Ustka do ocierania (oczu)

Lato 1984 roku. „Sie­dzą­cy obok na kory­ta­rzu mło­dy czło­wiek wycią­gnął z ple­ca­ka radio­ma­gne­to­fon mar­ki Grun­dig i śmia­ło naci­snął kla­wisz play. Przez ogłu­sza­ją­cy stu­kot pocią­gu doszły do moich uszu jakieś rzę­że­nia z list prze­bo­jów. Tak zaczę­ły się dla mnie waka­cje”1.

W 1984 roku uka­zał się album Realia Zdzi­sła­wy Sośnic­kiej, a tam jej nowa, kolej­na pio­sen­ka o lecie – opa­trzo­ny kam­po­wym tele­dy­skiem do kam­po­we­go tek­stu Jac­ka Cyga­na Desz­czo­wy wiel­bi­ciel, któ­ry w zesta­wie­niu Tele­wi­zyj­nej Listy Prze­bo­jów z 28 lip­ca zajął siód­mą pozy­cję i utrzy­my­wał się w noto­wa­niu jesz­cze przez sier­pień2. „Zamiast fal i [fali – P.S.] ską­pej mody / mam desz­czo­wy lipiec wody”; poja­wia się tu rów­nież (rok wcze­śniej niż w Cha­łu­pach… Zbi­gnie­wa Wodec­kie­go) idea natu­ry­zmu – „i nawet kota na tury­stę [natu­ry­stę – P.S.] chcia­łeś brać”. Na listę Pro­gra­mu Trze­cie­go Pol­skie­go Radia pio­sen­ka nie weszła – z tej­że wyno­tuj­my nato­miast inną, zagra­nicz­ną i queero­wą pro­po­zy­cję, któ­ra wła­śnie w lip­cu zna­la­zła się w noto­wa­niach i utrzy­my­wa­ła w nich przez całe lato, Two Tri­bes zespo­łu Fran­kie Goes to Hol­ly­wo­od: „when two tri­bes go to war / a point is all you can sco­re”. Kto wów­czas znał angiel­ski, mógł to łatwo odnieść do sytu­acji w Pol­sce, jeśli już ule­gał sze­ro­kiej potrze­bie odno­sze­nia wszyst­kie­go do sytu­acji w Pol­sce. Sośnic­kiej i Cyga­no­wi uda­ło się nolens volens tra­fić z muzycz­ną pro­gno­zą: według histo­rycz­nych danych pomia­ro­wych tem­pe­ra­tur za lipiec 1984 roku śred­nia tem­pe­ra­tu­ra w tym mie­sią­cu wyno­si­ła 10,3 stop­nia Cel­sju­sza, z krót­ko­trwa­łym peakiem od 8 do 15 lip­ca, kie­dy uda­ło się prze­kro­czyć 30 stop­ni; pada­ło mało, acz czę­sto3. „Słoń­ce wycho­dzi­ło zza chmur nader rzad­ko, za to nie­ustan­nie wiał chłod­ny, pory­wi­sty wiatr od morza […]. Pią­te­go dnia moje­go urlo­pu, gdy się wresz­cie prze­ja­śni­ło i nastał rze­tel­ny upał…”4, pisze Bar­tosz Żura­wiec­ki. Jesz­cze jed­na pio­sen­ka win­na wybrzmieć z Grun­di­ga w pocią­gu – Dro­ga pani z tele­wi­zji Lom­bar­du, choć jako nagra­na w 1982 roku, zakoń­czy­ła wów­czas swój pasaż po listach prze­bo­jów. I tę aku­rat raz w powie­ści się wspo­mi­na („W rewan­żu Leoś zaczął nucić Dro­gą panią z tele­wi­zji”)5. Ale też wol­no szu­kać kon­den­sa­tu z okre­su po sta­nie wojen­nym, sko­ro:

nie powiem wam nawet, czy był to rok tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­ty trze­ci, czy czwar­ty. Dobrze, przyj­mij­my, że osiem­dzie­sią­ty czwar­ty, to lepiej brzmi, tak po orwel­low­sku, pro­fe­tycz­nie, jak pro­roc­two dru­giej świe­żo­ści6.

