Prosta, geometryczna bryła w stylu neomodernistycznym, przywodząca na myśl pokłady statków, zbudowana z jasnego piaskowca, z dużymi przeszkleniami, które wpuszczają mnóstwo światła, sprawia wrażenie prawie obmywanej przez fale pobliskiego morza. Muzeum Miasta Gdyni od nadmorskiego bulwaru dzieli niespełna sto metrów, a powściągliwa forma budynku jak gdyby tkwi w uścisku niebieskiej tafli morza i zieleni sosen, gęsto obrastających sąsiedzką Kamienną Górę (ta dzielnica odegra jeszcze swoją rolę w tekście).
Sielską atmosferę zaburza jednak wydarzenie zorganizowane w tym roku pod hasłem „(nie)pokój”. Festiwal Non-Fiction przez trzy czerwcowe dni odbywa się w przestrzeni Muzeum – w kontrze do rozleniwiającego klimatu nadmorskiego kurortu. Napięcia na geopolitycznej mapie, wzrastające niepokoje społeczne związane z kryzysem klimatycznym i postępującym rozwarstwieniem społecznym, a także niepewność wynikająca z nieprzewidywalności rozwoju sztucznej inteligencji i jej wpływu na rynek pracy, oddziaływania Big Techu czy przejmowania kolejnych obszarów przez globalne firmy – wymienione bloki tematyczne tworzą oś festiwalu. W hasło przewodnie wydarzeń wpisana jest jednak dwuznaczność – nawias obejmujący słowo „nie” otwiera kolejne pole znaczeń i przestrzeń do dyskusji na temat lokalności, małych ojczyzn i siły czerpanej z odnajdywania poczucia sprawczości. Marceli Wójcik, członek krakowskiego Stowarzyszenia Re-prezentacje, organizacji odpowiedzialnej za pomysł i realizację festiwalu Non-Fiction, mówi:
Chcieliśmy tak ułożyć program, żeby odpowiedzią na globalne niepokoje były rozmaite lokalne inicjatywy, czyli skoncentrowanie się na małych społecznościach. Zależało nam na pokazaniu naszej nadziei, że odpowiedzią na te wszystkie zagrożenia są solidarność lokalna, wspólnoty, społeczności. Chcieliśmy zaznaczyć, że nie jesteśmy bezradni, że bardzo dużo zależy od nas samych. Dla nas non-fiction, to jest to, co wydarza się tu i teraz. To nie są tylko reportaże w formie książek. Wiadomo, że odnosimy się do jakichś produktów kultury. Ważne są dla nas też artefakty, artykuły, filmy, reportaże radiowe. Wśród naszych gości znajdziesz również takich, którzy nie napisali książki czy nie zrobili żadnego reportażu radiowego, ale którzy są na przykład ekspertami do spraw międzynarodowych, piszą artykuły do prasy, robią podcast. To niekoniecznie musi być reportaż rozumiany ortodoksyjnie.
Stowarzyszenie tworzą ludzie, którym – co podkreśla Wójcik i co łatwo mogą zauważyć uczestnicy i uczestniczki festiwalu – zależy na jakości spotkań, na doborze tematów pod kątem ich adekwatności do palących kwestii współczesności, wreszcie – na szukaniu rozwiązań wspomnianych problemów. Nie jest to pustosłowie; za najlepsze potwierdzenie tych deklaracji może służyć fakt, że początkowo festiwal (ulica Dolne Młyny w Krakowie) organizowany był praktycznie dzięki własnym środkom członków stowarzyszenia. Jak dodaje Wójcik:
Gdyby nie zasoby agencji, w której większość z nas pracuje, zaprzyjaźnionych firm – czyli meble, krzesła, scena, lampy, nagłośnienie… Praktycznie wszystko było zrobione za friko, po partyzancku.
Do dziś prace nad programem i organizacją zajmują im wolne popołudnia i wieczory, tak zwany czas po godzinach. Sytuacja na szczęście uległa poprawie w obszarze finansowania – dzięki przychylności miasta. Nadal jednak wydaje się, że członkom stowarzyszenia nieobce jest ryzykowanie – postawa pozbawiona koniunkturalnej kalkulacji. Wójcik podkreśla:
Siłą Non-Fiction jest również to, że nie reżyserujemy scenariusza spotkania. Oczywiście mamy określony temat i kierunek rozmowy, ale nie ingerujemy zbytnio we własny program, nie mamy prezałożeń. Chcemy, żeby treść „działa się” na spotkaniu, nie przed nim. Nie myślimy też tylko nazwiskami „zasięgowymi”, najpopularniejszymi. Staramy się to robić inaczej.
