XXI wiek przyniósł nam wiele małych i wielkich cudów. Wśród nich są też darmowe antologie opowiadań fantastycznych z otwartym naborem. Nieograniczane przez koszty druku, otwarte dla wszystkich chcących spróbować swoich sił w pisaniu, redakcji czy składzie, stanowią bardzo szczególne zjawisko literackie, bliższe pulsowi tak zwanego fandomu niż cokolwiek wcześniej.
W efekcie antologie te są wypowiedziami społeczności na dany temat; rolą redaktorki jest, owszem, wybrać najlepsze teksty, ale ta „najlepszość” nie istnieje w oderwaniu od tematu. Nie mówimy więc tylko o dobrym warsztacie czy intrygującej fabule, najlepsze opowiadania to te „najlepiej eksplorujące temat” i „najlepiej wyrażające to, co wielu autorów próbuje przekazać”.
Gdyby więc ktoś przyszedł do mnie z pytaniem, jaką książkę przeczytać, by zrozumieć Polskę wczesnych lat 20. XXI wieku, nie wskazałabym żadnej wielkiej powieści, a Rzecz niepospolitą, darmową antologię Grupy Wydawniczej Alpaka, której pomysłodawczynią i redaktorką była Weronika Mamuna1. To fascynujący wielogłos, który robi dokładnie to, co ambitna fantastyka robić powinna: mityzuje rzeczywistość, by wyciągnąć na światło dzienne prawdy, które na co dzień są przed nami ukryte.
A tych ukrytych prawd jest co najmniej tyle, ile autorów i autorek. Zapowiada nam to już we wstępie sama redaktorka:
[…] powstała antologia ogromnie zróżnicowana: znajdują się w niej teksty zaskakujące stylem i formą, ale też bardziej tradycyjne. W jednych bardzo mocno odbija się moment powstania, inne przedstawiają współczesność w szerszej perspektywie. Są opowiadania otwarcie polityczne, są i takie, które poruszają kwestie społeczne w sposób bardziej zawoalowany i symboliczny, albo które mówią o sprawach ogólnoludzkich. W niektórych skrzy się humor, w innych czai subtelna groza.
Widać jednak także podobieństwa, wspólne tematy, które powracają w kolejnych tekstach: tradycja, która daje stabilność i oparcie, ale może także dusić. Walka o autonomię i możliwość samostanowienia (zwłaszcza kobiet), która różnie się kończy. No i wreszcie: wyraźne skupienie na otoczeniu2.
I faktycznie: kiedy myślę o tej antologii, jawi mi się ona jako kolekcja pocztówek z bardzo różnych miejsc – nie z powodu banalności pocztówki jako obiektu (wiele można znaleźć w tej antologii, ale nie banał), a ze względu na to, że taka kolekcja opowiada historię całości, której nie da się objąć jednym spojrzeniem i zgrabnie podsumować w kilku zdaniach.
Tym bardziej warto ją przeczytać. Spotkać każde opowiadanie z osobna tam, gdzie jest (głęboko wierzę, że opowiadania powinny być traktowane jak autonomiczne twory literackie, które zasługują na namysł nie mniej niż powieści), dostrzec tak wątki powracające jak i te wyjątkowe. Stworzyć sobie w głowie mapę różnobarwnych pejzaży, by móc się w niej gubić, szukać odpowiedzi i nigdy jej do końca nie znajdując.
I. Kartka z zachodniopomorskiego (Joanna Przygodzka, „Barszcz”)
Gdy w poszukiwaniu owoców trafiłam na polanę, zobaczyłam barszcz przewyższający drzewa. Stał zresztą w ich kręgu, oświetlony przez słońce, jak na obrazie.
Jak pomnik, ołtarz albo bóg. Biały kwiat oślepiał, powietrze na polanie wydawało się złote3.
Wieś w zachodniopomorskim, dwie godziny autem od morza. Lato. Pierwsze czy drugie wakacje bohaterki.
Opowiadanie wydaje się niepozorne i jeśli nie czytamy uważnie, może nawet niezborne ze swoim zagadkowym, otwartym zakończeniem. Oto bohaterka opowiada nam o wakacjach, które w dzieciństwie spędziła na wsi. Pewnego dnia trafiła tam na polanę, gdzie rósł nieprawdopodobnie wielki egzemplarz barszczu – Król Barszczu. Uciekła. Żyła spokojnym życiem do jakiegoś momentu dorosłości, kiedy barszcz zaczął ją prześladować, rosnąć coraz bliżej jej codzienności. Bohaterka „rozumie tę dyskretną groźbę” i wraca więc do tamtej wsi; miejsce się zmieniło, ale polana wciąż jest tam, gdzie była, barszcz również. Bohaterka wchodzi na polanę. Koniec. Co myśmy właśnie przeczytali i po co.
Jeśli zadamy sobie to pytanie nielekceważącym tonem, jeśli spojrzymy uważnie na konstrukcję tego tekstu – jego zakorzenienie w rzeczywistości, przywoływanie doświadczeń z millenialnego dzieciństwa, i demony okresu dorastania, powracające niespodziewanie w dorosłości, na podaną otwarcie informację o zaburzeniach lękowych bohaterki – zorientujemy się, że to opowieść o strachu.
Miejsca naszego dzieciństwa zmieniają się i od nas uciekają, ale lęki które w dzieciństwie nabyliśmy są bardzo odporne na upływ czasu, opowiada Przygodzka. Raz wczepiwszy w nas szpony w dzieciństwie nie puszczają dopóki się z nimi nie zmierzymy. . Jedyny wybór jaki mamy dotyczy tego, czy zrobimy to na własnych warunkach czy pod przymusem; ale własne warunki nie sprawią, że będzie łatwiej, lżej, inaczej. Będą tylko i aż tym – własnymi warunkami.
II. Kartka z discmana łódzkiej licealistki, 2002 (Marta Malinowska, „O Dorotce i siedemnastu rzekach”)
Skrzyżowanie na Zachodniej też było puste, jakaś lampa przestała świecić, więc sygnalizacja zalewała asfalt zielonym, żółtym, czerwonym, zielonym, żółtym, czerwonym światłem. Potem były skrzypce i damski wokal, i Dorotka nie miała pojęcia, skąd się wzięła na Placu Wolności, ale wiedziała, że skoro klapa przy żeliwnej barierce jest otwarta i kręcone schody oświetlone, a Amy Lee śpiewa o wstrzymywaniu oddechu i upadaniu, to trzeba zejść4.
Łódź, styczeń w pierwszej klasie liceum. Rozbudowana scenografia (a przede wszystkim – audiografia) wczesnych lat 2000.: Miłość w czasach popkultury, czytanie Anne Rice. Okres nastoletni, w którym życie obraca się wokół trzech rzeczy: lęku, relacji z rówieśnikami i muzyki.
Muzyka jest w tym tekście bez wątpienia najważniejsza – to o tyle zabawne, że pisząc, nie miałam pojęcia, że tak jest. Tymczasem od muzyki się zaczyna, kiedy bohaterka, Dorotka, zostaje bez słowa wystawiona przed koncertem Comy przez znajomych, muzyka z tajemniczej płyty zatytułowanej SKŁADANKA prowadzi ją ulicami Łodzi do krainy zamkniętych w kanałach podziemnych rzek. Również SKŁADANKA pozwala Dorotce stamtąd uciec, kiedy okazuje się, że to, co wzięła za przeznaczenie i mityczną rolę w porządku świata, to niewolnictwo; każdy ruch Dorotki ma być podporządkowany pracy, nie ma nawet czasu na nałożenie słuchawek. Narracja jest przetykana tak fragmentami tekstów, jak i opisami riffów, a piosenki i zespoły są wymienione z nazwy, przypinając to opowiadanie do bardzo konkretnego momentu w historii muzyki rockowej i aktu nastoletniego słuchania.
