Nie mam ust, a muszę krzyczeć

Har­lan Elli­son (1934–2018) to postać dla lite­ra­tu­ry fan­ta­stycz­nej kano­nicz­na, ame­ry­kań­ski kry­tyk wywo­dzą­cy się ze śro­do­wisk fan­do­mu, pisarz wie­lo­krot­nie wyróż­nia­ny nagro­da­mi bran­żo­wy­mi (Hugo i Nebu­la), sce­na­rzy­sta fil­mo­wy (pisy­wał sce­na­riu­sze mię­dzy inny­mi do kul­to­we­go seria­lu Star Trek), wresz­cie redak­tor prze­ło­mo­wej dla histo­rii fan­ta­sty­ki nauko­wej anto­lo­gii Nie­bez­piecz­ne wizje (1967).

Był posta­cią nie­zwy­kle barw­ną i jed­no­cze­śnie kon­tro­wer­syj­ną, co zresz­tą czę­sto idzie w parze. Stu­dio­wał na uni­wer­sy­te­cie sta­no­wym w Ohio, skąd został eks­pul­so­wa­ny za pobi­cie pro­fe­so­ra, któ­ry „publicz­nie odma­wiał mu daru pisa­nia”1 (następ­nie przez kil­ka­dzie­siąt lat Elli­son wysy­łał mu egzem­plarz każ­de­go opu­bli­ko­wa­ne­go opo­wia­da­nia swo­je­go autor­stwa). Był zna­ny rów­nież z tego, że w wie­lu pro­ce­sach o pla­giat (miał ponoć obse­sję na punk­cie wyko­rzy­sty­wa­nia moty­wów jego twór­czo­ści przez innych pisa­rzy i sce­na­rzy­stów fil­mo­wych) wymu­sił, mię­dzy inny­mi na Jame­sie Came­ro­nie, umiesz­cze­nie po napi­sach koń­co­wych fil­mów not­ki „Inspi­ro­wa­ne pro­zą Har­la­na Elli­so­na”. Miał tak­że swo­je­go „Mak­sa Bro­da”, czy­li J. Micha­ela Stra­czyn­skie­go, zarzą­dza­ją­ce­go obec­nie jego gigan­tycz­ną spu­ści­zną tysią­ca sied­miu­set (!) opo­wia­dań (two­rzył przede wszyst­kim krót­kie for­my). Stra­czyn­ski zre­da­go­wał oma­wia­ny tu zbiór Opo­wia­da­nia naj­lep­sze, a zara­zem dopeł­nił legen­dę Elli­so­na licz­ny­mi aneg­do­ta­mi i fak­ta­mi bio­gra­ficz­ny­mi zamiesz­czo­ny­mi we wstę­pie publi­ka­cji (dla przy­kła­du: pisarz został nie­mal postrze­lo­ny przez zama­chow­ca pod­czas prze­mo­wy wygła­sza­nej prze­ciw aktom prze­mo­cy z uży­ciem bro­ni, uczest­ni­czył w mar­szu z Mar­ti­nem Luthe­rem Kin­giem w Sel­mie, był też zago­rza­łym femi­ni­stą – jego akcja pro­te­sta­cyj­na na rzecz praw kobiet w Ari­zo­nie prze­szła do legen­dy).

Elli­son nie lubił okre­śle­nia „scien­ce fic­tion”, uwa­żał je za zbyt zawę­ża­ją­ce tema­tycz­nie, pre­fe­ro­wał ter­min „lite­ra­tu­ra spe­ku­la­tyw­na”. We wstę­pie do naj­słyn­niej­szej anto­lo­gii tego rodza­ju tek­stów, czy­li do wspo­mnia­nych Nie­bez­piecz­nych wizji, pisał:

Książ­ka ta, całe ćwierć milio­nów słów, jakie się na nią skła­da­ją, naj­więk­sza anto­lo­gia lite­ra­tu­ry spe­ku­la­tyw­nej, jaką dotąd opu­bli­ko­wa­no, skła­da­ją­ca się wyłącz­nie z ory­gi­nal­nych opo­wia­dań, a praw­do­po­dob­nie jed­na z naj­więk­szych w ogó­le, zosta­ła skon­stru­owa­na zgod­nie ze spe­cy­ficz­ny­mi wytycz­ny­mi rewo­lu­cji. Jej celem było wywo­ła­nie wstrzą­su. Powsta­ła z potrze­by przed­sta­wie­nia nowych hory­zon­tów, nowych form, nowych sty­lów, nowych wyzwań lite­ra­tu­ry naszych cza­sów. A jeśli nawet nie, jest to pie­kiel­nie dobra książ­ka z cie­ka­wy­mi opo­wia­da­nia­mi2.

