Prasówka (10 lipca 2026)

W redak­cji „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” wer­tu­je­my róż­ne­go rodza­ju cza­so­pi­sma w poszu­ki­wa­niu inte­re­su­ją­cych tek­stów. Wyła­wia­my arty­ku­ły, któ­re nas intry­gu­ją, poru­sza­ją, pro­wo­ku­ją do roz­mo­wy. Naszym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom rów­nież powin­ny przy­paść do gustu. Dla­te­go zapra­sza­my do lek­tu­ry piąt­ko­we­go prze­glą­du pra­sy kul­tu­ral­nej.

„Pismo. Magazyn opinii”

W lip­co­wym nume­rze mie­sięcz­ni­ka „Pismo” Katia Mie­rze­jew­ska, dzien­ni­kar­ka zaj­mu­ją­ca się poli­ty­ką mię­dzy­na­ro­do­wą i spra­wa­mi spo­łecz­ny­mi, pisze o reg­ga­eto­nie. Szcze­gól­ny nacisk kła­dzie na jego ewo­lu­cję: z mar­gi­na­li­zo­wa­ne­go gatun­ku reg­ga­eton stał się, jak sama zapi­su­je: „jed­nym z naj­waż­niej­szych języ­ków współ­cze­snej popkul­tu­ry”. Esej otwie­ra sce­na, w któ­rej Bad Bun­ny, gwiaz­da laty­no­skie­go tra­pu, a rów­no­cze­śnie głów­ny boha­ter tek­stu Mie­rze­jew­skiej, wystę­pu­je w prze­rwie fina­ło­we­go meczu ligi ame­ry­kań­skie­go fut­bo­lu Super Bowl LX. Kon­cert oka­zał się wiel­kim wido­wi­skiem ze wzglę­du na jego teatral­ny roz­mach i zna­cze­nie sym­bo­licz­ne: „w miej­scu iko­nicz­nym dla ame­ry­kań­skie­go spor­tu […] nie odbył się po angiel­sku”. Występ Bad Bunny’ego – sze­ro­ko komen­to­wa­ny, a przez obu­rzo­ną część pra­wi­cy ame­ry­kań­skiej potę­pia­ny („Donald Trump nazwał ten występ «abso­lut­nie okrop­nym». Kon­gres­men Andy Ogles z Ten­nes­see – «wul­gar­nym i nie­przy­zwo­itym»”) – poka­zał, że moż­li­we jest odwró­ce­nie usta­lo­ne­go porząd­ku spo­łecz­ne­go. Dzie­je się tak, ponie­waż nawet jeśli nie mamy do czy­nie­nia z poli­tycz­ny­mi decy­zja­mi popra­wia­ją­cy­mi losy grup spo­łecz­nych sys­te­ma­tycz­nie mar­gi­na­li­zo­wa­nych, pomi­ja­nych i wyko­rzy­sty­wa­nych, głos Bunny’ego sta­je się narzę­dziem słu­żą­cym do zmian na lep­sze. Mie­rze­jew­ska pod­kre­śla olbrzy­mią popu­lar­ność muzy­ka i wska­zu­je, jak wiel­ką siłę oddzia­ły­wa­nia mogą mieć jego wypo­wie­dzi. Pod­czas gali roz­da­nia nagród Gram­my Bun­ny nawią­zał do kon­tro­wer­sji wokół fede­ral­nej agen­cji zaj­mu­ją­cej się nie­le­gal­ną imi­gra­cją w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Powie­dział wprost: „ICE wypad. Nie jeste­śmy dzi­ku­sa­mi, nie jeste­śmy zwie­rzę­ta­mi ani kosmi­ta­mi. Jeste­śmy ludź­mi. Jeste­śmy Ame­ry­ka­na­mi”. Swo­je zwy­cię­stwo Bun­ny zade­dy­ko­wał wszyst­kim, dla któ­rych speł­nia­nie marzeń wią­za­ło się z koniecz­no­ścią opusz­cze­nia ojczy­zny. Arty­sta, eks­pe­ry­men­tu­jąc muzycz­nie z ryt­mem, eks­pre­sją i ero­ty­zmem, prze­my­ca w swo­jej twór­czo­ści rów­nież komen­tarz spo­łecz­ny. Jego muzy­ka o glo­bal­nym zasię­gu jest tak­że, jak poka­zu­je w ese­ju Mie­rze­jew­ska, for­mą odda­nia gło­su nie­do­strze­ga­nym kie­dyś muzycz­nym poprzed­ni­kom – miesz­kań­com Jamaj­ki, Bar­ba­do­su, Pana­my, Try­ni­da­du i Toba­go, dla któ­rych muzy­ka była „narzę­dziem pozwa­la­ją­cym zna­leźć wytchnie­nie w kre­atyw­nej eks­pre­sji, by móc znieść rze­czy­wi­stość bie­dy i nie­spra­wie­dli­wo­ści”.

