I.
Szanowni Państwo, nie będzie retoryczną przesadą, jeśli powiem, że wygłaszanie tego wykładu to dla mnie nie tylko ogromny honor, ale też wielka przyjemność. Kongresy tłumaczy literatury polskiej zachwyciły mnie bowiem od samego początku nie tylko samą ideą, ale i pewnym aspektem: stałem w wianuszku paru osób, był tam ktoś z Argentyny, Mongolii, Węgier i Egiptu – i jedynym naszym wspólnym językiem była polszczyzna. Dało mi to nagle poczucie – jakże złudne – niesłychanej wagi mowy, w której wyrosłem.
Wszyscy oni oczywiście mówili ze stosownymi akcentami – i to też było nadzwyczajne. Anglicy, Hiszpanie, Francuzi, Niemcy znają swój język w wielu obcych akcentach i jest to może obiektem żartów, mniej lub bardziej wybrednych, ale jest też przecież źródłem wspaniałego bogactwa, daje możliwość eksplorowania nowych, bujnych obrzeży języka, jego kolejnych możliwości, jakich często nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, dopóki ich nie usłyszymy, dopóki nie poznamy jakiegoś idiomu przeniesionego z zupełnie innej rzeczywistości językowej i kulturowej, który w polszczyźnie jest świeży i zachwycający. Jako tłumacze wiemy wprawdzie, że dla idiomów należy szukać odpowiedników, ale czasem pokusa jest zbyt wielka. Antonia Lloyd-Jones tak zachwyciła się polskim powiedzeniem „nie mój cyrk, nie moje małpy”, że zaczęła go używać w swoich przekładach, aż z czasem trafiło ono (zapewne nie tą jedną drogą) do angielskiego języka mówionego, a niektórzy jego użytkownicy nawet nie wiedzą, że to nasza fraza. Ostatnio z zaskoczeniem znalazłem „Not my circus, not my monkeys” w Cambridge Dictionary.
Ten zachwyt nad polszczyzną jako kongresowym językiem wspólnym brał się z głębokiego poczucia peryferyjności. Dziś, kiedy Polska stała się krajem bogatszym niż kiedyś i na różne sposoby atrakcyjnym, kiedy gościmy wielu uchodźców i migrantów, coraz częściej zdarza się, że słyszymy polszczyznę odmienną, na styku języków. Ale w czasach mojego dzieciństwa, w przaśnych latach 90., jeśli ktoś mówił po polsku – po prostu był Polakiem, ostatecznie miał polskich rodziców, dziadków, żonę lub męża; pomysł, by uczyć się tego dziwnego, trudnego, szeleszczącego języka bez żadnych przyczyn rodzinnych przychodził wówczas do głowy bardzo nielicznym osobom i zapewne połowa z nich mogłaby zasiąść w tej sali, bo byli to tłumacze literatury.
Polszczyzna nie należy wprawdzie do „małych języków” – choć jako polskiego pisarza zakwalifikowano mnie kiedyś do takiej kategorii – ale nasza literatura powstała w języku historycznie peryferyjnym, systematycznie niszczonym przez dwa imperializmy i dwa totalitaryzmy: niemiecki i rosyjski. Jest to zresztą doświadczenie wspólne dla wielu narodów i języków Europy Centralnej czy Wschodniej albo – by użyć określenia Timothy’ego Snydera – „skrwawionych ziem”. Oczywiście wykorzenianie języka i tępienie jego literatury znamy z wielu części Europy, z Irlandii, Bretanii, Katalonii czy Kraju Basków, ale nigdzie nie były one tak szeroko zakrojone, obejmujące tak rozległe tereny i tak wiele narodów i języków; żeby znaleźć takie odpowiedniki, musielibyśmy sięgnąć do skolonizowanej Afryki, obu Ameryk czy Azji podbitej przez Związek Radziecki.
I nie mówię tu tylko o sprawach najbardziej oczywistych: zakazach używania języków w szkołach i na uniwersytetach, niszczeniu zbiorów bibliotecznych, mordowaniu elit, czyli o tym wszystkim, co widzimy dziś w Ukrainie czy w Palestynie, ale również o skutkach długofalowych. W opublikowanym niedawno przez „The Guardian” czytelniczym rankingu stu najwybitniejszych powieści wydanych po angielsku w środku Europy zieje ogromna dziura: po jednej stronie jest Mann z Czarodziejską górą i Buddenbrookami oraz Sebald z Austerlitz i Pierścieniami Saturna, po drugiej nieśmiertelny, jak to ujął Jurij Andruchowycz, „Tołstojewski”: Anna Karenina i Wojna i pokój, Bracia Karamazow i Zbrodnia i kara, do tego jeszcze obowiązkowo Mistrz i Małgorzata. Jedna jedyna Virginia Woolf napisała pięć powieści, które znalazły się w tym rankingu – a Polacy, Czesi, Słowacy, Węgrzy, Chorwaci, Słoweńcy, Serbowie, Bośniacy, Rumuni, Bułgarzy, Ukraińcy, Białorusini, Litwini, Łotysze, Estończycy, nie mówiąc już o nieposiadających własnego państwa twórcach literatury w jidysz, romskim, serbołużyckim, łemkowskim czy kaszubskim – ani jednej. Na całym tym bezmiarze mapy są dwa wyjątki: Kafka z Procesem i Przemianą, który jednak nie napisał ich ani po czesku, ani w jidysz, i Conrad z Jądrem ciemności, który nie napisał go po polsku.
Jeśli kiedykolwiek to się zmieni, a zmienić się powinno, będziemy to zawdzięczali jednej jedynej grupie ludzi: Państwu. Tłumaczom.
II.
Sytuacja, w której dziś się znalazłem, jest nie do pozazdroszczenia; jestem wprawdzie nie tylko pisarzem, ale też tłumaczem – jednak z doświadczeniem i dorobkiem translatorskim skromniejszym niż dorobek większości z Państwa. Długo więc zastanawiałem się, czy jest coś nowego czy jakkolwiek ciekawego, o czym mógłbym tu opowiedzieć. I pomyślałem o retranslacji, czyli przekładach powstających, kiedy jedno (a bywa, że więcej niż jedno) tłumaczenie dzieła na język docelowy już istnieje.
Retranslacją zajmowałem się właściwie od pierwszych moich prób, od tłumaczenia Mandelsztama w szkole średniej i Larkina na studiach. Moim napędem była wówczas niezgoda na przekłady istniejące, często kanoniczne (ba, jedyne): tropiłem potknięcia, przekłamania, błędy. Dziś, po latach, kiedy retranslacje stanowią mniej więcej połowę moich przekładów, mam na ogół więcej pokory wobec dawnych mistrzów, natomiast wciąż żywię głębokie przekonanie, że teksty literackie, zwłaszcza teksty wybitne, ważne nie tylko dla literatury i języka, w których powstały, ale dla całej ludzkości, muszą być co jakiś czas tłumaczone na nowo, muszą na nowo przeglądać się w lustrze obcego języka. Jak ujął to Edward Balcerzan: każdy przekład istnieje w serii, nawet jeśli jest pierwszy, bo wówczas istnieje jako początek serii potencjalnej.
Przekładałem istniejące już wcześniej w polszczyźnie wiersze Larkina i Sandburga, Opowieść wigilijną Dickensa i Dokręcanie śruby Jamesa, Wielkiego Gatsby’ego Fitzgeralda i Żywoty zwierząt Coetzeego, Duszę człowieka w socjalizmie Wilde’a i teksty Wilhelma Muellera do pieśni z cyklu Winterreise Schuberta, Gdy leżę, konając i Niepokonane Faulknera. Niektóre z nich istniały tylko w jednej wersji, inne w kilku, lepszych lub gorszych; czasem sam przychodziłem do wydawcy z pomysłem ich wznowienia, czasem przyjmowałem zlecenie. Zawsze jednak decyzję podejmowałem nie tylko po przeczytaniu tekstu, ale i gruntownym zastanowieniu się, czy umiem wnieść coś nowego, czy moja praca nie będzie pracą zbędną. I z tego powodu wiele takich propozycji odrzucałem, czasem z żalem, na ogół bez żalu.
