Lato 1984 roku. „Siedzący obok na korytarzu młody człowiek wyciągnął z plecaka radiomagnetofon marki Grundig i śmiało nacisnął klawisz play. Przez ogłuszający stukot pociągu doszły do moich uszu jakieś rzężenia z list przebojów. Tak zaczęły się dla mnie wakacje”1.
W 1984 roku ukazał się album Realia Zdzisławy Sośnickiej, a tam jej nowa, kolejna piosenka o lecie – opatrzony kampowym teledyskiem do kampowego tekstu Jacka Cygana Deszczowy wielbiciel, który w zestawieniu Telewizyjnej Listy Przebojów z 28 lipca zajął siódmą pozycję i utrzymywał się w notowaniu jeszcze przez sierpień2. „Zamiast fal i [fali – P.S.] skąpej mody / mam deszczowy lipiec wody”; pojawia się tu również (rok wcześniej niż w Chałupach… Zbigniewa Wodeckiego) idea naturyzmu – „i nawet kota na turystę [naturystę – P.S.] chciałeś brać”. Na listę Programu Trzeciego Polskiego Radia piosenka nie weszła – z tejże wynotujmy natomiast inną, zagraniczną i queerową propozycję, która właśnie w lipcu znalazła się w notowaniach i utrzymywała w nich przez całe lato, Two Tribes zespołu Frankie Goes to Hollywood: „when two tribes go to war / a point is all you can score”. Kto wówczas znał angielski, mógł to łatwo odnieść do sytuacji w Polsce, jeśli już ulegał szerokiej potrzebie odnoszenia wszystkiego do sytuacji w Polsce. Sośnickiej i Cyganowi udało się nolens volens trafić z muzyczną prognozą: według historycznych danych pomiarowych temperatur za lipiec 1984 roku średnia temperatura w tym miesiącu wynosiła 10,3 stopnia Celsjusza, z krótkotrwałym peakiem od 8 do 15 lipca, kiedy udało się przekroczyć 30 stopni; padało mało, acz często3. „Słońce wychodziło zza chmur nader rzadko, za to nieustannie wiał chłodny, porywisty wiatr od morza […]. Piątego dnia mojego urlopu, gdy się wreszcie przejaśniło i nastał rzetelny upał…”4, pisze Bartosz Żurawiecki. Jeszcze jedna piosenka winna wybrzmieć z Grundiga w pociągu – Droga pani z telewizji Lombardu, choć jako nagrana w 1982 roku, zakończyła wówczas swój pasaż po listach przebojów. I tę akurat raz w powieści się wspomina („W rewanżu Leoś zaczął nucić Drogą panią z telewizji”)5. Ale też wolno szukać kondensatu z okresu po stanie wojennym, skoro:
nie powiem wam nawet, czy był to rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty trzeci, czy czwarty. Dobrze, przyjmijmy, że osiemdziesiąty czwarty, to lepiej brzmi, tak po orwellowsku, profetycznie, jak proroctwo drugiej świeżości6.
Ma to jakieś znaczenie? Mamy wszak do czynienia z powieścią, fikcją, fantazją wręcz (dla niepoznaki opatrzoną podtytułem Wspomnienia starego idioty, nieco po fredrowsku, a nieco dla podkreślenia zastosowanej tu formy gatunkowo-narracyjnej, czyli gawędy). Tymczasem okazuje się, że autor, jeśli się go sprawdzi, wykazuje się researchem – na podstawie opisów pogody w Ach, Ustka!… w relacji do historycznych danych można opracować prawie ścisły kalendarz powieściowych dat. To raz. Dwa – dla autora PRL lat 80. to przede wszystkim nie fakty historyczne, te zwane wielkimi, a fakty kulturowe, zwłaszcza muzyka (polska). Nie twierdzę, że fabuła została wysnuta z tekstów piosenek – sam kiedyś rozważałem napisanie nowelki kryminalnej pod tytułem Śmierć (w) dyskotece, która ujawniałaby „nieznane, sensacyjne tło” hitu Lombardu – ale że dla rekonstrukcji tego czasu kultura, głównie muzyka (mało tu kina, z racji profesji głównego bohatera, „kierownika