Ma to jakieś zna­cze­nie? Mamy wszak do czy­nie­nia z powie­ścią, fik­cją, fan­ta­zją wręcz (dla nie­po­zna­ki opa­trzo­ną pod­ty­tu­łem Wspo­mnie­nia sta­re­go idio­ty, nie­co po fre­drow­sku, a nie­co dla pod­kre­śle­nia zasto­so­wa­nej tu for­my gatun­ko­wo-nar­ra­cyj­nej, czy­li gawę­dy). Tym­cza­sem oka­zu­je się, że autor, jeśli się go spraw­dzi, wyka­zu­je się rese­ar­chem – na pod­sta­wie opi­sów pogo­dy w Ach, Ust­ka!… w rela­cji do histo­rycz­nych danych moż­na opra­co­wać pra­wie ści­sły kalen­darz powie­ścio­wych dat. To raz. Dwa – dla auto­ra PRL lat 80. to przede wszyst­kim nie fak­ty histo­rycz­ne, te zwa­ne wiel­ki­mi, a fak­ty kul­tu­ro­we, zwłasz­cza muzy­ka (pol­ska). Nie twier­dzę, że fabu­ła zosta­ła wysnu­ta z tek­stów pio­se­nek – sam kie­dyś roz­wa­ża­łem napi­sa­nie nowel­ki kry­mi­nal­nej pod tytu­łem Śmierć (w) dys­ko­te­ce, któ­ra ujaw­nia­ła­by „nie­zna­ne, sen­sa­cyj­ne tło” hitu Lom­bar­du – ale że dla rekon­struk­cji tego cza­su kul­tu­ra, głów­nie muzy­ka (mało tu kina, z racji pro­fe­sji głów­ne­go boha­te­ra, „kie­row­ni­ka lite­rac­kie­go w teatrze”, mamy kon­den­sat z pol­skie­go teatru tam­tych lat), jest pry­mar­na. Bo może też głów­nie war­ta pamię­ta­nia? – powia­dał­by autor. Spo­ry mię­dzy two tri­bes funk­cjo­nu­ją w tle, choć i stam­tąd potra­fią mruk­nąć. Co do spra­wy pierw­szej, to zna­czy ugrun­to­wa­nia fan­ta­zji w obfi­cie zgro­ma­dzo­nym i solid­nie zana­li­zo­wa­nym mate­ria­le histo­rycz­nym – mówi­my o spraw­dza­niu pogo­dy, list prze­bo­jów, ale tak­że o prze­glą­dzie histo­rycz­nych zdjęć Ust­ki (na stro­nie inter­ne­to­wej fotopolska.pl oraz w innych źró­dłach onli­ne moż­na zna­leźć sze­reg foto­gra­fii miej­sco­wo­ści z lat 80.)7, któ­re to gesty teraz za auto­rem, jak mnie­mam, powta­rzam na uży­tek recen­zji – to z pew­no­ścią pomo­gło tu doświad­cze­nie repor­ta­ży­sty, jakie po czte­rech powie­ściach i tomie dra­ma­tów do swo­je­go emploi doło­żył Żura­wiec­ki, poczy­na­jąc od Festi­wa­li wyklę­tych (2019)8, a koń­cząc na zna­ko­mi­tej Ojczyź­nie moral­nie czy­stej (2023)9. Jak­kol­wiek, o czym będę jesz­cze mówił sze­rzej, Ach, Ust­ka!… bli­żej tema­tycz­nie, a może i pod wzglę­dem cza­su powsta­nia, do tej pierw­szej pozy­cji. Co do spoj­rze­nia na histo­rię PRL pry­mar­nie przez pry­zmat kul­tu­ry, a sekun­dar­nie wyda­rzeń poli­tycz­nych – zapew­ne per­spek­ty­wa ta wyni­ka z kul­tu­ro­znaw­cze­go wykształ­ce­nia auto­ra. Ale też jest świa­do­mie sub­wer­syw­na. Dość już (mamy) – zda­je się mówić Żura­wiec­ki – (o)powieści o latach 80. (i sze­rzej o PRL) powie­la­ją­cych „kom­pleks pol­ski”, rele­gu­ją­cy kul­tu­rę, w tym i jej sfe­rę roz­ryw­ko­wą, na mar­gi­ne­sy, bądź usil­nie roz­pa­tru­ją­cych ją głów­nie jako funk­cję poli­ty­ki kul­tu­ral­nej. Aby to una­ocz­nić, zestaw­my w cha­rak­te­rze „ale­go­rii” dwie sce­ny. Pierw­sza – roz­mo­wa nasto­lat­ków:

– Wolisz Ostrow­ską czy Urszu­lę? – zapy­tał Gej­ga Mau­ry­ce­go […]. – Daj spo­kój. – Leoś prych­nął. – Prze­cież on nie odróż­nia Ostrow­skiej od Cie­chow­skie­go. Może cho­ciaż wiesz, kto to Jaroc­ka?10

Gwo­li wyja­śnie­nia: Mau­ry­cy jest hete­ro, a Leoś i Gej­ga są geja­mi, przy czym pseu­do­nim tego ostat­nie­go jest tyleż gejow­ski, co, znów, muzycz­ny:

Nie zno­si tego imie­nia [Tomek – P.S.], więc wziął sobie inne. Na cześć tej lafi­ryn­dy, Gay­gi […], więc zmie­nił sobie „gay” na „gej”, żeby nikt się nie poznał11.