Mówię o tym wszystkim akurat Państwu, ponieważ uważam, że literatura polska potrzebuje nie tylko translacji, ale i retranslacji. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że – jako autor nadal żyjący i w znacznej części nieprzetłumaczony – z pozoru nie powinienem do tego nawoływać; przeciwnie, powinienem nalegać: „No, dobrze, na szczęście ten Mickiewicz, Słowacki, Prus, Gombrowicz, Schulz, Nałkowska, Reymont przełożeni, to zajmujcie się tylko nami, żywymi, którym jeszcze można wypłacić honoraria!”. Ale byłoby to myślenie nader ograniczone. Literatura polska – cała zresztą literatura Europy Centralnej czy Wschodniej – leci na dwóch skrzydłach: starym i nowym; jeśli jedno z nich będzie cherlawe, daleko nie uleci.
III.
Czym różnią się przekłady stare od nowych? Wszystkim i niczym. Niby są to te same postaci, te same wydarzenia, te same mniej więcej zdania, ale mnóstwo drobnych różnic sprawia, że lektura jest zupełnie inna. I oczywiście decydują tu często gust i koncepcja poszczególnych tłumaczy, ale są też prawidłowości wynikające z danej epoki, z jej możliwości, ograniczeń i obyczajów.
Postaram się o tym opowiedzieć, korzystając zresztą w dużej części z posłowi do moich tłumaczeń. Tak, uwielbiam posłowia i uwielbiam przypisy (poza oczywiście takimi, które są wyrazem kapitulacji tłumacza: „nieprzetłumaczalna gra słów”). Moja miłość do przypisów sięga czasów najdawniejszych doświadczeń czytelniczych, kiedy przedzierałem się przez książki młodzieżowe z biblioteczki mojej matki, wydawane w latach 50. i 60. Uważano wówczas, bardzo słusznie, że młody czytelnik poprzez lektury rozwija swoją wiedzę o świecie. Ale co z czytelnikiem starym, czytelnikiem w średnim wieku? Tak samo. Kiedy daliśmy sobie wmówić, kiedy uwierzyliśmy, że dorośli nie uczą się niczego z literatury pięknej? Albo że znają, że mają obowiązek znać wszystkie słowa, aluzje historyczne, konteksty innych epok i kultur? Nie czytam po to, żeby wciąż dowiadywać się tego, co już wiem; czytam, żeby poszerzać granice swojego świata. Dlatego chcę przypisów.
Tu pozwolę sobie na małą notatkę na marginesie czy przypis właśnie. Nie będzie myślą nową ani oryginalną, że różne języki mają na tłumaczenie rozmaite określenia – i że stanowią one zarazem świadectwo różnorakiego myślenia o tym procesie.
Translatio, jak polski ‘przekład’, oznacza, że coś leżało w jednym miejscu (języku) i zostało ‘przeniesione’, ‘przełożone’ w drugie miejsce (czy język). Podobne jest litewskie vertimas, czyli ‘obrócenie czegoś na drugą stronę’: tekst leży mniej więcej w tym samym miejscu, ale trzeba go obrócić (co przywodzi na myśl piękną metaforę, że książka przekładana na wiele języków jest ciągle obracana i tak powoli toczy się po mapie świata). Trzon versti to również obrócenie stronicy w książce czy skiby pługiem (wszyscy znamy trud tej orki; versti to zresztą również harówka), a także obalenie władcy, wyrwanie drzewa z korzeniami czy zrujnowanie (jak polskie: ‘obrócić w gruzy’). Takie przekłady też wszyscy znamy, niestety.
Traducción oznacza ‘przeprowadzanie’ – i myślę, że dla każdego z Państwa, każdego z nas, ma to głębszy sens; jeśli prowadzimy stado słów jak stado zwierząt, wiemy, że nie da się ich po prostu przełożyć na inne miejsce jak kamienia czy młotka; niektóre z nich wierzgają, inne idą pod prąd, uciekają na boki, tak że trzeba ich długo szukać po bezdrożach; a czasem nawet z żalem stwierdzić, że straciliśmy je bezpowrotnie.
Niderlandzkie vertalen to ‘prze-powiedzieć, powiedzieć na nowo’. Tekst został już wypowiedziany, ale musimy go wymówić raz jeszcze, innym głosem.
I wreszcie – choć nie wyczerpuje to z pewnością etymologicznych metafor – polskie „tłumaczenie”, czyli objaśnianie komuś, kto nie pojmuje; nieco, przyznaję, protekcjonalne, ale dotykające również ważnej sprawy: tłumacz musi sprawić, że czytelnik coś zrozumie, a zatem – przykra konstatacja – musi to najpierw sam zrozumieć.
A zatem: kiedy siadam do tłumaczenia nowej książki, nie wiem połowy, czasem dwóch trzecich tego, co w tych przypisach umieszczę; uczę się innego świata, jestem rozbitkiem na obcej, bezludnej wyspie (no, jeśli autor żyje, to jesteśmy tam razem) i muszę przez tę wyspę przeprowadzić czytelników. Przypisy i posłowia są nie tylko moim darem dla nich, drogowskazami i znakami, ale też zapisem mojej podróży, mojej podróży edukacyjnej przez książkę. Wszyscy wiemy, że trudno sobie wyobrazić lekturę tekstu głębszą niż ta, którą przeprowadza tłumacz – i niech świadectwo tej lektury zostanie utrwalone i służy wszystkim.
IV.
Nowe przekłady zawsze wymagają jakiegoś usprawiedliwienia. Nie ma sensu siadać do nich bez powodu. Czemu zatem tłumaczymy ponownie?
Najłatwiejsza – i zarazem najmniej interesująca – odpowiedź brzmi: ponieważ poprzedni przekład był zły. Nieudolny, skopany, w całości lub w istotnej części. Powodem, dla którego postanowiłem tłumaczyć The Turn of the Screw Henry’ego Jamesa, był już sam tytuł jedynego dotychczasowego polskiego przekładu, pasujący raczej do taniego horroru niż do jednej z najdoskonalszych opowieści niesamowitych w historii literatury: W kleszczach lęku. Choć oczywiście na tym mój problem z tym tłumaczeniem się nie kończył, a dopiero zaczynał.
Jednak nie tak często mamy do czynienia z sytuacją, w której wybitne dzieła klasyki mają tylko jedno tłumaczenie i jest ono tak nieudane, że domaga się poprawy. Co, jeśli poprzedni przekład jest dobry?
Zacznijmy od obiektywnych niemożliwości.
Po pierwsze, dawni tłumacze czasem nie dysponowali właściwym tekstem. Zdarza się, że wiele lat od premiery książka ukazuje się w formie pełniejszej – co z pewnością znają z doświadczenia ci z Państwa, którzy przekładali utwory okaleczone przez PRL-owską cenzurę. Kiedy Wilde złożył Portret Doriana Graya w redakcji „Lippincott’s Monthly Magazine”, redaktor, nie pytając go o zdanie, wyciął obszerne fragmenty jako nieobyczajne; Wilde później wprawdzie znacznie rozbudował tekst, ale pozostawił ubytki – które Nicholas Frankel, opierając się na zachowanym maszynopisie nadesłanym do redakcji, uzupełnił dopiero w roku 2011, sto dwadzieścia lat od pierwszego wydania.