literackiego w teatrze”, mamy kondensat z polskiego teatru tamtych lat), jest prymarna. Bo może też głównie warta pamiętania? – powiadałby autor. Spory między two tribes funkcjonują w tle, choć i stamtąd potrafią mruknąć. Co do sprawy pierwszej, to znaczy ugruntowania fantazji w obficie zgromadzonym i solidnie zanalizowanym materiale historycznym – mówimy o sprawdzaniu pogody, list przebojów, ale także o przeglądzie historycznych zdjęć Ustki (na stronie internetowej fotopolska.pl oraz w innych źródłach online można znaleźć szereg fotografii miejscowości z lat 80.)7, które to gesty teraz za autorem, jak mniemam, powtarzam na użytek recenzji – to z pewnością pomogło tu doświadczenie reportażysty, jakie po czterech powieściach i tomie dramatów do swojego emploi dołożył Żurawiecki, poczynając od Festiwali wyklętych (2019)8, a kończąc na znakomitej Ojczyźnie moralnie czystej (2023)9. Jakkolwiek, o czym będę jeszcze mówił szerzej, Ach, Ustka!… bliżej tematycznie, a może i pod względem czasu powstania, do tej pierwszej pozycji. Co do spojrzenia na historię PRL prymarnie przez pryzmat kultury, a sekundarnie wydarzeń politycznych – zapewne perspektywa ta wynika z kulturoznawczego wykształcenia autora. Ale też jest świadomie subwersywna. Dość już (mamy) – zdaje się mówić Żurawiecki – (o)powieści o latach 80. (i szerzej o PRL) powielających „kompleks polski”, relegujący kulturę, w tym i jej sferę rozrywkową, na marginesy, bądź usilnie rozpatrujących ją głównie jako funkcję polityki kulturalnej. Aby to unaocznić, zestawmy w charakterze „alegorii” dwie sceny. Pierwsza – rozmowa nastolatków:
– Wolisz Ostrowską czy Urszulę? – zapytał Gejga Maurycego […]. – Daj spokój. – Leoś prychnął. – Przecież on nie odróżnia Ostrowskiej od Ciechowskiego. Może chociaż wiesz, kto to Jarocka?10
Gwoli wyjaśnienia: Maurycy jest hetero, a Leoś i Gejga są gejami, przy czym pseudonim tego ostatniego jest tyleż gejowski, co, znów, muzyczny:
Nie znosi tego imienia [Tomek – P.S.], więc wziął sobie inne. Na cześć tej lafiryndy, Gaygi […], więc zmienił sobie „gay” na „gej”, żeby nikt się nie poznał11.
(Gayga, skrzypaczka i nawiasem mówiąc, ówczesna ikona gejowska, wywodziła swój pseudonim od niemieckiego „geige”, skrzypce).12 Alegoria druga to kot widmo (kot naturysta?) zamieszkujący podobnież domostwo Wiesi i jej syna Leona, którego nikt nie widział, choć go słyszano.
Cierpi na bezsenność od karnawału Solidarności […]. Ale w stanie wojennym to już mu się całkiem pogorszyło. Tłucze się dzień i noc, spać nie można. I niech mu pan żadnego mięsa nie daje. I tak nie tknie. Jarosz13.
A na imię ma… (no bo co robi kot, się wałęsa przecież):
– Wałęsa. – I zaraz potem, wciąż pochylona nad mym uchem, wrzasnęła, jakbym miał w uchu podsłuch: – To znaczy Czarna. Bo to kotka. Chyba. Hermafrodyta.
Złapałem się za głowę, bo znowu mi się w niej zakręciło. – Czarna Wałęsa – wymamrotałem. – Jakże… antyimperialistycznie!14
I tak to polityka wiedzie żywot widmowy w kurorcie, czasem słychać jakieś pobrzęki, ale nikt jej za kark nie złapał, pazurów nie przycinał, ba, nawet nie sterylizował. „Gdzieś z podwórza doszło do naszych uszu przeciągłe, upiorne miauczenie. Jakby władza dusiła opozycję. – To tylko Wałęsa – wyjaśniła Wiesia, przerywając ciszę”15. Dość już mamy – zdaje się mówić Żurawiecki – opowieści o PRL w tonacji ciężkiej; spróbujmy się przegiąć!
