W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Odra”
W czerwcowym numerze „Odry” wśród wielu interesujących tekstów znajdziemy refleksje na temat recepcji polskich kryminałów. W artykule Śledztwo w sprawie kryminału Przemysław Poznański rozważa, w jaki sposób powieści polskich autorów stają się bestsellerami i dlaczego często są sprzedawane w większych nakładach niż tłumaczenia pisarzy zagranicznych. Autor nie ma na myśli wyłącznie tak rozpoznawalnych twórców jak choćby Remigiusz Mróz, ale również tych, którzy do tej pory znajdowali się w pewnego rodzaju drugiej lidze. Poznański zapisuje:
Nowy polski kryminał wyrósł w dużym stopniu jako pokłosie boomu na prozę autorów skandynawskich. Na całym świecie – a więc i w Polsce – uznanie znalazły mroczne powieści rozgrywające się nierzadko w małych, hermetycznych społecznościach, fabularnie osnute wokół zbrodni na tle rasistowskim, przemocy wobec kobiet, ksenofobii czy homofobii, z bohaterem mierzącym się nie tylko ze śledztwem, ale też z problemami osobistymi.
Książki najważniejszych skandynawskich autorów, takich jak na przykład Jo Nesbø, w dalszym ciągu osiągają wysokie nakłady, ale czasy, kiedy trylogia Millennium Stiega Larssona królowała na listach bestsellerów, już dawno są za nami. Obecnie polski czytelnik jest w znacznie większej mierze zainteresowany rodzimymi kryminałami, szczególnie tymi z akcją rozgrywającą się na polskiej prowincji. Najlepiej ilustrują to przytaczane przez Poznańskiego liczby:
Przemysław Piotrowski, autor cyklu o komisarzu Igorze Brudnym (Czarna Owca), ma na koncie pół miliona sprzedanych egzemplarzy. Vincent V. Severski – autor powieści szpiegowskich, w tym cyklu „Nielegalni” (Czarna Owca) – podwaja tę liczbę: sprzedał już ponad milion egzemplarzy, podobnie Zygmunt Miłoszewski, autor trylogii z prokuratorem Teodorem Szackim (W.A.B.), a także Wojciech Chmielarz. W jego przypadku imponują też liczby dotyczące „Żmijowiska” oraz „Wyrwy” (Marginesy) – każda z tych książek sprzedała się w nakładzie ponad 100 tysięcy egzemplarzy. To wszystko jednak i tak nic przy nakładach, które osiąga autor w Polsce najpopularniejszy, przynajmniej w świetle deklaracji czytelników przytaczanych w badaniach Biblioteki Narodowej. Chodzi rzecz jasna o Remigiusza Mroza (Filia, Czwarta Strona, W.A.B.), który już od siedmiu lat jest czytany chętniej niż Harlan Coben, Jo Nesbø, Stephen King, B.A. Paris, a także Olga Tokarczuk czy Andrzej Sapkowski. Według oficjalnych danych Mróz sprzedał jak dotychczas ponad 13 mln egzemplarzy swoich powieści.
Poznański dodaje, że polskie kryminały coraz częściej są tłumaczone na języki obce. Tak dzieje się w przypadku książek Katarzyny Bondy, Remigiusza Mroza, Zygmunta Miłoszewskiego, Wojciecha Chmielarza, Marka Krajewskiego i ostatnio Vincenta V. Severskiego, którego powieści ukażą się po angielsku w renomowanym Penguin Random House.
*
Tekst Rycerz w bólu zakuty Jacka Staniszewskiego, poświęcony Aleksandrowi Kulisiewiczowi, dziennikarzowi, więźniowi Sachsenhausen, wykonawcy i kolekcjonerowi pieśni z obozów koncentracyjnych, rozpoczyna się od słów:
Jego głos wyemitowany w 1969 roku w ogólnopolskiej audycji radiowej wywołał falę paniki wśród słuchaczy. Ludzie dzwonili z pretensjami o prezentowanie tak makabrycznego repertuaru w porze kolacji. Bolońska gazeta określiła jego występ w Teatro Comunale jako „una sorta di macabra”.