Czasem jednak wprowadzone zmiany były subtelniejsze. Niepokonane Faulknera to powieść złożona wtórnie z opowiadań publikowanych w prasie: za podstawę posłużyły stronice z pism (z „uładzoną” przez redakcje interpunkcją, osłabionym dialektem i cenzurą obyczajową), na które autor naniósł odręcznie dopiski. Jeśli zmian było więcej, wystukiwał nowe fragmenty na maszynie, przy czym czasem robił to za niego kto inny. Taki tekst ukazał się jesienią 1937 roku i stanowił podstawę pierwszego – i jedynego na lata – polskiego przekładu z 1961 roku. Dopiero wieloletnia praca licznych specjalistów pozwoliła stworzyć tekst możliwie najbliższy Faulknerowi i jego pisarstwu, zachowujący osobliwości leksykalne i interpunkcyjne, specyficzne formy dialogów czy fonetyczny zapis dialektów – ukazał się on w roku 1991 i to z niego korzystałem w mojej retranslacji.
Po drugie, trzeba pamiętać, że dawni tłumacze pracowali w zupełnie innych warunkach: za żelazną kurtyną i bez Google’a. Nawet jeśli mieli dostęp do native speakerów, znajoma z Berkshire niekoniecznie rozumiała dialekt czarnych z amerykańskiego Południa, a kolega z Nowego Jorku – subtelności wiktoriańskiej etykiety. Kiedy mój mąż, Piotr Tarczyński, tłumaczył Światłość w sierpniu, w której Lena kupuje sobie sardines in oil, spędził dłuższy czas na badaniu całej historii amerykańskiego przetwórstwa rybnego, żeby dowiedzieć się, czy były to sardynki w oleju czy w oliwie (co jest szczegółem, jak sądzę, niespecjalnie zmieniającym wymowę powieści, a nawet tej sceny); ale mógł to zrobić – i to nie ruszając się od biurka.
Dopóki nie zabrałem się do Opowieści wigilijnej Dickensa, nie miałem pojęcia, że jest to głos w sprawie bardzo konkretnych ustaw prawnych, głosowanych w angielskim parlamencie w pierwszej połowie XIX wieku, tekst bez mała publicystyczny. Siadając do Niepokonanego Faulknera, nie wiedziałem, jak ważna jest tam chronologia bitwy secesyjnej, jakich cwanych zabiegów dokonuje autor, żeby pewne chwalebne historie przypisać Południu, choć należą one do pamięci Północy. Nie wiedziałem też, że straszliwy obraz wysypiska popiołów w Queens odmalowany przez Fitzgeralda w Wielkim Gatsbym przyczynił się do przerobienia tego terenu na park Flushing Meadows-Corona. Poprzednie tłumaczenia na to mnie nie przygotowały – i nawet nie wiem, czy poprzedni tłumacze byli tego wszystkiego świadomi.
Pracowaliśmy z Piotrem nad tłumaczeniami Faulknera równolegle, siedząc przy biurkach naprzeciwko siebie; i zdarzyło się nam, że jednego dnia z polskiej mapy wymyślonego hrabstwa Yoknapatawpha wymazaliśmy dwie miejscowości. W As I Lay Dying Tull jedzie spaloną słońcem drogą i mówi: „A rattling wagon is mighty dry weather, for a Birdsell”. Ewa Życieńska przełożyła to: „Jak wóz turkocze, to już wielce sucho jak na Birdsell”. Ale birdsell to marka wozu, resorowane ferrari wśród furmanek, czyli: „Jak się ma birdsella, to takie turkotanie wozu znaczy okrutnie suchą pogodę”.
Z kolei w Światłości w sierpniu Lena szuka ojca swego dziecka i „somebody down at Samson’s told her there is a fellow named Burch”. W przekładzie Słomczyńskiego „ktoś w Samson powiedział” – tyle że Samson to osoba, farmer i sklepikarz. Ktoś jej to powiedział „u Samsona”, w jego sklepie. I tu akurat wiadomo, że „at Samson’s” oznacza co innego niż „in Samson”.
I tu pozwolę sobie znów na przypis czy dygresję; w każdym kraju mamy swój translatorski panteon, wielkie, dostojne sławy z przeszłości. W Polsce, z nielicznymi wyjątkami jak Zofia Chądzyńska czy Maria Skibniewska, jest to panteon męski. Tak się złożyło, że w naszym projekcie faulknerowskim Piotr tłumaczył po takiej wielkiej sławie, Macieju Słomczyńskim, a ja po Ewie Życieńskiej – autorce wielu przekładów, ale raczej zapomnianej. Różnice były ogromne; Życieńskiej zdarzyło się raz czy dwa ominąć jakiś urywek, ale widać, że była to pomyłka – coś, co zdarza się w przypadku tekstów autorów często stosujących retoryczne powtórzenia. Z kolei u Słomczyńskiego pominięć było znacznie więcej i były one strategiczne: po prostu opuszczał miejsca, które trudno mu było zrozumieć i oddać w polszczyźnie. Tłumaczka była wnikliwsza, jej tekst był lepszy, bardziej zniuansowany… ale czasy były, jakie były. To przypomina, że musimy krytycznie myśleć nie tylko o dawnych przekładach, ale i o naszych panteonach.
Ale wróćmy do naszej listy powodów, dla których należy tłumaczyć po raz kolejny.
Po trzecie, istnieje nie tylko tekst dzieła, ale i wszystko, co się wydarza, rok po roku, dekada po dekadzie, wokół jego recepcji. Arcydzieła literatury ukazują się w wydaniach krytycznych; narastają wokół nich niezliczone teksty wprowadzające nowe interpretacje, wyjaśniające zawiłości chronologii, aluzje polityczne czy literackie. Dla czytelników oryginału były niegdyś mniej lub bardziej oczywiste; ale po upływie wielu dekad i w innej kulturze stają się niezrozumiałe; więcej: czytelnik czasem nie ma pojęcia, że jest tu ukryty jakiś rodzynek.
Bywa, że chodzi tylko o dodatek – ale bywa, że o sprawy zasadnicze. Czytelnikowi, który nie przeszedł w amerykańskiej szkole przez szczegółowy kurs historii wojny secesyjnej, trudno zrozumieć Niepokonane Faulknera i to, jak portretuje tam kolejne fazy konfliktu. A tym bardziej to, że czasem celowo fałszuje rzeczywistość: jak w opowieści o brawurowej kradzieży lokomotywy przez południowców, podczas gdy była to słynna akcja Północy. Dopiero solidna podbudowa historyczna pozwala pojąć w pełni przemiany motywacji bohaterów w zmieniających się okolicznościach.
The Turn of the Screw Henry’ego Jamesa przez lata było uważane za opowieść o duchach dręczących guwernantkę w angielskim zamczysku; w 1934 Edmund Wilson za sprawą osobistych doświadczeń z dzieciństwa, kiedy to zajmowała się nim zaburzona psychicznie opiekunka, wysnuł teorię alternatywną: u Jamesa duchy nie istnieją, wszystko to dzieje się w głowie głównej bohaterki, znerwicowanej guwernantki, stopniowo popadającej w obłęd. Czy tak jest w istocie? Czy taka była intencja autora? Nie wiem. Ale wiem, że dziś jest to jedna z najważniejszych interpretacji tekstu, której autor pierwszego polskiego przekładu – z roku 1989 – najwyraźniej nie znał albo nie uważał jej za istotną, bo nie starał się zachować w tłumaczeniu ambiwalencji zachowującej obie te ścieżki rozumienia tekstu. Co dało się stosunkowo łatwo naprawić.
Przykładów na to, czego się możemy dowiedzieć z opracowań naukowych, jest oczywiście mnóstwo, ale podam jeszcze jeden, bo pokazuje on, jak powoli wiedza przesącza się do kolejnych tłumaczeń.