(Gay­ga, skrzy­pacz­ka i nawia­sem mówiąc, ówcze­sna iko­na gejow­ska, wywo­dzi­ła swój pseu­do­nim od nie­miec­kie­go „geige”, skrzyp­ce).12 Ale­go­ria dru­ga to kot wid­mo (kot natu­ry­sta?) zamiesz­ku­ją­cy podob­nież domo­stwo Wie­si i jej syna Leona, któ­re­go nikt nie widział, choć go sły­sza­no.

Cier­pi na bez­sen­ność od kar­na­wa­łu Soli­dar­no­ści […]. Ale w sta­nie wojen­nym to już mu się cał­kiem pogor­szy­ło. Tłu­cze się dzień i noc, spać nie moż­na. I niech mu pan żad­ne­go mię­sa nie daje. I tak nie tknie. Jarosz13.

A na imię ma… (no bo co robi kot, się wałę­sa prze­cież):

– Wałę­sa. – I zaraz potem, wciąż pochy­lo­na nad mym uchem, wrza­snę­ła, jak­bym miał w uchu pod­słuch: – To zna­czy Czar­na. Bo to kot­ka. Chy­ba. Her­ma­fro­dy­ta.
Zła­pa­łem się za gło­wę, bo zno­wu mi się w niej zakrę­ci­ło. – Czar­na Wałę­sa – wymam­ro­ta­łem. – Jak­że… anty­im­pe­ria­li­stycz­nie!14

I tak to poli­ty­ka wie­dzie żywot wid­mo­wy w kuror­cie, cza­sem sły­chać jakieś pobrzę­ki, ale nikt jej za kark nie zła­pał, pazu­rów nie przy­ci­nał, ba, nawet nie ste­ry­li­zo­wał. „Gdzieś z podwó­rza doszło do naszych uszu prze­cią­głe, upior­ne miau­cze­nie. Jak­by wła­dza dusi­ła opo­zy­cję. – To tyl­ko Wałę­sa – wyja­śni­ła Wie­sia, prze­ry­wa­jąc ciszę”15. Dość już mamy – zda­je się mówić Żura­wiec­ki – opo­wie­ści o PRL w tona­cji cięż­kiej; spró­buj­my się prze­giąć!

Stąd gawę­da nar­ra­to­ra jest fry­wol­na; lek­ka, acz nie­po­zba­wio­na kam­po­wa­nia i queero­wa­nia pol­sko­ści i poli­tycz­no­ści. Ba, nawet jego nazwi­sko – Jan Tupo­lew­ski – zawie­ra zupeł­nie ahi­sto­rycz­ne zresz­tą prze­gię­cie gęste­go sosu poli­tycz­no­ści – Tupolew(ski), tra­ge­dia, kata­stro­fa, a tu opo­wiast­ka o trój­ką­ci­ku w kuror­ci­ku. I tak „dra­mat” naro­du sko­lej­ko­wa­ne­go oka­zu­je się szan­są dla fro­te­ry­sty:

My tu w Pol­sce tak uda­je­my, że nie mamy gło­wy do tych spraw. […] Wie pan, odkąd nasta­ły te cięż­kie cza­sy, to ja mam napraw­dę lżej. Ludzie się tło­czą w kolej­kach, wcho­dzą jeden na dru­gie­go, a ja wśli­zgu­ję się mię­dzy nich i macam, i ocie­ram się, i wdy­cham ich pot, i szczy­tu­ję w spodnie. […] Albo jeż­dżę pocią­ga­mi z jed­ne­go krań­ca Pol­ski na dru­gi16.

Tak­że „etio­lo­gia” – domo­ro­sła auto­dia­gno­za fro­te­ry­sty – queeru­je pol­ski etos wojen­ny, fro­te­ry­sta mia­no­wi­cie był w par­ty­zant­ce pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej: „wie pan, naj­bar­dziej to lubi­łem, jak zabi­ja­li­śmy w lesie jakie­goś Niem­ca, a potem roz­bie­ra­li­śmy go do naga”17. Tu może być ukry­te nawią­za­nie do Szu­mów, zle­pów, cią­gów Miro­na Bia­ło­szew­skie­go, któ­ry tru­py Niem­ców opi­sy­wał jako „por­no­gra­ficz­ne lale III Rze­szy”. W ostat­nich latach temat pol­sko-nie­miec­kich rela­cji sek­su­al­nych z okre­su oku­pa­cji już zresz­tą paro­kroć wypły­wał w róż­no­ra­kich reali­za­cjach – od bar­dziej pod­nio­słych ujęć towa­rzy­szą­cych histo­rii „Ste­fa­na K.” po aneg­do­ty Jerze­go Nasie­row­skie­go w repor­ta­żu Dziw­niej­sza histo­ria Remi­giu­sza Ryziń­skie­go, bliż­sze tonem powie­ści Żura­wiec­kie­go18. Pol­skie świę­to­ści – stan wojen­ny, woj­na i oku­pa­cja, co jesz­cze, wiesz­cze?