Abstrahując od oceny założeń bądź ich braku – trzeba przyznać, że tegoroczna edycja w jakiś przedziwny sposób realizowała słodki sen idealisty-rewolucjonisty. Pulsowała, wibrowała i pęczniała od tematów istotnych, ujętych na różnych poziomach – zarówno kwestii globalnych (odradzanie się reżimów, wrzenie na Bliskim Wschodzie, rewolucja AI, szaleństwa Donalda Trumpa), jak i tych bliższych geograficznie, ale nie mniej ważnych (starzejące się społeczeństwo, macierzyństwo, skutki degradacji środowiska). Te dwa skrzydła tematyczne spajał i w pewnym sensie napędzał korpus zbudowany z nadziei: spotkania pokazujące siłę społecznego buntu oraz – jakkolwiek absurdalnie by to brzmiało – potencjał kryzysu i katastrof. Na osobną uwagę zasługują zresztą same tytuły spotkań. Szczególne uznanie należy się za: Mamy butelki z benzyną i kamienie! (spotkanie z Przemysławem Wielgoszem) czy Kiedy ogon macha psem. Bibi, Trump, Iran (spotkanie z Karoliną Cieślik-Jakubik i Jagodą Grondecką). Zapewne ktoś mógłby powiedzieć: „nazwa jak nazwa, istotniejsza jest treść spotkania”. Zgadzam się z drugą częścią tego zdania, choć odczytuję wspomniane tytuły jako coś więcej niż tylko zgrabne i chwytliwe hasła. W ciągu kilku dni, zapewne dzięki samej atmosferze festiwalu (dość kameralnej, zdecydowanie więc ułatwiającej i zaprzyjaźnienie się z miejscem, i rozsmakowanie w serwowanych tam ideach), tytuły te wskazywały wyraźnie istotę organizowanych wydarzeń. Rzut okiem na dany tytuł wystarczył, żeby przekonać się, co jest najistotniejsze – i rozbudzić ciekawość.
Niektóre ze spotkań uwzględniały również kaszubski czy – w szerszym ujęciu – pomorski kontekst społeczno-historyczny. Wydarzenie z udziałem Cezarego Łazarewicza i Marty Grzywacz, dotyczące trudnego okresu powojennych zasiedleń Pomorza, a także relacji z mieszkającymi wówczas jeszcze na tych ziemiach Niemcami, rozmowa Stasi Budzisz i Marty Tomczok o kwestiach tożsamościowych (w tym o kontrastach kaszubsko-śląskich) czy spotkanie z Anną Dudzińską i Michałem Matusem, poświęcone sprawie katastrofy promu Jan Heweliusz, stanowiły okazję do poruszenia trudnych tematów. Były nie tylko ukłonem w stronę dyrekcji gościnnych przestrzeni muzeum i formą uczczenia obchodzonego w tym roku stulecia powstania Gdyni (jak głosi popularny slogan – miasta z morza i marzeń), lecz także dowodem na to, że lokalne i bliskie nie musi oznaczać: mniej interesujące i nieistotne. Heweliusz potwierdzał też, że reportaż może się świetnie sprawdzić w formie radiowej – wykorzystuje bowiem potencjał dźwiękowy, dzięki czemu umożliwia zapis tego, co bywa trudne do przedstawienia na piśmie. Michał Matus podkreślał, że twórcom zależało nie tylko na opisaniu katastrofy z perspektywy faktograficznej. Przede wszystkim pragnęli oni opowiedzieć historię pod pewnymi względami podobną do wielu ludzkich strat, ukazać jej wymiar wspólnotowy. Dźwiękowa opowieść dzięki swojej warstwie zmysłowej dobrze oddaje to, czym jest morze, jak wgryza się ono w tożsamość mieszkańców północnych ziem Polski. Dźwięk pękającego pod pokładem łańcucha zmieszany z krzykiem mew, ludzki głos przerywany szlochem – to punkty na mapie tej opowieści. Wybrana forma reportażu wymaga od twórców dużej wrażliwości i empatii – tak, by z jednej strony otworzyli oni przed słuchaczami i słuchaczkami przestrzeń traumatycznych doświadczeń bohaterów i bohaterek Heweliusza, a z drugiej – nie zawiedli zaufania przedstawianych postaci (o co nietrudno w przypadku takiej konstrukcji). To karkołomne przedsięwzięcie szczęśliwe zwieńczył sukces. Chyba najlepiej świadczy o tym fakt, że jedna z bohaterek, Agnieszka, która straciła w katastrofie najbliższą rodzinę i w wieku osiemnastu lat wyjechała z Polski do Włoch, odcinając się od języka ojczystego, w czasie pracy nad reportażem do tego języka wraca. Początkowo opornie, używając, jak sama mówi, raczej konstrukcji „italo-polish”, by stopniowo wejść w „lingua materna”. Wyparcie, które kiedyś było ratunkiem, ustępuje.