*

Tekst Karo­la Cichoc­kie­go M. Ges­sen o tym, jak żyć w cza­sach pań­stwo­we­go ter­ro­ru moż­na czy­tać jako wie­lo­wy­mia­ro­we stu­dium współ­cze­sne­go auto­kra­ty­zmu i rów­no­cze­śnie pró­bę zna­le­zie­nia spo­so­bu na prze­trwa­nie tego cza­su. Głów­ny wątek tek­stu sta­no­wią życie i publi­cy­sty­ka Mashy Ges­sen – nie­za­leż­nej dzien­ni­kar­ki. Twór­czość Ges­sen, pisa­na z per­spek­ty­wy nie­bi­nar­nej żydow­skiej imi­grant­ki z Rosji, sku­pia się na ana­li­zie sys­te­mów opre­syj­nych – od puti­now­skiej Rosji po współ­cze­sną Ame­ry­kę Donal­da Trum­pa. „Ges­sen jest oso­bą trans, nie­bi­nar­ną i uży­wa zaim­ków they/them [co po pol­sku posta­no­wi­li­śmy oddać za pomo­cą zaim­ka ono/jego i cza­sow­ni­ków w rodza­ju neu­tral­nym – przyp. red.]” – pisze Cichoc­ki i dla­te­go w ślad za auto­rem zamie­rza­my sto­so­wać podob­ny zapis. Ges­sen emi­gro­wa­ło z Rosji trzy­krot­nie, po raz ostat­ni w mar­cu 2022 roku, a „w lip­cu 2024 roku zosta­ło ska­za­ne zaocz­nie przez rosyj­ski rząd na osiem lat kolo­nii kar­nej […] za roz­po­wszech­nia­nie fał­szy­wych infor­ma­cji o rosyj­skiej armii”. Rze­ko­me kłam­stwa doty­czy­ły mię­dzy inny­mi zbrod­ni w Buczy. Ges­sen obec­nie miesz­ka w USA, gdzie nadal sku­pia się na obser­wo­wa­niu, ana­li­zo­wa­niu i kry­ty­ko­wa­niu mecha­ni­zmów opre­syj­nych sys­te­mów spo­łecz­no-poli­tycz­nych. Wycho­dzi jed­nak poza samą kry­ty­kę. Tekst Auto­cra­cy. Rules for Survi­val (Auto­kra­cja. Zasa­dy prze­trwa­nia), opu­bli­ko­wa­ny w „The New York Review of Books”, jest swe­go rodza­ju mani­fe­stem, w któ­rym Ges­sen punk­tu­je głów­ne prze­ja­wy auto­ry­tar­nych sche­ma­tów, przede wszyst­kim zaś dobit­nie zazna­cza, że klu­czem do obro­ny jest brak zgo­dy na kom­pro­mi­sy z dyk­ta­tu­rą – utrwa­la­nie w sobie zdol­no­ści do obu­rze­nia na jaw­ne łama­nie zasad demo­kra­tycz­nych. Ges­sen obec­nie pra­cu­je rów­nież nad książ­ką o „pro­jek­tach poli­tycz­nych, któ­re w jakiś spo­sób ucie­le­śnia­ją nadzie­ję oraz są zako­rze­nio­ne w histo­rii pol­skich i cze­skich dysy­den­tów”. Waż­ny w tym kon­tek­ście sta­je się esej cze­skie­go myśli­cie­la i dysy­den­ta Vác­la­va Ben­dy Rów­no­le­gła polis, z któ­re­go Ges­sen czer­pie myśl o two­rze­niu oddol­nych, nie­za­leż­nych struk­tur spo­łecz­nych. Nadzie­ję widzi tak­że w poli­ty­ce lokal­nej i soli­dar­no­ści sąsiedz­kiej. Nie­mniej naj­po­tęż­niej­szą bro­nią oka­zu­je się ludz­ka wyobraź­nia – zdol­ność do dostrze­że­nia odmien­nych spo­so­bów życia pod opre­syj­ny­mi rzą­da­mi. Zapi­su­je:

Myślę, że doko­ny­wa­nie wybo­rów – i, przede wszyst­kim, zdol­ność do wyobra­że­nia sobie tych innych, wła­ściw­szych ście­żek – daje nam naj­więk­sze szan­se na wyj­ście z ciem­no­ści lep­szy­mi niż byli­śmy, gdy w nią wkra­cza­li­śmy. Jest w tym coś z emi­gra­cji: decy­zja o wyjeź­dzie rzad­ko wyda­je się napraw­dę auto­no­micz­na, ale wybo­ry doty­czą­ce tego, jak zamiesz­ku­je­my nowe kra­jo­bra­zy (albo odmien­ne cia­ła) – to wyma­ga wyobraź­ni.