Pod­czas uciecz­ki zgu­bi­łem jed­nak „Księ­gi naro­du i piel­grzym­stwa pol­skie­go”. Pamię­tam, że w pani­ce zabra­łem je ze sobą do klo­ze­tu i odło­ży­łem na półecz­kę nad umy­wal­ką. Naj­wy­raź­niej musia­ły tam zostać. Miej­my nadzie­ję, że posłu­ży­ły komuś za papier toa­le­to­wy, któ­re­go wów­czas w pol­skich pocią­gach próż­no było szu­kać19.

Naj­le­piej wątek ten pod­su­mo­wu­je stwier­dze­nie Leona, któ­re na sztan­da­rach brzmia­ło­by: „mniej krwi, wię­cej sper­my”, w powie­ścio­wym dia­lo­gu nato­miast doty­czy inter­pre­ta­cji Ślu­bu Witol­da Gom­bro­wi­cza jako „roz­wo­du z Pol­ską nie­za­kła­ma­ną, nie­za­fał­szo­wa­ną, praw­dzi­wą i komu­ni­stycz­ną też. Tą, któ­ra cią­gli krwi się doma­ga. A ja tam od krwi wolę two­ją sper­mę”20. Ust­ka – chust­ka. Do ocie­ra­nia.

Okładka książki „Ach, Ustka! Wspomnienia starego idioty” Bartosza Żurawieckiego.
Bartosz Żurawiecki, „Ach, Ustka! Wspomnienia starego idioty”, Olsztyn: Wydawnictwo Seqoja, 2026.