Stąd gawęda narratora jest frywolna; lekka, acz niepozbawiona kampowania i queerowania polskości i polityczności. Ba, nawet jego nazwisko – Jan Tupolewski – zawiera zupełnie ahistoryczne zresztą przegięcie gęstego sosu polityczności – Tupolew(ski), tragedia, katastrofa, a tu opowiastka o trójkąciku w kurorciku. I tak „dramat” narodu skolejkowanego okazuje się szansą dla froterysty:
My tu w Polsce tak udajemy, że nie mamy głowy do tych spraw. […] Wie pan, odkąd nastały te ciężkie czasy, to ja mam naprawdę lżej. Ludzie się tłoczą w kolejkach, wchodzą jeden na drugiego, a ja wślizguję się między nich i macam, i ocieram się, i wdycham ich pot, i szczytuję w spodnie. […] Albo jeżdżę pociągami z jednego krańca Polski na drugi16.
Także „etiologia” – domorosła autodiagnoza froterysty – queeruje polski etos wojenny, froterysta mianowicie był w partyzantce podczas drugiej wojny światowej: „wie pan, najbardziej to lubiłem, jak zabijaliśmy w lesie jakiegoś Niemca, a potem rozbieraliśmy go do naga”17. Tu może być ukryte nawiązanie do Szumów, zlepów, ciągów Mirona Białoszewskiego, który trupy Niemców opisywał jako „pornograficzne lale III Rzeszy”. W ostatnich latach temat polsko-niemieckich relacji seksualnych z okresu okupacji już zresztą parokroć wypływał w różnorakich realizacjach – od bardziej podniosłych ujęć towarzyszących historii „Stefana K.” po anegdoty Jerzego Nasierowskiego w reportażu Dziwniejsza historia Remigiusza Ryzińskiego, bliższe tonem powieści Żurawieckiego18. Polskie świętości – stan wojenny, wojna i okupacja, co jeszcze, wieszcze?
Podczas ucieczki zgubiłem jednak „Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego”. Pamiętam, że w panice zabrałem je ze sobą do klozetu i odłożyłem na półeczkę nad umywalką. Najwyraźniej musiały tam zostać. Miejmy nadzieję, że posłużyły komuś za papier toaletowy, którego wówczas w polskich pociągach próżno było szukać19.
Najlepiej wątek ten podsumowuje stwierdzenie Leona, które na sztandarach brzmiałoby: „mniej krwi, więcej spermy”, w powieściowym dialogu natomiast dotyczy interpretacji Ślubu Witolda Gombrowicza jako „rozwodu z Polską niezakłamaną, niezafałszowaną, prawdziwą i komunistyczną też. Tą, która ciągli krwi się domaga. A ja tam od krwi wolę twoją spermę”20. Ustka – chustka. Do ocierania.
Nie jest wszak queerowanie polskiej historii, tradycji, ocieranie sztandaru (ch)ustką z nie-krwi, jedynym powodem napisania tej powieści. Być może nawet jest powodem pobocznym w stosunku do dwóch pozostałych otarć. Pierwsze otarcie – łez. A zatem motywacja, określmy ją nieco umownie, psychologiczna. Nie dokonam tu zdumiewającej psychoanalizy ani też nie podejrzewam, że uświadomię autorowi coś, czego sam sobie nie uświadamiał – nie powątpiewam w jego wysoką samoświadomość. Ach, Ustka!… i powrót do lat 80. są bowiem formą ustosunkowania się – wolę to określenie niż „przepracowanie” – do własnej młodości oraz zawarcia paktu między nią a sobą dojrzałym. Brzmi mądrze. Ale, jak na lekką i queerową literaturę przystało, mądrość tę obleczono w erotykę. W najogólniejszym zarysie wakacyjny turnus nad morzem powtarza niejako – po pierwsze – Gombrowicza, lecz nie Ślub akurat, a Kosmos, tylko bez jego komplikacji, a więc wyjazd do kurortu, posiłki przy stole z osobliwymi interakcjami oraz morderstwo, w tekście Gombrowicza tajemnicze, w powieści Żurawieckiego banalne, acte gratuit. No i zasadnicza różnica: w książce Żurawieckiego ludzie sypiają ze sobą (w utworze Gombrowicza zaś, jak wiadomo, doznają paranoi zastępczych). Po drugie – autor rozgrywa tu schemat fabularny Lolity: najpierw Tupolewski nawiązuje romans ze swoją gospodynią, Wiesią, a następnie syn Wiesi, Leoś, uwodzi Jana i mamy ménage à trois. Różnica jest stosownie do czasów i queerowości subwersywna; o ile wykreowany przez Vladimira Nabokova Humbert Humbert