Okładka czasopisma „Pismo. Magazyn opinii” 2026, nr 7.
„Pismo. Magazyn opinii” 2026, nr 7.

„Radar”

W naj­now­szym „Rada­rze” znaj­dzie­my roz­mo­wę Joan­ny Majew­skiej-Gra­bow­skiej z Ana­sta­si­ją Lew­ko­wą, ukra­iń­ską pisar­ką i dzien­ni­kar­ką, autor­ką powie­ści Imio­na Kry­mu. We wspo­mnia­nej roz­mo­wie, otwie­ra­ją­cej numer poświę­co­ny zagad­nie­niom uto­pii oraz dys­to­pii, oby­dwie kwe­stie sta­ją się głów­nym przed­mio­tem roz­wa­żań Lew­ko­wej. Czy obser­wu­je­my rene­sans przy­wo­ła­nych gatun­ków w lite­ra­tu­rze? Jakie wyzwa­nia sta­wia­ją one przed pisar­ka­mi i pisa­rza­mi? Tak­że: jakie moż­li­wo­ści zapew­nia­ją piszą­cym? Zna­cze­nia sym­bo­licz­ne, spo­łecz­ne, psy­cho­lo­gicz­ne – to jedy­nie kil­ka z wie­lu warstw, któ­re skła­da­ją się na oma­wia­ne gatun­ki. Jak zazna­cza Majew­ska-Gra­bow­ska:

uto­pij­no-dys­to­pij­na anty­no­mia umoż­li­wia przyj­rze­nie się świa­to­we­mu poli­kry­zy­so­wi. To per­ma­nent­ny stan, z jakim zma­ga­ją się spo­łe­czeń­stwa i jed­nost­ki. W tym kon­tek­ście szcze­gól­nie istot­na wyda­je się rola lite­ra­tu­ry, któ­ra na róż­ne spo­so­by może nie tyl­ko przed­sta­wiać, ale i pro­jek­to­wać roz­wią­za­nia poten­cjal­ne.

Lew­ko­wa w Imio­nach Kry­mu posłu­gu­je się szcze­gól­ne­go rodza­ju uto­pią – roz­po­wszech­nio­ną ideą wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści (ska­żo­ną jed­nak stem­plem radziec­kie­go inter­na­cjo­na­li­zmu). Za pomo­cą tego poję­cia uka­zu­je nie­spra­wie­dli­wość i dys­kry­mi­na­cję, któ­rej ofia­rą pada­li Tata­rzy krym­scy. Autor­ka zmie­nia geo­gra­ficz­ny pół­wy­sep w dry­fu­ją­cą wyspę i poka­zu­je okru­cień­stwo rosyj­skiej oku­pa­cji. Dąże­nia Tata­rów do zacho­wa­nia swo­jej toż­sa­mo­ści, opór przed ujed­no­li­ce­niem – wła­śnie takie dzia­ła­nie spo­łe­czeń­stwa oby­wa­tel­skie­go sta­no­wi naj­więk­sze zagro­że­nie dla rosyj­skie­go agre­so­ra, dla­te­go budzi w nim strach. Ten zaś, prze­obra­ża­jąc pół­wy­sep w samot­ną wyspę, wywie­ra rów­nież wpływ na samych jego miesz­kań­ców. To w pew­nym sen­sie wypad­ko­wa tra­gicz­nej sytu­acji Tata­rów krym­skich, czy­li wybo­ru mię­dzy życiem pod oku­pa­cją a emi­gra­cją, któ­ra może ozna­czać cał­ko­wi­ty zanik wspól­no­ty. Jak zazna­cza Lew­ko­wa:

Rozu­mie­ją, że jest ich nie­wie­lu i jeśli teraz porzu­cą Krym, to na pew­no zosta­nie on odda­ny na ponie­wier­kę Rosja­nom i nigdy już nie będzie ponow­nie ich ojczy­zną. Nie będzie zie­mią Tata­rów Krym­skich, bo i oni znik­ną, ponie­waż się roz­pro­szą. Nie są jak Żydzi, któ­rych dia­spo­ra jest licz­na. Tata­rzy zagu­bią się, roz­pły­ną i dla­te­go nie wyjeż­dża­ją.