Nie jest wszak queero­wa­nie pol­skiej histo­rii, tra­dy­cji, ocie­ra­nie sztan­da­ru (ch)ustką z nie-krwi, jedy­nym powo­dem napi­sa­nia tej powie­ści. Być może nawet jest powo­dem pobocz­nym w sto­sun­ku do dwóch pozo­sta­łych otarć. Pierw­sze otar­cie – łez. A zatem moty­wa­cja, określ­my ją nie­co umow­nie, psy­cho­lo­gicz­na. Nie doko­nam tu zdu­mie­wa­ją­cej psy­cho­ana­li­zy ani też nie podej­rze­wam, że uświa­do­mię auto­ro­wi coś, cze­go sam sobie nie uświa­da­miał – nie powąt­pie­wam w jego wyso­ką samo­świa­do­mość. Ach, Ust­ka!… i powrót do lat 80. są bowiem for­mą usto­sun­ko­wa­nia się – wolę to okre­śle­nie niż „prze­pra­co­wa­nie” – do wła­snej mło­do­ści oraz zawar­cia pak­tu mię­dzy nią a sobą doj­rza­łym. Brzmi mądrze. Ale, jak na lek­ką i queero­wą lite­ra­tu­rę przy­sta­ło, mądrość tę oble­czo­no w ero­ty­kę. W naj­ogól­niej­szym zary­sie waka­cyj­ny tur­nus nad morzem powta­rza nie­ja­ko – po pierw­sze – Gom­bro­wi­cza, lecz nie Ślub aku­rat, a Kosmos, tyl­ko bez jego kom­pli­ka­cji, a więc wyjazd do kuror­tu, posił­ki przy sto­le z oso­bli­wy­mi inte­rak­cja­mi oraz mor­der­stwo, w tek­ście Gom­bro­wi­cza tajem­ni­cze, w powie­ści Żura­wiec­kie­go banal­ne, acte gra­tu­it. No i zasad­ni­cza róż­ni­ca: w książ­ce Żura­wiec­kie­go ludzie sypia­ją ze sobą (w utwo­rze Gom­bro­wi­cza zaś, jak wia­do­mo, dozna­ją para­noi zastęp­czych). Po dru­gie – autor roz­gry­wa tu sche­mat fabu­lar­ny Loli­ty: naj­pierw Tupo­lew­ski nawią­zu­je romans ze swo­ją gospo­dy­nią, Wie­sią, a następ­nie syn Wie­si, Leoś, uwo­dzi Jana i mamy ména­ge à tro­is. Róż­ni­ca jest sto­sow­nie do cza­sów i queero­wo­ści sub­wer­syw­na; o ile wykre­owa­ny przez Vla­di­mi­ra Nabo­ko­va Hum­bert Hum­bert jest pro­fe­so­rem i mędr­cem oświe­ca­ją­cym obie kobie­ty, a szcze­gól­nie nasto­lat­kę, o tyle „Lolit” Żura­wiec­kie­go, Leoś, jest nie­skoń­cze­nie bar­dziej oczy­ta­ny i inte­li­gent­niej­szy od życio­wo i inte­lek­tu­al­nie gapo­wa­te­go Tupo­lew­skie­go. To Leoś poży­cza Jano­wi wszyst­kie książ­ki, któ­re ten, kie­row­nik lite­rac­ki teatru, musi przy­swo­ić przed kolej­nym sezo­nem. I to on strze­la bły­sko­tli­wy­mi afo­ry­zma­mi, któ­re skąd­inąd zna­my z łamów powie­ści, a tak­że felie­to­nów Żura­wiec­kie­go21. O ile więc boha­ter z racji wie­ku – ale racja to nie­bła­ha – wyda­je się nam, mówiąc gru­bo, „Żura­wiec­kim w powie­ści”, jego por­te-paro­le, o tyle odpo­wia­dam, że owszem, ale wyłącz­nie ze wzglę­du na wiek ów wła­śnie. Tupo­lew­ski ma czter­dzie­ści jeden lat. Dane bio­gra­ficz­ne nie uzgad­nia­ją się z powie­ścią ide­al­nie; sza­cu­ję, że powsta­wa­ła ona w podob­nym okre­sie co Festi­wa­le wyklę­te, a zatem pisarz miał wów­czas oko­ło czter­dzie­stu ośmiu lat. Powie­ścio­wy Leoś idzie do liceum, co ozna­cza, że ma oko­ło pięt­na­stu lat, jest więc po prze­kro­cze­niu „wie­ku zgo­dy” i ewen­tu­al­nych domnie­ma­nych kon­tro­wer­sji poli­tycz­nych tu nie ma, choć popraw­no­ścio­wo­po­li­tycz­ni tro­pi­cie­le gro­omer­stwa być może nie znaj­dą lito­ści. Tak­że i wobec Leona musi­my wyko­nać małą korek­tę, małe nacią­gnię­cie – w 1984 roku Żura­wiec­ki miał trzy­na­ście lat. Ale wspo­mi­nam to tyl­ko z pedan­te­rii. Sło­wem – doj­rza­ły gay dad­dy pyta o to, kim był w prze­szło­ści, szu­ka daw­ne­go sie­bie, jak­kol­wiek banal­nie to brzmi. Czy pyta o to, co się z nim sta­ło? Tu odpo­wiedź jest bar­dziej zło­żo­na i powró­ci w kolej­nym aka­pi­cie. W klu­czo­wym dia­lo­gu pomię­dzy kochan­ka­mi, oczy­wi­ście w łóż­ku, star­szy mówi: „Takie mło­de ciał­ko może być, kim zechce. Wszyst­ko przed nim, każ­de wcie­le­nie”22; i póź­niej o swo­im ówcze­snym cie­le: „teraz tęsk­nię za tam­tym cia­łem, ono przy­naj­mniej mia­ło jakieś per­spek­ty­wy”. Na co, odro­bi­nę skra­cam, młod­szy odpo­wia­da bez­ce­re­mo­nial­nie: „A zerżnął­byś sie­bie mło­de­go?”23. W pla­nie sym­bo­licz­nym wła­śnie „zerżnął”. To nie wszyst­ko, moż­na wręcz powie­dzieć, uży­wa­jąc roz­gry­wa­nej w powie­ści meta­fo­ry, że gay dad­dy bie­rze tutaj rów­no­cze­śnie ślub i roz­wód ze sobą jako twin­kiem, puerem sene­xem. Otóż Tupo­lew­ski czy­ta w waka­cje, z duży­mi trud­no­ścia­mi, Ślub Gom­bro­wi­cza, ponie­waż ma on zostać wysta­wio­ny w jego teatrze w Pozna­niu, oczy­wi­ście jako sym­bol. Zda­niem reży­se­ra spek­takl ma być o „zaślu­bi­nach z Pol­ską nie­za­kła­ma­ną, nie­za­fał­szo­wa­ną. Pol­ską praw­dzi­wą, a nie komu­ni­stycz­ną”. Bły­sko­tli­wy Leon przed­sta­wia kontr­in­ter­pre­ta­cję: „Ślub jest o roz­wo­dzie. O roz­wo­dzie z Pol­ską nie­za­kła­ma­ną, nie­za­fał­szo­wa­ną, praw­dzi­wą i komu­ni­stycz­ną”24. Takim duk­tem „ana­lo­gia mię­dzy naszym roman­sem a Gom­bro­wi­czem była ewi­dent­na”25. Ale w powie­ści jest jesz­cze jed­no alter ego Żura­wiec­kie­go, tak­że bły­sko­tliw­sze od Tupo­lew­skie­go. (W ogó­le nale­ży przy­jąć robo­czo taką zasa­dę, że gło­su auto­ra i nosi­cie­la tego gło­su, czy­li por­te-paro­le, nale­ży poszu­ki­wać w posta­ciach wyra­ża­ją­cych się bły­sko­tli­wie i para­dok­sal­nie, w duchu Osca­ra Wilde’a, a prze­cież nie wszyst­kie są takie, w naj­mniej­szym stop­niu Wie­sia, ale i Jan „nie nadan­ża”). To „dro­ga pani z tele­wi­zji”, słyn­na pre­zen­ter­ka, Anna Hedo­nia. O ile powszech­nie uwa­ża się, że pio­sen­ka Lom­bar­du celu­je w Ire­nę Dzie­dzic, o tyle tu nie ma chy­ba czy­tel­ne­go odnie­sie­nia, Hedo­nia jest raczej syn­te­zą roz­ma­itych nie­gdy­siej­szych gwiazd PRL-owskiej roz­ryw­ki. Jest diwą, ale musi­my mieć w pamię­ci, co Żura­wiec­ki napi­sał o diwach real­no­so­cja­li­stycz­nych w swo­jej bio­gra­fii Bogu­sła­wa Kaczyń­skie­go Pri­ma­don­na (2024):