Jest ono również przypięte do miejsca poprzez drobiazgowo odtworzony miejski krajobraz. Drugą gwiazdą tekstu jest Łódź, jej włókiennicza przeszłość i tajemnicze rzeki, o których większość mieszkańców wie, ale których się w większości nie widuje. Na muzyce i Łodzi osnuta jest historia o emancypacji i dorastaniu, o przechodzeniu z niedojrzałej kobiecości rozumianej jako nie sprawianie problemów i zgadzanie się na wszystko do dojrzałej, która ma miejsce na emocje i kręgosłup. Taka była moja intencja, kiedy to pisałam. Ale ostatecznie czyta się to jak tekst o sztuce pomagającej nam nie tylko przetrwać trudne momenty, ale też dotrzeć w miejsca, w które trzeba nam dotrzeć i przeżyć to, co musimy przeżyć, odnaleźć własny głos w cudzych głosach.
III. Kartka z ojczyzny (Anna Robak-Reczek, „Czarnoziem”)
Wieś była spora, choć otoczona wzgórzami jak stulonymi dłońmi. Poniżej leżały pola i pachnące łąki, których terytorium kończyło się linią lasów porastających wzgórza po same wierzchołki. Dalej był świat, choć w takim miejscu tracił na znaczeniu. Radio i telewizja szumiały i śnieżyły, telefony komórkowe działały tylko od pewnej wysokości. Z internetem też było kiepsko. Wszystko za nic tu miało rój satelitów krążących dookoła Ziemi5.
Wakacyjny bezczas, wiejska bezprzestrzeń. W Czarnoziemie – inaczej niż w poprzednich opowiadaniach – nie dostaniemy współrzędnych geograficznych miejsca akcji. Czarnoziem nie potrzebuje adresu, jest światem samym dla siebie, jedynym możliwym.
Leci to tak: Maja, młoda chorowita dziewczyna z chorowitej rodziny, niedawno osierocona przez matkę (ojciec nie żyje od dawna), jest na wakacjach z babcią. Na tych wakacjach czuje się zdrowo jak nigdy wcześniej. Dzieją się różne rzeczy, które możemy w skrócie określić dorastaniem: bohaterka odkrywa rodzinne sekrety, zakochuje się, znajduje pracę, po raz pierwszy uprawia seks. Wreszcie dowiaduje się, że jej rodzice pochodzili z tej wsi. Że tutejsza ziemia przywiązuje do siebie ludzi, błogosławi wiernym dzieciom, dając im zdrowie, a nawet możliwość wstania po śmierci na kilka dni, pozałatwiania ostatnich spraw. Ci, którzy wyjadą, chorują i marnieją.
W tekście o niewielkiej objętości mamy mnóstwo wątków i motywów: śmierć, rodzinę, miłość, planowanie życia, budowanie społeczności. Układanie się z magiczną ziemią na tyle, na ile się da. Najbardziej poruszył mnie chyba moment, w którym Maja natyka się na dyrektora lokalnej szkoły i księdza, kiedy ci wylewają na ziemię krew pobraną od dzieci z domu dziecka, które przyjechały do wsi na kolonie. W ten sposób magicznie wiążą je z ziemią – nawet te, których lokalnym rodzinom nie uda się zaadoptować, będą tęsknić i wracać.
Będą miały miejsce – mówią mężczyźni bohaterce – rodziny i miłość. Czy to takie złe? Do końca lektury czekamy na odpowiedź. Czy to takie złe? Co mają zrobić ludzie, którzy po prostu mieszkają na ziemi, która jest dla nich dobra? Którzy więdną, kiedy wyjadą? Nie z czyjejkolwiek winy – dlatego że miejsce, w którym się urodzili, tak działa. Oni po prostu, poznawszy prawa, którymi rządzi się rzeczywistość, zaczynają się nimi posługiwać. Są reguły gry, jest więc i gra.
Opowiadanie nam tej odpowiedzi nie udzieli. Będziemy czuli że rzeczy nie są w porządku, nie będziemy mogli sprawnie rozprawić się z logiką kierującą mieszkańcami wsi. W Dorotce…, która poprzedza Czarnoziem, jedna z głównych linii konfliktu biegnie między akceptowaniem miejsca gdzie cię wepchnięto, a buntowaniem się przeciwko niemu i szukaniu własnego. Tam gdzie Dorotka… daje katarktyczne rozwiązanie fabuły z fajerwerkami, muzyką w słuchawkach i biegiem podziemnym kanałem, Czarnoziem daje spokojny, „złoty, sierpniowy wieczór” i cichą rozmowę małżonków, którym dano szansę spokojnie pożegnać się i pozałatwiać sprawy przed drugą śmiercią. Nie ma żadnego katharsis, jest dziewczyna, która może wybrać niewolę a z nią miłość, zdrowie i życie w społeczności z której się wywodzi, albo wolność i związane z nią niepewność, choroby i przedwczesną śmierć. Nic tu nie jest proste, a magiczna wieś jako metafora ojczyzny – przemożnej, ambiwalentnej siły rządzącej naszym życiem, sposobem pojmowania świata, bezlitośnie pozostającej tym czymś co nazywamy prawdziwym domem – sprawdza się wyśmienicie.
IV. Igor Myszkiewicz, „V”
Po tych trzech opowiadaniach mamy pierwszą ilustrację zbioru – przekorne V, pomnik zwycięstwa (i pokoju?) pośród szkieletów żołnierzy i kwiatów. Traktuję je jako zapowiedź przejścia do nieco innej tematyki, na pierwszy rzut bardziej kojarzącej się z Polską i polskością niż barszcz Sosnowskiego, koncerty Comy i przywiązanie do ziemi, której sobie nie wybraliśmy.
V. Kartka z gabinetu zegarmistrza (Michał Studniarek, „Teraz nie ma czasów”)
[…] zegarów upchnięto w tym maleńkim mieszkaniu mnóstwo. Wiszących, z kukułką i ciężarkami w kształcie szyszki; stojących, z rzeźbionymi myśliwymi dmącymi w trąbki; nawet tradycyjnych budzików. Piotrek spodziewał się niemal wolnostojącego egzemplarza wielkości szafy, ale dla niego po prostu zabrakłoby już miejsca6.
Mieszkanie starego zegarmistrza. Nagranie materiału dla lokalnej telewizji.
