odda­jąc jej pat­chwor­ko­wość, dyna­micz­ność, ener­gię, radość i smu­tek.

XI. Kartka z ballady i romansu (Justyna Hankus, „Jak to z Marianną było”)

Mię­dzy zło­ci­sty­mi łana­mi bie­gła mie­dza, z rzad­ka poro­śnię­ta ziel­skiem, upstrzo­na maka­mi. Upał falo­wał nad zbo­żem, napę­dza­jąc prze­zro­czy­ste fata­mor­ga­ny, roz­my­wa­jąc kra­jo­braz. Pola brzę­cza­ły ciszą, jed­no­staj­ną nutą owa­dów, słoń­ce sta­ło w zeni­cie14.

Wieś Brza­na pod Kra­ko­wem, upal­ne lato.

Mło­dy stu­dent dostrze­ga wiej­ską dziew­czy­nę i natych­miast zako­chu­je się na zabój. Kil­ka mie­się­cy póź­niej oświad­cza się jej, kie­dy jed­nak zawie­dzie dziew­czę­ce ser­ce, dziew­czę prze­dzierz­gnie się w demo­na.

Jak to z Marian­ną było podej­mu­je grę z kla­sycz­ną roman­tycz­ną kon­wen­cją i pró­bu­je w niej tro­chę naroz­ra­biać. Sierp­nio­wa wieś, waka­cje i dora­sta­nie to jeden z nie­licz­nych powra­ca­ją­cych moty­wów w tej anto­lo­gii, za każ­dym razem jed­nak powra­ca w innym sma­ku. Tutaj zamiast roz­te­rek zwią­za­nych z burz­li­wym przej­ściem w doro­słość dosta­je­my spo­koj­ną pew­ność przy­szłej mężat­ki. Marian­ka pozna­ła Kubę kie­dy ten przy­je­chał do wsi na bada­nia z uczel­ni. Kuba zako­chał się w niej od pierw­sze­go wej­rze­nia. Kuba jest nie­wia­ry­god­nie obie­cu­ją­cym mło­dym naukow­cem. Kuba sza­nu­je wolę Marian­ny i chce cze­kać do ślu­bu, taki jest zako­cha­ny. Kuba ma roz­wie­dzio­nych rodzi­ców, maco­chę któ­ra go uwo­dzi, mat­kę któ­ra jest pro­fe­sor­ką w Ber­li­nie.

A Marian­na? No, Marian­na jest ze wsi. Wyj­dzie za Kubę. Jest zako­cha­na. Na jej sce­ny skła­da się:

- patrze­nie w zadu­mie na kościół w któ­rym weź­mie ślub,

- patrze­nie w zachwy­cie na swo­je odbi­cie w ślub­nej sukien­ce,

- szep­nię­cie „tak” w retro­spek­cji, kie­dy Kuba się jej oświad­cza,

- sta­nie przy oknie z czo­łem opar­tym o szy­bę, koły­sa­nie się kie­dy Kuba ją obej­mu­je i roz­ma­wia­nie o tym jak bar­dzo się kocha­ją,

- wyglą­da­nie na dro­gę w nocy, kie­dy obu­dzi ją nie­po­kój, bo Kuba poje­chał do Ber­li­na,

Rodzi­ce Kuby i ojciec Marian­ki nie są zachwy­ce­ni per­spek­ty­wą ślu­bu (bab­ka i mat­ka Marian­ki od razu cał­ko­wi­cie akcep­tu­ją, cze­go się spo­dzie­wać po kobie­tach ze wsi, nie tego, co po sta­rym góra­lu, któ­ry w ogó­le to chciał stu­dio­wać tech­no­lo­gię maszyn, ale trud­ne cza­sy były i nie wyszło). Nato­miast o ile ojciec Kuby osta­tecz­nie akcep­tu­je decy­zję syna, mat­ka snu­je intry­gę, zapra­sza go do sie­bie na uczel­nię na tydzień. W efek­cie Kuba zaczy­na myśleć o prze­ło­że­niu ślu­bu dopó­ki nie zro­bi stu­diów magi­ster­skich. Nie­opatrz­nie wspo­mi­na o tym Marian­ce, któ­ra na wieść o pla­nach uko­cha­ne­go zamie­nia się w połu­dni­cę i zabi­ja Jaku­ba przy naj­bliż­szej jego wizy­cie na wsi.

