Harlan Ellison (1934–2018) to postać dla literatury fantastycznej kanoniczna, amerykański krytyk wywodzący się ze środowisk fandomu, pisarz wielokrotnie wyróżniany nagrodami branżowymi (Hugo i Nebula), scenarzysta filmowy (pisywał scenariusze między innymi do kultowego serialu Star Trek), wreszcie redaktor przełomowej dla historii fantastyki naukowej antologii Niebezpieczne wizje (1967).
Był postacią niezwykle barwną i jednocześnie kontrowersyjną, co zresztą często idzie w parze. Studiował na uniwersytecie stanowym w Ohio, skąd został ekspulsowany za pobicie profesora, który „publicznie odmawiał mu daru pisania”1 (następnie przez kilkadziesiąt lat Ellison wysyłał mu egzemplarz każdego opublikowanego opowiadania swojego autorstwa). Był znany również z tego, że w wielu procesach o plagiat (miał ponoć obsesję na punkcie wykorzystywania motywów jego twórczości przez innych pisarzy i scenarzystów filmowych) wymusił, między innymi na Jamesie Cameronie, umieszczenie po napisach końcowych filmów notki „Inspirowane prozą Harlana Ellisona”. Miał także swojego „Maksa Broda”, czyli J. Michaela Straczynskiego, zarządzającego obecnie jego gigantyczną spuścizną tysiąca siedmiuset (!) opowiadań (tworzył przede wszystkim krótkie formy). Straczynski zredagował omawiany tu zbiór Opowiadania najlepsze, a zarazem dopełnił legendę Ellisona licznymi anegdotami i faktami biograficznymi zamieszczonymi we wstępie publikacji (dla przykładu: pisarz został niemal postrzelony przez zamachowca podczas przemowy wygłaszanej przeciw aktom przemocy z użyciem broni, uczestniczył w marszu z Martinem Lutherem Kingiem w Selmie, był też zagorzałym feministą – jego akcja protestacyjna na rzecz praw kobiet w Arizonie przeszła do legendy).
Ellison nie lubił określenia „science fiction”, uważał je za zbyt zawężające tematycznie, preferował termin „literatura spekulatywna”. We wstępie do najsłynniejszej antologii tego rodzaju tekstów, czyli do wspomnianych Niebezpiecznych wizji, pisał:
Książka ta, całe ćwierć milionów słów, jakie się na nią składają, największa antologia literatury spekulatywnej, jaką dotąd opublikowano, składająca się wyłącznie z oryginalnych opowiadań, a prawdopodobnie jedna z największych w ogóle, została skonstruowana zgodnie ze specyficznymi wytycznymi rewolucji. Jej celem było wywołanie wstrząsu. Powstała z potrzeby przedstawienia nowych horyzontów, nowych form, nowych stylów, nowych wyzwań literatury naszych czasów. A jeśli nawet nie, jest to piekielnie dobra książka z ciekawymi opowiadaniami2.
Owemu rewolucyjnemu programowi pozostawał Ellison wierny. Problem leży jednak w tym, że – jak ujął to inny klasyk, wywodzący się ze starszej generacji pisarzy science fiction, Isaac Asimov – każda rewolucja, „każdy Złoty Wiek niesie w sobie zalążek własnego upadku, a kiedy już się zakończy, można dokonać retrospekcji i nieomylnie wskazać te zalążki”3. Słowa te znakomicie korespondują także z prozą Harlana Ellisona zaprezentowaną przekrojowo w tomie Opowiadania najlepsze. Czy teksty rewolucyjne i w chwili ich powstania nowatorskie nie podlegają również mechanizmom literackiej entropii, przeciw której – na mocy autorskiej intencji – były pierwotnie skierowane? Jest to zagadnienie fascynujące samo w sobie, a wnioski – w odniesieniu do lektury wspomnianego tomu – wydają się niejednoznaczne.
Wątpliwości może budzić wybór „najlepszych” opowiadań autora (podobne selekcje zawsze miewają charakter arbitralny). Zabrakło w tomie tekstów kanonicznych: Chłopca i jego psa, Łowcy w mieście na skraju świata (opowiadania pochodzącego notabene z antologii Niebezpieczne wizje), Zabójcy światów. Usunąć natomiast ze zbioru można by bez wielkiej szkody dla jego literackiej jakości między innymi takie utwory, jak Pogawędka z Anubisem, Na równi pochyłej czy Dżin, bez popitki.