Napisane przez niesłusznie dziś zapomnianego Kulisiewicza pieśni obozowe, a także powstałe w hitlerowskim piekle utwory innych autorów, które wykonywał, rzeczywiście mają tak porażające brzmienie, że ich odbiór może być trudnym doświadczeniem. Nie można jednak lekceważyć tej twórczości, choćby dlatego, żeby okrucieństwa, do których doszło w obozach zagłady, nie znalazły naśladowców. Niestety pamięć o działalności artystycznej tego rodzaju nie jest dziś wystarczająco pielęgnowana. W Polsce ukazała się tylko jedna płyta z zapisem pieśni obozowych, zaś materiały z archiwum Kulisiewicza – między innymi liczne nagrania byłych więźniów – nie zostały nigdy wydane. Staniszewski zapisuje:
Dzieło życia Aleksandra Kulisiewicza – obejmująca 3400 stron maszynopisu monografia twórczości muzycznej i poetyckiej – utknęło w jednym z państwowych wydawnictw jeszcze za życia autora. Do tej pory pozostaje niezrealizowanym projektem, zdeponowanym obecnie w zbiorach amerykańskiego Muzeum Pamięci Holokaustu (United States Holocaust Memorial Museum) i niemieckiego Miejsca Pamięci Sachsenhausen (Gedenkstätte Sachsenhausen).
Sam Staniszewski od kilku lat próbuje uporządkować archiwum taśm Kulisiewicza. O ich wartości możemy się przekonać, czytając drukowany w „Odrze” fragment tego repozytorium, zatytułowany Jak umierał mój głos.
„Strefa Kultury” tygodnika „Newsweek”
21 czerwca tego roku rozpoczyna się w Poznaniu Malta Festival. Jednym z zapowiadanych przez organizatorów wydarzeń będzie dwudziestoczterogodzinny spektakl The Second Woman, w którym wystąpi Magdalena Cielecka. Z tej okazji w „Strefie Kultury”, dodatku do tygodnika „Newsweek”, ukazała się rozmowa z Cielecką Jest mi po prostu dobrze, przeprowadzona przez Katarzynę Janowską i tocząca się głównie wokół wyzwania, jakim bez wątpienia jest wspomniany projekt.
Spektakl powstaje na podstawie przedstawienia odwołującego się do słynnego filmu Premiera Johna Cassavetesa. Australijska reżyserka Anna Breckon razem z performerką i aktorką Nat Randall dziesięć lat temu stworzyły pewien spektakl, wybierając ze wspomnianego filmu jedną scenę. Przedstawia ona rozstanie, a bierze w niej udział stu mężczyzn. W czasie Malta Festival 2026 będą się oni zmieniać co dziesięć minut. W ten sposób scena zostanie wielokrotnie powtórzona. Jej puenty będą się jednak między sobą różnić, więc mogą być naprawdę zaskakujące. Magdalena Cielecka opowiada:
Zobaczymy bardzo różne zachowania, reakcje, strategie stosowane przez mężczyzn. Ale to jest też eksperyment na kobiecie, czy też na kobietach, które ja reprezentuję. Nie można pominąć ekstremalnego charakteru tego spektaklu. Przez dwadzieścia cztery godziny będę na scenie, w tych samych butach, w tych samych ciuchach, w tym samym makijażu. Sto razy otworzę drzwi, za którymi za każdym razem będzie stał inny mężczyzna. To będzie eksperyment fizyczny, ale też emocjonalny. Wyobrażam sobie, że wytworzą się na tę krótką chwilę mikrowięzi. Wyobrażam sobie, że z jednym partnerem będzie mi się grało dobrze, a z innym w ogóle nie, a jeszcze inny będzie mnie irytował. Nieprzewidywalność jest wpisana w ten projekt i dlatego jest taki fascynujący. Widzom, którzy zobaczą spory kawałek spektaklu albo zdecydują się być z nami przez 24 godziny, wyłoni się być może obraz współczesnej kobiety i mężczyzny. Myślę, że może to być też ciekawe dla socjologów.