Jako czy­tel­ni­cy nie widzi­my tej prze­mia­ny, musi­my się jej domy­ślić. Nie zna­my też per­spek­ty­wy połu­dni­cy – widzi­my demo­na ocza­mi Kuby. Marian­ka jest naj­pierw zako­cha­ną naiw­ną dzie­wusz­ką ze wsi, potem demo­nem i tak napraw­dę w żad­nym z tych wydań nie ma życia wewnętrz­ne­go.

Opo­wia­da­nie chy­ba bar­dzo chce wie­rzyć, że stoi po stro­nie zła­ma­ne­go dziew­czę­ce­go ser­ca. Że gniew Marian­ki jeśli nie jest spra­wie­dli­wy, to przy­naj­mniej jest zro­zu­mia­ły. Że w wyry­so­wa­nym przez sie­bie kon­flik­cie kla­so­wym opo­wia­da się po stro­nie uczci­wej dziew­czy­ny ze wsi a nie peł­nych pogar­dy inte­lek­tu­ali­stów. Że nawet jeśli Jakub nie zasłu­żył na tak okrut­ną karę, to jego nie­pew­ny krok w stro­nę zdra­dy był nik­czem­ną kro­plą, któ­ra prze­la­ła cza­rę.

Na pew­no było­by w tym bar­dziej prze­ko­nu­ją­ce, gdy­by potra­fi­ło sobie wyobra­zić mło­dą dziew­czy­nę ze wsi, któ­ra ma oso­bo­wość poza byciem zako­cha­ną i zmie­rza­niem do ślu­bu.

XII. Kartka ze Śląska (Karol Matlachowski, „Krótka pięćdziesiątka”)

Rozej­rzał się po ogro­dzie zaro­śnię­tym tra­wą wyso­ką po kola­na. Tu i ówdzie nad zie­lo­ny dywan wybi­jał się krzak dzi­kiej róży i coś, co w lep­szych cza­sach mogło być agre­stem. Nie­da­le­ko małej szo­py sta­ły trzy jabłon­ki, któ­re daw­no prze­sta­ły wyda­wać jaki­kol­wiek owoc.

Na środ­ku wzno­sił się spo­ry dom zbu­do­wa­ny z czer­wo­nej cegły. Mimo upły­wu lat jego okna nie były pokry­te gru­bą war­stwą bru­du. Patrząc zza drze­wa, Marek dostrzegł ciem­ne syl­wet­ki maja­czą­ce za jed­ną z szyb15.

Wieś pod Tycha­mi, dru­ga poło­wa XX wie­ku, głów­nie dzie­ciń­stwo boha­te­ra.

Jest taki motyw w lite­ra­tu­rze pol­skiej, jeden, mam wra­że­nie, z naj­częst­szych (więc musiał się zna­leźć w tej anto­lo­gii) – któ­ry w ogó­le na mnie nie dzia­ła. To facet, któ­re­mu w życiu nie wyszło. Kie­dy był chłop­cem to było faj­nie a potem był zdzi­wio­nym nie­po­rad­nym doro­słym coś się popsu­ło. Smu­te­czek. Ale cóż, takie jest Praw­dzi­we Życie: sza­re i przy­gnę­bia­ją­ce. Trze­ba stłam­sić swo­je praw­dzi­we ja i cięż­ko pra­co­wać, by nadą­żyć. Na tym pole­ga bycie męż­czy­zną.

Mam zero empa­tii do tej nar­ra­cji i tych boha­te­rów. Do nar­ra­cji dla­te­go, że nie wie­rzę w smut­ne sza­re życie, w któ­rym nie ma nic cie­ka­we­go, nie­zwy­kłe­go czy waż­ne­go, do boha­te­rów bo ich błąd pole­ga na tym, że uwie­rzy­li że wszyst­ko im zosta­nie poda­ne na tacy (nie­wi­dzial­ny patriar­chat ich o tym zapew­niał), a kie­dy nie zosta­ło, to uzna­li, że życie cza­sem nie wycho­dzi i trze­ba się z tym pogo­dzić. Oczy­wi­ście widzę, że są w pułap­ce, ale mogą się z niej wydo­stać wyłącz­nie wła­snym sump­tem. W tym celu trze­ba by było jed­nak zapy­tać kogo­kol­wiek kto nie jest takim face­tem jak oni o to, co się sta­ło, dla­cze­go nie wyszło, jak żyć.