Bole­śnie spraw­dza­ją się sło­wa Lew­ko­wej o tym, że wszel­kie uto­pie i dys­to­pie two­rzo­no w okre­sie „sprzy­ja­ją­cych warun­ków”, że były pró­bą pora­dze­nia sobie z kosz­mar­ną rze­czy­wi­sto­ścią. Od pew­ne­go cza­su żyje­my w świe­cie, w któ­rym ta zależ­ność potwier­dza się na nowo.

*

Innym spo­so­bem opo­wia­da­nia o kwe­stiach poru­sza­nych w przy­wo­ła­nym tu nume­rze „Rada­ru” jest tekst Han­ny Osad­ko – Świat jutra: uto­pia czy anty­uto­pia. Ten nie­wiel­ki obję­to­ścio­wo esej (w prze­kła­dzie Iwo­ny Borusz­kow­skiej) przed­sta­wia obraz rze­czy­wi­sto­ści jak naj­bar­dziej real­nej, choć instynk­tow­nie, gdy­by sta­nąć w obro­nie świa­ta sen­su i zdro­we­go roz­sąd­ku, chcia­ło­by się uznać go raczej za kosz­mar­ne złu­dze­nie. Zapi­sy Osad­ko tym moc­niej oddzia­łu­ją na wyobraź­nię, tym wyraź­niej odci­ska­ją na niej swój upior­ny ślad, im dalej – wraz z każ­dym kolej­nym aka­pi­tem – wcho­dzi­my w opi­sy­wa­ny przez nią świat – wojen­ną Ukra­inę. Nie są to rela­cje z fron­to­wych walk ani świa­dec­twa stra­chu wywo­ła­ne­go przez alar­my prze­ciw­lot­ni­cze. Świat jutra: uto­pia czy anty­uto­pia zanu­rza się w codzien­nym doświad­cze­niu – to opi­sy roz­mów przy kawie, ogro­do­wych raba­tek, marzeń nasto­lat­ki, wresz­cie – opis Tar­no­po­la, poło­żo­ne­go na sto­sun­ko­wo bez­piecz­nym dale­kim zacho­dzie Ukra­iny. Osad­ko pisze pro­sto, zwy­czaj­nie – tak jak zwy­czaj­ne mogą być sło­wa uży­te w celu zare­je­stro­wa­nia prze­ja­wów nor­mal­no­ści. Nie­mniej tra­cą one swo­ją pozor­ną powsze­dniość, gdy oka­zu­je się, że tema­tem roz­mo­wy przy kawie jest śmierć męża w bitwie pan­cer­nej, że marze­niem nasto­lat­ki jest pocho­wa­nie ojca („Naj­więk­sze marze­nie nasto­let­niej dziew­czyn­ki! […] [M]ieć moż­li­wość po ludz­ku pocho­wać swo­je­go tatę, żeby jego cia­ła nie obgry­za­ły bez­dom­ne psy…”), że wypie­lę­gno­wa­ne klom­by sąsia­du­ją z zami­no­wa­ny­mi pola­mi i szkie­le­ta­mi wsi na Cher­sońsz­czyź­nie albo że blok, kie­dyś dzie­wię­cio­pię­tro­wy, teraz przy­po­mi­na rybi szkie­let. Wów­czas nie trze­ba wspo­mi­nać o egze­ku­cjach, gwał­tach i o poci­skach Kin­dżał – dra­stycz­ne obra­zy i tak przyj­dą, i zaczną wwier­cać się głę­biej: w wyobraź­nię i skó­rę. Osad­ko nie oszczę­dza czy­tel­ni­ków i czy­tel­ni­czek: nawet miej­sca, któ­re mogły­by być szan­są na wzię­cie odde­chu, czy­li dzie­lą­ce tekst tytu­ły poszcze­gól­nych aka­pi­tów, two­rzą swo­isty maka­brycz­ny refren. Tego rodza­ju napię­cie w tek­ście funk­cjo­nu­je na dwóch pozio­mach: na pierw­szy, o cha­rak­te­rze oso­bi­stym, nakła­da się poziom dru­gi, skła­da­ją­cy się z przy­ta­cza­nych wypo­wie­dzi osób spo­tka­nych przez Osad­ko na Cher­sońsz­czyź­nie i Char­kowsz­czyź­nie. To na przy­kład histo­ria o osiem­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­let­niej kobie­cie, przed któ­rą ukry­wa­ny jest fakt, że toczy się woj­na, to wspo­mnie­nia o uciecz­ce nocą przez pola, to opo­wie­ści o cia­łach zmar­łych wywo­żo­nych na wóz­kach przy­pię­tych do rowe­rów. Być może wszyst­kie wspo­mnia­ne histo­rie w pew­nym sen­sie spa­ja ten jeden obraz:

Widzia­łam dziś, jak nad moim domem do cie­płych kra­jów lecia­ły żura­wie. Co roku wła­śnie tędy lecą, taki mają szlak. Zawsze je żegna­li­śmy. Mówi­li­śmy: „Wróć­cie na wio­snę!”. I wra­ca­ły. Ale dziś lecia­ły… wie­cie… jakoś tak roz­trzę­sio­ne… Mio­ta­ły się po nie­bie prze­stra­szo­ne… szar­pa­ły się, drża­ły… Jak­by to nie był klucz żura­wi, tyl­ko jak­by­śmy to byli my sami…

Okładka czasopisma „Radar” 2026, nr 1.
„Radar” 2026, nr 1.

„Książki. Magazyn do czytania”

Już nie­dłu­go usły­szy­cie nasz redak­cyj­ny pod­cast poświę­co­ny rodzi­nie Mumin­ków. Nie dziw­cie się więc, że nie mogły­śmy się oprzeć lek­tu­rze zamiesz­czo­ne­go w „Książ­kach…” tek­stu Lato koniecz­nie w Fin­lan­dii z Tove Jans­son autor­stwa Justy­ny Cze­chow­skiej. Autor­ka niczym wytraw­na prze­wod­nicz­ka pro­wa­dzi czy­tel­ni­ków przez miej­sca zwią­za­ne z fiń­ską pisar­ką. W ten spo­sób tra­fia­my na nie­zwy­kłą wyspę Klo­vha­run, gdzie Jans­son mia­ła dom i gdzie razem ze swo­ją życio­wą part­ner­ką Tuulik­ki przez dwa­dzie­ścia osiem lat spę­dza­ła let­nie mie­sią­ce. Cze­chow­ska zapi­su­je:

A dla­cze­go wyspa? Czy nie wystar­czy­ło jej malow­ni­cze fiń­skie wybrze­że? Tove nie do koń­ca zna­ła odpo­wiedź, ale gdzieś sły­sza­ła, że dusz­ki (tak nazy­wa­ła oso­by homo­sek­su­al­ne) mie­wa­ją kom­pleks wyspiar­ski, ponie­waż roz­po­zna­ją się w poczu­ciu izo­la­cji. Poza tym wyspa jest odda­lo­na od resz­ty świa­ta, wyraź­nie ogra­ni­czo­na, sta­no­wi nie­pod­wa­żal­nie pry­wat­ną prze­strzeń, a tej pry­wat­no­ści i wol­no­ści artyst­ka potrze­bo­wa­ła naj­bar­dziej. Szcze­gól­nie po świa­to­wym suk­ce­sie mumin­ko­wej serii, któ­ry nastą­pił w poło­wie lat pięć­dzie­sią­tych po opu­bli­ko­wa­niu pierw­szych pasków komik­so­wych. Z jed­nej stro­ny Tove na wyspie zna­la­zła schro­nie­nie od rze­szy fanów, z dru­giej – mogła tu w spo­ko­ju two­rzyć kolej­ne dzie­ła.

Żeby odna­leźć miej­sca bli­skie Tove Jans­son, trze­ba też udać się do Hel­si­nek, na przy­kład na uli­cę Lout­si­ka­tu, gdzie pisar­ka miesz­ka­ła w dzie­ciń­stwie, a tak­że na Ullan­lin­nan­ka­tu 1, gdzie mie­ści­ło się jej ate­lier z wido­kiem na dachy mia­sta i jego port. Jak dalej pisze Justy­na Cze­chow­ska:

Na dłu­żej war­to zatrzy­mać się też w par­ku Kaivo­pu­isto, ulu­bio­nym par­ku doro­słej Tove, skąd roz­cią­ga się widok na pobli­skie wysep­ki oraz gdzie mie­ści się obser­wa­to­rium astro­no­micz­ne Ursa, inspi­ra­cja do „Kome­ty nad Doli­ną Mumin­ków”. Nie­opo­dal par­ku jest naj­więk­sza fiń­ska przy­stań. To stąd Tove i Tuulik­ki wypły­wa­ły zała­do­wa­ną przy­bo­ra­mi do pra­cy i pro­wian­tem na kil­ka mie­się­cy łodzią „Wik­to­rią” (nazwa­ną tak od imion ojców obu arty­stek) do let­nie­go raju na Klo­vha­run.