Teraz nie ma czasów Michała Studniarka stoi historią. Mamy dwóch kolegów, którzy pracują dla jakiegoś archiwum, robiąc materiały filmowe o starszych ludziach. Są akurat u zegarmistrza i jest tu wszystko, czego możemy się spodziewać: umierający zawód, kombatanckie opowieści, tajemnice z czasów wojny, smutne refleksje o tym, że teraz już takich ludzi nie robią. Po wyłączeniu kamery bohaterowie dostają od swojego rozmówcy jeszcze jedną historię. Jesteśmy tutaj w przestrzeni dawnych opowieści i legend: a, wojna, z kimś zagrałem, kogoś przepiłem, dostałem zegarki i teraz dłużej żyję, czasem ukradzionym właścicielom zegarków i nie mogę się tych zegarków pozbyć, proszę, zabierzcie je ode mnie. Bohaterowie ostatecznie biorą po zegarku, wychodzą na wietrzną ulicę, jeden z nich słyszy bezcielesne „Achtung!”, dzięki któremu unika uderzenia przypadkowego, spadającego z drzewa konara. Wracają do Warszawy, a następnie ten ostrzeżony wyrzuca swój zegarek do publicznego kosza na śmieci („niepotrzebny mi jakiś poniemiecki czas, szabrowany albo jeszcze gorzej”). Jego kolega swój zegarek zachowuje. Umiera pierwszy (lata później), jego krewni nie ujawniają przyczyn jego śmierci, ale możemy się domyślać, że to jakiś horror i/lub samobójstwo.
Jest kilka sposobów na czytanie tego opowiadania. Można się ograniczyć do klucza sentymentu: teraz nie ma czasów, teraz takich ludzi nie robią, nawet dawna magia przestaje działać. Można też wczytać się bardziej w rozterki Piotrka, który postanawia zerwać z przeklętą przeszłością, nie przyjmować daru. Przeszłość jest, mimo niewielkiej objętości tekstu, wielowymiarowa i niejednoznaczna – barwna, a jednocześnie przeklęta. To ciekawe podejście i dobre tematy, którym przeszkadza niestety absolutna przezroczystość prozy Studniarka. W jego opowiadaniu widać wpływ powszechnej w pewnych kręgach szkoły pisania fantastyki: skupienie głównie na poprawności polszczyzny, nie przeszkadzanie czytelnikowi w płynięciu przez tekst, nie odwracanie uwagi od przedstawionych wydarzeń i w efekcie, niestety, nie przykuwanie uwagi do niczego.
VI. Kartka z Kurpiów (Małgorzata Gwara, „O pewnej przyjaźni”)
Wokoło pyszniły się kosztowności, o jakich nie śmiała nawet śnić. Przepiękne, bursztynowe korale kusiły swym blaskiem. Złote monety oślepiały, gdy je mijała. Szmaragdy, rubiny i diamenty obiecywały wszelką pomyślność, jeśli tylko by któryś wzięła do ręki i spieniężyła. Szła dalej, ku środkowi pomieszczenia. Tam na ogromnym tronie spoczywał kudłaty bies i przyglądał jej się leniwie jak wyleniały kocur zza pieca. Spod tyłka przy każdym ruchu wylatywało mu złoto7.
Czerwiec, Rowy, niewielka wieś na Kurpiach. Rowy to miejsce, w którym przeszłość się nie kończy. Starsi bogowie, czarty, królowa Bona i nieszczęśnicy straceni w pobliskim lesie w czasie drugiej wojny to bliske i namacalne elementy rzeczywistości. Królową się mija po drodze do czartów, z czartami targuje o zwycięstwo w sporze z przyjaciółką. Na zmarłych się uważa, żeby ich nie zbudzić. Dezynwoltura, z jaką sędziwa bohaterka podchodzi do wszystkich straszliwych historii i paranormalnych zjawisk, hipnotyzuje i zbija z tropu. To historia, która raduje moją etnologiczną wrażliwość – fantastyka nie jest tu niesamowita, to część codzienności. Lekarze i sanatoria istnieją na równi z lewitującymi wnuczętami i małostkowymi paktami z czartem. Na poziomie kreacji rzeczywistości wszystko tu działa, Kurpie jawią się jako kraina jednocześnie znana i obca, na pierwszy rzut oka zgodna z popularnym, stereotypowym myśleniem o wsi, na drugi – swoje wiedząca i swoją tożsamość mająca, a przede wszystkim charakterna. Próżno tu szukać opisów miejsc, większość słów jest tu poświęcona społeczności, życiu w Rowach i, może zwłaszcza, codzienności bohaterki. Nie dlatego, że krajobraz jest nieważny, dlatego, że jak nie wiesz jak wyglądają Kurpie, gdzie jest Zosin, gdzie góra królowej Bony, to już twój problem. Duch tego opowiadania, rzeczowość tekstu i wyczuwalna w nim nuta bezczelności są urzekające.
Urzeka przez większość czasu również główna bohaterka – Marianna Walewska, lat dziewięćdziesiąt osiem. Wszystko już widziała, nic jej zdziwić nie może, po świecie porusza się podpierając się kijkiem, ale z ogromną kompetencją. Jest bystra, jest obdarzona niezwykłymi mocami z którymi się nie obnosi, wie z jaką sprawą iść do królowej Bony a z jaką do czartów. Z tym aspektem tworzenia bohaterki Gwara poradziła sobie rewelacyjnie. Co mnie nie przekonało to aspekt komediowy dotyczący tytułowej przyjaźni – opowiadanie podchodzi do starszych, lękających się o swoje zdrowie kobiet i ich więzi dość kpiąco i mierzi mnie to trochę, ‚co jest o tyle smutne, że ta więź i konflikt z nią związany jest osią całej fabuły. Z drugiej strony może moje święte oburzenie jest nie na miejscu, bo wątek jest jak wyjęty z dziwnej legendy czy podania. Niemniej jednak bardzo trudno mi było pogodzić Mariannę siedzącą z Mariolą na ławce i kłócącą się o strzykanie w kolanach z Marianną w pozostałych scenach.
Może jednak tak jest z Kurpiami i kurpioskimi sprawami, że nie dają się strawić w całości.
VII. Kartka z pandemii (Przemysław Zańko, „Znieczulica”)
Na dworze było cicho, padał śnieg. Przez blokadę mnie puścili bez problemu, no bo przecież niby do kościoła. Poszłam przez miasto, tak w sumie bez celu, przeszłam sobie koło szkoły, pokręciłam się po parku. Wszystkie drzewa łyse, czarne, tylko iglaki całe na biało. Tak sobie myślałam, że wyglądają jak młode pary na weselu. Przypomniał mi się polonez ze studniówki i chwilę sobie potańczyłam, potem mi to przeszło w jakiś walc, a potem sama nie wiem w co. Zrobiłam aniołka na śniegu8.
Łomża, listopad–grudzień 2020 roku. Mieszkanie, które pewna studentka dzieli z bratem, rodzicami i babką. Są tam uwięzieni. Trwa pandemia.
Znieczulica Przemka Zańki to opowiadanie, o którym mogłabym napisać osobny tekst. To historia kilku słowach przekazująca wszystkie emocje z czasu lockdownów:
32 grudnia 2020
Kurwa.
Ja pierdolę.
Odwołali9.
Pierwszy rok studiów Gośki, bohaterki opowiadania, przypadł na 2020 rok. Poznajemy ją za pośrednictwem jej pamiętnika i jako osoba która ma pamiętniki z ostatniego ćwierćwiecza i czasem je czytuje, zaświadczam, że stylizacja na pamiętnik młodej dziewczyny jest mistrzowska. Te trochę niezręczne zdania, wielokropki, listy, skreślenia… Wiem, jak wygląda ten zeszyt.