Krót­ka pięć­dzie­siąt­ka to dokład­nie tego typu nar­ra­cja, przy czym wyda­je się w sumie świa­do­ma żało­sno­ści swo­je­go boha­te­ra. Żąda ode mnie oczy­wi­ście, bym mu współ­czu­ła (nie współ­czu­ję), ale po dłuż­szym namy­śle czy­tam ją jako meta­fo­ry­zu­ją­cą patriar­chat. Patriar­chat jest bar­dzo sta­rym domem we wsi; nie­zmienn­nie budzi fascy­na­cję, przy­cią­ga nie­ostroż­ne dzie­ci, któ­re następ­nie zosta­ją dotknię­te jego klą­twą by osta­tecz­nie zapo­mnieć o wszyst­kim i stać się jego straż­ni­ka­mi.

Lata po tym, jak boha­ter opo­wia­da­nia zmie­nia się w ducha strze­gą­ce­go upior­ne­go domu, poja­wia się dziec­ko, któ­re­mu prze­ka­że klą­twę. Tym razem dziew­czyn­ka. Cie­ka­we jak ona sobie z tym pora­dzi.

XIII. Ewan Mrozek – „Maryja, królowa Niepospolitej”

Czy anto­lo­gia może być o Pol­sce bez jakiejś Maryj­ki?

Po Krót­kiej pięć­dzie­siąt­ce dosta­je­my kolej­ną ilu­stra­cję, tym razem autor­stwa Ewa­na Mroz­ka. Bar­dzo lubię jego twór­czość, zarów­no lite­rac­ką, jak i pla­stycz­ną, któ­rą w skró­cie mogła­bym okre­ślić jako cha­rak­ter­ną i zadzior­ną. Mary­ja… wpi­su­je się w ten nurt; stoi sobie z wynio­słą, spo­koj­ną miną na tle pło­ną­ce­go kościo­ła. Stóp­ką miaż­dży nie gło­wę węża, a kie­lich z kate­go­rii zło­tych i nie­skrom­nych (zapew­ne; ilu­stra­cje w Rze­czy Niepo­spo­li­tej są czar­no-bia­łe). W dło­niach trzy­ma pło­ną­cy kro­pacz. Ma wynio­słą, spo­koj­ną twarz. Wnio­sku­ję, że wła­sno­ręcz­nie ten kościół w tle obró­ci­ła w drza­zgi.

Lubię ją.

XIV. Kartka z podręcznika (PNEUMATYCZNA DUSZA, DZIESIĘĆ WYZWAŃ KTÓRE MUSISZ POKONAĆ ABY STAĆ SIĘ PRZEDSIĘBIORCĄ (GRA MOTYWACYJNA)

Wyjdź na bal­kon, weź głę­bo­ki oddech, rozej­rzyj się.
Czy prze­chod­nie w dole nie są mali jak insek­ty?

Wycią­gnij rękę i spró­buj zła­pać jed­ne­go z nich pal­ca­mi.
Jeśli ci się uda­ło, zigno­ruj krzy­ki i scho­waj go do kie­sze­ni.
Gra­tu­la­cje, zyskał_ś pierw­sze­go pra­cow­ni­ka16.

Gdzie­kol­wiek, ale w Pol­sce. Kie­dy­kol­wiek, ale po trans­for­ma­cji.

DZIESIĘĆ WYZWAŃ KTÓRE MUSISZ POKONAĆ BY ZOSTAĆ PRZEDSIĘBIORCĄ (GRA MOTYWACYJNA) autor­stwa PNEUMATYCZNEJ DUSZY, zna­ne­go na plat­for­mie X bytu arty­stycz­no-lite­rac­kie­go, to tekst, któ­ry robi dokład­nie to, co chce zro­bić, w bra­wu­ro­wy, pew­ny spo­sób. Korzy­sta­jąc z for­my gry para­gra­fo­wej, weir­du­je i wyśmie­wa men­tal­no-kul­tu­ro­we mon­strum, któ­re spra­wi­ło, że duża część z nas mia­ła w szko­le przed­miot o nazwie „Pod­sta­wy przed­się­bior­czo­ści”.

Po prze­bu­dze­niu odkry­jesz szcze­gó­ło­wy biz­ne­splan wypi­sa­ny na two­jej skó­rze set­ka­mi pre­cy­zyj­nych cięć.
Spłucz z sie­bie krew i cze­kaj spo­koj­nie, aż two­je cia­ło się zabliź­ni i biz­ne­splan sta­nie się czy­tel­ny.
Nie przej­muj się bli­zna­mi, każ­dy praw­dzi­wy Przed­się­bior­ca jest nimi pokry­ty17.