Kilka opowiadań jest jednak znakomitych i dla nich zbiór przeczytać należy koniecznie. Przede wszystkim świetnym tekstem, który absolutnie się nie zestarzał, jest Kajaj się, Arlekinie – rzekł Tiktator (w poprzednich, licznych wydaniach tytuł był przetłumaczony inaczej: Ukorz się, pajacu, rzecze Tiktator; nie jestem przekonany, czy nowe brzmienie tytułu jest lepsze i czy zmiana w ogóle była potrzebna). To opowieść antysystemowa, napisana bardzo rytmicznie, choć przeciw społecznemu „rytmowi” ideowo skierowana. Opowiadanie, wydane po raz pierwszy w 1966 roku, wpisuje się w nurt kontrkultury, buntu wobec skostniałych struktur społecznych, życia w rytmie powszechnych ujednoliceń czasowych, na wzór gigantycznego socjalnego mechanizmu zegarowego. Bunt ów polega na drobnych aktach sabotażu trybów społecznej machiny opartej na niezwykle ścisłych reglamentacjach czasu. W podobnym tonie utrzymane było wcześniejsze (1961) opowiadanie Kurta Vonneguta zatytułowane Harrison Bergeron (w tym przypadku ostrze krytyki było skierowane przeciw pojmowanemu w sposób totalny utylitaryzmowi społecznemu). Wydaje się, że opowiadanie Ellisona miało wpływ na słynny (sfilmowany) komiks Alana Moore’a V jak Vendetta, publikowany w odcinkach w latach 1982–1985.
Innym wybitnym tekstem jest opowiadanie Nie mam ust, a muszę krzyczeć, opublikowane po raz pierwszy w 1967 roku i wyprzedzające o dziesięciolecia ideę rzeczywistości wirtualnej, a także nurt cyberpunku w fantastyce światowej; zawierające wyraźne akcenty posthumanizmu. Przejmująca opowieść o ludziach pozostających we władaniu szalonej, choć samoświadomej maszyny, która torturuje ich za męki doznane wcześniej z inicjatywy gatunku homo sapiens, odcisnęła trwałe piętno na fantastyce naukowej (polskim tego refleksem było pamiętne opowiadanie Marka S. Huberatha Wrócieeś Sneogg, wiedziaam…).
Osobny nurt, jaki można by wyodrębnić w rzeczonym tomie, to „fantastyka nostalgiczna”. Mogłoby się wydawać, że podobnie ujęta kategoria jest czymś z samej definicji absurdalnym i wewnętrznie sprzecznym, szczególnie w zestawieniu z progresywną zazwyczaj filozofią twórców science fiction. Pamiętajmy jednak o klasyku amerykańskiej fantastyki naukowej, Rayu Bradburym (jego twórczość ze względu na specyficzną „barwę” i nastrój zawsze przywodziła mi na myśl prozę Williama Faulknera), który niejednokrotnie udowodnił, na przykład w Kronikach marsjańskich, że podobne skojarzenie może być jak najbardziej na miejscu. Takim nostalgicznym opowiadaniem Ellisona jest niewątpliwie Jeffty ma pięć lat (1977). Tytułowy chłopiec – niczym bohater opowiadania Francisa Scotta Fitzgeralda Ciekawy przypadek Benjamina Buttona – pozostaje wiecznym dzieckiem, odpornym na procesy erozji świata. Jakby tego było mało, w niepojęty sposób „produkuje” treści radiowe, komiksowe, które są kompatybilne z okresem jego dzieciństwa (na przykład ma dostęp do nigdy nienapisanych opowiadań Henry’ego Kuttnera, ogląda „nowe” odcinki Star Treka). Opowiadanie stanowi dosłowną realizację mitu idealizowanej przeszłości; przeszłość bowiem bardzo często znaczona bywa nostalgią. Ellison niejako konkretyzuje owo marzenie o bezustannym przebywaniu w nostalgicznym raju, co nieuchronnie sprowokować musi jakąś formę katastrofy.
Innym utworem Ellisona kojarzącym się z prozą Fitzgeralda (Wielki Gatsby), ale także Jacka Londona (Martin Eden), jest pochodzące z lat 80. opowiadanie zatytułowane Wszystkie kłamstwa, które są moim życiem. Pod względem formy tekst przypomina fikcyjne biografie wielkich postaci (Obywatel Kane Orsona Wellesa) skrywających jakieś mroczne tajemnice. Opowiadanie Ellisona jest o tyle specyficzne, że ów metafikcyjny rys biograficzny dotyczy znanego pisarza science fiction (tekst dedykowany jest Robertowi Sheckleyowi), którego losy (wspominane przez jego przyjaciela podczas pogrzebu odprawionego z udziałem między innymi Jerzego Kosińskiego i innych prominentnych realnych postaci) są zarazem ilustracją awansu społecznego całego gatunku fantastyki naukowej – od fandomowych zlotów i bójek zwolenników twórczości H.P. Lovecrafta i Edgara Allana Poego po wysokonakładowe powieści publikowane w prestiżowych wydawnictwach.
W nurcie nostalgicznym mieści się również opowiadanie Paladyn utraconej godziny, oparte na interesującym pomyśle swoiście pojmowanych „strażników pieczęci”. Oto stary człowiek, który okazuje się wartownikiem „ostatniej godziny” ludzkości, poszukuje godnego siebie następcy. Można by zapytać: cóż znaczy jedna godzina w obliczu milionów lat trwania gatunku homo sapiens? Jest to jednak, jako się rzekło, godzina ostatnia – jeśli jej zabraknie, ludzkość po prostu przestanie istnieć. Stanisław Lem napisał kiedyś apokryficzną recenzję z nieistniejącej książki, zatytułowaną Jedna minuta. W tekście tym jest mowa o minucie wyciętej ze zbiorowej egzystencji całej ludzkości. Pisarzowi udało się pokazać tym prostym zabiegiem artystycznym paradoksalne zderzenie nikłości jednostki czasowej z monstrualnym nawałem egzystencjalnych zdarzeń rozgrywających się w ciągu sześćdziesięciu sekund. Godzina ludzkości to czas rozciągnięty niemal w nieskończoność, ponieważ mnożony jest przez trwania i perypetie poszczególnych indywiduów.