jest profesorem i mędrcem oświecającym obie kobiety, a szczególnie nastolatkę, o tyle „Lolit” Żurawieckiego, Leoś, jest nieskończenie bardziej oczytany i inteligentniejszy od życiowo i intelektualnie gapowatego Tupolewskiego. To Leoś pożycza Janowi wszystkie książki, które ten, kierownik literacki teatru, musi przyswoić przed kolejnym sezonem. I to on strzela błyskotliwymi aforyzmami, które skądinąd znamy z łamów powieści, a także felietonów Żurawieckiego21. O ile więc bohater z racji wieku – ale racja to niebłaha – wydaje się nam, mówiąc grubo, „Żurawieckim w powieści”, jego porte-parole, o tyle odpowiadam, że owszem, ale wyłącznie ze względu na wiek ów właśnie. Tupolewski ma czterdzieści jeden lat. Dane biograficzne nie uzgadniają się z powieścią idealnie; szacuję, że powstawała ona w podobnym okresie co Festiwale wyklęte, a zatem pisarz miał wówczas około czterdziestu ośmiu lat. Powieściowy Leoś idzie do liceum, co oznacza, że ma około piętnastu lat, jest więc po przekroczeniu „wieku zgody” i ewentualnych domniemanych kontrowersji politycznych tu nie ma, choć poprawnościowopolityczni tropiciele groomerstwa być może nie znajdą litości. Także i wobec Leona musimy wykonać małą korektę, małe naciągnięcie – w 1984 roku Żurawiecki miał trzynaście lat. Ale wspominam to tylko z pedanterii. Słowem – dojrzały gay daddy pyta o to, kim był w przeszłości, szuka dawnego siebie, jakkolwiek banalnie to brzmi. Czy pyta o to, co się z nim stało? Tu odpowiedź jest bardziej złożona i powróci w kolejnym akapicie. W kluczowym dialogu pomiędzy kochankami, oczywiście w łóżku, starszy mówi: „Takie młode ciałko może być, kim zechce. Wszystko przed nim, każde wcielenie”22; i później o swoim ówczesnym ciele: „teraz tęsknię za tamtym ciałem, ono przynajmniej miało jakieś perspektywy”. Na co, odrobinę skracam, młodszy odpowiada bezceremonialnie: „A zerżnąłbyś siebie młodego?”23. W planie symbolicznym właśnie „zerżnął”. To nie wszystko, można wręcz powiedzieć, używając rozgrywanej w powieści metafory, że gay daddy bierze tutaj równocześnie ślub i rozwód ze sobą jako twinkiem, puerem senexem. Otóż Tupolewski czyta w wakacje, z dużymi trudnościami, Ślub Gombrowicza, ponieważ ma on zostać wystawiony w jego teatrze w Poznaniu, oczywiście jako symbol. Zdaniem reżysera spektakl ma być o „zaślubinach z Polską niezakłamaną, niezafałszowaną. Polską prawdziwą, a nie komunistyczną”. Błyskotliwy Leon przedstawia kontrinterpretację: „Ślub jest o rozwodzie. O rozwodzie z Polską niezakłamaną, niezafałszowaną, prawdziwą i komunistyczną”24. Takim duktem „analogia między naszym romansem a Gombrowiczem była ewidentna”25. Ale w powieści jest jeszcze jedno alter ego Żurawieckiego, także błyskotliwsze od Tupolewskiego. (W ogóle należy przyjąć roboczo taką zasadę, że głosu autora i nosiciela tego głosu, czyli porte-parole, należy poszukiwać w postaciach wyrażających się błyskotliwie i paradoksalnie, w duchu Oscara Wilde’a, a przecież nie wszystkie są takie, w najmniejszym stopniu Wiesia, ale i Jan „nie nadanża”). To „droga pani z telewizji”, słynna prezenterka, Anna Hedonia. O ile powszechnie uważa się, że piosenka Lombardu celuje w Irenę Dziedzic, o tyle tu nie ma chyba czytelnego odniesienia, Hedonia jest raczej syntezą rozmaitych niegdysiejszych gwiazd PRL-owskiej rozrywki. Jest diwą, ale musimy mieć w pamięci, co Żurawiecki napisał o diwach realnosocjalistycznych w swojej biografii Bogusława Kaczyńskiego Primadonna (2024):
wielki i pompatyczny kult diw został w Polsce sprowadzony do wymiarów kraju przaśnego, biednego, prowincjonalnego i pozbawionego królewskiego splendoru. Takiego, w którym nie ma królowych, są tylko ciotunie. Nie ma tutaj także diw z prawdziwego zdarzenia. W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej diwy mieszkają w blokach i stoją w ogonku po mięso26.