Owe­mu rewo­lu­cyj­ne­mu pro­gra­mo­wi pozo­sta­wał Elli­son wier­ny. Pro­blem leży jed­nak w tym, że – jak ujął to inny kla­syk, wywo­dzą­cy się ze star­szej gene­ra­cji pisa­rzy scien­ce fic­tion, Isa­ac Asi­mov – każ­da rewo­lu­cja, „każ­dy Zło­ty Wiek nie­sie w sobie zalą­żek wła­sne­go upad­ku, a kie­dy już się zakoń­czy, moż­na doko­nać retro­spek­cji i nie­omyl­nie wska­zać te zaląż­ki”3. Sło­wa te zna­ko­mi­cie kore­spon­du­ją tak­że z pro­zą Har­la­na Elli­so­na zapre­zen­to­wa­ną prze­kro­jo­wo w tomie Opo­wia­da­nia naj­lep­sze. Czy tek­sty rewo­lu­cyj­ne i w chwi­li ich powsta­nia nowa­tor­skie nie pod­le­ga­ją rów­nież mecha­ni­zmom lite­rac­kiej entro­pii, prze­ciw któ­rej – na mocy autor­skiej inten­cji – były pier­wot­nie skie­ro­wa­ne? Jest to zagad­nie­nie fascy­nu­ją­ce samo w sobie, a wnio­ski – w odnie­sie­niu do lek­tu­ry wspo­mnia­ne­go tomu – wyda­ją się nie­jed­no­znacz­ne.

Wąt­pli­wo­ści może budzić wybór „naj­lep­szych” opo­wia­dań auto­ra (podob­ne selek­cje zawsze mie­wa­ją cha­rak­ter arbi­tral­ny). Zabra­kło w tomie tek­stów kano­nicz­nych: Chłop­ca i jego psa, Łow­cy w mie­ście na skra­ju świa­ta (opo­wia­da­nia pocho­dzą­ce­go nota­be­ne z anto­lo­gii Nie­bez­piecz­ne wizje), Zabój­cy świa­tów. Usu­nąć nato­miast ze zbio­ru moż­na by bez wiel­kiej szko­dy dla jego lite­rac­kiej jako­ści mię­dzy inny­mi takie utwo­ry, jak Poga­węd­ka z Anu­bi­sem, Na rów­ni pochy­łej czy Dżin, bez popit­ki.

Kil­ka opo­wia­dań jest jed­nak zna­ko­mi­tych i dla nich zbiór prze­czy­tać nale­ży koniecz­nie. Przede wszyst­kim świet­nym tek­stem, któ­ry abso­lut­nie się nie zesta­rzał, jest Kajaj się, Arle­ki­nie – rzekł Tik­ta­tor (w poprzed­nich, licz­nych wyda­niach tytuł był prze­tłu­ma­czo­ny ina­czej: Ukorz się, paja­cu, rze­cze Tik­ta­tor; nie jestem prze­ko­na­ny, czy nowe brzmie­nie tytu­łu jest lep­sze i czy zmia­na w ogó­le była potrzeb­na). To opo­wieść anty­sys­te­mo­wa, napi­sa­na bar­dzo ryt­micz­nie, choć prze­ciw spo­łecz­ne­mu „ryt­mo­wi” ide­owo skie­ro­wa­na. Opo­wia­da­nie, wyda­ne po raz pierw­szy w 1966 roku, wpi­su­je się w nurt kontr­kul­tu­ry, bun­tu wobec skost­nia­łych struk­tur spo­łecz­nych, życia w ryt­mie powszech­nych ujed­no­li­ceń cza­so­wych, na wzór gigan­tycz­ne­go socjal­ne­go mecha­ni­zmu zega­ro­we­go. Bunt ów pole­ga na drob­nych aktach sabo­ta­żu try­bów spo­łecz­nej machi­ny opar­tej na nie­zwy­kle ści­słych regla­men­ta­cjach cza­su. W podob­nym tonie utrzy­ma­ne było wcze­śniej­sze (1961) opo­wia­da­nie Kur­ta Von­ne­gu­ta zaty­tu­ło­wa­ne Har­ri­son Ber­ge­ron (w tym przy­pad­ku ostrze kry­ty­ki było skie­ro­wa­ne prze­ciw poj­mo­wa­ne­mu w spo­sób total­ny uty­li­ta­ry­zmo­wi spo­łecz­ne­mu). Wyda­je się, że opo­wia­da­nie Elli­so­na mia­ło wpływ na słyn­ny (sfil­mo­wa­ny) komiks Ala­na Moore’a V jak Ven­det­ta, publi­ko­wa­ny w odcin­kach w latach 1982–1985.