Tak napraw­dę trud­no powie­dzieć o tym tek­ście coś, cze­go on sam nie prze­ka­zu­je spraw­niej i cie­ka­wiej. For­ma współ­gra tu z tre­ścią, ale co śmiesz­niej­sze, treść rów­nież gra z for­mą gry. O ile bowiem DZIESIĘĆ WYZWAŃ… przyj­mu­je for­mę gry para­gra­fo­wej, tak napraw­dę nie daje czy­tel­ni­ko­wi żad­ne­go wybo­ru, roz­ga­łę­zie­nia są wyłącz­nie reto­rycz­ne. To nie jest dobra gra, bo nie jest grą. Jest za to dobrą lite­ra­tu­rą.

XV. TheAxael, „Żubr, pani, kłusownik”

Moż­na powie­dzieć, że Mary­ja z poprzed­niej ilu­stra­cji nie poprze­sta­ła na pale­niu kościo­łów i ruszy­ła dalej przed sie­bie, żeby wymie­rzać spra­wie­dli­wość.

W smu­dze świa­tła prze­bi­ja­ją­cej się przez gęste gałę­zie pusz­czy stoi żubr. Na jego grzbie­cie sie­dzi pięk­ne, zwiew­ne zja­wi­sko z dłu­gą włócz­nią w smu­kłej dło­ni. W rogu obra­zu, w cie­niu, kuli się, osła­nia­jąc twarz przed bla­skiem, męż­czy­zna w czap­ce – zapew­ne kłu­sow­nik. Wszyst­kie­mu przy­glą­da­ją się sie­dzą­ce spo­koj­nie na gałę­zi dwa pta­ki.

Nie ma tu oznak nie­uchron­nej zgu­by, pani na żubrze nie zama­chu­je się włócz­nią – jesz­cze. Kłu­sow­nik ma szan­sę na uciecz­kę. Cie­ka­we, czy z niej sko­rzy­sta.

XVI. Kartka z Krakowa (Anna Łagan, „Chochoły”)

Listo­pa­do­we szkie­le­ty drzew na plan­tach wyglą­da­ją upior­nie zza szy­by tram­wa­ju. Mgła jest jak nie­re­al­na, część latar­ni nie świe­ci. Pomię­dzy kamie­ni­ca­mi i na podwór­ku panu­je ciem­ność – życie ist­nie­je wewnątrz budyn­ków, na zewnątrz groź­na rze­czy­wi­stość. Pośrod­ku podwór­ka rośnie krzew owi­nię­ty sło­mą18.

Kra­ków, listo­pad 2020 roku. Zim­no, wil­goć, pust­ka.

Cho­cho­ły to kolej­ne opo­wia­da­nie, któ­re poka­zu­je nam roz­ter­ki męż­czy­zny w śred­nim wie­ku. Paweł jest posta­cią napi­sa­ną z ogrom­ną empa­tią – ojciec mło­dej doro­słej cór­ki, któ­ry nie rozu­mie jej i jej świa­ta, ale się mar­twi. Mar­twie­nie się jest głów­ną cechą jego cha­rak­te­ru, przy czym trud­no się temu dzi­wić: pan­de­mia, pro­te­sty, aktyw­ne poli­tycz­nie, miesz­ka­ją­ce w dużym mie­ście dziec­ko od kil­ku dni nie daje zna­ku życia.

Nie wiem, dla­cze­go ta postać mnie tak dener­wu­je. Może przez swo­ją nie­po­rad­ność i abso­lut­ny brak pla­nu – jedzie do tego Kra­ko­wa busem, z komór­ką na reszt­ce bate­rii, odwie­dza miesz­ka­nie cór­ki, oka­zu­je się że cór­ki tam nie ma, a jej współ­lo­ka­tor nie jest skłon­ny wpu­ścić obce­go męż­czy­zny do miesz­ka­nia, więc Paweł zaczy­na bez celu cho­dzić po Kra­ko­wie. Tekst ma trzy wąt­ki i to tro­chę za dużo. Pierw­szy doty­czy poszu­ki­wań cór­ki Paw­ła, Julii – i tu boha­te­ro­wi nie­wie­le uda­je się osią­gnąć. Dru­gi wątek to dzi­wacz­ne, magicz­ne kosz­ma­ry, prze­śla­du­ją­ce nie­któ­re oso­by w rodzi­nie, w tym Paw­ła i Julię. Wresz­cie trze­ci, nie­do­po­wie­dzia­ny wątek to histo­ria rodzi­ny: dowia­du­je­my się, że Wero­ni­ka, bra­ta­ni­ca (?) boha­te­ra ucie­kła z domu, a w kon­se­kwen­cji Paweł zerwał kon­tak­ty z nie­któ­ry­mi krew­ny­mi. Dla całej połą­czo­nej sna­mi trój­ki (Wero­ni­ka śni tak jak Paweł i Julia) było to prze­ło­mo­we, potwor­ne wyda­rze­nie, jed­no z tych, któ­re dzie­lą rze­czy­wi­stość na „przed” i „po”.

