Magda Huzarska-Szumiec: Gdzie najchętniej spędzasz wakacje?
Joanna Braun: Od ponad trzydziestu lat jeżdżę do Wdzydz Tucholskich. To wieś na Kaszubach, położona nad jeziorem w kształcie krzyża. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym gdzie indziej odpoczywać. Przez lata z Olem, moim mężem, wynajmowaliśmy pokój u tego samego gospodarza. Odkąd Olo zmarł, zaczęłam jeździć do innego domu. We Wdzydzach nie miałam problemu ze znalezieniem lokum, bo przez te lata wrosłam w tę wieś, znam tam wszystkich.
Teraz spędzasz urlop sama?
Nie, miłością do Wdzydz zaraziłam rodzinę i przyjaciół. Jeździmy tam w trzy pokolenia. No i są jeszcze nasi przyjaciele, to znaczy moi, mojej córki Weruszki i dorosłych już wnuków. Spędzamy urlop w różnych konfiguracjach i terminach, ale zawsze jest taki czas, kiedy wszyscy się spotykamy. To dzieje się tak naturalnie, że nawet specjalnie nie musimy się umawiać.
Gdy jedziesz na Kaszuby, zabierasz ze sobą walizkę pełną książek?
Oczywiście, jak inaczej mogłabym odpoczywać?
A jakie książki z niej wypadają, kiedy się rozpakowujesz?
Tak jak lubię oglądać filmy kilka, a nawet kilkanaście razy, tak uwielbiam wracać do książek. I wakacje właśnie temu służą.
Uważam, że istnieją dzieła, których nie da się w pełni uchwycić przy pierwszym czytaniu.
Podobnie jest zresztą z filmami. Dlatego Kabaret Boba Fosse’a mogę oglądać na okrągło.
A do jakich książek wracasz?
Jest ich kilka. Do tych najważniejszych na pewno należą Kwintesencje. Pasaże barokowe Dariusza Czai. Mój zachwyt nad tą książką łączy się ściśle z fiołem antropologicznym, który towarzyszy mi od czasu, kiedy Związek Polskich Artystów Plastyków przyznał mi stypendium na wyjazd do Meksyku. Tam zrozumiałam, jak ważną dziedziną wiedzy jest antropologia, jak pomaga ona poznać kraj i ludzi. Dlatego po powrocie zaczęłam czytać wszystko, co jest z nią związane. Tak trafiłam na Dariusza Czaję, który nie dość, że z wykształcenia jest antropologiem, to jeszcze skończył muzykologię, a w swojej eseistyce płynnie łączy obydwie nauki. Gdy tylko zaczęłam przeglądać jego książkę, wpadł mi w oko rozdział poświęcony Wszystkim porankom świata Alaina Corneau. Jest to dla mnie tak samo ważny film jak Kabaret, obraz tego, co w życiu najistotniejsze. Występują w nim motywy orfickie, motyw śmierci, żałoby, no i ściśle związanej z tymi tematami muzyki. Razem z Dariuszem Czają zanurzam się w nie, a one otwierają przede mną nowe horyzonty. Szczególnie gdy autor pisze o Johannie Sebastianie Bachu, o Domenicu Scarlattim czy rozmawia ze znakomitymi wykonawcami barokowych kompozycji.
Domyślam się, że przy takiej książce aż chce się słuchać muzyki.
Oczywiście, ale nie w trakcie lektury. Kiedyś z Olem zabraliśmy ze sobą na Kaszuby nagrania z muzyką barokową. Przygotowaliśmy sobie taką składankę z naszych ulubionych utworów. Szybko zrozumieliśmy, że jest to głupi pomysł.
Na wsi jest tyle dźwięków, które otaczają człowieka, że aż szkoda burzyć ich harmonię. Tam zwycięża natura i zdecydowanie ciekawsze okazują się śpiew ptaków, odgłosy wiejącego wiatru.
Zawstydzeni, schowaliśmy te nagrania i już wyłącznie słuchaliśmy przyrody, w której otoczeniu czytaliśmy książki. Kiedy Olo umarł, nie byłam w stanie sięgnąć po żadną z nich. Przestałam czytać. Broniłam się przed rozpaczą, pisząc haiku. Ponieważ robiłam to dla siebie, nie musiałam narzucać sobie żadnych ograniczeń formalnych, przestrzegać zasady określonej liczby sylab, jak chce japońska tradycja.
Możesz zacytować takie haiku?
Pewnie, mam w kajeciku:
Biały upał
Dziurawe liście
Wyschnięte trawy
Bezdech dławi.
Albo takie:
Ciało i jego receptory
Dusze i jej perceptory
Na styku obu
Nicość.
Wciąż piszesz haiku?
Nie, wszystko ma swój czas. Jednak są momenty, kiedy mam ochotę sięgnąć po tradycyjne haiku. To jednak niesamowite, że w siedemnastu sylabach można zamknąć cały świat. Czytam te utwory, kiedy jestem w szczególnym nastroju, kiedy mam taką potrzebę. Rzadko robię to jednak podczas wakacji.
Do jakich jeszcze autorów wówczas wracasz?
Do Marka Bieńczyka. Jego Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty jest mi szczególnie bliska. To niezwykły esej, dzięki któremu można oswoić pustkę. Każda książka Bieńczyka mnie interesuje, łącznie z Wszystkimi kronikami wina. Te teksty to nie tylko skarbnica wiedzy o winie, ale też podróż przez różne kultury, z ich książkami, filmami, obrazami. Zauważ, że zarówno Czaja, jak i Bieńczyk to pisarze, którzy są wyjątkowymi osobowościami. Czaja kocha muzykę, a Bieńczyk jest dowodem na to, że melancholia rymuje się z winem. Powiedzenie „In vino veritas” nie kłamie. Z takimi ludźmi i ich twórczością chce się przebywać.