Zaczyna się od tego że Gośka uważa, że przez covid nic nie czuje. Długo w to w ogóle wierzyłam i w związku z tym trudno mi się było wgryźć w głębsze warstwy opowiadania. Byłam zachwycona nadrealizmem tego tekstu: miecz antykryzysowy, strefy popielata, grafitowa i smolista (już zapomniałam o tym, że mieliśmy strefy!), absurdalne zakazy – wszystko to, co działo się w tamtym dziwnym roku, ale podkolorowane i ufantastycznione, a w związku z tym – w ramach opowieści – właściwie bardziej prawdziwe i celne niż fakty. W 2026 roku czytam ten tekst jako absolutnie wierny tej rzeczywistości, jaką z wtedy zapamiętałam.
W stylizacji widziałam siebie, w wydarzeniach – odbicie pandemicznych przeżyć, natomiast sam łuk emocjonalny bohaterki umykał mi dopóki nie przestałam jej wierzyć. To nie jest tak, że Gośka nic nie czuje; po prostu zmienia się jej sposób odbierania świata. Po prostu ma dość, po prostu dorasta, po prostu zaczyna o siebie walczyć. I dopiero przyglądając się, jak Gośka usiłuje dojść do ładu z własnym czuciem, nie-czuciem, tym co wcześniej uważała za normalne emocje (wstyd, poczucie winy, niepokój, że znów się coś źle zrobiło) i z tym, co dla niej nowe – gdy przyjrzałam się jej metamorfozie, zakorzenionej tak w wewnętrznych przeżyciach, jak i w otaczających ją zewsząd kryzysie i opresji, wchłonęłam Znieczulicę w całości.
W zeszłym roku Weronika Mamuna omawiała tu antologię fantastyki socjologicznej10, dochodząc do wniosku, że jej bohaterowie zazwyczaj nie żyją w społeczeństwie, są buntującymi się odludkami i muszę przyznać, że ta perspektywa towarzyszy mi teraz przy lekturze różnych tekstów, skanuję je pod tym kątem. Znieczulica z niewiarygodną zręcznością łączy obie te konwencje – w domu Gośka przechodzi metamorfozę w odludka odrzucającego normy, ale dzieje się to pod wpływem i kryzysów i ruchów społecznych. To opowiadanie trafnie opisuje wiele rzeczy, ale być może w jego sercu tkwi dorastanie jako przejście z bycia częścią małej społeczności rodziny nuklearnej do bycia częścią większego świata. Wylatywanie z gniazda, by tak rzec.
VIII. Anna Karolina Kaczmarczyk, „Znieczulica”
Znieczulica to jedyne opowiadanie w zbiorze, które doczekało się ilustracji i jest to ilustracja świetnie zgrana z tekstem. Widzimy plecy wychylającej się przez okno dziewczyny w ciemnym mieszkaniu. Do pomieszczenia wpada dym albo smog, gdzieś w głębi mieszkania śnieży telewizor. Nad nim, po prawej, jeszcze jedno okno, jaśniejsze i bez dymu, dające jakąś nadzieję.
Jeśli dobrze się przyjrzymy, na plecach Gośki dostrzeżemy piorun., co w opowiadaniu o dziewczynie której między covidem a strajkami kobiet wyrastają skrzydła jest strzałem w dziesiątkę.
IX. Kartka z zimy (Marta Konieczny, „Rok jej powrotu”)
Na asfalcie leżała gruba warstwa świeżego śniegu. Była niemal zupełnie gładka, przecinały ją tylko dwa grube ślady płóz. Szeroka przestrzeń między nimi z łatwością pomieściłaby wagon pociągu11.
Niewielkie rodzinne miasteczko, do którego wróciło się po studiach, by pracować we swojej dawnej szkole. Połowa marca.
Młoda nauczycielka, Maja, decyduje, że nie należy robić marzanny, bo kryzys klimatyczny. W efekcie przychodzi magiczna, potworna zima. Eugenia, dawna nauczycielka, a obecna współpracowniczka Mai, mniej więcej w wieku jej zmarłej babci, uświadamia dziewczynie, że to dlatego, że rytuały są ważne. By przegonić zimę, sama poświęca się w jednym z nich. Maja i jej partnerka, Ada, uczą się wartości tradycji, ale po mniej więcej roku jednak się rozstają, bo Ada wyjeżdża do dużego miasta.
Rok jej powrotu to tekst który można łatwo streścić i nie mieć z tego nic; jest najeżony szczegółami, wymaga uważnej lektury, a jeśli się jej podejmiemy, nie daje prostych odpowiedzi. Wiemy, że Maja ma rację, kryzys klimatyczny tu bez wątpienia jest, dawne zwyczaje związane z pogodą wydają się tracić na znaczeniu. Jednocześnie wiemy, widzimy, że Maja nie ma racji – ocenia otoczenie przez wykrzywiony pryzmat (jakby miała okruch lodu w oku, chciałoby się rzec), wszystko w miasteczku jest dla niej duszące i przygnębiające. Wyczerpana długą chorobą neurodegeneracyjną niedawno zmarłej babci, w starszej nauczycielce widzi z początku w gruncie rzeczy żywego trupa, jej sprzeciw wobec scancellowania marzanny przypisuje wczesnej fazie demencji. Jej żywe i zrozumiałe reakcje interpretuje w tym samym kluczu. Orientuje się, że starsza pani jest żywą partnerką do rozmowy właściwie dopiero wtedy kiedy ta skazuje się na śmierć.
Przy uważnej lekturze Rok jej powrotu okazuje się ukrytym klejnotem tej antologii – opowiadaniem o nieprawdopodobnej wielowymiarowości świata, jego nieprzystawalności do narracji, które układamy ze znanych sobie faktów, ale też o tym, że trudno się z tych narracji uwolnić nawet kiedy dostaniemy na twarz dowodem na to, że świat zawsze jest większy niż nasze wyobrażenia. Osnucie tej historii na kanwie katastrofy klimatycznej – problemu o wiele bardziej złożonego niż wydaje się nam na co dzień, gdy niepotrzebnie dyskutujemy z wokalną mniejszością denialistów – to strzał w dziesiątkę.
X. Kartka z Chicago i Wałbrzycha (Lena Dominiczak, „Stacja Chicago–Wałbrzych 20 21”)
Okno w salonie, duże, ozdobione gustownie jemiołą, pod którą nikt się nie chciał całować, a za oknem polska breja śniegowa. Dżesika uderza się w głowę, przypomina sobie, że to niestety nie Szikago […]12.
Wałbrzych, sylwester 2020/2021, alternatywny świat bez pandemii.
Naprawdę długo po lekturze Stacji Chicago-Wałbrzych 20 21 zorientowałam się, że głównym elementem fantastycznym tego opowiadania jest impreza której chyba nie mogło być.
To krótki, brawurowy językowo tekst typu migawka z życia. Na dobrą sprawę nic tu się nie dzieje – poranek po sylwestrze, córka która wróciła ze Stanów na święta, jej przygnębiona matka, wyjazd. Jednocześnie jednak trudno się od tego oderwać.