wiel­ki i pom­pa­tycz­ny kult diw został w Pol­sce spro­wa­dzo­ny do wymia­rów kra­ju prza­śne­go, bied­ne­go, pro­win­cjo­nal­ne­go i pozba­wio­ne­go kró­lew­skie­go splen­do­ru. Takie­go, w któ­rym nie ma kró­lo­wych, są tyl­ko cio­tu­nie. Nie ma tutaj tak­że diw z praw­dzi­we­go zda­rze­nia. W Pol­skiej Rzecz­po­spo­li­tej Ludo­wej diwy miesz­ka­ją w blo­kach i sto­ją w ogon­ku po mię­so26.

Zobra­zu­ję to pikant­ne połą­cze­nie swoj­sko­ści, diwo­wa­to­ści i bły­sko­tli­wo­ści (a też raz jesz­cze queero­wa­nia pol­sko­ści) jed­nym cyta­tem ze sce­ny, gdy Hedo­nia podej­mu­je her­bat­ką Tupo­lew­skie­go w eks­klu­zyw­nym jak na tam­te lata ośrod­ku woj­sko­wym:

– Takie tu niby luk­su­sy, a widzi pan, musi­my grzać wodę grzał­ką w łazien­ce. – Hedo­nia prych­nę­ła z nie­sma­kiem. – Cóż to za ple­bej­ski kraj! I po to mój ojciec zgi­nął w Katy­niu, żeby grzać teraz grzał­ką!27

O ile więc Leoś repre­zen­tu­je fan­ta­zma­tycz­ne­go mło­de­go sie­bie do odzy­ska­nia, o tyle Hedo­nia jest po czę­ści „tym, kim chciał­by on być”. Choć Tupo­lew­ski raz kie­dyś prze­spał się z Hedo­nią, obec­nie w jego rela­cji z diwą – madon­ną – panu­je aero­tyzm, i to się mie­ści w nazwi­sku zna­czą­cym tej boha­ter­ki: „hedo­nia” – pożą­da­nie, ale zapi­sa­ne „An. Hedo­nia” odsy­ła już do „anhe­do­nii”, bra­ku odczu­wa­nia przy­jem­no­ści, bra­ku pożą­da­nia. Pożą­da być nią (hedo­nia), ale nie pożą­da być z nią (anhe­do­nia). I tak też kla­sy­cy teo­rii queer cha­rak­te­ry­zu­ją gejow­ski kult diw28.