Zobrazuję to pikantne połączenie swojskości, diwowatości i błyskotliwości (a też raz jeszcze queerowania polskości) jednym cytatem ze sceny, gdy Hedonia podejmuje herbatką Tupolewskiego w ekskluzywnym jak na tamte lata ośrodku wojskowym:
– Takie tu niby luksusy, a widzi pan, musimy grzać wodę grzałką w łazience. – Hedonia prychnęła z niesmakiem. – Cóż to za plebejski kraj! I po to mój ojciec zginął w Katyniu, żeby grzać teraz grzałką!27
O ile więc Leoś reprezentuje fantazmatycznego młodego siebie do odzyskania, o tyle Hedonia jest po części „tym, kim chciałby on być”. Choć Tupolewski raz kiedyś przespał się z Hedonią, obecnie w jego relacji z diwą – madonną – panuje aerotyzm, i to się mieści w nazwisku znaczącym tej bohaterki: „hedonia” – pożądanie, ale zapisane „An. Hedonia” odsyła już do „anhedonii”, braku odczuwania przyjemności, braku pożądania. Pożąda być nią (hedonia), ale nie pożąda być z nią (anhedonia). I tak też klasycy teorii queer charakteryzują gejowski kult diw28.
A teraz otarcie drugie – oczu ze zdumienia. Powieść nie kończy się wraz z turnusem, choć w tej najobszerniejszej części obowiązuje owa erotyczna w trójcy jedyność z daddym, son i madonną. Ostatni rozdział (o charakterze epilogu), osadzony w czasach transformacji i nam współczesnych, stanowi formę rozwodu autora z samym sobą: Leon i Hedonia przestają być projekcjami twórcy. Niegdysiejszy błyskotliwy, śmiały i zadziorny gej okazuje się założycielem partii nacjonalistycznej, a Hedonia kandydatką na senatorkę z ramienia tego ugrupowania.
Gdzie się podział koci wdzięk, ta giętkość ruchów, która pozwoliła mu przed laty opleść mnie ramionami i wyssać ze mnie wszystko, co było do wyssania? Głos mu stwardniał29.
To nie jest science fiction – a jeden z ważniejszych powodów napisania tej powiastki. Otóż w trakcie zbierania materiałów do Festiwali wyklętych, reportażu o festiwalach w Kołobrzegu i Zielonej Górze, Żurawiecki z niemałym zaskoczeniem odkrył, że w wielu biografiach niegdysiejszych idoli, umoczonych, wydawać by się mogło, w komunizm, powtarza się schemat: ich akces do hiperprawicowych środowisk, występy w TV Trwam i tym podobne. To casus między innymi Macieja Wróblewskiego, który zdecydował się na rozmowę z Żurawieckim. Cytuję fragment z Festiwali…: „A najlepsze, że ci sami, którzy kiedyś nie podawali mi ręki, bo śpiewałem ruskie piosenki, to teraz mi nie podają, bo się zadałem z Rydzykiem”30. W większym stopniu, jak sądzę, hipokryzja dotyczy tu środowisk prawicowo-kościelnych aniżeli ludzi niegdyś przyzwyczajonych do blichtru, którzy próbują jakoś się odnaleźć. W tym kierunku zmierza też autointerpretacja Hedonii:
Wie pan, choć zagrzebałam się w klasztorze, to w gruncie rzeczy marzyłam o powrocie w światła jupiterów. Tak, jestem próżna, ale to pewnie pan sam zauważył dawno temu31.
Modelowo i syntetycznie natomiast obrazuje hipokryzję prezentacja Hedonii dokonana przez Leona, eks(?)geja narodowca, w stylu dobrze znanym z ostatnich kilku lat w Polsce – Hedonii, którą jej syn zwyzywał lata temu „od zdrajczyń ojczyzny, sowieckich agentek i reżimowych kurew”, a która dziś wkracza na scenę w aureoli świętości: „była Konradem Wallenrodem czasów komuny, przemycając w kłamliwej telewizji symbole prawdziwej Polski”32.