Kto zechce, ten może odwie­dzić jesz­cze Naro­do­wą Gale­rię Sztu­ki, gdzie mie­ści­ła się Wyż­sza Szko­ła Arty­stycz­na, do któ­rej cho­dzi­ła Tove, albo Park przy Espla­na­dzie, gdzie stoi wyrzeź­bio­ny przez jej ojca pomnik dwóch syren – do jed­nej z nich pozo­wa­ła wła­śnie przy­szła pisar­ka. Choć to i tak nie wszyst­kie miej­sca cze­ka­ją­ce na czy­tel­ni­ków słyn­nej serii Tove Jans­son, któ­re z przy­jem­no­ścią odwie­dzi­ły­by­śmy oso­bi­ście.

*

Już nie­ba­wem cze­ka nas pre­mie­ra kino­wa naj­now­szej adap­ta­cji Lal­ki z Mar­ci­nem Doro­ciń­skim jako Wokul­skim i Kami­lą Urzę­dow­ską w roli Iza­be­li Łęc­kiej. Z kolei Net­flix zapo­wia­da opar­ty na powie­ści Bole­sła­wa Pru­sa serial: zagra­ją w nim Tomasz Schu­chardt i San­dra Drzy­mal­ska. Rów­no­cze­śnie poja­wia­ją się wzno­wie­nia Lal­ki, któ­re sta­ły się dla Ali­cji Urba­nik-Kopeć powo­dem do napi­sa­nia tek­stu Kto wyno­sił noc­nik Łęc­kiej?, opu­bli­ko­wa­ne­go wła­śnie w trze­cim tego­rocz­nym nume­rze „Ksią­żek…”. Autor­ka zasta­na­wia się, kim była słu­żą­ca Iza­be­li, Anu­sia, i jak wyglą­da­ło jej życie w domu pań­stwa. Na pod­sta­wie porad­ni­ka z 1908 roku Elż­bie­ty Beder­skiej Dobra słu­żą­ca, czy­li co powin­nam wie­dzieć o służ­bie i na służ­bie Urba­nik-Kopeć rekon­stru­uje codzien­ny plan zajęć boha­ter­ki. Zapi­su­je:

Anu­sia wsta­wa­ła zapew­ne oko­ło pią­tej rano. Cze­sa­ła wło­sy, ubie­ra­ła się, ście­li­ła łóż­ko, odma­wia­ła krót­ką modli­twę i była goto­wa do roz­po­czę­cia dnia. Roz­pa­la­ła pod kuch­nią, a następ­nie po kolei wznie­ca­ła ogień w komin­kach – w salo­nie, w jada­ni, dwóch gabi­ne­tach. Roz­pał­kę i drew­no odpo­wied­nio porą­ba­ne powin­na przy­nieść na górę poprzed­nie­go dnia. Teraz pozo­sta­wa­ło tyl­ko zamieść popiół, wywie­trzyć swąd i dym, a następ­nie wsta­wić na kuch­ni wodę na kawę i her­ba­tę albo roz­grzać samo­war. Zale­ży co wole­li pań­stwo.

W samej książ­ce postać Anu­si jest tak samo mar­gi­nal­na, jak postać słu­żą­ce­go Miko­ła­ja czy słu­żą­cej Mary­si. Ludzie ich pokro­ju trak­to­wa­ni są przez kla­sę wyż­szą przed­mio­to­wo, jak choć­by w sce­nie, w któ­rej Tomasz Łęc­ki „podał rękę cór­ce” i obo­je prze­szli „do jadal­ne­go poko­ju, gdzie już znaj­do­wa­ła się waza tudzież Miko­łaj”. Sło­wa Pru­sa, zwo­len­ni­ka oświe­co­ne­go pozy­ty­wi­zmu, nie tyl­ko w tym miej­scu zosta­ją nace­cho­wa­ne zło­śli­wo­ścią, co zauwa­ża Ali­cja Urba­nik-Kopeć:

Pan­na Łęc­ka jest poprzez swo­je wycho­wa­nie tak dale­ko odsu­nię­ta od rze­czy­wi­sto­ści, że ma na temat kla­sy robot­ni­czej i całej sfe­ry real­nych warun­ków życia jedy­nie mgli­ste poję­cie. Wyobra­ża sobie, że Anu­sia, Miko­łaj, a tak­że jej ubra­nia, pie­rzy­ny i krysz­ta­ło­we kie­lisz­ki pocho­dzą z magicz­ne­go rogu obfi­to­ści – po pro­stu poja­wia­ją się, gdy tego potrze­bu­je i zapew­ne zni­ka­ją, gdy potrze­ba zosta­je zaspo­ko­jo­na.