Non-Fiction, od trzech lat ściśle związany z morzem, nadal przyciąga osoby, które swoją festiwalową przygodę rozpoczęły jeszcze za czasów krakowskiej lokalizacji wydarzenia. Agnieszka Marecka, która do Gdyni przyjeżdża co roku właśnie z Krakowa, opowiada:
Moja historia z festiwalem jest ściśle związana z moją historią życiową. Przeprowadziłam się z Torunia do Krakowa dziesięć lat temu, czyli rok po pierwszej edycji Non-Fiction. Zawsze czytałam bardzo dużo literatury faktu, a tak się składało, że autorzy i autorki, których czytałam, byli obecni na festiwalu. Uważam, że takie spotkania autorskie mają wyjątkową siłę i moc – często rzucają światło na wątki i konteksty, których samodzielnie się nie odkrywa. Czasem zdarza się to również w negatywny sposób. To przedziwne, ale bywa przecież, że książka jest mądrzejsza niż wypowiedź autora czy autorki. Zawsze jednak jest ciekawość, co dana osoba, która napisała książkę, ma jeszcze do powiedzenia na temat poruszony w publikacji.
Agnieszka, specjalistka ds. kultury zatrudniona w Instytucie Goethego, dodaje, że w tym kilkudniowym wydarzeniu szczególnie pociąga ją zauważalna od kilku lat funkcja papierka lakmusowego – festiwal pokazuje bowiem ważne społeczne i polityczne kwestie związane z lewicową wrażliwością. Jak opowiada moja rozmówczyni, taka perspektywa ściśle z nią rezonuje i jest dla niej ciekawa zarówno z osobistego, jak i zawodowego punktu widzenia. Agnieszka zaznacza:
Uważam, że świetne było spotkanie dotyczące Domów Pomocy Społecznej. Wynika to również z tego, że te tematy są teraz obecne w mojej rodzinie. Ale wszystkie kwestie związane ze Stanami Zjednoczonymi, z konfliktami, które trwają w świecie, są z kolei istotne, ponieważ na żywo słyszę komentarze do sytuacji często dla mnie niejasnych. Podobnie jak spotkanie na temat AI i tego, jak sztuczna inteligencja może wpływać również na rynek pracy kreatywnej. Tematyka tego spotkania była mi bliska ze względu na to, że pracuję w sektorze kultury. Nie jechałabym z Krakowa do Gdyni, gdyby te tematy nie były dla mnie ciekawe.
Wśród gości Non-Fiction Agnieszka nie jest jedyną osobą, która do Gdyni przyjeżdża z drugiego końca Polski. Ostatniego dnia festiwalu podczas długo wyczekiwanej burzy (trzy dni spotkań upłynęły pod znakiem lejącego się z nieba żaru) rozmawiam z Małgorzatą Winkler, która pracuje w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Kielcach. Naprawdę tęskniła za wydarzeniem, które początkowo odbywało się na południu kraju. Jak sama opowiada:
Cenię reportaż za to, że opowiada nam o świecie i o różnych aspektach tego świata. Doceniam literaturę piękną, ale reportaż w moim odczuciu wyraźniej, szybciej odpowiada na współczesne problemy społeczne. Teraz jestem pod dużym wrażeniem spotkania ze Stasią Budzisz dotyczącego tożsamości śląskiej. Po tym spotkaniu jestem pełna dobrej energii. Lubię słuchać o tożsamości polskiej, która wcale nie jest taka oczywista. Sami – tutaj cytuję panią Budzisz – patrzymy na Polskę z perspektywy Generalnego Gubernatorstwa, jeżeli chodzi o historię drugiej wojny światowej, a przecież te perspektywy mogą być bardzo różne. Głos z centrum wybrzmiewa jednak najmocniej. Właściwie dopiero od kilku ostatnich lat orientuję się, że te historie są tak bardzo różne. Chyba od momentu przeczytania „1945” Magdaleny Grzebałkowskiej. Są przecież tereny, na których ta historia polskości zaczyna się od niedawna – i jakie to jest pasjonujące.
