Magda Huzarska-Szumiec: Wakacje dla muzyka to czas intensywnego koncertowania. Czy w trasie znajduje pan czas na lekturę?
Mikołaj Trzaska: Tak, choć jak pani słusznie zauważyła, czytanie w lecie jest dla mnie czymś innym niż dla ludzi wyjeżdżających w tym czasie na urlopy. I chyba tego nie żałuję, bo szkoda byłoby mi czasu na tak zwane książki wakacyjne, czytane wyłącznie dla przyjemności. Szczególnie że w dużej mierze literaturę traktuję jako narzędzie niezbędne do mojej pracy. Kiedy pisałem muzykę do filmu Wojtka Smarzowskiego o Wołyniu, to czytałem wszystko, co było związane z tym tematem. Podobnie działo się w przypadku projektów o powstaniu warszawskim czy powstaniu w getcie warszawskim. Ale szukam w tych lekturach nie tyle konkretnych informacji, ile punktów zaczepienia, rzeczy, które mogą mnie poruszyć. W mojej twórczości nie muszę przecież posługiwać się datami, nazwami miejsc czy innymi detalami. Mnie interesuje coś zupełnie innego, coś, co znajdzie wyraz w mojej muzyce.
A w jakiej sytuacji najczęściej czyta pan książki?
Sporo podróżuję pociągami. To stwarza idealną sytuację do czytania. Rytm pociągu plus lektura skłaniają mnie do zajrzenia w głąb siebie i podróżowania w wyobraźni. W zeszłym roku udałem się w taką podróż ze wspaniałym gruzińskim pisarzem Arczilem Kikodzem. Nie wiem, czy to dobre porównanie, ale on jest dla mnie takim gruzińskim Andrzejem Stasiukiem. Dzięki niemu zaglądnąłem do Tbilisi, miasta wypełnionego kulturą muzyczną. Nigdy tam nie byłem, ale Słoń południowy przekonał mnie, że słychać ją tam z każdego kąta. Akcja książki rozgrywa się w latach 60. i 70. Historia tego miejsca wychodzi z jego murów, by za chwilę się od nich odbić. Kikodze skojarzył mi się ze Stasiukiem, ponieważ pisarstwo zarówno jednego, jak i drugiego kryje w sobie cudowną tęsknotę. Obydwaj opisują swoją młodość, odwiedzane przez nich knajpy, przyjaciół, których wtedy spotkali, pierwsze miłości, pierwsze rozstania. Kikodze pisze o Berii, w którego sąsiedztwie mieszkał. Historia tego strasznie złego człowieka ciągnie się cieniem za pisarzem. Słonia południowego świetnie przełożyła na język polski Magda Nowakowska. To tłumaczka jeszcze jednej gruzińskiej książki, tę publikację też bardzo polecam. Nosi ona tytuł Kos kos jeżyna. Napisała ją Tamta Melaszwili.
Z tego wynika, że zwraca pan uwagę na to, jak książki są przetłumaczone.
Oczywiście. Dobre tłumaczenie bardzo pomaga w lekturze. Przeczytałem ostatnio w nowym przekładzie Piotra Tarczyńskiego Światłość w sierpniu Williama Faulknera. Choć muszę się przyznać, że rzadko sięgam po beletrystykę.
Od dłuższego czasu bardziej interesuje mnie to, jak widzą świat prawdziwi ludzie, jak go przeżywają. Nie szukam już w literaturze podobieństw do mnie samego, a zupełnie innego postrzegania rzeczywistości.
A wracając do Tbilisi – czy Słoń południowy sprawił, że chce pan tam polecieć?
Tak, nawet sprawdziłem, że do Gruzji lata tania linia Wizz Air, więc gdy znajdę trochę czasu, to się tam wybiorę. Zresztą już zdarzało mi się podążać tropem pisarzy. Gdy byłem młodszy, ciągnęło mnie do tej dzikiej Ameryki Williama Faulknera. Polska była jedynym krajem w bloku socjalistycznym, w którym sporo tłumaczono literatury amerykańskiej. Bez problemu można było u nas czytać książki Johna Steinbecka, a nawet Jamesa Baldwina. Zastanawiałem się nawet, czy to był wymyślony przez władze wentyl. Ale nie, komuniści nie musieli tej literatury jakoś specjalnie cenzurować, bo w tych książkach Ameryka jest strasznie źle przedstawiona. Weźmy za przykład Grona gniewu czy Absalomie, Absalomie… Ktoś, kto sięgał po te powieści, dowiadywał się, że tam jest jeszcze gorzej niż u nas. Na mnie te książki zawsze mocno oddziaływały.
A poezja? Domyślam się, że ma ona dla pana szczególne znaczenie. Pamiętam pana projekt z Marcinem Świetlickim, z którym nagrał pan płytę Cierpienie i wypoczynek.
Tak, dla mnie bardzo ważne jest to, że słowa ułożone w zdania ściśle odpowiadają muzycznej frazie. Szukam między tymi dwoma światami analogii.