Innym wybit­nym tek­stem jest opo­wia­da­nie Nie mam ust, a muszę krzy­czeć, opu­bli­ko­wa­ne po raz pierw­szy w 1967 roku i wyprze­dza­ją­ce o dzie­się­cio­le­cia ideę rze­czy­wi­sto­ści wir­tu­al­nej, a tak­że nurt cyber­pun­ku w fan­ta­sty­ce świa­to­wej; zawie­ra­ją­ce wyraź­ne akcen­ty post­hu­ma­ni­zmu. Przej­mu­ją­ca opo­wieść o ludziach pozo­sta­ją­cych we wła­da­niu sza­lo­nej, choć samo­świa­do­mej maszy­ny, któ­ra tor­tu­ru­je ich za męki dozna­ne wcze­śniej z ini­cja­ty­wy gatun­ku homo sapiens, odci­snę­ła trwa­łe pięt­no na fan­ta­sty­ce nauko­wej (pol­skim tego reflek­sem było pamięt­ne opo­wia­da­nie Mar­ka S. Hube­ra­tha Wró­cie­eś Sne­ogg, wie­dzia­am…).

Osob­ny nurt, jaki moż­na by wyod­ręb­nić w rze­czo­nym tomie, to „fan­ta­sty­ka nostal­gicz­na”. Mogło­by się wyda­wać, że podob­nie uję­ta kate­go­ria jest czymś z samej defi­ni­cji absur­dal­nym i wewnętrz­nie sprzecz­nym, szcze­gól­nie w zesta­wie­niu z pro­gre­syw­ną zazwy­czaj filo­zo­fią twór­ców scien­ce fic­tion. Pamię­taj­my jed­nak o kla­sy­ku ame­ry­kań­skiej fan­ta­sty­ki nauko­wej, Rayu Brad­bu­rym (jego twór­czość ze wzglę­du na spe­cy­ficz­ną „bar­wę” i nastrój zawsze przy­wo­dzi­ła mi na myśl pro­zę Wil­lia­ma Faulk­ne­ra), któ­ry nie­jed­no­krot­nie udo­wod­nił, na przy­kład w Kro­ni­kach mar­sjań­skich, że podob­ne sko­ja­rze­nie może być jak naj­bar­dziej na miej­scu. Takim nostal­gicz­nym opo­wia­da­niem Elli­so­na jest nie­wąt­pli­wie Jef­fty ma pięć lat (1977). Tytu­ło­wy chło­piec – niczym boha­ter opo­wia­da­nia Fran­ci­sa Scot­ta Fit­zge­ral­da Cie­ka­wy przy­pa­dek Ben­ja­mi­na But­to­na – pozo­sta­je wiecz­nym dziec­kiem, odpor­nym na pro­ce­sy ero­zji świa­ta. Jak­by tego było mało, w nie­po­ję­ty spo­sób „pro­du­ku­je” tre­ści radio­we, komik­so­we, któ­re są kom­pa­ty­bil­ne z okre­sem jego dzie­ciń­stwa (na przy­kład ma dostęp do nigdy nie­na­pi­sa­nych opo­wia­dań Henry’ego Kut­t­ne­ra, oglą­da „nowe” odcin­ki Star Tre­ka). Opo­wia­da­nie sta­no­wi dosłow­ną reali­za­cję mitu ide­ali­zo­wa­nej prze­szło­ści; prze­szłość bowiem bar­dzo czę­sto zna­czo­na bywa nostal­gią. Elli­son nie­ja­ko kon­kre­ty­zu­je owo marze­nie o bez­u­stan­nym prze­by­wa­niu w nostal­gicz­nym raju, co nie­uchron­nie spro­wo­ko­wać musi jakąś for­mę kata­stro­fy.