Oglą­da­jąc nowe ekra­ni­za­cje Lal­ki, na pew­no zwró­ci­my na to uwa­gę.

Okładka czasopisma „Książki. Magazyn do czytania” 2026, nr 3.
„Książki. Magazyn do czytania” 2026, nr 3.

„Odra”

Esej Anny Woj­cie­chow­skiej-Rup­pert Austro­me­lan­cho­lia. Bru­no Schulz i koniec genial­nej epo­ki, zamiesz­czo­ny w naj­now­szym nume­rze „Odry”, zaczy­na się od słów:

Odda­lo­na od histo­rii, ocie­nio­na deka­den­cją sta­ra Austria była splo­tem prze­ci­wieństw: postę­pu­ją­cych nacjo­na­li­zmów i dążeń do uni­wer­sa­li­zmu, solid­no­ści urzę­dów i kolei, ele­gan­cji kawiarń oraz rażą­cej ana­chro­nicz­no­ści form spo­łecz­nych. A jed­nak to tam Żydzi mogli czuć się względ­nie bez­piecz­nie, a ich świat, przy wszyst­kich swo­ich wadach i śmiesz­no­ściach, miał tę zale­tę, że po pro­stu był. I być może to jest wła­śnie pod­sta­wo­we źró­dło austro­me­lan­cho­lii obec­nej w twór­czo­ści nie tyl­ko Bru­no­na Schul­za, ale tak­że Jose­pha Rotha, Elia­sa Canet­tie­go, Rober­ta Musi­la, Kar­la Krau­sa czy Pau­la Cela­na.

Następ­nie autor­ka przy­wo­łu­je mię­dzy inny­mi książ­kę zmar­łe­go w ubie­głym roku Mar­ti­na Pol­lac­ka Po Gali­cji. O cha­sy­dach, Hucu­łach, Pola­kach i Rusi­nach. Ima­gi­na­cyj­na podróż po Gali­cji Wschod­niej i Buko­wi­nie, czy­li wypra­wa w świat, któ­re­go nie ma. Austriac­ki pisarz nawią­zu­je w niej do wciąż powra­ca­ją­ce­go mitu monar­chii austro-węgier­skiej, w któ­rym tkwią źró­dła tęsk­no­ty za epo­ką Habs­bur­gów. Mit ów funk­cjo­nu­je tak­że dzi­siaj, o czym świad­czy choć­by popu­lar­ność wie­deń­skich kon­cer­tów nowo­rocz­nych, pod­czas któ­rych wyko­nu­je się Mar­sza Radetzky’ego Johan­na Straus­sa (ojca). Odnie­sie­nia do tego mitu i zwią­za­nej z nim melan­cho­lij­nej tęsk­no­ty znaj­dzie­my tak­że w twór­czo­ści auto­ra Skle­pów cyna­mo­no­wych. Anna Woj­cie­chow­ska-Rup­pert, któ­rej tekst sta­no­wi frag­ment więk­szej cało­ści – Ciem­ny flu­id. Pro­blem melan­cho­lii w twór­czo­ści Bru­no­na Schul­za – zapi­su­je:

Pisa­rze, dla któ­rych I woj­na świa­to­wa była trau­mą cał­ko­wi­tej i nagłej destruk­cji świa­ta i kul­tu­ry, dzie­lą swo­je życio­ry­sy na przed nią i po niej. W swo­jej twór­czo­ści wra­ca­ją do c.k. monar­chii nie takiej, jaką rze­czy­wi­ście była, lecz takiej, jaką zapa­mię­ta­li, opi­su­jąc ją przez pry­zmat nostal­gii (pisa­rze dru­go­rzęd­ni, tęsk­nią­cy za wal­ca­mi Straus­sa, malar­stwem Klim­ta i dobrą kawą) oraz austro­me­lan­cho­lii, prze­pusz­cza­jąc ją przez filtr zwąt­pie­nia, że życie może kie­dyś jesz­cze być lep­sze, saty­ry, czar­ne­go humo­ru, misty­cy­zmu czy nie­oczy­wi­stej ero­ty­ki. O takiej melan­cho­lii moż­na mówić tak­że w odnie­sie­niu do Schul­za.