W obliczu braku tradycyjnie prowadzonej fabuły (który mocno utrudnia krytykę i w ogóle próby namysłu nad tekstem) wypada się złapać tego co wystaje, a wystaje jak wspomniałam przede wszystkim język. Dostajemy „p e r s p e k t y w ę s z i k a g o w s k ą” – wydarzenia z perspektywy Dżesiki/[p]Olki, rwący potok skojarzeń, kalek, rytmów i wtrętów:
Jakiś gruby kolega Brajana (tylko tyle potrafiła o nim powiedzieć, gruby) pejntował wczoraj po karpecie jak jakiś Pikaso nieokiełznany, szałem twórczym owładnięty. Darła się na niego, to pamięta, darła się, żeby przestał, bo do garbecia będzie trzeba wywalić (dywanik, nie grubego kolegę Brajana). Trudno. Kolorowa masa pod jej stopami przesuwa się niechętnie w stronę drzwi, wydając wszystkie odgłosy niezadowolenia. Dżesika poczuła, że jednak suszy Sasza szosę, trzeba zejść do kuchni się napić, więc idzie Dżesika o barwnych stopach, przeprawa przez dom po wodę święconą, co wybawia, człap człap, kolorowe ślady zostawia, Brajanek ją wytropi, tacy już są chłopi13.
Dostajemy też p e r s p e k t y w ę w a ł b r z y s k ą – czyli punkt widzenia Agaty, narrację dużo bardziej konwencjonalną, gdzie jedyną ekscentrycznością jest fakt, że bohaterka o córce myśli [p]Olka.
Agata to kobieta stonowana i w sumie przygnębiona, domyślamy się że wdowa (wspomnienia o nieobecnym mężu raczej ciepłe), od piętnastu lat samotna. Jest duża dbałość w podawaniu nam takich szczegółów, powtarzaniu, że Dżes ma lat trzydzieści a zachowuje się jak nastolatka, tym że w pierwszym zdaniu perspektywy wałbrzyskiej dowiadujemy się że to już piętnaście lat bez męża. Dużo danych, które pozwalają nam sobie narysować w tle jakieś losy tych opisanych na ledwie kilku stronach kobiet.
W ogóle przemijanie jest tu z pewnością jakimś tematem – to, że to jest sylwester, myślenie Agaty o starości, o tym jak [p]Olka/Dżesika była nastolatką, o tym że malują się tą samą szminką. To, że ostatnie zdanie Agaty w tym opowiadaniu brzmi „jeszcze zdążymy być szczęśliwe” (czy „my” to Agata i [p]Olka czy Agata i jej odbicie w lustrze, pozostaje kwestią otwartą, ja interpretuję te słowa różnie, w zależności od dnia i humoru).
Przede wszystkim jednak tematem opowiadania jest tożsamość. Dlatego język jest tak ważny, stąd to zestawienie uczciwej, konwencjonalnej prozy w częściach dotyczących Agaty – która jest przy tym bohaterką ukształtowaną i samodzielną, bardziej definiowaną przez siebie niż przez polskość – i tej Dżesiki, która jest ciągłym kolażem Polski i Stanów. To u Dżesiki mamy „suszy Sasza szosę,” „świętą matkę polkę Agatę z Kalkuty”, „ziemię obiecaną, odzyskaną, niepodległą, dziurawym asfaltem zalaną”. Agatę definiują jej życiowe doświadczenia, Dżesikę też, ale Dżesika ma ten problem, że jej doświadczenia rozpościerają się między dwoma kontynentami i że zawsze będzie reprezentantką dwóch krajów i będzie niosła tę reprezentację, myślała o tym czy Polska czy Stany, dlaczego Polska nie, dlaczego Stany tak.
A pod tym wszystkim jest jeszcze tęsknota – to, co sprowadza Dżesikę do Polski w przeklętym roku 2020, albo co sprawia, że i ona, i Agata nie mogą nie myśleć o tym, jak ten sylwester by wyglądał gdyby się wydarzył. A wydarzyć się przecież nie powinien, pamiętam dobrze, że w 2020 roku na sylwestra nie wolno było nigdzie wyjść, a co dopiero przyjechać ze Stanów.
Niewiarygodna liczba wątków jak na tekst bez fabuły.
Nie powinno być antologii o Polsce bez opowiadania o emigracji. Stacji Chicago-Wałbrzych… stanęła na wysokości zadania, samą formą tekstu oddając jej patchworkowość, dynamiczność, energię, radość i smutek.
XI. Kartka z ballady i romansu (Justyna Hankus, „Jak to z Marianną było”)
Między złocistymi łanami biegła miedza, z rzadka porośnięta zielskiem, upstrzona makami. Upał falował nad zbożem, napędzając przezroczyste fatamorgany, rozmywając krajobraz. Pola brzęczały ciszą, jednostajną nutą owadów, słońce stało w zenicie14.
Wieś Brzana pod Krakowem, upalne lato.
Młody student dostrzega wiejską dziewczynę i natychmiast zakochuje się na zabój. Kilka miesięcy później oświadcza się jej, kiedy jednak zawiedzie dziewczęce serce, dziewczę przedzierzgnie się w demona.
Jak to z Marianną było podejmuje grę z klasyczną romantyczną konwencją i próbuje w niej trochę narozrabiać. Sierpniowa wieś, wakacje i dorastanie to jeden z nielicznych powracających motywów w tej antologii, za każdym razem jednak powraca w innym smaku. Tutaj zamiast rozterek związanych z burzliwym przejściem w dorosłość dostajemy spokojną pewność przyszłej mężatki. Marianka poznała Kubę kiedy ten przyjechał do wsi na badania z uczelni. Kuba zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Kuba jest niewiarygodnie obiecującym młodym naukowcem. Kuba szanuje wolę Marianny i chce czekać do ślubu, taki jest zakochany. Kuba ma rozwiedzionych rodziców, macochę która go uwodzi, matkę która jest profesorką w Berlinie.
A Marianna? No, Marianna jest ze wsi. Wyjdzie za Kubę. Jest zakochana. Na jej sceny składa się:
- patrzenie w zadumie na kościół w którym weźmie ślub,
- patrzenie w zachwycie na swoje odbicie w ślubnej sukience,
- szepnięcie „tak” w retrospekcji, kiedy Kuba się jej oświadcza,
- stanie przy oknie z czołem opartym o szybę, kołysanie się kiedy Kuba ją obejmuje i rozmawianie o tym jak bardzo się kochają,
- wyglądanie na drogę w nocy, kiedy obudzi ją niepokój, bo Kuba pojechał do Berlina,
Rodzice Kuby i ojciec Marianki nie są zachwyceni perspektywą ślubu (babka i matka Marianki od razu całkowicie akceptują, czego się spodziewać po kobietach ze wsi, nie tego, co po starym góralu, który w ogóle to chciał studiować technologię maszyn, ale trudne czasy były i nie wyszło). Natomiast o ile ojciec Kuby ostatecznie akceptuje decyzję syna, matka snuje intrygę, zaprasza go do siebie na uczelnię na tydzień. W efekcie Kuba zaczyna myśleć o przełożeniu ślubu dopóki nie zrobi studiów magisterskich. Nieopatrznie wspomina o tym Mariance, która na wieść o planach ukochanego zamienia się w południcę i zabija Jakuba przy najbliższej jego wizycie na wsi.
Jako czytelnicy nie widzimy tej przemiany, musimy się jej domyślić. Nie znamy też perspektywy południcy – widzimy demona oczami Kuby. Marianka jest najpierw zakochaną naiwną dziewuszką ze wsi, potem demonem i tak naprawdę w żadnym z tych wydań nie ma życia wewnętrznego.