Małgorzata Winkler dodaje, że równie istotne były dla niej spotkania poświęcone obecnej sytuacji Stanów Zjednoczonych, Iranu, Izraela. Szczególnie ważne, jak zaznaczała, jest ukazanie zmiany w postrzeganiu tej niegdyś prawie mitycznej amerykańskiej krainy. Jak podkreśla moja rozmówczyni, jawnie kontrowersyjna polityka USA sprawia, że obserwatorom sceny międzynarodowej coraz częściej klapki spadają z oczu. Zarazem jednak wciąż obserwujemy postawę przyzwolenia na kontrowersyjne działania rządu Stanów Zjednoczonych, mimo że w jakimkolwiek innym demokratycznym kraju natychmiast wzbudziłyby one ferment społeczny lub co najmniej głośne niedowierzanie.
Z tym całym bogactwem myśli, idei, spostrzeżeń, rozmów i dyskusji w kuluarach mamy do czynienia we wnętrzu Muzeum Miasta Gdyni, wypełnianym przez światło najdłuższych dni w roku. Słońce wpadające przez duże przeszklenia, wygodne wnęki-siedziska z mnóstwem poduszek do dyspozycji i mała, ale dobrze zaopatrzona księgarnia (można w niej kupić książki autorów i autorek festiwalowych, a także poszperać w dziale albumów o Gdyni) tworzą niezwykły klimat przestrzeni, której nie chce się opuszczać. Nadchodzi jednak moment, w którym warto to zrobić. W niedzielę 21 czerwca w samo południe przed wejściem do Muzeum gromadzi się grupa około trzydziestu osób. Wyruszy stąd na spacer śladami bohaterów książki Chodź ze mną Łukasza Orbitowskiego. Na mapie spaceru są cztery przystanki, miejsca istotne dla fabuły powieści, ale też znaczące dla samej historii miasta. Rolę przewodnika na tej trasie odgrywa Grzegorz Bryszewski, a uzupełnieniem jego opowieści jest odautorski komentarz Łukasza Orbitowskiego, również uczestniczącego w spacerze. Bryszewski, którego zaczepiam, prosząc o podzielenie się wrażeniami, mówi, że jego przygoda z festiwalem zaczęła się od ubiegłorocznego gościnnego wystąpienia. Mój rozmówca jest autorem książki Wróżka, biskup i kasety wideo, opowiadającej o rzeczywistości Gdańska lat 90., w której szczególną rolę odgrywa Sky Orunia – jedna z pierwszych pirackich telewizji w kraju. Bryszewski to kolejna osoba występująca na festiwalu w podwójnej roli: gościa i gospodarza. Ta płynność wydaje się dobrym wskaźnikiem serdecznej atmosfery Non-Fiction – „wchłaniania” przez festiwal coraz to nowych sympatyków i zawiązywania z nimi silniejszych więzi.
Powrócę jednak do samego spaceru – było to świetne doświadczenie, zarówno pod kątem eksplorowania przestrzeni miejskiej (trudno nasycić się urokami gdyńskiego modernizmu, zwłaszcza gdy jest skąpany w ostrym południowym słońcu), jak i poznawania zasłyszanych po drodze historii. Asia, którą spotykam w trasie, na co dzień pracuje w Muzeum Emigracji w Gdyni. Z samym miastem jest związana od dziesięciu lat. Opowiada:
Bardzo lubię chodzić na spotkania literackie i śledzę praktycznie wszystkie, które odbywają się w Trójmieście. O Non-Fiction dowiedziałam się rok temu, uczestniczyłam w paru spotkaniach i od tamtej pory czekałam na tegoroczny program. Książkę Orbitowskiego zresztą czytałam już jakiś czas temu i dzisiejszy spacer jest też pretekstem, by ją sobie odświeżyć. Lubię twórczość Orbitowskiego, a taki spacer to coś zupełnie innego niż klasyczne spotkanie autorskie.