*

W naj­now­szej „Odrze” nie zabra­kło tak­że tek­stu poświę­co­ne­go sztu­kom wizu­al­nym. Agniesz­ka Sabor wybra­ła się do kra­kow­skie­go Bun­kra Sztu­ki, żeby opi­sać wysta­wę kore­ań­skiej artyst­ki Si On. W rezul­ta­cie powstał tekst Dystans i eks­ta­za. Roz­kwit i gni­cie. Mia­ły­śmy oka­zję obej­rzeć wspo­mnia­ną eks­po­zy­cję i jeste­śmy jej zago­rza­ły­mi entu­zjast­ka­mi, dla­te­go zga­dza­my się z każ­dym sło­wem autor­ki, gdy pisze:

patrzy­my na sztu­kę peł­ną roz­ma­chu, a zara­zem pre­cy­zyj­ną, pozwa­la­ją­cą natych­miast ogar­nąć całość, ale już po chwi­li każą­cą sku­pić wzrok i sumo­wać szcze­gó­ły, emo­cjo­nal­ną i inte­li­gent­ną, wydo­by­wa­ją­cą mrok z rado­snych kolo­rów i cie­pły humor z pokracz­nych kształ­tów. Odwo­łu­ją­cą się w spo­sób rów­nie gło­śny co natu­ral­ny do doświad­cze­nia kobie­co­ści, a jed­no­cze­śnie uni­ka­ją­cą pro­stej publi­cy­sty­ki. Este­tycz­ną dzię­ki agre­syw­no­ści i roze­dr­ga­niu. Osob­ną – i głę­bo­ką w swo­jej spon­ta­nicz­no­ści. A przy tym ory­gi­nal­ną warsz­ta­to­wo.

W recen­zji znaj­dzie­my szcze­gó­ło­wą ana­li­zę kil­ku prac Si On, w tym Patrząc, któ­ra przy­po­mi­na nie­co malar­stwo Giu­sep­pe Arcim­bol­da czy obraz Jestem wol­na Aria­ny Kari­my, przed­sta­wia­ją­cy kobie­cą gło­wę z wło­sa­mi ukła­da­ją­cy­mi się niczym pió­ro­pusz, któ­ra wyra­sta z koń­skie­go grzbie­tu. Agniesz­ka Sabor zada­je pyta­nie, czy sztu­ka ta ma cha­rak­ter femi­ni­stycz­ny, i bez więk­szych wahań odpo­wia­da na nie twier­dzą­co:

Wystar­czy spoj­rzeć na rzeź­by-ido­le skła­da­ją­ce się na cykl „Uro­dzo­na z pust­ką”, do któ­re­go klu­czem jest wiersz artyst­ki, roz­po­czy­na­ją­cy się od słów: „Ubierz mnie w szkol­ny mun­du­rek. / Zapnij koł­nie­rzyk, wygładź pli­sy. / I tak będę cho­dzić po kory­ta­rzach, / przez szep­ty, przez cichy ból”. Uprosz­czo­ne, pozba­wio­ne rąk tor­sy przy­po­mi­na­ją pio­ny sza­cho­we, pierw­sze do zbi­cia. Mają to samo pozba­wio­ne ener­gii spoj­rze­nie, nija­kie fry­zu­ry. Przy­pi­sa­ne są im role. Nie­ko­niecz­nie kon­ser­wa­tyw­ne. Obok bia­ło-gra­na­to­wej uczen­ni­cy i pie­lę­gniar­ki spę­ta­nej far­tu­chem poja­wia­ją się bok­ser­ka z logo firm spor­to­wych i bie­gacz­ka w żół­tej blu­zie z kap­tu­rem. Wyzwo­lo­ne, aktyw­ne, wal­czą­ce. Ale to nadal role – choć­by i eman­cy­pa­cyj­ne, ale i tak podyk­to­wa­ne przez innych.

Jeśli zamier­za­cie odwie­dzić Kra­ków, koniecz­nie zobacz­cie oma­wia­ną tu wysta­wę. Moż­na ją oglą­dać do koń­ca sierp­nia tego roku. Prze­czy­taj­cie tak­że zamiesz­czo­ny w kata­lo­gu świet­ny tekst Doro­ty Masłow­skiej, któ­ra jest kura­tor­ką tej wyjąt­ko­wej eks­po­zy­cji.

Okładka czasopisma „Odra” 2026, nr 7–8.
„Odra” 2026, nr 7–8.

Czytaj także

09.07.2026 Laba

Czytam, leżąc na pomoście

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj ze scenografką i malarką Joanną Braun rozmawia Magda Huzarska-Szumiec.

07.07.2026 Laba

Wakacyjne lektury

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dziś z Mikołajem Trzaską rozmawia Magda Huzarska-Szumiec.

30.06.2026 Laba

Jezioro, las i książki, w których się zakochuję

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj z aktorką Kamillą Baar rozmawia Magda Huzarska-Szumiec.

26.06.2026 Prasówka

Prasówka (26 czerwca 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.