Zdanie ułożone z liter, które bez siebie osobno nic nie znaczą, jest tak samo bez sensu jak piękne dźwięki bez historii. Muzyka jest muzyką tylko wtedy, gdy jest w niej opowieść. Może to być jeden dźwięk, ale musi nieść ze sobą i historię, i emocje.
Czasami wydaje mi się, że muzyka precyzyjniej opisuje pewne rzeczy, niż robią to słowa. Wspaniale jest, gdy połączy się z literaturą. W moim przypadku połączyła się także z prozą Jurija Andruchowycza i Andrzeja Stasiuka, a ostatnio z wierszami i listami Paula Celana.
Proszę o tym opowiedzieć.
Mamy z Robertem Więckiewiczem taki projekt zatytułowany Zmiennymi kluczami, w którym on czyta poezję Paula Celana, a ja cichutko towarzyszę mu na klarnecie basowym. W ten sposób raz te utwory odczarowuję, a za chwilę one mnie znowu zaczarowują. W tym projekcie znalazły się listy, które Celan pisał do Ingeborg Bachmann. Ona była córką nazisty, on Żydem z Czerniowców. Spotkali się tylko kilka razy w życiu, ale ich korespondencja trwała dwadzieścia pięć lat. To jest wstrząsające, mam w głowie całe frazy dedykowanych jej przez poetę wierszy. To jest poezja, która mnie unosi. Zabiera do świata, do którego nie mam klucza. A może mam, tylko trudno mi go odnaleźć. Daję się tej poezji porwać. Robert czyta te wiersze na takim przełamaniu, przez co jeszcze mocniej oddziałują. Po jednym z występów podeszła do nas pani, która powiedziała, że wszyscy w jej środowisku czytają Celana i mówią, jaki jest świetny. Też go czytała, ale przyznała się, że niewiele z tego zrozumiała. Dopiero tego wieczoru dotarło do niej każde jego słowo. Pomyślałem wtedy, że trzeba coś przeżyć wspólnie, przeczytać razem jakiś tekst, żeby on się w nas odezwał. Uważam, że sztuka jest sztuką dopiero wtedy, kiedy możemy się nią dzielić.
A pan dzieli się przeczytanymi książkami z bliski ludźmi?
Tak, mam przyjaciela, z którym wprawdzie rzadko się widuję, ale kiedy coś ciekawego przeczytamy, wysyłamy sobie zdjęcia z poruszającymi nas cytatami. Na przykład z Pociągu linii M Patti Smith.
To ważna dla pana książka?
Tak, Patti jest w niej przewodniczką po Ameryce i innych kontynentach. Prowadzi nas przez zakamarki swojej duszy i czytanych przez siebie powieści, oglądanych obrazów. Nie mogę zapomnieć, jak podąża za Harukim Murakamim i jego Kroniką ptaka nakręcacza czy jedzie do domu Fridy Kahlo w Meksyku.
Czy to, że pana ulubioną książkę napisała rockowa wokalistka, ma dla pana znaczenie?
Moje pokolenie kojarzyło Patti Smith wyłącznie z muzyką. Dla mnie jest ona też znakomitą pisarka, której dałem się porwać w piękną podróż Pociągiem linii M. W trakcie tej wyprawy zazdrościłem jej dorosłej kobiecości, tego, że potrafi poświęcać sobie czas w tak piękny sposób, że go tak cudownie, drogocennie trwoni. Opisuje na przykład, jak wraca z jakiegoś spotkania do Nowego Jorku. Samolot ma międzylądowanie w Londynie, więc ona postanawia też zrobić sobie przerwę, tylko dłuższą. Wysiada na lotnisku i idzie do hotelu jedynie po to, by skończyć swój ulubiony serial. Daje sobie luz – może siedzieć w knajpie, może pisać, może nosić stary płaszcz, a potem może go komuś oddać.
W momencie, kiedy człowiek przestaje gonić przed siebie i decyduje się zatrzymać, zaczyna dostrzegać to, co w życiu jest najważniejsze, czyli miłość i relacje z ludźmi.
Ona zresztą pisze, że ten wyścig, w którym wszyscy uczestniczymy, wydaje się jej śmieszny. I w tym tkwi jej mądrość. Doszedłem niedawno do takiego momentu w życiu, że chciałbym być jak Patti Smith.
Przez to, jak pan opowiada o Pociągu linii M, mam wrażenie, że jest to doskonała książka na wakacje.
Zgadzam się z panią. To dobra i mądra książka. Doskonale pamiętam, jak na nią trafiłem. Leżała w jakimś charity, była strasznie utytłana, miała zdartą okładkę, choć przecież wydawnictwo Czarne wcale jej tak dawno temu nie wydało. W środku było mnóstwo podkreśleń ołówkiem. I co ciekawe, to były dokładnie te zdania, które sam bym podkreślił. Dostałem tę książkę po kimś, tak jak kolejne osoby dostają płaszcz Patti. Pomyślałem wtedy: o rany, jaka moc potrafi być zaklęta w literaturze, moc, która łączy ze sobą ludzi.