Aktorka już nieraz eksperymentowała ze swoim ciałem i jego wytrzymałością. Choćby w Iwonie, księżniczce Burgunda czy w 4.48 Psychosis w reżyserii Grzegorza Jarzyny. Sama tak uzasadnia swoje zainteresowanie ekstremalnymi projektami:
W „Iwonie…” z młodzieńczym poświęceniem rzucałam się po ścianach, uciekając przed zjedzeniem ryby. Ślady tamtego spektaklu mam na ciele do dziś. Tak jak i po „4.48 Psychosis”. Mam to chyba w DNA.
*
Właśnie rozpoczęły się Warszawskie Spotkania Teatralne. Oprócz najlepszych polskich przedstawień ostatnich miesięcy w czasie tego festiwalu możemy oglądać zagraniczne produkcje z udziałem wielkich gwiazd światowego teatru i kina, takich jak choćby Isabelle Huppert. W tekście Teatr w stanie przełomu, świat w zawieszeniu Anna Sańczuk zapisuje:
Wszyscy czekają na królową francuskiego teatru i kina Isabelle Huppert, która w monodramie „Bérénice” w reżyserii włoskiego giganta Romeo Castellucciego dociera do granic sztuki. Dramat Racine’a rozpada się jako tekst, by zaistnieć w formie wizualno-dźwiękowego performance’u z charyzmatyczną diwą w roli głównej. Za muzykę odpowiada amerykański eksperymentator Scott Gibbons, a za stroje jak origami projektantka mody Iris Van Herpen.
O randze festiwalu niech świadczy fakt, że otworzył go spektakl No Yogurt for the Dead teatru NTGent z Gandawy. Portugalski reżyser Tiago Rodrigues porusza tu temat śmierci swojego ojca, dziennikarza Rogéria Rodriguesa. Oprócz zagranicznych przedstawień w czasie Warszawskich Spotkań Teatralnych możemy zobaczyć także rodzime spektakle. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na inscenizacje o tematyce społecznej, takie jak choćby Wszyscy jesteśmy Belén Katarzyny Minkowskiej z Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie, Tkocze Mai Kleczewskiej z Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach czy Sprawa Davida Frankfurtera Marcina Wierzchowskiego z Teatru Wybrzeże w Gdańsku. Jak podsumowuje Anna Sańczuk:
To tylko część propozycji Spotkań Teatralnych, do których warto doliczyć jeszcze spektakle studenckie i zagraniczne wykłady performatywne. W czym wciąż tkwi siła szczególnej wspólnoty, którą wciąż jest teatr? Jak odpowiadają kuratorzy: „W zdolności do zatrzymywania nas w momencie, który na co dzień próbujemy jak najszybciej przekroczyć. W szczelinie między tym, co znane, a tym, co dopiero nabiera kształtu. W przełomie”.
„Pismo. Magazyn opinii”
Kraj, który na mapie może przypominać kształtem pistolet marki Colt, kraj wstrząsów sejsmicznych – w 1960 roku doszło tam do najsilniejszego wstrząsu tego rodzaju na świecie, nieodnotowanego nigdy wcześniej ani później, o magnitudzie 9,5, a w 2010 roku o magnitudzie 8,8 – kraj o linii brzegowej długości 4300 kilometrów, określany przez Pabla Nerudę jako „długi płatek morza, wina i śniegu”, to Chile. W czerwcowym numerze „Pisma” Mirosław Wlekły zabiera czytelników i czytelniczki w podróż właśnie do tego kraju, nawiedzanego przez kataklizmy, nie zawsze przyrodnicze. Dziś w Chile znowu jest gorąco – dyskusję publiczną rozpalają kwestie emigrantów z Wenezueli (w 2025 roku ich liczba sięgała rzędu niemal dziewięciu procent), problemy dyskryminacji rdzennych plemion (Mapuczów) i emocje, które towarzyszą wyborowi Joségo Antonia Kasta na prezydenta (szczególnie zaś jego ostrej polityce migracyjnej). Największym wyzwaniem dla rządu chilijskiego może być, jak pisze Wlekły, cytujący Óscara Contarda, dziennikarza i publicystę o lewicowych przekonaniach:
zbudowanie narracji na przyszłość, której Chilijczycy rozpaczliwie potrzebują. Zbiorowego entuzjazmu. Co więcej, rząd będzie musiał obniżyć oczekiwania, które sam rozbudził. Na przykład nie da się wydalić 300 tysięcy migrantów. Myślę, że nasze społeczeństwo jest emocjonalnie wyczerpane, ale gniew w nim pozostaje.