W grun­cie rze­czy to wątek dora­sta­nia Julii i Wero­ni­ki, ich snów, ich cier­pie­nia, ich deter­mi­na­cji, tego jak jed­ną ukształ­to­wa­ła krzyw­da dru­giej – jest klu­czo­wy dla tej histo­rii. Paweł tyl­ko przy­glą­da się z boku, prze­ży­wa , szu­ka cór­ki nie wie­dząc jak się za to zabrać. Docie­ra do niej przez sny i przez Wero­ni­kę, któ­ra oka­zu­je się anta­go­nist­ką całej histo­rii, oso­bą któ­ra prze­sad­nie chce chro­nić sie­bie i innych przed rze­czy­wi­sto­ścią i któ­rej Paweł słu­ży sku­tecz­ną radą, jeśli nie poucze­niem. Zarów­no on, jak i Wik­to­ria chcą chro­nić Julię przed złym świa­tem – Paweł jed­nak rozu­mie, że ze świa­tem tym nale­ży się raczej mie­rzyć, a nie przed nim ucie­kać. Mam mie­sza­ne uczu­cia w kwe­stii tego, że tłu­ma­czy to oso­bie po takiej trau­mie, jaką prze­szła Wero­ni­ka, ale z dru­giej stro­ny dobrze, że kobie­ta nie jest spro­wa­dzo­na do roli ide­al­nej bez­grzesz­nej ofia­ry, że może się cze­goś nauczyć i może dostać jakąś – spóź­nio­ną, nie­prze­zna­czo­ną dla niej, ale nadal – pomoc.

Zresz­tą nikt tutaj nie dosta­je nicze­go, co było­by dla nie­go prze­zna­czo­ne – boha­te­ro­wie mija­ją się we mgle i w snach, wpły­wa­ją na sie­bie w bar­dzo nie­bez­po­śred­ni spo­sób, nie­in­ten­cjo­nal­nie. Fra­za „Komuś mi bli­skie­mu coś się przy­da­rzy­ło” jest moto­rem opo­wia­da­nia i jest w tym cie­ka­wa, rzad­ko uży­wa­na, a praw­dzi­wa per­spek­ty­wa.

Cho­cho­ły chcą chy­ba być o ludziach, któ­rzy chro­nią swo­je wewnętrz­ne prze­ży­cia, swo­je praw­dzi­we, kol­cza­ste, pięk­ne „ja” pod war­stwą sło­my, ponie­waż boją się, że nie prze­trwa ono star­cia z zim­nym świa­tem i o odkry­wa­niu, że star­cie z zim­nym świa­tem jest jak naj­bar­dziej do prze­trwa­nia. Czę­ścio­wo im się to uda­je (czę­ścio­wo nie– meta­fo­ra nawa­la o tyle, że cho­cho­ły są w ogó­le prze­cież potrzeb­ne). Są jed­nak przede wszyst­kim o rodzi­nie: odda­lo­nej, roz­ła­żą­cej się, nie­do­ga­du­ją­cej, nie­wi­dzą­cej lata­mi, trud­nej, a jed­nak zawsze mają­cej – lep­szy lub gor­szy – wpływ na swo­ich człon­ków.

XVII. Kartka stamtąd (Wojciech Gunia, „Tam”)

[…] upal­ny lipiec, odlud­ne miej­sce gdzieś na połu­dniu, pomię­dzy na wpół wymar­ły­mi wio­ska­mi, leśna dro­ga, pola­na, dzi­kie ostrę­ży­ny, ich kolor, smak, następ­nie prze­świt sko­ro­do­wa­nej sta­li zza kol­cza­stych splo­tów, sze­lest i zgrzyt roz­wie­ra­ne­go przej­ścia, a potem ciąg zatę­chłej wil­go­ci i zie­ją­ca ciem­ność19

Gdzieś na połu­dniu, sezon na ostrę­ży­ny.