Dla Francisa Scotta Fitzgeralda modne przeboje, plotki, tematy rozmów nie były błahostkami: prowadził specjalne zeszyty, w których notował bieżące mody, żeby później stosować je w tekstach zgodnie z prawdziwą chronologią epoki. Kiedy Ariadna Demkowska-Bohdziewicz w 1962 roku przekładała Wielkiego Gatsby’ego, nie mogła wiedzieć, czym jest odgrywana na przyjęciu u Gatsby’ego Jazzowa historia świata Vladimira Tostoffa, bo wyśledził to dopiero dwadzieścia pięć lat później Darrel Mansell. Według powieści utwór w maju poprzedniego – a zatem 1921 – roku został odegrany z wielkim powodzeniem w Carnegie Hall, ale maj nie należał do sezonu koncertowego w Carnegie Hall, za to w listopadzie odegrano tam Tako rzecze Zaratustra Richarda Straussa. Fitzgerald w swojej powieści starał się pokazać upadek epoki, która zastępuje dawną wielką (i europejską) sztukę modnymi amerykańskimi podróbkami – rezydencja Gatsby’ego to podróbka normańskiego merostwa, a salonik jednej z bohaterek to nieudana, drobnomieszczańska imitacja Wersalu. Nie wiem, czy Fitzgerald uznał za analogiczną podróbkę słynny utwór Straussa, czy tylko jego jazzową przeróbkę, czy może, jak sugeruje Mansell, zmienił zdanie w trakcie pisania – mniejsza o to. Z początku kompozytor miał się nazywać Leo Epstein (co dziś nabrałoby innego znaczenia), stanęło na Vladimirze Tostoffie, czyli, jak się można spodziewać, jakimś rosyjskim emigrancie. Czy jest to kluczowe dla zrozumienia powieści? Nie. Ale autor umieścił tam żarcik dla czytelników oryginału i nie chciałem pozbawić tego czytelników przekładu, bo takie drobne przyjemności składają się w całość przyjemności lektury, więc pół wieku po pierwszym przekładzie, w 2012 roku umieściłem tę informację w przypisie. Ale umknęło mi coś jeszcze. Trzynaście lat później, w 2025 roku, Maciej Świerkocki w nowym tłumaczeniu napisał, że to utwór „Vladimira Koniobityzoffa” – rzeczywiście, to toss off oznacza ‘masturbować się’ (choć sam pewnie wybrałbym coś krótszego, Onanoffa czy Masturboffa), ale tossed off to również ktoś odrzucony, a zatem Przegrywoff. Tak oto, równo sto lat od premiery powieści, wraz z trzecim przekładem polscy czytelnicy dostali kolejną warstwę rozumienia oryginału.
I tak dochodzimy do argumentu czwartego. Język się zmienia – pięćdziesiąt, siedemdziesiąt, sto lat temu innym językiem mówili zarówno tłumacze, jak i ich czytelnicy. Mój ulubiony przykład to tłumaczenie jednej z powieści Aldousa Huxleya, które się ukazało tuż po drugiej wojnie światowej: bohaterowie piją tam „jałowcówkę z lemoniadą”. Czyli dżin z tonikiem. To wynik wielkiego procesu – obecnego nie tylko w polszczyźnie – związanego z globalnym wpływem języka i kultury anglo-amerykańskiej. Przy czym, co ciekawe, lemoniada też przecież nie jest słowem polskim; nieznany wówczas szerzej tonic rodem z angielskiego Radżu został zastąpiony słowem, które przez cały wiek XIX występowało jako bliższa wersji włoskiej i francuskiej limoniada i bliższa angielskiej lemoniada. Tłumaczyliśmy zatem nie tylko błędnie, ale również z obcego na obcy.
Bardzo rzadko zdarzają się przypadki odwrotne: utrata jakiegoś angielskiego terminu. W przekładzie Wielkiego Gatsby’ego z 1962 roku Demkowska-Bohdziewicz używa określenia bootlegger, które w czasach prohibicji przeszło z prasy amerykańskiej do polskiej. Pierwszy numer tabloidu „Tajny Detektyw” ze stycznia 1931 roku miał na okładce śpiącą piękność, nad którą pochylało się dwóch policjantów, opatrzoną napisem: „Przyjaciółka «bootleggerów»”. To słowo z czasem wypadło ze słownika i dziś oddajemy je po prostu jako „przemytników alkoholu”.
Ale oczywiście język przeżywa zmiany nie tylko leksykalne; ortografię i interpunkcję można uwspółcześnić poprzez uważną redakcję, trudno jednak usunąć wszystkie znaki epoki. Kiedyś zostałem poproszony o przejrzenie i uwspółcześnienie dokonanego w latach 50. przekładu Doktora Jekylla i pana Hyde’a Stevensona. Było to kuszące, bo wersja ta – też zresztą retranslacja, bo pierwsze polskie tłumaczenie ukazało się w roku 1909 – wyszła spod ręki Tadeusza Jana Dehnela, skądinąd kuzyna mojego dziadka. Przeczytałem tekst, widziałem tam jakieś możliwości drobnych poprawek, ale nie miałem wtedy czasu, żeby przyjąć to zlecenie; w gruncie rzeczy jednak wiedziałem, że musiałbym zmienić albo bardzo mało, co mijałoby się z celem, albo właściwie musiałbym przełożyć tekst na nowo. Byłoby to zaś oszustwem – złamaniem praw dawnego tłumacza i sprzeniewierzeniem się całemu duchowi epoki, w której ten konkretny przekład powstał.
I tu dochodzimy do argumentu ostatniego, numer pięć: uzusu translatorskiego. W każdej epoce wydaje się nam, że tłumaczymy w sposób możliwie wierny i przezroczysty, staramy się jak najmniej dodać do oryginału, niczego nie przekłamać. I zawsze się mylimy. Bo taki przekład, oderwany od czasów, w których powstaje, jest niemożliwy. Kultura, kultura literacka, język istnieją w czasie. I częścią tego są normy translatorskie.
Pół wieku i wiek temu polscy tłumacze przekładali imiona – i nie chodzi mi tu o, dajmy na to, imiona i nazwiska mówiące z osiemnastowiecznej komedii, tylko o zupełnie zwyczajnych bohaterów prozy. Tyle że nie każde imię ma swój polski odpowiednik, więc wśród Janów, Katarzyn i Tomaszów pojawiał się czasem jakiś Bayard albo po prostu Billy, bo Billy the Kid jednak nigdy nie został Wilusiem Dzieciakiem.
Zdarzało się też, że przy okazji dokonywano zmian – w Ani z Zielonego Wzgórza, pierwszym (1912) polskim przekładzie Anne of Green Gables, który wpłynął na kolejne tłumaczenia, przyjaciółka Maryli nazywa się Małgorzata Linde. W oryginale to Rachel Lynde (‘lajnd’). W Polsce funkcjonowało nazwisko Linde (nosił je mający szwedzkie korzenie pierwszy wielki polski leksykograf, Samuel Bogumił Linde), ale czemu Małgorzata zamiast Racheli? Bo w świecie tamtego przekładu, gdzie kanadyjskie farmy są „dworkami”, Rachela kojarzyłaby się po prostu żydowsko, co wprowadzałoby niechciany kontekst. Na ironię zakrawa fakt, że autorką przekładu była polska Żydówka, Rozalia Bernsztajnowa.
Bernsztajnowej zdarzało się też pomijać obszerne fragmenty tekstu, które nie pasowały jej do idyllicznej książki dla dorastających panienek – albo były zbyt osadzone w kanadyjskiej rzeczywistości, albo zbyt brutalne. Wspominałem wcześniej o cenzurze – zdarzało się, że dawniejsze teksty były wynikiem pracy nie tylko autora, tłumacza i redaktora, ale i nadredaktora, czyli cenzora właśnie. Co czasem zaznaczano, a czasem nie. Jednak nie zawsze był to akt narzucony, skróty wprowadzali sami tłumacze. Pożegnanie z Afryką Karen Blixen przez wiele lat wznawiano w Polsce w pełnej nieświadomości, że w pierwszym polskim wydaniu, które ukazało się w serii podróżniczej, tekst znacznie okrojono. Bywało, że wylatywały fragmenty zasadnicze. Bracia Karamazow ukazali się u nas po raz pierwszy w roku 1913 – i tłumaczka, pani Beaupré, uznała, że scena z wielkim inkwizytorem jest po prostu bluźniercza, stawia cerkiew i kościół w złym świetle. Więc ją usunęła. Byłaby to tylko ciekawostka sprzed stu lat, gdyby nie to, że mamy i dziś pazernych wydawców, którzy chcą zarobić na sprzedawaniu klasyki w jak najtańszy sposób, sięgają więc po ten przekład i wydają powieść bez kluczowej sceny – a czytelnik, jeśli to jego pierwsze zetknięcie z tą książką, nawet nie wie, że czegoś tu zabrakło.