Opowiadanie chyba bardzo chce wierzyć, że stoi po stronie złamanego dziewczęcego serca. Że gniew Marianki jeśli nie jest sprawiedliwy, to przynajmniej jest zrozumiały. Że w wyrysowanym przez siebie konflikcie klasowym opowiada się po stronie uczciwej dziewczyny ze wsi a nie pełnych pogardy intelektualistów. Że nawet jeśli Jakub nie zasłużył na tak okrutną karę, to jego niepewny krok w stronę zdrady był nikczemną kroplą, która przelała czarę.
Na pewno byłoby w tym bardziej przekonujące, gdyby potrafiło sobie wyobrazić młodą dziewczynę ze wsi, która ma osobowość poza byciem zakochaną i zmierzaniem do ślubu.
XII. Kartka ze Śląska (Karol Matlachowski, „Krótka pięćdziesiątka”)
Rozejrzał się po ogrodzie zarośniętym trawą wysoką po kolana. Tu i ówdzie nad zielony dywan wybijał się krzak dzikiej róży i coś, co w lepszych czasach mogło być agrestem. Niedaleko małej szopy stały trzy jabłonki, które dawno przestały wydawać jakikolwiek owoc.
Na środku wznosił się spory dom zbudowany z czerwonej cegły. Mimo upływu lat jego okna nie były pokryte grubą warstwą brudu. Patrząc zza drzewa, Marek dostrzegł ciemne sylwetki majaczące za jedną z szyb15.
Wieś pod Tychami, druga połowa XX wieku, głównie dzieciństwo bohatera.
Jest taki motyw w literaturze polskiej, jeden, mam wrażenie, z najczęstszych (więc musiał się znaleźć w tej antologii) – który w ogóle na mnie nie działa. To facet, któremu w życiu nie wyszło. Kiedy był chłopcem to było fajnie a potem był zdziwionym nieporadnym dorosłym coś się popsuło. Smuteczek. Ale cóż, takie jest Prawdziwe Życie: szare i przygnębiające. Trzeba stłamsić swoje prawdziwe ja i ciężko pracować, by nadążyć. Na tym polega bycie mężczyzną.
Mam zero empatii do tej narracji i tych bohaterów. Do narracji dlatego, że nie wierzę w smutne szare życie, w którym nie ma nic ciekawego, niezwykłego czy ważnego, do bohaterów bo ich błąd polega na tym, że uwierzyli że wszystko im zostanie podane na tacy (niewidzialny patriarchat ich o tym zapewniał), a kiedy nie zostało, to uznali, że życie czasem nie wychodzi i trzeba się z tym pogodzić. Oczywiście widzę, że są w pułapce, ale mogą się z niej wydostać wyłącznie własnym sumptem. W tym celu trzeba by było jednak zapytać kogokolwiek kto nie jest takim facetem jak oni o to, co się stało, dlaczego nie wyszło, jak żyć.
Krótka pięćdziesiątka to dokładnie tego typu narracja, przy czym wydaje się w sumie świadoma żałosności swojego bohatera. Żąda ode mnie oczywiście, bym mu współczuła (nie współczuję), ale po dłuższym namyśle czytam ją jako metaforyzującą patriarchat. Patriarchat jest bardzo starym domem we wsi; niezmiennnie budzi fascynację, przyciąga nieostrożne dzieci, które następnie zostają dotknięte jego klątwą by ostatecznie zapomnieć o wszystkim i stać się jego strażnikami.
Lata po tym, jak bohater opowiadania zmienia się w ducha strzegącego upiornego domu, pojawia się dziecko, któremu przekaże klątwę. Tym razem dziewczynka. Ciekawe jak ona sobie z tym poradzi.
XIII. Ewan Mrozek – „Maryja, królowa Niepospolitej”
Czy antologia może być o Polsce bez jakiejś Maryjki?
Po Krótkiej pięćdziesiątce dostajemy kolejną ilustrację, tym razem autorstwa Ewana Mrozka. Bardzo lubię jego twórczość, zarówno literacką, jak i plastyczną, którą w skrócie mogłabym określić jako charakterną i zadziorną. Maryja… wpisuje się w ten nurt; stoi sobie z wyniosłą, spokojną miną na tle płonącego kościoła. Stópką miażdży nie głowę węża, a kielich z kategorii złotych i nieskromnych (zapewne; ilustracje w Rzeczy Niepospolitej są czarno-białe). W dłoniach trzyma płonący kropacz. Ma wyniosłą, spokojną twarz. Wnioskuję, że własnoręcznie ten kościół w tle obróciła w drzazgi.
Lubię ją.
XIV. Kartka z podręcznika (PNEUMATYCZNA DUSZA, DZIESIĘĆ WYZWAŃ KTÓRE MUSISZ POKONAĆ ABY STAĆ SIĘ PRZEDSIĘBIORCĄ (GRA MOTYWACYJNA)
Wyjdź na balkon, weź głęboki oddech, rozejrzyj się.
Czy przechodnie w dole nie są mali jak insekty?Wyciągnij rękę i spróbuj złapać jednego z nich palcami.
Jeśli ci się udało, zignoruj krzyki i schowaj go do kieszeni.
Gratulacje, zyskał_ś pierwszego pracownika16.
Gdziekolwiek, ale w Polsce. Kiedykolwiek, ale po transformacji.
DZIESIĘĆ WYZWAŃ KTÓRE MUSISZ POKONAĆ BY ZOSTAĆ PRZEDSIĘBIORCĄ (GRA MOTYWACYJNA) autorstwa PNEUMATYCZNEJ DUSZY, znanego na platformie X bytu artystyczno-literackiego, to tekst, który robi dokładnie to, co chce zrobić, w brawurowy, pewny sposób. Korzystając z formy gry paragrafowej, weirduje i wyśmiewa mentalno-kulturowe monstrum, które sprawiło, że duża część z nas miała w szkole przedmiot o nazwie „Podstawy przedsiębiorczości”.
Po przebudzeniu odkryjesz szczegółowy biznesplan wypisany na twojej skórze setkami precyzyjnych cięć.
Spłucz z siebie krew i czekaj spokojnie, aż twoje ciało się zabliźni i biznesplan stanie się czytelny.
Nie przejmuj się bliznami, każdy prawdziwy Przedsiębiorca jest nimi pokryty17.
Tak naprawdę trudno powiedzieć o tym tekście coś, czego on sam nie przekazuje sprawniej i ciekawiej. Forma współgra tu z treścią, ale co śmieszniejsze, treść również gra z formą gry. O ile bowiem DZIESIĘĆ WYZWAŃ… przyjmuje formę gry paragrafowej, tak naprawdę nie daje czytelnikowi żadnego wyboru, rozgałęzienia są wyłącznie retoryczne. To nie jest dobra gra, bo nie jest grą. Jest za to dobrą literaturą.
XV. TheAxael, „Żubr, pani, kłusownik”
Można powiedzieć, że Maryja z poprzedniej ilustracji nie poprzestała na paleniu kościołów i ruszyła dalej przed siebie, żeby wymierzać sprawiedliwość.
W smudze światła przebijającej się przez gęste gałęzie puszczy stoi żubr. Na jego grzbiecie siedzi piękne, zwiewne zjawisko z długą włócznią w smukłej dłoni. W rogu obrazu, w cieniu, kuli się, osłaniając twarz przed blaskiem, mężczyzna w czapce – zapewne kłusownik. Wszystkiemu przyglądają się siedzące spokojnie na gałęzi dwa ptaki.