Zna­czą­ca więk­szość opo­wia­dań w Rze­czy nie­po­spo­li­tej potrze­bu­je dziać się w Pol­sce, żeby być sobą – dla­te­go tra­fi­ły do anto­lo­gii. Nawet jeśli doty­ka­ją spraw uni­wer­sal­nych, a w więk­szo­ści doty­ka­ją, to sce­no­gra­fia w jakiej ich doty­ka­ją jest waż­na. Z Tam Woj­cie­cha Guni jest tro­chę ina­czej.

Oczy­wi­ście są ostrę­ży­ny, jest tam – miej­sce, któ­re łatwo sobie wyobra­zić, zardze­wia­łe drzwi i cegły w środ­ku lasu pośród kol­cza­stych krza­ków i ciem­nych owo­ców, ale sama histo­ria o żało­bie po zmar­łym dziec­ku mogła wyda­rzyć się jakiej­kol­wiek boha­ter­ce w jakim­kol­wiek miej­scu na świe­cie.

Opo­wia­da­nie jest świet­ne – nie­po­ko­ją­ce, smut­ne, sub­tel­nie przed­sta­wia rela­cje mię­dzy boha­ter­ka­mi, stop­nio­wo odkry­wa przed nami kon­tekst opi­sy­wa­nej tra­ge­dii i całą ota­cza­ją­cą ją nie­sa­mo­wi­tość, te ostrę­ży­ny tam fak­tycz­nie pod­krę­ca­ją sce­no­gra­fię, wszyst­ko dzia­ła.

Naj­bar­dziej mnie jed­nak ude­rza – nie­za­mie­rzo­na, być może, przez auto­ra i redak­tor­kę – kon­se­kwen­cja umiesz­cze­nia Tam w zbio­rze o takiej, a nie innej tema­ty­ce. W anto­lo­gii o Pol­sce tekst o miej­scu, któ­re wyma­zu­je wspo­mnie­nia, o prze­no­sze­niu trau­my na innych o powo­ły­wa­niu ludzi do ist­nie­nia po to tyl­ko, aby nosi­li naszą żało­bę, nigdy o nią nie pyta­jąc i nie zda­jąc sobie z niej spra­wy, ude­rza w stru­ny, w któ­re zapew­ne by nie wybrzmia­ły poza tą anto­lo­gią.

XVIII. Kartka z Wrocławia (Julia Żmudka, „Genius…”)

Prze­szklo­na wie­ża sta­no­wi­ła odpo­wiedź na absy­dę sąsied­nie­go kościo­ła. Wej­ście w ścię­tym naroż­ni­ku to swo­bod­ne powtó­rze­nie roz­wią­za­nia z hote­lu sto­ją­ce­go przy tej samej uli­cy. Jaskra­we kolo­ry, któ­re teraz obu­rza­ły spa­ce­ro­wi­czów, swe­go cza­su nale­ża­ły do naj­mod­niej­szych barw20.

Wro­cław, nie­dłu­go po inbach o Sol­pol

Genius… Julii Żmud­ki to lek­kie, prze­wrot­ne opo­wia­da­nie, któ­re­go nie mogę nie doce­nić, mimo że jest abso­lut­nie nie w moim sty­lu. Nie prze­pa­dam za post­mo­der­ni­stycz­ny­mi, auto­te­ma­tycz­ny­mi tek­sta­mi pisa­ny­mi z przy­mru­że­niem oka. Uwa­żam, że są dzie­cin­ne, że już wyro­słam z tego typu iro­nii.

Ale! Ale to tekst o wro­cław­skim Sol­po­lu. I dopraw­dy nie wiem, czy jest moż­li­we napi­sa­nie inne­go tek­stu o Sol­po­lu, któ­ry tak rozu­miał­by i odda­wał ducha tego budyn­ku, dys­kurs wokół nie­go, wszyst­kie te inby, o któ­rych przez te parę lat zapo­mnie­li­śmy. Jak mówi­łam – nie lubię takie­go pisa­nia. Ale ta anto­lo­gia bez tego tek­stu była­by jak Wro­cław bez Sol­po­lu, tro­chę oszu­ka­na, tro­chę nie­przy­zna­ją­ca się do sie­bie.