To właśnie specyfika współczesnego Chile, którego opis w Życiu na wulkanie Wlekłego przeplatany jest wątkami historycznymi (takimi jak wspomniana sprawa Mapuczów czy hiszpańska konkwista). Opowieść tę spajają ponadto plastyczne opisy chilijskich krajobrazów czy słońca, które do złudzenia przypomina to śródziemnomorskie. Sprawiają one, że w czytelniczej wyobraźni nawet smak tamtejszego fast foodu i wyjątkowo popularnej w Chile kawy rozpuszczalnej wydaje się całkiem znośny. Jednym z najwyrazistszych obrazów, zapadających szczególnie głęboko w pamięć, jest piekielnie rozgrzana dolina, w której ulokowane zostało Santiago, stolica tego kraju, otoczona strzelistymi górami. „Wycieczki na narty z pomarańczami w plecaku są tu podobno na porządku dziennym” – pisał Jarosław Iwaszkiewicz w Listach z podróży do Ameryki Południowej.
*
Rezyliencja to jedno ze słów, które w ostatnim czasie stało się niezmiernie popularne. Odmieniane jest przez wszystkie przypadki przy okazji wszelkich publikacji i rozmów obejmujących obszar psychologii czy precyzyjniej – sferę radzenia sobie ze stresem i trudnościami. Jest to zrozumiałe i konieczne, jeśli wziąć pod uwagę poziom napięcia we współczesnym świecie oraz wyzwania, z którymi obecnie musimy się mierzyć. Agnieszka Sowińska w tekście Dzikie stwory uczą emocji pojęcie rezyliencji umieszcza w centrum swoich rozważań, a jego źródeł upatruje we wspólnej lekturze, w rozmowie o przeczytanych książkach i w namyśle, który ma tę wspaniałą cechę, że nabiera tym większej mocy, im częściej zdarza nam się go praktykować. Sowińska, cytując psycholożkę i psychoterapeutkę Ulę Malko, współzałożycielkę warszawskiego ośrodka wsparcia i rozwoju „Bliskie miejsce”, zapisuje:
rezyliencja to zdolność do powracania do równowagi po trudnych doświadczeniach. Można ją rozumieć jako pewien rodzaj wewnętrznej sprężystości. Kiedy coś idzie nie tak, gdy zderzamy się z frustracją, stratą czy stresem, rezyliencja pozwala to przeżyć i iść dalej […], pozwala uczyć się z trudnych doświadczeń, przeformułować je, nadać im nowy sens. Istotne, że rezyliencja nie jest pancerzem, odpornością na ból ani umiejętnością nieczucia. Nie polega na zaprzeczaniu stracie, bólowi czy żałobie.
Dzięki niej mierzymy się z nowymi doświadczeniami bez większych szkód, podnosimy się po upadkach, czasem nieuniknionych, i poszerzamy naszą perspektywę poznawczo-emocjonalną. Im wcześniej zaczniemy ćwiczyć tę umiejętność, tym większe możliwości otworzą się przed nami – to jedynie pozorny truizm. Sowińska w Dzikich stworach… świetnie rozpracowuje kwestie związane z rezyliencją. Skupia się na przedstawieniu całej palety osobliwości, a także potencjału literatury dziecięcej; jak latarnia morska w morzu książkowych wyborów wskazuje właściwe kierunki i wartościowe zagadnienia. Nie ucieka bynajmniej od kwestii śmierci, choroby czy wykluczenia społecznego. Oswaja wspomniane tematy przez odwołania do lektur uzmysławiających odbiorcom, że trud jest nieodłącznym elementem życia. Cały tekst można czytać jak rodzaj mapy dziecięcych emocji. Jak dowodzi Sowińska, „codzienność może być pełna przyjemnostek”. Te zaś wpływają na postrzeganie świata wokół – „pod warunkiem, że się te drobiazgi dostrzeże i przez chwilę z nimi pobędzie”.