Okładka książki Harlana Ellisona pod tytułem „Opowiadania najlepsze”.
Harlan Ellison, „Opowiadania najlepsze”, tłum. Zbigniew A. Królicki, Poznań: Rebis, 2026.

Innym utwo­rem Elli­so­na koja­rzą­cym się z pro­zą Fit­zge­ral­da (Wiel­ki Gats­by), ale tak­że Jac­ka Lon­do­na (Mar­tin Eden), jest pocho­dzą­ce z lat 80. opo­wia­da­nie zaty­tu­ło­wa­ne Wszyst­kie kłam­stwa, któ­re są moim życiem. Pod wzglę­dem for­my tekst przy­po­mi­na fik­cyj­ne bio­gra­fie wiel­kich posta­ci (Oby­wa­tel Kane Orso­na Wel­le­sa) skry­wa­ją­cych jakieś mrocz­ne tajem­ni­ce. Opo­wia­da­nie Elli­so­na jest o tyle spe­cy­ficz­ne, że ów meta­fik­cyj­ny rys bio­gra­ficz­ny doty­czy zna­ne­go pisa­rza scien­ce fic­tion (tekst dedy­ko­wa­ny jest Rober­to­wi Shec­kley­owi), któ­re­go losy (wspo­mi­na­ne przez jego przy­ja­cie­la pod­czas pogrze­bu odpra­wio­ne­go z udzia­łem mię­dzy inny­mi Jerze­go Kosiń­skie­go i innych pro­mi­nent­nych real­nych posta­ci) są zara­zem ilu­stra­cją awan­su spo­łecz­ne­go całe­go gatun­ku fan­ta­sty­ki nauko­wej – od fan­do­mo­wych zlo­tów i bójek zwo­len­ni­ków twór­czo­ści H.P. Love­cra­fta i Edga­ra Alla­na Poego po wyso­ko­na­kła­do­we powie­ści publi­ko­wa­ne w pre­sti­żo­wych wydaw­nic­twach.

W nur­cie nostal­gicz­nym mie­ści się rów­nież opo­wia­da­nie Pala­dyn utra­co­nej godzi­ny, opar­te na inte­re­su­ją­cym pomy­śle swo­iście poj­mo­wa­nych „straż­ni­ków pie­czę­ci”. Oto sta­ry czło­wiek, któ­ry oka­zu­je się war­tow­ni­kiem „ostat­niej godzi­ny” ludz­ko­ści, poszu­ku­je god­ne­go sie­bie następ­cy. Moż­na by zapy­tać: cóż zna­czy jed­na godzi­na w obli­czu milio­nów lat trwa­nia gatun­ku homo sapiens? Jest to jed­nak, jako się rze­kło, godzi­na ostat­nia – jeśli jej zabrak­nie, ludz­kość po pro­stu prze­sta­nie ist­nieć. Sta­ni­sław Lem napi­sał kie­dyś apo­kry­ficz­ną recen­zję z nie­ist­nie­ją­cej książ­ki, zaty­tu­ło­wa­ną Jed­na minu­ta. W tek­ście tym jest mowa o minu­cie wycię­tej ze zbio­ro­wej egzy­sten­cji całej ludz­ko­ści. Pisa­rzo­wi uda­ło się poka­zać tym pro­stym zabie­giem arty­stycz­nym para­dok­sal­ne zde­rze­nie nikło­ści jed­nost­ki cza­so­wej z mon­stru­al­nym nawa­łem egzy­sten­cjal­nych zda­rzeń roz­gry­wa­ją­cych się w cią­gu sześć­dzie­się­ciu sekund. Godzi­na ludz­ko­ści to czas roz­cią­gnię­ty nie­mal w nie­skoń­czo­ność, ponie­waż mno­żo­ny jest przez trwa­nia i pery­pe­tie poszcze­gól­nych indy­wi­du­ów.