Tak, do ocierania łez ze śmiechu niejednokrotnie też.
1 B. Żurawiecki, Ach, Ustka! Wspomnienia starego idioty, Olsztyn: Wydawnictwo Seqoja, 2026, s. 28.
2 Telewizyjna lista przebojów, online: https://pl.wikipedia.org/wiki/Telewizyjna_lista_przeboj%C3%B3w [dostęp: 6.07.2026].
3 Zob. na przykład Forum wielotematyczne LUKEDIRT, online: https://www.lukedirt.com.pl/printview.php?t=2006&start=0 [dostęp: 6.07.2026].
4 B. Żurawiecki, Ach, Ustka!…, s. 45.
5 Tamże, s. 102.
6 Tamże, s. 10.
7 Ustka – zdjęcia z lat 1981–1999, online: https://fotopolska.eu/zdjecia/m31715,Ustka.html?zakres=8&zdjeciaOd=1981&zdjeciaDo=1999&f=1127760-foto [dostęp: 6.07.2026].
8 B. Żurawiecki, Festiwale wyklęte, Warszawa: Krytyka Polityczna, 2019.
9 Tenże, Ojczyzna moralnie czysta. Początki HIV w Polsce, Wołowiec: Czarne, 2023. Zob. moją recenzję: P. Sobolczyk, Mięsak ojczyzny [rec. B. Żurawieckiego], „Czas Kultury” 2023, nr 23, online: https://czaskultury.pl/artykul/miesak-ojczyzny/ [dostęp: 6.07.2026].
10 B. Żurawiecki, Ach, Ustka!…, s. 107.
11 Tamże, s. 106.
12 Zob. o Gaydze i polskim queerowo-kampowym postpunku mój esej: P. Sobolczyk, Od Queercore do kultury nienormatywnych bedroom producers, który ukaże się w numerze 2/2026 (353) „Kontekstów. Polskiej sztuki ludowej” w bloku tematycznym o queerowej muzyce rozrywkowej (pod redakcją Jakuba Orzeszka i moją).
13 B. Żurawiecki, Ach, Ustka!…, s. 37.
14 Tamże, s. 38.
15 Tamże, s. 93–94.
16 Tamże, s. 26.
17 Tamże, s. 27.
18 Zob. esej Między lalą-Niemcem a podobnież-Żydem męskość polska może się wydarzyć (także u Białoszewskiego) w mojej książce Tajne przez Białoszewskie, Gdańsk: Fundacja terytoria książki, 2025 (tu zwłaszcza s. 110–116).
19 B. Żurawiecki, Ach, Ustka!…, s. 28.
20 Tamże, s. 103.
21 Od wielu lat Żurawiecki prowadzi cykl felietonów w dwumiesięczniku LGBTQ+ „Replika”, którego jest współredaktorem. Wybór trzynastu felietonów z różnych lat znalazł się w jubileuszowej książce „Repliki”: Ludzie nie ideologia, red. B. Żurawiecki, Warszawa: Krytyka Polityczna, 2021, s. 383–410.
22 B. Żurawiecki, Ach, Ustka!…, s. 98.
23 Tamże, s. 99.
24 Tamże, s. 103.
25 Tamże, s. 90.
26 Zob. B. Żurawiecki, Primadonna. Biografia Bogusława Kaczyńskiego, Warszawa: Agora, 2024, s. 69–70. O przaśnych diwach w PRL zob. też rozdział: Białoszewski i środkowoeuropejski biedakamp w mojej cytowanej już książce Tajne przez Białoszewskie (tu zwłaszcza s. 165–172).
27 B. Żurawiecki, Ach, Ustka!…, s. 74.
28 Raz jeszcze odsyłam do fragmentu o gejowskich diwach w moim cytowanym wyżej eseju o biedakampie.
29 B. Żurawiecki, Ach, Ustka!…, s. 201.
30 Tenże, Festiwale wyklęte, s. 163. Odsyłam także do innych wypowiedzi Wróblewskiego: zob. tamże, s. 162, 164.
31 Tenże, Ach, Ustka!…, s. 211.
32 Tamże, s. 206.