Zasadniczo tłumacze XIX i XX wieku znacznie swobodniej poczynali sobie z tekstem oryginału – dziś mamy nazwę na taki swobodny przekład, „spolszczenie”, tak nazywamy na przykład tłumaczenia Mickiewicza z Schillera.
Oczywiście i dziś zdarzają się eksperymenty literackie, eksplorujące granice sztuki translatorskiej. Jacek Dukaj stworzył wersję Heart of Darkness Conrada zrywającą z tradycją tłumaczenia tytułu na Jądro ciemności; wybrał Serce ciemności; ale to tylko symptom obranej taktyki – Dukaj, który jest pisarzem, nie tłumaczem – przez cały tekst Conrada idzie ścieżką pomiędzy angielszczyzną a polszczyzną, ze zderzeń języków wysnuwając nowe sensy: dziwność świata Kurtza, w który wkracza Marlowe, staje się dziwnością również językową, gorączkowością, rozchwianiem.
Ja z kolei miałem przyjemność tłumaczyć (choć to akurat nie była retranslacja) Niewidzialne biblioteki, napisane wspólnie przez Monicę James, Lawrence’a Lianga, Danisha Sheikha, Amy Trautwein i anonimowego Innego jako hołd dla Itala Calvina i Jorgego Luisa Borgesa oraz ludzkiej manii kolekcjonowania książek. Niewidzialne biblioteki były od początku pomyślane przez kolektyw autorów jako dzieło otwarte, którego każdy może używać (na zasadach niekomercyjnych), przerabiać je, dopisywać swoje glosy. Tak też się stało (choć z uwagi na to, że książka została opublikowana na zasadach komercyjnych, musieliśmy uzyskać dodatkowe pozwolenie autorów): polski przekład został powiększony o sześć tekstów, dopisanych przez Tłumacza.
W obu jednak przypadkach i Dukaj, i ja, nazwaliśmy to – już na okładce – właśnie „spolszczeniem”, wokół czego toczyła się cała dyskusja. Czytelnik od razu wiedział, że ma do czynienia z eksperymentem, a nie zwyczajnym przekładem.
Natomiast dawniej nie bawiono się w takie subtelności, zmian dokonywano po uważaniu i nigdzie się z nich – nomen omen – nie tłumaczono.
Ale jest coś jeszcze – coś, co nazywam „efektem pierwszego pokolenia”. Wiem, że nie jest on polską specjalnością, że podobny proces zachodził (a czasem nadal zachodzi) w innych krajach i literaturach – co oznacza, że uległy mu również starsze tłumaczenia literatury polskiej, w tym najważniejszej naszej klasyki. Otóż dawne przekłady są na ogół bardziej skonwencjonalizowane, łatwiejsze w lekturze, wychodzące naprzeciw czytelniczym przyzwyczajeniom.
Kto szuka słynnego, liczącego tysiąc dwieście osiemdziesiąt osiem słów „najdłuższego zdania literatury anglojęzycznej” (według Księgi Rekordów Guinessa z 1983 roku, choć rekord ten już pobito) w polskim przekładzie Absalomie, Absalomie… Zofii Kierszys, ten go nie znajdzie. Zostało pocięte na kawałki. To samo spotkało Prousta: Tadeusz Boy-Żeleński wydał pięć tomów W poszukiwaniu straconego czasu w końcu lat 30. i ówczesny narzeczony mojej babci mówił jej, że nie ma sensu tego czytać, bo Boy Prousta poćwiartował. Ostatecznie Boy został zamordowany w czasie wojny we Lwowie przez hitlerowców, rękopisy tłumaczenia dwóch ostatnich tomów przepadły i całość cyklu ukazała się dopiero po wojnie. W międzyczasie moja babcia poślubiła narzeczonego, rozwiodła się z nim, a on – był to bowiem Julian Rogoziński – był jednym z dwóch tłumaczy, którzy dokończyli pracę Boya i przełożył tom ostatni, Czas odnaleziony. Ale babcia, o ile mi wiadomo, skutecznie odstraszona, nigdy W poszukiwaniu straconego czasu nie przeczytała, bo i trudno zaczynać cykl od ostatniego tomu. Pełny nowy przekład, dokonany przez kilkoro tłumaczy, ukazuje się od roku 2018.
Dziś trudno ustalić, czyja wola była w tym procesie decydująca – samych tłumaczy, redaktorek i korektorek, głównych redaktorów wydawnictw, czy może nawet cenzorów, zwalczających „odchylenia formalistyczne”.
Nie wiemy też, jakie były motywacje tej zmiany: czy związane z estetyką reżimową, czy z poczuciem, że polscy czytelnicy nie są gotowi na tak trudną próbę (jeśli dobrze pamiętam, w ten sposób Boy tłumaczył kawałkowanie Prousta), czy ze „zdroworozsądkowym” przekonaniem, że „tak się po prostu nie pisze i to jakieś wydziwianie”? Niektórzy tłumacze – jak autorka pierwszego przekładu Faulknera na hiszpański – wprost pisali, że autor czasem błądzi i „trzeba go poprawiać”. W ogóle często to właśnie koncepcja „poprawiania” oryginału sprawia, że przekład starzeje się najbardziej. Pani Beaupré, jak pamiętamy, „umoralniła” Dostojewskiego, a Stanisław Barańczak na siłę ureligijniał Larkina i dopisywał mu frazy żywcem wzięte z własnych wierszy.
Nawiasem mówiąc, tendencja ta nie wymarła – Krzysztof Cieślik, tłumacz Shuggiego Baina Douglasa Stuarta, powiedział dość protekcjonalnie: „to literatura, która rusza. Jest szczera, dobrze napisana. Choć ma swoje wady, część z nich wyprostowałem w tłumaczeniu”. Stuart może i był debiutantem, ale książka dostała Bookera, nominacje do szeregu innych nagród i została światowym bestsellerem. Takie „poprawianie” mści się zwłaszcza w przypadku arcydzieł literatury, bo tam często „naprawiacz” ma gorsze literackie kompetencje niż autor – i o ile widać to z perspektywy dekad, o tyle niekoniecznie było widać w czasie, kiedy autor jeszcze żył, a zwłaszcza kiedy był debiutantem.
Tak czy owak, nawet jeśli nie wiemy, kto i czemu „heblował” – by użyć określenia Jerzego Jarniewicza – pierwsze przekłady, nawet jeśli w różnych okresach różne książki mogły mieć nieco inną historię, ówczesny proces tłumaczenia skutkował literaturą uproszczoną i skonwencjonalizowaną.
Dokonywało się to właściwie na wszystkich polach. Wspominałem już o kawałkowaniu długich zdań; to samo dotyczy interpunkcji czy zapisu dialogów.