„Krytyka Polityczna”
W „Krytyce Politycznej” znajdziemy rozmowę Pauliny Siegień z Andrzejem Andrysiakiem i Januszem Kucharskim, autorami książki Na obrzeżach. Jak zmienia się Polska lokalna. W swojej publikacji podejmują oni próbę przełamania stereotypowego obrazu polskiej prowincji, pokazując, że mniejsze miejscowości nie muszą być bierne, zacofane i pozbawione energii społecznej. Andrysiak i Kucharski podkreślają, że świadomie posługują się słowem „prowincja”. Uważają bowiem, że jest to określenie geograficzne, niewartościujące. W ich ujęciu obrzeża są miejscem, gdzie powstają inicjatywy obywatelskie, wzmacniają się lokalne ruchy społeczne, a oddolne działania na rzecz zmian społecznych nabierają rozpędu. Nie jest to jednak obraz wyidealizowany – Kucharski i Andrysiak piszą również o obszarach zaniedbanych oraz wymagających naprawy systemowej. Chodzi tu głównie o relacje między mieszkańcami a władzą lokalną (autorzy zwracają szczególną uwagę na kwestię traktowania przez decydentów aktywnych obywateli jako zagrożenia), problemy z transparentnością funkcjonowania instytucji czy tendencje do ignorowania przez władze głosów mieszkańców. Złożonym problemem wydaje się także wypieranie przez dużą część samorządów wyzwań związanych z kwestiami demograficznymi, edukacyjnymi i społecznymi. W Na obrzeżach… aktualność tego rodzaju zagadnień zostaje wyraźnie podkreślona. Przywołane przez autorów przykłady oddolnych inicjatyw dają nadzieję na zmianę społeczną, a przede wszystkim dowodzą znaczenia sprawczości obywatelskiej. Do przekształceń systemowych często dochodzi dzięki determinacji pojedynczych osób, które z czasem tworzą większe wspólnoty lokalne. Przypomina to efekt kuli śnieżnej, czyli proces, który może przebiegać szybciej, niż się powszechnie uważa.
*
W tekście Kolonializm zostawia ślady Kinga Dunin pokazuje wspólny mianownik dwóch książek, różniących się miejscem akcji, czasem powstania i kontekstem historycznym. Publikacje łączy opis doświadczenia kolonializmu i jego długotrwałych skutków. W Okrągłym domu autorstwa Louise Erdrich początkiem fabuły jest wyjątkowo okrutna zbrodnia, która powoduje wiele problemów społecznych i prawnych, wynikających z kolonialnej historii Stanów Zjednoczonych. Z kolei w Surinamie, to ja Bea Vianen kreśli rzeczywistość tytułowej dawnej kolonii holenderskiej, zamieszkanej przez przedstawicieli wielu grup etnicznych. W przypadku tej pierwszej książki nakładające się na siebie warstwy jurysdykcji plemiennej, stanowej i federalnej tworzą swoisty kocioł skomplikowanego systemu prawnego, który – wskutek rozmaitych zaszłości – wpływa na teraźniejszość społeczeństwa amerykańskiego. W drugiej – poprzez historię głównej bohaterki, Sity, autorka ukazuje, w jaki sposób niewolnictwo, migracja i kolonialna zależność niszczą tożsamość ludzi doświadczających tej wieloaspektowej niesprawiedliwości. O ile debata o przyczynach i skutkach kolonializmu jest wciąż aktualna na europejskiej scenie – co sprawia, że omawiany artykuł sytuuje się w grupie potrzebnych, ale podobnych do siebie głosów – o tyle ciekawsza wydaje się propozycja wyobrażenia sobie alternatywnego scenariusza dziejów. Jak zapisuje Dunin:
Co by było, gdyby Europejczycy zostawili odkryte terytoria i obce ludy w spokoju? Królestwo Beninu podbiłoby Afrykę? A może Afryka wyglądałaby tak jak u Marlona Jamesa? Odżibweje wypaliliby fajkę pokoju z Aztekami? Syberia (jakucka) to byłaby Sacha? Gdybyśmy, zamiast podbojów, nawiązywali pokojowe kontakty, do jakich fenomenów kulturowych by to doprowadziło? To prawdziwa kopalnia pomysłów dla inteligentnej fantastyki.
Tak rozumiane ćwiczenie byłoby oczywiście świetną zabawą intelektualną, ale przede wszystkim próbą empatii.