Obficie reprezentowane są w tomie Ellisona opowiadania humorystyczne – wśród nich najzabawniejszym jest Szukam Kadaka (czy tytuł Czekając na Kadaka nie byłby lepszy?), w którym karkołomnie udowadniana jest uniwersalność kosmicznego judaizmu (przypomina to tonalnie religijne groteski Lema z tomu Dzienniki gwiazdowe). Z kolei Jak wygląda nocne życie na Cissaldzie? to satyryczne ujęcie motywu inwazji obcej rasy na Ziemię dokonanej poprzez… akt masowej kopulacji. Najciekawsze jednak w tym segmencie utworów okazuje się opowiadanie Jakież to interesujące: maleńki człowiek, będące zarazem najnowszym tekstem Ellisona, opublikowanym w 2010 roku. Tekst przywodzi na myśl oświeceniowe z ducha przesłania klasycznego filmu rysunkowego Rolanda Topora Dzika planeta z 1973 roku. W obu przypadkach mamy do czynienia z grą relatywizmem nie tylko kulturowym, ale też – w dosłownym rozumieniu – rozmiarowym; zarówno film, jak i opowiadanie odwołują się zresztą do nieśmiertelnych Podróży do wielu odległych narodów świata Jonathana Swifta. Człowieczeństwo na nowo „sformatowane” przedstawione jest tu w krzywym zwierciadle antropocentrycznych oczekiwań, każda zmiana konwencjonalnych wymagań powoduje skrajne reakcje społeczne.
Zbiór Harlana Ellisona jest znakomitą ilustracją tezy o ewolucji gatunku fantastyki naukowej – od fabularyzowanych opowiastek umocowanych ideowo w naukach przyrodniczych przez stopniową zmianę zainteresowań jej twórców i zwrot ku tematyce przede wszystkim społecznej (socjologii, psychologii, filozofii, metafizyce) aż do pojawienia się brytyjskiej Nowej Fali w fantastyce w drugiej połowie lat 60. XX wieku. Nowa Fala okazała się początkiem procesów postmodernistycznej osmozy, czyli przenikania motywów charakterystycznych dla science fiction do literatury głównego nurtu – i zarazem technik narracyjnych głównego nurtu do literatury fantastycznej. Ciekawie opisuje te zjawiska Dominika Oramus, również używając metafory ewolucyjnej:
Jeśli wyobrazimy sobie gatunki literackie na podobieństwo gatunków biologicznych, możemy – do pewnego stopnia – śledzić ich „personalizowane” zachowania i szukać prawidłowości w na pozór przypadkowych procesach rozwoju i zamierania. Niczym w darwinowskim „O powstawaniu gatunków” widać, jak najlepiej przystosowane do wymogów drapieżnego rynku księgarskiego rosną one w siłę i owocują licznymi osobnikami potomnymi, to jest tytułami – dziećmi ewolucyjnego zwycięzcy, który osiągnął wielkie nakłady, jak „Władca Pierścieni” czy „Neuromancer”.
W momencie gdy warunki środowiska, czyli gusta i mody czytelnicze, ulegają gwałtownym zmianom, część gatunków zamiera, a część mutuje. […] Gatunki źle przystosowane, niknąc, uwalniają nisze „ekologiczne”, czyli wydawnicze, dla nowych wynalazków ewolucji. Innym skutkiem zmian tego „środowiska” jest przeniesienie cech danego gatunku na inne, tak jak pewne cechy science fiction przeniknęły do powieści postmodernistycznej4.
Czytając prozę Ellisona, można odnieść wrażenie, że usiłuje on poszerzyć język fantastyki przez dobór odpowiedniego instrumentarium, zmianę środków wyrazu. Fantastyka, którą uprawia (może to zresztą problem „genetyczny” całego gatunku?), jest, jak się wydaje, organizmem z bogatym życiem wewnętrznym, lecz zarazem jakby pozbawionym możliwości artykulacji tych przeczuwanych treści. Ellison – by posłużyć się metaforą zaczerpniętą z jego najlepszego, najbardziej przejmującego opowiadania – nie ma ust, a jednak krzyczy.
1 D. Oramus, O pomieszaniu gatunków. Science fiction a postmodernizm, Warszawa: Wydawnictwo TRIO, 2010, s. 47.
2 H. Ellison, Trzydziestu dwóch wróżbitów [w:] Niebezpieczne wizje, red. H. Ellison, Olsztyn: Solaris, 2002, s. 16.
3 I. Asimov, Druga rewolucja [w:] Niebezpieczne wizje, s. 8.
4 D. Oramus, O pomieszaniu gatunków…, s. 227–228.