Podam przykłady z jednego tłumaczenia: Wielkiego Gatsby’ego. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz spłaszczała „zbyt wymyślne” obrazy, usuwała osobliwości leksyki i zapisu (na przykład stosowanie wielkich liter, które czasem tylko oddawała rozstrzeleniem druku); częste u Fitzgeralda wyliczenia, przedzielane kolejnymi spójnikami „i” (czasem aż sześcioma), równie dziwaczne w angielszczyźnie, co w polszczyźnie, zastępowała uładzonym szeregiem z przecinkami i końcowym pojedynczym „i”. Ustandaryzowała też mowę postaci – z których właściwie każda mówi specyficznym językiem, będącym przedłużeniem jej pozycji społecznej i osobistej historii. Najlepiej widać to na przykładzie Meyera Wolfshiema. Mówi on kiepską angielszczyzną: z jednej strony pełną patetycznych zwrotów, z drugiej – pełną błędów w wymowie i składni. Stąd jego „gonnegtion” zamiast „connection”, „sid” zamiast „said” i tak dalej. Przekład pomija te osobliwości jego języka, podobnie jak popełniane przezeń błędy rzeczowe (Oxford, czy raczej „Oggsford”, to według niego nie uniwersytet, a college). Niektóre porównania czy uwagi wydawały się jej chyba zbyt śmiałe albo niestosowne – i tak zazdrosna kobieta na przyjęciu, która zjawia się u boku flirtującego męża „jak syczący diament” (od razu przychodzą nam na myśl skrzące się biżuterią damy z lat 20.), u Demkowskiej syczy po prostu „jak żmija”, co efektowną frazę zmienia w banał; młodzi czarni mężczyźni, u Fitzgeralda przewracający „żółtkami oczu”, u niej przewracają białkami. Kiedy Nick wybiera się do biura Wolfshiema, przyjmuje go sekretarka, „ładna Żydówka”, w przekładzie po prostu „ładna dziewczyna”.
W ten sposób zamiar Fitzgeralda – czyli przemycenie pełnokrwistej, śmiałej, łamiącej czytelnicze przyzwyczajenia współczesnej powieści pod płaszczykiem banalnego w sumie romansu dla czytających modne czasopisma pań z klasy średniej – stał się mniej widoczny. Polski Wielki Gatsby stał się, owszem, przystępniejszy – ale czy nasi czytelnicy wiedzieli, czemu okazał się tak istotny dla dwudziestowiecznej literatury?
Być może w roku 1962 było to podejście właściwe. Jednak pytanie, które sobie zadawałem pół wieku później, nie ograniczało się do: „Co Fitzgerald chciał tu powiedzieć?”; brzmiało zawsze: „Jak Fitzgerald by to napisał, gdyby pisał po polsku?”. Jak mówiłby po polsku Meyer Wolfshiem, żydowski imigrant, kaleczący język? A jak wulgarna prostaczka pani Wilson? A jak sarkastyczna panna Baker? Gdzie miałem szukać ich polszczyzny? Na żydowskich Nalewkach w przedwojennej Warszawie, w skeczach o pretensjonalnych drobnomieszczańskich paniusiach, w postaci Młodziakówny u Gombrowicza?
V.
W przeciwieństwie do zapewne większości z Państwa nie ukończyłem studiów translatorskich ani filologii obcej, do tłumaczenia trafiłem inną drogą – jedni powiedzą, że okrężną, inni, że bardziej bezpośrednią, przy czym jedni i drudzy będą mieli rację – poprzez pisanie. I dlatego od samego początku byłem w moich przekładach odważny. Niektórzy powiedzieliby zapewne, że brawurowy, a jeszcze inni, że przeszarżowałem.
Winię za to po części moje własne pisarskie skłonności; od zawsze pociągało mnie to, co niestandardowe, odbiegające od przezroczystej i nudnej normy. Ilekroć myślę nad nową książką, myślę nad jej językiem; moi bohaterowie, moi narratorzy nie mówią polszczyzną standardową, nienacechowaną; w ich języku widać klasę społeczną, epokę, charakter. Zbieram dziwne słowa, osobliwe powiedzonka, przetrząsam stare listy i słowniki. I jako pisarz nie jestem oczywiście w tym odosobniony.
Dlatego za każdym razem, kiedy podchodziłem do retranslacji, robiłem to dlatego, że miałem inną wizję tekstu docelowego. Uważałem i uważam, że skoro mamy wersje „przyjaźniejsze”, warto teraz te dzieła czytać w postaci dzikszej, trudniejszej do przyswojenia, bogatszej: pełne – często już zatartych – odniesień kulturowych i historycznych, językowych dziwactw, wewnętrznych sprzeczności, neologizmów.
Przy czym muszę powiedzieć jasno: nie uważam, że tłumacze poprzednich pokoleń byli głupi, nieudolni czy zbędni, a teraz my wjeżdżamy na białym koniu i wreszcie „robimy wszystko jak należy”. Wręcz przeciwnie: jesteśmy, jako tłumacze, dłużnikami naszych poprzedników. To ich rozumienie, osadzone w ich epoce i w ich języku, przeprowadziło nas przez te wspaniałe książki, kiedy czytaliśmy i pokochaliśmy je po raz pierwszy. To oni sprawili, że całe pokolenia czytelników przyzwyczaiły się do pewnego poziomu dziwności i zawikłania; ba, to przyzwyczajenie weszło w krew również pisarzom, którzy upowszechnili we własnym pisarstwie dziwność Faulknera, dziwność Viana, dziwność Joyce’a, dziwność Borgesa i Cortázara, dziwność Calvina i Pereca. Dzięki czemu dziś kolejne pokolenie czytelników – i pisarzy, i tłumaczy – może wejść o stopień wyżej, o krok bliżej dziwności oryginału.
As I Lay Dying Faulknera zaczyna się sceną, w której dwaj bracia wracają z pola: Darl idzie udeptaną ścieżką, a Jewel jednym susem przesadza okno starej szopy i znajduje inną drogę przez tę samą rzeczywistość. Wydeptanej ścieżce w niczym to nie szkodzi, nadal tamtędy biegnie. Podobnie jest z nowymi i starymi przekładami: powstanie nowego nie wymazuje ani nie unieważnia poprzedniego. Przeciwnie: są współistniejącymi głosami, wizjami, interpretacjami.
Dlatego też – w przeciwieństwie do tych tłumaczy, którzy nie czytają wcześniejszych przekładów, „żeby się nie zainspirować” – ja czytam je zawsze, i to zanim jeszcze podejmę się pracy. Jak bowiem w przeciwnym razie mógłbym zdecydować, czy mam do zaproponowania jakąś interesującą alternatywę, inne odczytanie, inną formę, bliższą – w moim pojęciu – oryginałowi?
Moje retranslacje powstają w ciągłym dialogu z poprzednimi tłumaczeniami; nie w sposób naiwny, że jak tam „huge” było przełożone jako „wielki”, to u mnie musi być „ogromny”, jakby słowa były złotonośnymi działkami w Klondike i ten, kto do nich dobiegł pierwszy, ma na nie wyłączność. Ale w takim sensie, że nowy przekład może uzupełniać braki starego, równocześnie swobodniej traktując to, co tamten oddał szczególnie dobrze.
Zapewne wielu z Państwa zgodzi się ze mną, że przekład literacki to art of losing, sztuka tracenia; często porównuję tłumaczenie do ratowania ofiar tonącego statku, powiedzmy: Titanica. Dzieło literackie, zwłaszcza dzieło wybitne, jest tworem tak złożonym, skomplikowanym, wielopłaszczyznowym, że nie da się ocalić wszystkich jego aspektów; o ile jednak na statku wiemy, że najpierw należy ratować kobiety i dzieci, o tyle w przypadku tekstu za każdym razem będzie to co innego: raz brzmienie, raz struktura formalna, raz nawiązania kulturowe – i tak dalej, i tak dalej. Decyzja, co wsadzamy do szalup w pierwszym rzędzie, a co ratujemy tylko w miarę pozostałych możliwości, jest jednym z fundamentów udanego przekładu.
Posłużę się znów przykładem z Faulknera, z As I Lay Dying.