Myślę, że ze wszyst­kich moż­li­wych tek­stów o ruinach i pusto­sta­nach, o odcho­dze­niu w prze­szłość, napi­sać, a potem opu­bli­ko­wać wła­śnie ten, to pomysł świe­ży i dają­cy do myśle­nia. Prze­mi­ja­nie Sol­po­lu i post­mo­der­ni­zmu jest tro­chę mniej wytar­te niż prze­mi­ja­nie ponad­stu­let­nich zabyt­ków i mówi nam coś o tym, że nawet (a może zwłasz­cza) histo­ria naj­now­sza nie­uchron­nie sta­je się po pro­stu histo­rią.

Genius… to kolej­ny po DZIESIĘCIU KROKACH… tekst, któ­ry tak dosko­na­le speł­nia swo­ją funk­cję, że trud­no o nim napi­sać coś, cze­go on sam nie powie spraw­niej – i kolej­na uda­na gra z czy­tel­ni­kiem.

XIX. Kartka z ciemności (Olga Niziołek, „Sześć wskazówek, jak biegać w ciemnościach”)

Kątem oka zoba­czył pla­mę ben­zy­ny na asfal­cie. Jej opa­li­zu­ją­ce brze­gi wyglą­da­ły jak pło­mie­nie21.

Sześć wska­zó­wek, jak bie­gać w ciem­no­ściach to opo­wia­da­nie, któ­re odnio­sło w fan­do­mie spo­ry suk­ces – była nomi­na­cja do Nagro­dy im. Janu­sza Zaj­dla, była wer­sja audio, tekst wyda­je się sto­sun­ko­wo zna­ny w śro­do­wi­sku, albo może w mojej czę­ści śro­do­wi­ska. Zasłu­że­nie, bo to kolej­ne opo­wia­da­nie, któ­ry robi dokład­nie to, co chce zro­bić, dokład­nie tak jak chce, i co ja wam będę gadać, prze­czy­taj­cie. Sześć wska­zó­wek… wyda­je się pro­stą, zgrab­ną, meta­fo­rą kry­zy­su zdro­wia psy­chicz­ne­go. Posłu­gu­je się for­mą porad­ni­ka-rela­cji bez­i­mien­nej, bole­śnie szcze­rej boha­ter­ki. Rewe­la­cyj­ny warsz­tat autor­ki spra­wia, że natych­miast znaj­du­je­my się z boha­ter­ką w ciem­no­ściach, bie­gnie­my z nią, sta­ra­my się nie chwy­tać wysta­ją­cych z muru dło­ni, zapo­mi­na­my że to rela­cja-porad­nik, bo doświad­cza­my w wyobraź­ni wszyst­kie­go co w nim opi­sa­ne.

Potrze­bu­je­my chwi­li, żeby zorien­to­wać się, że ciem­ność peł­na jest wyrw i nie­do­po­wie­dzeń – żeby, domy­ślić się kształ­tu tego, co przed nami ukry­wa i dzię­ki temu może­my bar­dziej doce­nić praw­dę, któ­rą się dzie­li.

Roz­dź­więk mię­dzy tym co powie­dzia­ne a co nie, to war­stwa tego tek­stu, któ­rą odkry­łam dopie­ro po jakimś cza­sie i jest dla mnie nie­zwy­kle fascy­nu­ją­ca. Opis rze­czy­wi­sto­ści boha­ter­ki nie jest prze­cież kłam­stwem, te jej pro­ble­my o któ­rych mówi są praw­dzi­we, mogły ją w ciem­ność zepchnąć, kon­fron­ta­cja z nimi ją z ciem­no­ści wycią­ga.

Rze­czy, o któ­rych nie mówi, są z tymi wyra­żo­ny­mi w jakimś roz­dź­wię­ku, two­rzy się pomię­dzy jed­ny­mi i dru­gi­mi dziw­na prze­strzeń – może to wła­śnie jest tytu­ło­wa ciem­ność. To spra­wia że myślę o rów­no­cze­sno­ści róż­nych ska­li cier­pień, o trud­nych doświad­cze­niach jako o eko­sys­te­mie, a nie puli czy sza­li wagi. O kra­inie, któ­rą trze­ba prze­biec.

Kie­dy się już wgry­zie­my w nar­ra­cję i prze­bie­gnie­my z boha­ter­ką, co jest do prze­bie­gnię­cia, oka­zu­je się, że wca­le nas z nią nie było. To wszyst­ko nawet nie było do nas. Cały porad­nik to ele­ment świa­ta przed­sta­wio­ne­go w opo­wia­da­niu, pla­kat na murze, naba­zgra­ne ręcz­nie maja­ki sza­lo­nej kobie­ty, czy­ta­ne przez boha­te­ra cze­ka­ją­ce­go na zna­jo­mych pod kinem.