Nie ma tu oznak nieuchronnej zguby, pani na żubrze nie zamachuje się włócznią – jeszcze. Kłusownik ma szansę na ucieczkę. Ciekawe, czy z niej skorzysta.
XVI. Kartka z Krakowa (Anna Łagan, „Chochoły”)
Listopadowe szkielety drzew na plantach wyglądają upiornie zza szyby tramwaju. Mgła jest jak nierealna, część latarni nie świeci. Pomiędzy kamienicami i na podwórku panuje ciemność – życie istnieje wewnątrz budynków, na zewnątrz groźna rzeczywistość. Pośrodku podwórka rośnie krzew owinięty słomą18.
Kraków, listopad 2020 roku. Zimno, wilgoć, pustka.
Chochoły to kolejne opowiadanie, które pokazuje nam rozterki mężczyzny w średnim wieku. Paweł jest postacią napisaną z ogromną empatią – ojciec młodej dorosłej córki, który nie rozumie jej i jej świata, ale się martwi. Martwienie się jest główną cechą jego charakteru, przy czym trudno się temu dziwić: pandemia, protesty, aktywne politycznie, mieszkające w dużym mieście dziecko od kilku dni nie daje znaku życia.
Nie wiem, dlaczego ta postać mnie tak denerwuje. Może przez swoją nieporadność i absolutny brak planu – jedzie do tego Krakowa busem, z komórką na resztce baterii, odwiedza mieszkanie córki, okazuje się że córki tam nie ma, a jej współlokator nie jest skłonny wpuścić obcego mężczyzny do mieszkania, więc Paweł zaczyna bez celu chodzić po Krakowie. Tekst ma trzy wątki i to trochę za dużo. Pierwszy dotyczy poszukiwań córki Pawła, Julii – i tu bohaterowi niewiele udaje się osiągnąć. Drugi wątek to dziwaczne, magiczne koszmary, prześladujące niektóre osoby w rodzinie, w tym Pawła i Julię. Wreszcie trzeci, niedopowiedziany wątek to historia rodziny: dowiadujemy się, że Weronika, bratanica (?) bohatera uciekła z domu, a w konsekwencji Paweł zerwał kontakty z niektórymi krewnymi. Dla całej połączonej snami trójki (Weronika śni tak jak Paweł i Julia) było to przełomowe, potworne wydarzenie, jedno z tych, które dzielą rzeczywistość na „przed” i „po”.
W gruncie rzeczy to wątek dorastania Julii i Weroniki, ich snów, ich cierpienia, ich determinacji, tego jak jedną ukształtowała krzywda drugiej – jest kluczowy dla tej historii. Paweł tylko przygląda się z boku, przeżywa , szuka córki nie wiedząc jak się za to zabrać. Dociera do niej przez sny i przez Weronikę, która okazuje się antagonistką całej historii, osobą która przesadnie chce chronić siebie i innych przed rzeczywistością i której Paweł służy skuteczną radą, jeśli nie pouczeniem. Zarówno on, jak i Wiktoria chcą chronić Julię przed złym światem – Paweł jednak rozumie, że ze światem tym należy się raczej mierzyć, a nie przed nim uciekać. Mam mieszane uczucia w kwestii tego, że tłumaczy to osobie po takiej traumie, jaką przeszła Weronika, ale z drugiej strony dobrze, że kobieta nie jest sprowadzona do roli idealnej bezgrzesznej ofiary, że może się czegoś nauczyć i może dostać jakąś – spóźnioną, nieprzeznaczoną dla niej, ale nadal – pomoc.
Zresztą nikt tutaj nie dostaje niczego, co byłoby dla niego przeznaczone – bohaterowie mijają się we mgle i w snach, wpływają na siebie w bardzo niebezpośredni sposób, nieintencjonalnie. Fraza „Komuś mi bliskiemu coś się przydarzyło” jest motorem opowiadania i jest w tym ciekawa, rzadko używana, a prawdziwa perspektywa.
Chochoły chcą chyba być o ludziach, którzy chronią swoje wewnętrzne przeżycia, swoje prawdziwe, kolczaste, piękne „ja” pod warstwą słomy, ponieważ boją się, że nie przetrwa ono starcia z zimnym światem i o odkrywaniu, że starcie z zimnym światem jest jak najbardziej do przetrwania. Częściowo im się to udaje (częściowo nie– metafora nawala o tyle, że chochoły są w ogóle przecież potrzebne). Są jednak przede wszystkim o rodzinie: oddalonej, rozłażącej się, niedogadującej, niewidzącej latami, trudnej, a jednak zawsze mającej – lepszy lub gorszy – wpływ na swoich członków.
XVII. Kartka stamtąd (Wojciech Gunia, „Tam”)
[…] upalny lipiec, odludne miejsce gdzieś na południu, pomiędzy na wpół wymarłymi wioskami, leśna droga, polana, dzikie ostrężyny, ich kolor, smak, następnie prześwit skorodowanej stali zza kolczastych splotów, szelest i zgrzyt rozwieranego przejścia, a potem ciąg zatęchłej wilgoci i ziejąca ciemność19
Gdzieś na południu, sezon na ostrężyny.
Znacząca większość opowiadań w Rzeczy niepospolitej potrzebuje dziać się w Polsce, żeby być sobą – dlatego trafiły do antologii. Nawet jeśli dotykają spraw uniwersalnych, a w większości dotykają, to scenografia w jakiej ich dotykają jest ważna. Z Tam Wojciecha Guni jest trochę inaczej.
Oczywiście są ostrężyny, jest tam – miejsce, które łatwo sobie wyobrazić, zardzewiałe drzwi i cegły w środku lasu pośród kolczastych krzaków i ciemnych owoców, ale sama historia o żałobie po zmarłym dziecku mogła wydarzyć się jakiejkolwiek bohaterce w jakimkolwiek miejscu na świecie.
Opowiadanie jest świetne – niepokojące, smutne, subtelnie przedstawia relacje między bohaterkami, stopniowo odkrywa przed nami kontekst opisywanej tragedii i całą otaczającą ją niesamowitość, te ostrężyny tam faktycznie podkręcają scenografię, wszystko działa.
Najbardziej mnie jednak uderza – niezamierzona, być może, przez autora i redaktorkę – konsekwencja umieszczenia Tam w zbiorze o takiej, a nie innej tematyce. W antologii o Polsce tekst o miejscu, które wymazuje wspomnienia, o przenoszeniu traumy na innych o powoływaniu ludzi do istnienia po to tylko, aby nosili naszą żałobę, nigdy o nią nie pytając i nie zdając sobie z niej sprawy, uderza w struny, w które zapewne by nie wybrzmiały poza tą antologią.
XVIII. Kartka z Wrocławia (Julia Żmudka, „Genius…”)
Przeszklona wieża stanowiła odpowiedź na absydę sąsiedniego kościoła. Wejście w ściętym narożniku to swobodne powtórzenie rozwiązania z hotelu stojącego przy tej samej ulicy. Jaskrawe kolory, które teraz oburzały spacerowiczów, swego czasu należały do najmodniejszych barw20.
Wrocław, niedługo po inbach o Solpol
Genius… Julii Żmudki to lekkie, przewrotne opowiadanie, którego nie mogę nie docenić, mimo że jest absolutnie nie w moim stylu. Nie przepadam za postmodernistycznymi, autotematycznymi tekstami pisanymi z przymrużeniem oka. Uważam, że są dziecinne, że już wyrosłam z tego typu ironii.