Truizmem jest, że każda para języków tu i ówdzie „nie przystaje do siebie” – przekładamy przecież nie słowa, a całe konwencje mówienia i pisania właściwe danemu językowi. W angielszczyźnie na przykład częściej się stosuje stronę bierną, częściej podaje zaimki „jej”, „jego”, „swoją”, a dialogi są usiane „he said”, „she said”, które dla czytelnika oryginału są dość przezroczyste, podczas gdy w polszczyźnie w takim nagromadzeniu drażnią. Po pierwsze dlatego, że mamy rodzaje (i jeśli rozmawia na przykład dwóch mężczyzn i kobieta, a jedno z nich mówi „Właśnie wróciłam ze sklepu”, to nie musimy dodawać: „powiedziała Beata”), po drugie, konwencja nakazuje różnicowanie czasowników: „zapytał”, „stwierdziła”, „zastanawiał się”, „zaatakował” (stosujemy też bardziej staromodne „rzekł” czy „odparła”, choć przecież nigdy nie powiemy do znajomego: „cóżeś rzekł?”, tylko „co powiedziałeś?”).
Zazwyczaj zatem – zgodnie ze sztuką translatorską – owe rozliczne „said” wycinam lub podmieniam na wyrazy bliskoznaczne. Jednak nie w przypadku As I Lay Dying, bo tam Faulkner celowo nadużywał „said”, nawet jak na warunki angielszczyzny, stosując to słowo jako refren, nadający rytm wypowiedziom, czasem z efektem dramatycznym, czasem komicznym. Zresztą nie tylko „said” powtarza się nieustannie; każdy z bohaterów zapętlony jest we własnych słowach i frazach, które obsesyjnie powtarza po wielekroć, nie słuchając pozostałych (i nie patrząc na nich), podczas gdy oni nie słuchają jego i na niego nie patrzą, bo powtarzają własne frazy. To nieprzypadkowe; głębsza lektura pokazuje, że jednym z zasadniczych tematów tej książki jest rozziew pomiędzy mową a rzeczywistością. To farsa i tragedia gadających głów; ich „gadanina idzie sobie w górę cieniutką linijką”, niżej zaś kłębi się groza czynów; a jest to gadanina pełna oszukiwania innych i samooszukiwania, czcza i pusta, przez co te same słowa trzeba powtarzać wielokrotnie, a i tak niewiele znaczą.
Tu muszę dodać jeszcze parę słów o gwarze. Z uwagi na dawniejszą praktykę „heblowania”, usuwającego języki nacechowane, w mojej praktyce retranslatorskiej zazwyczaj „podkręcałem” język w stosunku do poprzedniej wersji. Bohaterowie tej powieści mówią w różnych rejestrach, choć raczej z prosta: starsi farmerzy najbardziej gwarowo, młodsze pokolenie nieco mniej; a na przykład doktor to człowiek wykształcony, który tylko dostosowuje się czasem do swoich rozmówców. Jest to jednak język z życia wzięty, który autor znał, przy którym i w którym wyrastał: coś zasłyszanego i wpisanego do literatury.
Przekład zawsze tu kłamie, bo kłamać musi. Gwara, „język ludu”, czy to wiejski, czy miejski, w przekładzie jest zawsze konwencją: bohaterowie Faulknera nie mówią po polsku i nie mówią wiejską polszczyzną z lat międzywojnia. Jednak tłumacz, który wziąłby się do pracy nad As I Lay Dying w roku 1930, mógłby korzystać – podobnie jak autor – z własnego doświadczenia gwary istniejącej w tej samej epoce w Polsce, ba, jeszcze mogła z tego korzystać tłumaczka w latach 60., jeśli wystarczająco stykała się z takim językiem za młodu. Dziś źródło tej mowy w jej stanie czystym praktycznie nie istnieje, w większości wyschło przez powojenne zmiany społeczne; czerpać można co najwyżej z opracowań czy dawnych zapisów, które jednak dla wielu czytelników będą niezrozumiałe. Natomiast język, którym wieś mówi dzisiaj, nie będzie adekwatny, bo opisuje inny świat niż ten powieściowy. Wreszcie pozostaje kwestia lokalności: o ile istnieje standardowy język literacki (powiedzmy, choć można się co do tego spierać), o tyle nie ma jednej standardowej gwary. Amerykańskie Południe, konkretny stan Missisipi, to nie Podhale ani Śląsk, ani Kurpie – o ile więc Faulkner używał słów, zwrotów i brzmień lokalnych, o tyle w tłumaczeniu przeniesienie tego do konkretnego regionu dawałoby raczej wynik humorystyczny, bo niby czemu Anse Bundren miałby rozmawiać z sąsiadem czystą góralszczyzną?
Z konieczności więc ich gwara będzie na poły sztucznym tworem, istniejącym poza epoką i poza konkretnym miejscem. Dawny przekład Ewy Życieńskiej rozwiązywał to znakomicie – widać, że tłumaczka świetnie operowała gwarą, a jej bohaterowie mówią w sposób żywy i przekonujący.
Dlatego właśnie w tym przypadku postąpiłem wbrew moim przyzwyczajeniom. Kiedy u Życieńskiej dziewczyna mówi do krowy „nastąp się”, rozumiałem to, bo moja babka przed wojną poznała to słowo od chłopów i przetrwało ono w rodzinnych opowieściach; ale jest już całe kolejne pokolenie dorosłych czytelników, oddalonych od tamtej rzeczywistości językowej, dla których mowa bohaterów – w zamierzeniu Faulknera brzmiąca prawdziwie, jak dzisiejszy film dokumentalny – wydaje się raczej osobliwa i sztuczna.
Dzięki retranslacji czytelnik polski może dziś wybrać jedną z dwóch wersji, przy czym kwestia „trudności” jest tu niejednoznaczna: każdy z przekładów jest w pewnych aspektach łatwiejszy, w innych trudniejszy, i to nie obiektywnie, ale subiektywnie, dla czytelników z różnych pokoleń i o różnych przyzwyczajeniach. Zaś osoba szczególnie wnikliwa może przeczytać oba i w ten sposób doświadczyć książki w sposób pełniejszy, mimo że nie zna języka oryginału (zresztą, prawdę mówiąc, jeśli go zna, niekoniecznie będzie w stanie czytać ze zrozumieniem trudniejsze fragmenty Faulknera, z którymi kłopot mają nawet native speakerzy).
VI.
Używam tytułu oryginalnego, As I Lay Dying, bo książka ta po polsku ma dwa tytuły: starszy, Kiedy umieram, i nowszy, Gdy leżę, konając. Nie jest to rzecz rzadka – choć podlega rozmaitym naciskom, zwłaszcza ze strony działu sprzedaży wydawnictwa. Kiedy tłumaczyłem Wielkiego Gatsby’ego, zachowanie wcześniejszego tytułu – tożsamego z tytułem filmu, który miał właśnie wejść na ekrany – zostało wpisane do umowy. W ubiegłym roku powieść wyszła w przekładzie Macieja Świerkockiego jako Ten wielki Gatsby, a ledwie po roku Anna Bańkowska wydała swoje tłumaczenie pod tym samym szyldem, wyjaśniając, że argumentacja Świerkockiego ją przekonała.
Opowieść wigilijna to w Polsce lektura szkolna – mogłem zatem upierać się, że A Christmas Carol. In Prose. Being a Ghost Story of Christmas to Kolęda prozą, czyli bożonarodzeniowa opowieść o duchach, ale pogląd tłumacza to jedno, a twarde reguły rynku to drugie. Usłyszałem: „klient musi wiedzieć, że właśnie to ma kupić dziecku do szkoły” – i książka wyszła jako Opowieść wigilijna, czyli kolęda prozą albo bożonarodzeniowa opowieść o duchach. Dobre i to.