A teraz otar­cie dru­gie – oczu ze zdu­mie­nia. Powieść nie koń­czy się wraz z tur­nu­sem, choć w tej naj­ob­szer­niej­szej czę­ści obo­wią­zu­je owa ero­tycz­na w trój­cy jedy­ność z dad­dym, son i madon­ną. Ostat­ni roz­dział (o cha­rak­te­rze epi­lo­gu), osa­dzo­ny w cza­sach trans­for­ma­cji i nam współ­cze­snych, sta­no­wi for­mę roz­wo­du auto­ra z samym sobą: Leon i Hedo­nia prze­sta­ją być pro­jek­cja­mi twór­cy. Nie­gdy­siej­szy bły­sko­tli­wy, śmia­ły i zadzior­ny gej oka­zu­je się zało­ży­cie­lem par­tii nacjo­na­li­stycz­nej, a Hedo­nia kan­dy­dat­ką na sena­tor­kę z ramie­nia tego ugru­po­wa­nia.

Gdzie się podział koci wdzięk, ta gięt­kość ruchów, któ­ra pozwo­li­ła mu przed laty opleść mnie ramio­na­mi i wyssać ze mnie wszyst­ko, co było do wyssa­nia? Głos mu stward­niał29.

To nie jest scien­ce fic­tion – a jeden z waż­niej­szych powo­dów napi­sa­nia tej powiast­ki. Otóż w trak­cie zbie­ra­nia mate­ria­łów do Festi­wa­li wyklę­tych, repor­ta­żu o festi­wa­lach w Koło­brze­gu i Zie­lo­nej Górze, Żura­wiec­ki z nie­ma­łym zasko­cze­niem odkrył, że w wie­lu bio­gra­fiach nie­gdy­siej­szych ido­li, umo­czo­nych, wyda­wać by się mogło, w komu­nizm, powta­rza się sche­mat: ich akces do hiper­pra­wi­co­wych śro­do­wisk, wystę­py w TV Trwam i tym podob­ne. To casus mię­dzy inny­mi Macie­ja Wró­blew­skie­go, któ­ry zde­cy­do­wał się na roz­mo­wę z Żura­wiec­kim. Cytu­ję frag­ment z Festi­wa­li…: „A naj­lep­sze, że ci sami, któ­rzy kie­dyś nie poda­wa­li mi ręki, bo śpie­wa­łem ruskie pio­sen­ki, to teraz mi nie poda­ją, bo się zada­łem z Rydzy­kiem”30. W więk­szym stop­niu, jak sądzę, hipo­kry­zja doty­czy tu śro­do­wisk pra­wi­co­wo-kościel­nych ani­że­li ludzi nie­gdyś przy­zwy­cza­jo­nych do blich­tru, któ­rzy pró­bu­ją jakoś się odna­leźć. W tym kie­run­ku zmie­rza też auto­in­ter­pre­ta­cja Hedo­nii:

Wie pan, choć zagrze­ba­łam się w klasz­to­rze, to w grun­cie rze­czy marzy­łam o powro­cie w świa­tła jupi­te­rów. Tak, jestem próż­na, ale to pew­nie pan sam zauwa­żył daw­no temu31.

Mode­lo­wo i syn­te­tycz­nie nato­miast obra­zu­je hipo­kry­zję pre­zen­ta­cja Hedo­nii doko­na­na przez Leona, eks(?)geja naro­dow­ca, w sty­lu dobrze zna­nym z ostat­nich kil­ku lat w Pol­sce – Hedo­nii, któ­rą jej syn zwy­zy­wał lata temu „od zdraj­czyń ojczy­zny, sowiec­kich agen­tek i reżi­mo­wych kurew”, a któ­ra dziś wkra­cza na sce­nę w aure­oli świę­to­ści: „była Kon­ra­dem Wal­len­ro­dem cza­sów komu­ny, prze­my­ca­jąc w kłam­li­wej tele­wi­zji sym­bo­le praw­dzi­wej Pol­ski”32.

Tak, do ocie­ra­nia łez ze śmie­chu nie­jed­no­krot­nie też.

 

1 B. Żura­wiec­ki, Ach, Ust­ka! Wspo­mnie­nia sta­re­go idio­ty, Olsz­tyn: Wydaw­nic­two Seqo­ja, 2026, s. 28.

2 Tele­wi­zyj­na lista prze­bo­jów, onli­ne: https://pl.wikipedia.org/wiki/Telewizyjna_lista_przeboj%C3%B3w [dostęp: 6.07.2026].

3 Zob. na przy­kład Forum wie­lo­te­ma­tycz­ne LUKEDIRT, onli­ne: https://www.lukedirt.com.pl/printview.php?t=2006&start=0 [dostęp: 6.07.2026].

4 B. Żura­wiec­ki, Ach, Ust­ka!…, s. 45.

5 Tam­że, s. 102.

6 Tam­że, s. 10.

7 Ust­ka – zdję­cia z lat 1981–1999, onli­ne: https://fotopolska.eu/zdjecia/m31715,Ustka.html?zakres=8&zdjeciaOd=1981&zdjeciaDo=1999&f=1127760-foto [dostęp: 6.07.2026].