Ale! Ale to tekst o wrocławskim Solpolu. I doprawdy nie wiem, czy jest możliwe napisanie innego tekstu o Solpolu, który tak rozumiałby i oddawał ducha tego budynku, dyskurs wokół niego, wszystkie te inby, o których przez te parę lat zapomnieliśmy. Jak mówiłam – nie lubię takiego pisania. Ale ta antologia bez tego tekstu byłaby jak Wrocław bez Solpolu, trochę oszukana, trochę nieprzyznająca się do siebie.
Myślę, że ze wszystkich możliwych tekstów o ruinach i pustostanach, o odchodzeniu w przeszłość, napisać, a potem opublikować właśnie ten, to pomysł świeży i dający do myślenia. Przemijanie Solpolu i postmodernizmu jest trochę mniej wytarte niż przemijanie ponadstuletnich zabytków i mówi nam coś o tym, że nawet (a może zwłaszcza) historia najnowsza nieuchronnie staje się po prostu historią.
Genius… to kolejny po DZIESIĘCIU KROKACH… tekst, który tak doskonale spełnia swoją funkcję, że trudno o nim napisać coś, czego on sam nie powie sprawniej – i kolejna udana gra z czytelnikiem.
XIX. Kartka z ciemności (Olga Niziołek, „Sześć wskazówek, jak biegać w ciemnościach”)
Kątem oka zobaczył plamę benzyny na asfalcie. Jej opalizujące brzegi wyglądały jak płomienie21.
Sześć wskazówek, jak biegać w ciemnościach to opowiadanie, które odniosło w fandomie spory sukces – była nominacja do Nagrody im. Janusza Zajdla, była wersja audio, tekst wydaje się stosunkowo znany w środowisku, albo może w mojej części środowiska. Zasłużenie, bo to kolejne opowiadanie, który robi dokładnie to, co chce zrobić, dokładnie tak jak chce, i co ja wam będę gadać, przeczytajcie. Sześć wskazówek… wydaje się prostą, zgrabną, metaforą kryzysu zdrowia psychicznego. Posługuje się formą poradnika-relacji bezimiennej, boleśnie szczerej bohaterki. Rewelacyjny warsztat autorki sprawia, że natychmiast znajdujemy się z bohaterką w ciemnościach, biegniemy z nią, staramy się nie chwytać wystających z muru dłoni, zapominamy że to relacja-poradnik, bo doświadczamy w wyobraźni wszystkiego co w nim opisane.
Potrzebujemy chwili, żeby zorientować się, że ciemność pełna jest wyrw i niedopowiedzeń – żeby, domyślić się kształtu tego, co przed nami ukrywa i dzięki temu możemy bardziej docenić prawdę, którą się dzieli.
Rozdźwięk między tym co powiedziane a co nie, to warstwa tego tekstu, którą odkryłam dopiero po jakimś czasie i jest dla mnie niezwykle fascynująca. Opis rzeczywistości bohaterki nie jest przecież kłamstwem, te jej problemy o których mówi są prawdziwe, mogły ją w ciemność zepchnąć, konfrontacja z nimi ją z ciemności wyciąga.
Rzeczy, o których nie mówi, są z tymi wyrażonymi w jakimś rozdźwięku, tworzy się pomiędzy jednymi i drugimi dziwna przestrzeń – może to właśnie jest tytułowa ciemność. To sprawia że myślę o równoczesności różnych skali cierpień, o trudnych doświadczeniach jako o ekosystemie, a nie puli czy szali wagi. O krainie, którą trzeba przebiec.
Kiedy się już wgryziemy w narrację i przebiegniemy z bohaterką, co jest do przebiegnięcia, okazuje się, że wcale nas z nią nie było. To wszystko nawet nie było do nas. Cały poradnik to element świata przedstawionego w opowiadaniu, plakat na murze, nabazgrane ręcznie majaki szalonej kobiety, czytane przez bohatera czekającego na znajomych pod kinem.
Bohatera, który natychmiast sam wpada w ciemność, kończąc antologię.
Ostatnia grafika w Rzeczy niepospolitej, autorstwa Małgorzaty Lewandowskiej, to wizerunek syrenki zaszywającej tę ciemność polską flagą ułożoną w pionie.
„To nie jest antologia horroru” – pisze Weronika Mamuna we wstępie. „Nie do końca”22.
Redakcja i korekta: Patryk Kosenda
1 Jako Artur Nowrot.
2 A. Nowrot [właśc. W. Mamuna], Wstęp [w:] Rzecz niepospolita. Antologia opowiadań niesamowitych, red. A. Nowrot [właśc. W. Mamuna], Kraków: Grupa Wydawnicza Alpaka, 2025, s. 13–14.
3 J. Przygodzka, Barszcz [w:] Rzecz niepospolita…, s. 18.
4 M. Malinowska, O Dorotce i siedemnastu rzekach [w:] Rzecz niepospolita…, s. 31. O Dorotce i siedemnastu rzekach to moje opowiadanie. Omawianie własnego tekstu jest nieco krępujące, ale jest też fascynującym eksperymentem – tekst napisany pięć lat temu czyta się jak obcy i można w nim, jak odkryłam, dostrzec rzeczy, których w ogóle nie planowało się napisać ani o których się wcześniej nie myślało.
5 A. Robak-Reczek, Czarnoziem [w:] Rzecz niepospolita…, s. 41.
6 M. Studniarek, Teraz nie ma czasów [w:] Rzecz niepospolita…, s. 69.
7 M. Gwara, O pewnej przyjaźni [w:] Rzecz niepospolita…, s. 99.
8 P. Zańko, Znieczulica [w:] Rzecz niepospolita…, s. 130.
9 Tamże, s. 132.
10 W. Mamuna, Nie żyjemy w społeczeństwie, „Dziennik Literacki” 15.10.2025, online: https://dziennikliteracki.pl/weronika-mamuna-nie-zyjemy-w-spoleczenstwie-magazyn-bialy-kruk-fantastyka-socjologiczna-literatura-futurologiczna-literatura-fantastyczna-dyskurs-terapeutyczny-barbara-uznanska-loch-perfekcyjna-harmon/ [dostęp: 28.06.2026].
11 M. Konieczny, Rok jej powrotu [w:] Rzecz niepospolita…, s. 149.
12 L. Dominiczak, Stacja Chicago–Wałbrzych 20 21 [w:] Rzecz niepospolita…, s. 166–167.
13 Tamże, s. 167.
14 J. Hankus, Jak to z Marianną było [w:] Rzecz niepospolita…, s. 197.
15 K. Matlachowski, Krótka pięćdziesiątka [w:] Rzecz niepospolita…, s. 203.
16 Pneumatyczna Dusza, Dziesięć wyzwań, które musisz pokonać, by stać się przedsiębiorcą (gra motywacyjna) [w:] Rzecz niepospolita…, s. 234–236.
17 Tamże, s. 233.
18 A. Łagan, Chochoły [w:] Rzecz niepospolita…, s. 275.
19 W. Gunia, Tam [w:] Rzecz niepospolita…, s. 313.
20 J. Żmudka, Genius… [w:] Rzecz niepospolita…, s. 331.
21 O. Niziołek, Sześć wskazówek, jak biegać w ciemnościach [w:] Rzecz niepospolita…, s. 345.
22 A. Nowrot [właśc. W. Mamuna], Wstęp, s. 11.