Dla Michała, kolegi Asi, który towarzyszy jej w spacerze, ważne jest z kolei to, że tego rodzaju włóczęga pozwala mu lepiej poznać miasto. Choć Michał jest Gdynianinem od trzeciego pokolenia, mówi, że o pewnych sprawach dowiedział się dopiero dziś – jak o historii z 1958 roku, kiedy w gdyńskim porcie rzekomo widziano niezidentyfikowany obiekt latający. Prasa rozpisywała się o tym incydencie (czy było to rzeczywiście UFO, czy może raczej odłamek meteorytu lub satelity?), a zdarzenie zostało wykorzystane również w fabule Łukasza Orbitowskiego.
W czasie naszej wędrówki płaski nadmorski krajobraz funduje nam nagle wzniesienie, po którym wspinamy się (cały czas panuje upał) na Kamienną Górę, będącą również jedną z bohaterek książki Chodź ze mną. Przystanek wyznaczono przy Domu pod Murzynem – miejscu zamieszkania Heleny, głównej postaci z powieści Orbitowskiego. Słuchamy o historii Kamiennej Góry, od początku budowanej z myślą o wysoko sytuowanych mieszkańcach. Po drodze udaje mi się podsłuchać, że w niedalekiej odległości od domu opisanego w książce znajduje się inny, może równie ciekawy (bo podobno nawiedzony) budynek.
Część osób decyduje się pojechać miejskim autobusem do ostatniego punktu na mapie spaceru: do położonej na północy miasta i trochę szemranej dzielnicy Obłuże. Jestem w grupie, która rezygnuje z tej atrakcji (ponieważ ciekawi mnie spotkanie, które ma się odbyć za chwilę).
Szesnaście wydarzeń w trzydniowym programie, ponad dwadzieścia godzin rozmów, dyskusji – to całkiem sporo, a wciąż (piszę te słowa kilka dni po festiwalu) odczuwam niedosyt i wydaje mi się, że można by wchłonąć więcej. Na pytanie o to, czy czegoś w tegorocznej edycji festiwalu zabrakło, czy coś należałoby zmienić, poprawić, wspomniana wcześniej Agnieszka Marecka odpowiada:
Z chęcią posłuchałabym rozmowy o kulturze terapeutycznej i o tym, jak bardzo jest ona dziś wszechobecna. Moim zdaniem zjawisko psychowashingu nie jest przypadkiem. We współczesnym świecie cały czas rozmawiamy językiem terapeutycznym – powołując się na to, że ktoś przekroczył nasze granice, że nie mieliśmy przestrzeni na to czy tamto. Symboliczna wajcha, która kiedyś wskazywała życie dla innych, przesunęła się więc bardzo mocno i dziś wskazuje nam życie głównie dla samych siebie. Czytałam ostatnio książkę Kamy Wojtkiewicz „Sobą zajęci” i z chęcią posłuchałabym, co autorka miałaby jeszcze do powiedzenia na ten temat.
Pozostałe dwie osoby, którym zadałam to pytanie, kręcą przecząco głową. Być może winą jest upał – przecież nawet w przypadku najlepszych programów zawsze istnieje ryzyko ominięcia czegoś istotnego, niedocenienia ważnej kwestii. Sama jednak również mam kłopot z odpowiedzią na własne pytanie. Na pewno bardzo żałuję, że nie doszło do planowanego spotkania z udziałem członków organizacji Lekarze Bez Granic. Sobotnia rozmowa została odwołana ze względu na nagłą konieczność wyjazdu zawodowego zaproszonych gości, którzy często działają na obszarach objętych konfliktem wojennym.
Jeśli się nad tym zastanowić, nieodbyte spotkanie nabiera symbolicznego sensu. W moim odczuciu moc Non-Fiction ma źródło nie tylko w ważnych tematach, które są tu poruszane. Istotą staje się to, co dzięki tym spotkaniom zechcemy zrobić, w jaki sposób będziemy działać.