Boha­te­ra, któ­ry natych­miast sam wpa­da w ciem­ność, koń­cząc anto­lo­gię.

Ostat­nia gra­fi­ka w Rze­czy nie­po­spo­li­tej, autor­stwa Mał­go­rza­ty Lewan­dow­skiej, to wize­ru­nek syren­ki zaszy­wa­ją­cej tę ciem­ność pol­ską fla­gą uło­żo­ną w pio­nie.

„To nie jest anto­lo­gia hor­ro­ru” – pisze Wero­ni­ka Mamu­na we wstę­pie. „Nie do koń­ca”22.

 

Redak­cja i korek­ta: Patryk Kosen­da

 

1 Jako Artur Now­rot.

2 A. Now­rot [właśc. W. Mamu­na], Wstęp [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta. Anto­lo­gia opo­wia­dań nie­sa­mo­wi­tych, red. A. Now­rot [właśc. W. Mamu­na], Kra­ków: Gru­pa Wydaw­ni­cza Alpa­ka, 2025, s. 13–14.

3 J. Przy­godz­ka, Barszcz [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 18.

4 M. Mali­now­ska, O Dorot­ce i sie­dem­na­stu rze­kach [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 31. O Dorot­ce i sie­dem­na­stu rze­kach to moje opo­wia­da­nie. Oma­wia­nie wła­sne­go tek­stu jest nie­co krę­pu­ją­ce, ale jest też fascy­nu­ją­cym eks­pe­ry­men­tem – tekst napi­sa­ny pięć lat temu czy­ta się jak obcy i moż­na w nim, jak odkry­łam, dostrzec rze­czy, któ­rych w ogó­le nie pla­no­wa­ło się napi­sać ani o któ­rych się wcze­śniej nie myśla­ło.

5 A. Robak-Reczek, Czar­no­ziem [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 41.

6 M. Stud­nia­rek, Teraz nie ma cza­sów [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 69.

7 M. Gwa­ra, O pew­nej przy­jaź­ni [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 99.

8 P. Zań­ko, Znie­czu­li­ca [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 130.

9 Tam­że, s. 132.

10 W. Mamu­na, Nie żyje­my w spo­łe­czeń­stwie, „Dzien­nik Lite­rac­ki” 15.10.2025, onli­ne: https://dziennikliteracki.pl/weronika-mamuna-nie-zyjemy-w-spoleczenstwie-magazyn-bialy-kruk-fantastyka-socjologiczna-literatura-futurologiczna-literatura-fantastyczna-dyskurs-terapeutyczny-barbara-uznanska-loch-perfekcyjna-harmon/ [dostęp: 28.06.2026].

11 M. Koniecz­ny, Rok jej powro­tu [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 149.

12 L. Domi­ni­czak, Sta­cja Chicago–Wałbrzych 20 21 [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 166–167.

13 Tam­że, s. 167.

14 J. Han­kus, Jak to z Marian­ną było [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 197.

15 K. Matla­chow­ski, Krót­ka pięć­dzie­siąt­ka [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 203.

16 Pneu­ma­tycz­na Dusza, Dzie­sięć wyzwań, któ­re musisz poko­nać, by stać się przed­się­bior­cą (gra moty­wa­cyj­na) [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 234–236.

17 Tam­że, s. 233.

18 A. Łagan, Cho­cho­ły [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 275.

19 W. Gunia, Tam [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 313.

20 J. Żmud­ka, Genius… [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 331.

21 O. Nizio­łek, Sześć wska­zó­wek, jak bie­gać w ciem­no­ściach [w:] Rzecz nie­po­spo­li­ta…, s. 345.

22 A. Now­rot [właśc. W. Mamu­na], Wstęp, s. 11.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

27.06.2026 Recenzje

Wyspa Bergera

Stawiane są pytania o granice sztuki oraz o to, jak daleko artysta może się posunąć, by sfinalizować swoje dzieło. Czy poświęcenie jednej osoby dla sztuki może być zrównoważone poświęceniem sztuki innej osobie? – o Wyspie Snów Heikkiego Kännö pisze Piotr Paczkowski.

26.06.2026 Prasówka

Prasówka (26 czerwca 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.

25.06.2026 Laba

Trzy czerwcowe dni. Festiwal (letniego) przesilenia

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych, rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy reportaż Kingi Dawidowicz z Festiwalu Non-Fiction w Muzeum Miasta Gdyni.