Zdarza ci się zabierać na wakacje nowości wydawnicze?
Tak, pod warunkiem, że są to biografie. Mam do nich ogromne upodobanie. Ostatnio zrobiła na mnie wrażenie wspaniała opowieść o Albercie Einsteinie – Einstein. Jego życie i wszechświat Waltera Isaacsona, świetnie napisana i bardzo krzepiąca książka. Zanim po nią sięgnęłam, czytałam w internecie krótkie cytaty z wypowiedzi fizyka. Były tak dowcipne, że nie mogłam przestać się uśmiechać. Wiadomo, że inteligencja nie ma racji bytu bez poczucia humoru. Einstein posiadał je w nadmiarze. Jego dowcipne spostrzeżenia zachęciły mnie do lektury, inaczej bałabym się czytać o człowieku, który zajmował się zupełnie niezrozumiałymi dla mnie rzeczami. Zachwyciło mnie też to, że przez całą książkę przewija się maksyma: nie wiedza się liczy, tylko wyobraźnia. Einstein często to powtarzał.
Zauważ, że nie mówił tego artysta, tylko naukowiec otwierający przed nami wszechświat. Żeby coś odkryć, trzeba mieć wielką wyobraźnię.
A biografie pisarzy też cię interesują?
Pewnie. Niedawno ukazała się znakomita biografia Franza Kafki. Wcześniej czytałam sporo książek na jego temat, ale Franz Kafka. Koszmar rozumu Ernsta Pawla bije je na głowę. Cudownie opisano w niej nie tylko autora Zamku, ale także całe środowisko, w którym ten funkcjonował. Autor wnikliwie przedstawił tu sytuację historyczno-społeczną, pokazując, jak mocna była bohema intelektualna praskich Żydów i jak ją kształtowały wydarzenia na świecie. Pawel burzy tu także różne mity, które narosły wokół pisarza. W innych biografiach czytałam, jak straszny wpływ miała na Kafkę praca urzędnika. A okazuje się, że tak naprawdę on bardzo ją lubił. Na dodatek był w niej ceniony. Często dostawał podwyżki, a kiedy prosił o przerwy w pracy, nikt nie robił z tego problemu.
Czy wśród twoich wakacyjnych lektur są też takie, które inspirują cię do twojej własnej pracy twórczej?
Oczywiście. Bardzo istotna była dla mnie książka Beaty Guczalskiej Konrad Swinarski. Biografia ukryta. Widziałam większość spektakli, o których pisze autorka i które dla mnie do dzisiaj są ważne i inspirujące. Gdy czytałam tę absolutnie niezwykłą biografię, otwierały mi się pamięć i najróżniejsze środowiskowe konteksty. Ujął mnie również fakt, że Beata Guczalska nie stawia wykrzykników, tylko znaki zapytania. I choć nie zawsze znajduje odpowiedzi, to już przez samo takie podejście uruchamia we mnie procesy myślowe, które długo później rezonują.
Masz potrzebę dzielenia się z przyjaciółmi refleksjami na temat przeczytanych książek?
Od wielu lat przyjaźnię się z aktorką Majką Maj. Dzwoni do mnie, kiedy wraca do domu po spektaklu, koło północy. Jestem sową, chodzę późno spać, więc mi to nie przeszkadza. Prowadzimy wtedy długie rozmowy, także o książkach. I co ciekawe, najczęściej jesteśmy zgodne, podobają się nam te same lektury. Kiedy jedziemy razem na Kaszuby, wymieniamy się uwagami jeszcze w trakcie czytania książek.
A w jakim entourage’u je tam czytasz?
Zawsze na pomoście, bo dzień zaczynam od pływania w jeziorze. Kiedy wychodzę z wody, jem na brzegu śniadanie, przeważnie banana z maślanką lub kefirem. Następnie wykładam się na surowych deskach, których fakturę i zapach uwielbiam, i czytam. Zajmuje mi to czas do obiadu u Ariela, bo takie imię nosi jeden z moich wdzydzkich znajomych, który prowadzi coś w rodzaju karczmy. Już nie mogę się doczekać podawanych tam ryb prosto z jeziora. Na szczęście wakacje tuż, tuż.
Co znajdzie się w tym roku w twojej walizce?
Nie rozmawiałyśmy tu jeszcze o beletrystyce, po którą bardzo rzadko sięgam. Ale w tym roku robię wyjątek i zabieram ze sobą powieści Johna Maxwella Coetzeego. Znam już wszystkie dzieła tego autora, które zostały przetłumaczone, część z nich czytałam nawet kilka razy. Trafiłam gdzieś kiedyś na stwierdzenie, że książki Coetzeego to baśnie pisane skalpelem. Jest ono niezwykle trafne, także w odniesieniu do jego trylogii: Dzieciństwa Jezusa, Lat szkolnych Jezusa i Śmierci Jezusa. To właśnie z tymi książkami zamierzam spędzić tegoroczne wakacje. Liczę na to, że uda mi się wreszcie zrozumieć wszystkie konteksty, wśród których porusza się autor, i ustalić, jak mają się one do przekazywanej nam przez wieki tradycji chrześcijańskiej.
Po mowę noblowską Coetzeego sięgałam chyba cztery razy. Za każdym razem znajdowałam w niej coś nowego.
Mam nadzieję, że z trylogią będzie tak samo. Tym bardziej że jego pisarstwo doskonale rymuje mi się z haiku Matsuo Bashō:
Chory w podróży
Śnię,
Że polem wymarłym
Biegam bez końca.
I to jest doskonała puenta naszej rozmowy.