Na marginesie dodam, że raz zdarzyło mi się nawet zmienić tytuł w pierwszym przekładzie – otóż powieść Philipa Larkina A Girl in Winter przełożyłem jako Zimowe królestwo, ale tylko dlatego, że taka była wola autora. Kiedy wydawnictwo Faber and Faber przyjęło książkę do druku, wymusiło na młodziutkim, dwudziestoczteroletnim autorze zmianę tytułu Kingdom of Winter na taki z dziewczyną, bo tak się lepiej sprzeda. Larkin uległ, choć uważał, że to tytuł jak z taniego romansidła, i jeszcze po latach przyznawał, że „zawsze myśli o tej książce jako o Zimowym królestwie”.
Zmiany tytułów – i w ogóle zmiany – budzą często reakcje negatywne, szczególnie mocne w przypadku literatury dla dzieci i młodzieży, którą zapamiętujemy najgłębiej, bo i najgłębiej ją odczuwamy. Kiedy wspomniana przed chwilą Anna Bańkowska zdecydowała się po latach zmienić Anię z Zielonego Wzgórza na – zgodną z intencjami autorki – Anię z Zielonych Szczytów (bo chodzi tu o szczyt domu), rozległy się głosy o „profanacji” i „niszczeniu książki”. Ale to nic w porównaniu z tym, co działo się równo czterdzieści lat temu, kiedy kanoniczny Kubuś Puchatek, wymyślony przez Irenę Tuwim, siostrę słynnego poety, został przechrzczony przez Monikę Adamczyk-Garbowską na Fredzię Phi-Phi, ponieważ Winnie to zdrobnienie od Winnifredy, a Pooh nie ma nic wspólnego z puchatością. Tłumaczkę zaatakowały nie tylko reżimowa „Trybuna Ludu” i tygodnik „Kultura” („Bardzo niebezpieczny dla zdrowia językowego dzieci jest pomysł, aby misia nazywać imieniem żeńskim. Może to jest bliżej oryginału, ale brzmi sztucznie i może wywoływać zamęt fleksyjny w głowach naszych pociech”), ale też bardziej progresywna „Polityka”: „Kawał rzetelnej, nikomu niepotrzebnej roboty”.
Tymczasem dawny przekład Ireny Tuwim nie był i nie jest zagrożony, w Polsce Kubuś nadal Kubusiem pozostał, nawet jeśli u Milne’a był Fredzią. Tym Fredzią, nie tą Fredzią. Jeśli jednak ktoś chciałby pisać o zagadnieniach genderowych w świecie Kubusia – to znacznie bardziej pomocne będzie alternatywne tłumaczenie.
Taki też zresztą jest czasem sens retranslacji: nie muszą stanowić przewrotu kopernikańskiego, nie muszą stać się bardziej popularne od wersji kanonicznej, czasem też w ogóle nie mają takich ambicji. Mogą po prostu spełniać najgłębszy może sens twórczości literackiej (każdej zresztą twórczości): radość z obrania innej ścieżki, powiedzenia czegoś w inny sposób (nawet jeśli mówimy w ślad za autorami oryginałów). Jerzy Łoziński zasłynął jako tłumacz Hobbita, który Shire zmienił we Włości, kransoludów w krzatów, a Bilbo Bagginsa z Bag End w brzmiącego jak polski szlachciura Bilba Bagosza z Bagoszna; w jego przekładzie Diuny Fremeni to Wolanie, przyprawa to specjał, a czerwie pustyni to piaskale. Czytelnicy nazwali te koncepty od nazwiska tłumacza „łozizmami” – i być może nie są to eksperymenty udane (Łoziński zresztą częściowo się z nich wycofał w późniejszych wydaniach), ale pokazują, że można pomyśleć Tolkiena czy Herberta po polsku zupełnie inaczej.
Przy czym taki poszukujący tłumacz jest tu znów dłużnikiem tłumaczy wcześniejszych: skoro istnieje wersja kanoniczna, bardziej konwencjonalna, mniej wymagająca, mniej dzika, można się teraz pokusić, żeby wszystko bardziej podkręcić.
I mówię to nie tylko o dziełach literackich eksperymentatorów – ale o całym pisarstwie; bo tłumacz z samej zasady swojej pracy nie dysponuje swobodą, którą ma autor. Tymczasem to, co najlepsze w książce, często właśnie bierze się ze swobody, z tej cudownej możliwości, którą ma pisarz, a której my nie mamy: że w każdym momencie, w połowie każdego zdania i akapitu, może poprowadzić frazę w inną, dowolną stronę, obrać inną, podpowiedzianą przez kaprys ścieżkę.
VII.
Mówiąc o nowych przekładach Faulknera, często posługujemy się z moim mężem metaforą utworu muzycznego: autor pisze partyturę, ale wykonują ją tłumacze. Jeśli ktoś kocha Callas, może zawsze słuchać Casta diva w jej wykonaniu: są jej słynne, kanoniczne nagrania; ale nie przeszkadza to w tym, żeby w każdym pokoleniu rolę Normy odgrywały inne śpiewaczki. A nawet śpiewacy. Żeby tę samą melodię aranżowano na sam chór. Albo na saksofon.
Utwory wykonywane to utwory słuchane. Niekoniecznie „na nowo”, czasem – po raz pierwszy.
Kiedy byłem nastolatkiem, wydawało mi się oczywiste, że słucham muzyki i czytam książki, które zachwycały moich rodziców i dziadków, że sięgam do biblioteki mojej matki po książki wydane przed moim narodzeniem, że szperam po antykwariatach. Dzisiejsi młodzi często tego nie wiedzą, nie są tego uczeni, bo obieg literatury w dobie późnego kapitalizmu jest bezpośrednio związany z pompowaniem bieżącej sprzedaży – klasyka, która ukazuje się w starych przekładach, otrzymuje znacznie słabsze wsparcie promocyjne. Autorzy tych książek przeważnie nie żyją, pierwotni tłumacze – też. Dopiero kiedy pojawia się tłumacz nowy i żywy, najlepszy ambasador literatury obcej, książka zyskuje nowe możliwości – i nowych czytelników.
Dlatego właśnie – z pozoru wbrew mojemu interesowi, interesowi żywego i w znacznej części nieprzełożonego pisarza, interesowi wszystkich polskich pisarek i pisarzy – pozwoliłem sobie mówić Państwu o retranslacji.
Polszczyzna to nie angielski, czytelnicy, którzy sięgają po naszą literaturę w przekładzie, na ogół nie są w stanie czytać jej w oryginale. Równocześnie to, co biorą do ręki, niekoniecznie oddaje sprawiedliwość naszym geniuszom i geniuszkom: przyciętym, oheblowanym, wygładzonym na kantach, pozbawionym „nieprzetłumaczalnych gier słów” i „trudnych do zrozumienia zagadnień z historii i kultury Polski, na których wyjaśnianie nie ma tu miejsca”.
Muzyka Chopina i Szymanowskiego, malarstwo Boznańskiej i Malczewskiego, filmy Kieślowskiego i Wajdy (jeśli nie liczyć dialogów), rzeźby Szapocznikow i Abakanowicz działają wprost, bez dodatkowej przesłony języka. Ale literatura nie ma tego luksusu.
Jeśli my, polscy czytelnicy, zasługujemy na – i dostajemy – nowych Buddenbrooków Manna i nową Panią Bovary Flauberta, nowego Ulissesa Joyce’a i nowego Don Kichota Cervantesa, to czytelnicy w Państwa krajach zasługują na nowego, dziwniejszego Schulza i pokrętniejszego Gombrowicza, na dowcipniejszego Prusa i brutalniejszego Reymonta.
To oni bowiem pokazują, skąd bierze się dziwność i pokrętność i dowcip i brutalność naszej bieżącej prozy i naszej poezji; to oni są pniem, który nas zasila, źródłem naszej magii; nie sposób zrozumieć tego, co dziś piszemy, bez naszego pisarskiego DNA, które musi być prawdziwsze niż uproszczony wykres w książce do biologii.