Obfi­cie repre­zen­to­wa­ne są w tomie Elli­so­na opo­wia­da­nia humo­ry­stycz­ne – wśród nich naj­za­baw­niej­szym jest Szu­kam Kada­ka (czy tytuł Cze­ka­jąc na Kada­ka nie był­by lep­szy?), w któ­rym kar­ko­łom­nie udo­wad­nia­na jest uni­wer­sal­ność kosmicz­ne­go juda­izmu (przy­po­mi­na to tonal­nie reli­gij­ne gro­te­ski Lema z tomu Dzien­ni­ki gwiaz­do­we). Z kolei Jak wyglą­da noc­ne życie na Cis­sal­dzie? to saty­rycz­ne uję­cie moty­wu inwa­zji obcej rasy na Zie­mię doko­na­nej poprzez… akt maso­wej kopu­la­cji. Naj­cie­kaw­sze jed­nak w tym seg­men­cie utwo­rów oka­zu­je się opo­wia­da­nie Jakież to inte­re­su­ją­ce: maleń­ki czło­wiek, będą­ce zara­zem naj­now­szym tek­stem Elli­so­na, opu­bli­ko­wa­nym w 2010 roku. Tekst przy­wo­dzi na myśl oświe­ce­nio­we z ducha prze­sła­nia kla­sycz­ne­go fil­mu rysun­ko­we­go Rolan­da Topo­ra Dzi­ka pla­ne­ta z 1973 roku. W obu przy­pad­kach mamy do czy­nie­nia z grą rela­ty­wi­zmem nie tyl­ko kul­tu­ro­wym, ale też – w dosłow­nym rozu­mie­niu – roz­mia­ro­wym; zarów­no film, jak i opo­wia­da­nie odwo­łu­ją się zresz­tą do nie­śmier­tel­nych Podró­ży do wie­lu odle­głych naro­dów świa­ta Jona­tha­na Swi­fta. Czło­wie­czeń­stwo na nowo „sfor­ma­to­wa­ne” przed­sta­wio­ne jest tu w krzy­wym zwier­cia­dle antro­po­cen­trycz­nych ocze­ki­wań, każ­da zmia­na kon­wen­cjo­nal­nych wyma­gań powo­du­je skraj­ne reak­cje spo­łecz­ne.

Zbiór Har­la­na Elli­so­na jest zna­ko­mi­tą ilu­stra­cją tezy o ewo­lu­cji gatun­ku fan­ta­sty­ki nauko­wej – od fabu­la­ry­zo­wa­nych opo­wia­stek umo­co­wa­nych ide­owo w naukach przy­rod­ni­czych przez stop­nio­wą zmia­nę zain­te­re­so­wań jej twór­ców i zwrot ku tema­ty­ce przede wszyst­kim spo­łecz­nej (socjo­lo­gii, psy­cho­lo­gii, filo­zo­fii, meta­fi­zy­ce) aż do poja­wie­nia się bry­tyj­skiej Nowej Fali w fan­ta­sty­ce w dru­giej poło­wie lat 60. XX wie­ku. Nowa Fala oka­za­ła się począt­kiem pro­ce­sów post­mo­der­ni­stycz­nej osmo­zy, czy­li prze­ni­ka­nia moty­wów cha­rak­te­ry­stycz­nych dla scien­ce fic­tion do lite­ra­tu­ry głów­ne­go nur­tu – i zara­zem tech­nik nar­ra­cyj­nych głów­ne­go nur­tu do lite­ra­tu­ry fan­ta­stycz­nej. Cie­ka­wie opi­su­je te zja­wi­ska Domi­ni­ka Ora­mus, rów­nież uży­wa­jąc meta­fo­ry ewo­lu­cyj­nej:

Jeśli wyobra­zi­my sobie gatun­ki lite­rac­kie na podo­bień­stwo gatun­ków bio­lo­gicz­nych, może­my – do pew­ne­go stop­nia – śle­dzić ich „per­so­na­li­zo­wa­ne” zacho­wa­nia i szu­kać pra­wi­dło­wo­ści w na pozór przy­pad­ko­wych pro­ce­sach roz­wo­ju i zamie­ra­nia. Niczym w dar­wi­now­skim „O powsta­wa­niu gatun­ków” widać, jak naj­le­piej przy­sto­so­wa­ne do wymo­gów dra­pież­ne­go ryn­ku księ­gar­skie­go rosną one w siłę i owo­cu­ją licz­ny­mi osob­ni­ka­mi potom­ny­mi, to jest tytu­ła­mi – dzieć­mi ewo­lu­cyj­ne­go zwy­cięz­cy, któ­ry osią­gnął wiel­kie nakła­dy, jak „Wład­ca Pier­ście­ni” czy „Neu­ro­man­cer”.
W momen­cie gdy warun­ki śro­do­wi­ska, czy­li gusta i mody czy­tel­ni­cze, ule­ga­ją gwał­tow­nym zmia­nom, część gatun­ków zamie­ra, a część mutu­je. […] Gatun­ki źle przy­sto­so­wa­ne, nik­nąc, uwal­nia­ją nisze „eko­lo­gicz­ne”, czy­li wydaw­ni­cze, dla nowych wyna­laz­ków ewo­lu­cji. Innym skut­kiem zmian tego „śro­do­wi­ska” jest prze­nie­sie­nie cech dane­go gatun­ku na inne, tak jak pew­ne cechy scien­ce fic­tion prze­nik­nę­ły do powie­ści post­mo­der­ni­stycz­nej4.

Czy­ta­jąc pro­zę Elli­so­na, moż­na odnieść wra­że­nie, że usi­łu­je on posze­rzyć język fan­ta­sty­ki przez dobór odpo­wied­nie­go instru­men­ta­rium, zmia­nę środ­ków wyra­zu. Fan­ta­sty­ka, któ­rą upra­wia (może to zresz­tą pro­blem „gene­tycz­ny” całe­go gatun­ku?), jest, jak się wyda­je, orga­ni­zmem z boga­tym życiem wewnętrz­nym, lecz zara­zem jak­by pozba­wio­nym moż­li­wo­ści arty­ku­la­cji tych prze­czu­wa­nych tre­ści. Elli­son – by posłu­żyć się meta­fo­rą zaczerp­nię­tą z jego naj­lep­sze­go, naj­bar­dziej przej­mu­ją­ce­go opo­wia­da­nia – nie ma ust, a jed­nak krzy­czy.

 

1 D. Ora­mus, O pomie­sza­niu gatun­ków. Scien­ce fic­tion a post­mo­der­nizm, War­sza­wa: Wydaw­nic­two TRIO, 2010, s. 47.

2 H. Elli­son, Trzy­dzie­stu dwóch wróż­bi­tów [w:] Nie­bez­piecz­ne wizje, red. H. Elli­son, Olsz­tyn: Sola­ris, 2002, s. 16.

3 I. Asi­mov, Dru­ga rewo­lu­cja [w:] Nie­bez­piecz­ne wizje, s. 8.

4 D. Ora­mus, O pomie­sza­niu gatun­ków…, s. 227–228.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

28.03.2026 Recenzje

Prześwitywanie świata

Niepokoje znanego nam świata prześwitują przez wykreowaną rzeczywistość. Uważa się dość powszechnie, że literatura fantasy ma charakter eskapistyczny. Z całą pewnością nie dotyczy to tej opowieści – o Aż zobaczycie ogień Pawła Majki pisze Jacek Sobota.

28.06.2026 Cykl antologijny

Mapa do gubienia się w

Kiedy myślę o tej antologii, jawi mi się ona jako kolekcja pocztówek z bardzo różnych miejsc. Taka kolekcja opowiada historię całości, której nie da się objąć jednym spojrzeniem i zgrabnie podsumować w kilku zdaniach – o książce Rzecz niepospolita. Antologia opowiadań niesamowitych pisze Marta Malinowska.

27.06.2026 Recenzje

Wyspa Bergera

Stawiane są pytania o granice sztuki oraz o to, jak daleko artysta może się posunąć, by sfinalizować swoje dzieło. Czy poświęcenie jednej osoby dla sztuki może być zrównoważone poświęceniem sztuki innej osobie? – o Wyspie Snów Heikkiego Kännö pisze Piotr Paczkowski.

26.06.2026 Prasówka

Prasówka (26 czerwca 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.