8 B. Żura­wiec­ki, Festi­wa­le wyklę­te, War­sza­wa: Kry­ty­ka Poli­tycz­na, 2019.

9 Ten­że, Ojczy­zna moral­nie czy­sta. Począt­ki HIV w Pol­sce, Woło­wiec: Czar­ne, 2023. Zob. moją recen­zję: P. Sobol­czyk, Mię­sak ojczy­zny [rec. B. Żura­wiec­kie­go], „Czas Kul­tu­ry” 2023, nr 23, onli­ne: https://czaskultury.pl/artykul/miesak-ojczyzny/ [dostęp: 6.07.2026].

10 B. Żura­wiec­ki, Ach, Ust­ka!…, s. 107.

11 Tam­że, s. 106.

12 Zob. o Gay­dze i pol­skim queero­wo-kam­po­wym post­pun­ku mój esej: P. Sobol­czyk, Od Queer­co­re do kul­tu­ry nie­nor­ma­tyw­nych bedro­om pro­du­cers, któ­ry uka­że się w nume­rze 2/2026 (353) „Kon­tek­stów. Pol­skiej sztu­ki ludo­wej” w blo­ku tema­tycz­nym o queero­wej muzy­ce roz­ryw­ko­wej (pod redak­cją Jaku­ba Orzesz­ka i moją).

13 B. Żura­wiec­ki, Ach, Ust­ka!…, s. 37.

14 Tam­że, s. 38.

15 Tam­że, s. 93–94.

16 Tam­że, s. 26.

17 Tam­że, s. 27.

18 Zob. esej Mię­dzy lalą-Niem­cem a podob­nież-Żydem męskość pol­ska może się wyda­rzyć (tak­że u Bia­ło­szew­skie­go) w mojej książ­ce Taj­ne przez Bia­ło­szew­skie, Gdańsk: Fun­da­cja tery­to­ria książ­ki, 2025 (tu zwłasz­cza s. 110–116).

19 B. Żura­wiec­ki, Ach, Ust­ka!…, s. 28.

20 Tam­że, s. 103.

21 Od wie­lu lat Żura­wiec­ki pro­wa­dzi cykl felie­to­nów w dwu­mie­sięcz­ni­ku LGBTQ+ „Repli­ka”, któ­re­go jest współ­re­dak­to­rem. Wybór trzy­na­stu felie­to­nów z róż­nych lat zna­lazł się w jubi­le­uszo­wej książ­ce „Repli­ki”: Ludzie nie ide­olo­gia, red. B. Żura­wiec­ki, War­sza­wa: Kry­ty­ka Poli­tycz­na, 2021, s. 383–410.

22 B. Żura­wiec­ki, Ach, Ust­ka!…, s. 98.

23 Tam­że, s. 99.

24 Tam­że, s. 103.

25 Tam­że, s. 90.

26 Zob. B. Żura­wiec­ki, Pri­ma­don­na. Bio­gra­fia Bogu­sła­wa Kaczyń­skie­go, War­sza­wa: Ago­ra, 2024, s. 69–70. O prza­śnych diwach w PRL zob. też roz­dział: Bia­ło­szew­ski i środ­ko­wo­eu­ro­pej­ski bie­da­kamp w mojej cyto­wa­nej już książ­ce Taj­ne przez Bia­ło­szew­skie (tu zwłasz­cza s. 165–172).

27 B. Żura­wiec­ki, Ach, Ust­ka!…, s. 74.

28 Raz jesz­cze odsy­łam do frag­men­tu o gejow­skich diwach w moim cyto­wa­nym wyżej ese­ju o bie­da­kam­pie.

29 B. Żura­wiec­ki, Ach, Ust­ka!…, s. 201.

30 Ten­że, Festi­wa­le wyklę­te, s. 163. Odsy­łam tak­że do innych wypo­wie­dzi Wró­blew­skie­go: zob. tam­że, s. 162, 164.

31 Ten­że, Ach, Ust­ka!…, s. 211.

32 Tam­że, s. 206.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

07.07.2026 Laba

Wakacyjne lektury

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dziś z Mikołajem Trzaską rozmawia Magda Huzarska-Szumiec.

04.07.2026 Rozmowy

Próba psiej miłości

Dopiero wraz z książkami, które zaczyna wydawać na emigracji, Márai staje się dla mnie ciekawszy, stawia pytania uniwersalne – mówi Irena Makarewicz w rozmowie z Wojciechem Chmielewskim o swoim najnowszym przekładzie powieści Sándora Máraiego Csutora. Psia powieść.