Próba psiej miłości

Woj­ciech Chmie­lew­ski: W jakich oko­licz­no­ściach i kie­dy doszło do two­je­go spo­tka­nia z twór­czo­ścią Sán­do­ra Mára­ie­go?

Ire­na Maka­re­wicz: Tibor Mészáros, autor publi­ka­cji Ody­se­ja XX wie­ku. Sán­dor Márai – życie i dzie­ło [Czy­tel­nik, 2023 – W.Ch.], opo­wia­dał, że kie­dyś nauczy­ciel­ka poży­czy­ła mu Wyzna­nia patry­cju­sza. Zagro­zi­ła przy tym, że jeśli nie odda jej książ­ki, to nie zda zbli­ża­ją­ce­go się egza­mi­nu. Na prze­ło­mie lat 80. i 90. ubie­głe­go wie­ku byłam na sty­pen­dium na Węgrzech i szu­ka­łam pisa­rzy, któ­rych mogła­bym czy­tać i tłu­ma­czyć, wte­dy zna­jo­mi poży­czy­li mi książ­ki Mára­ie­go, ale zabro­ni­li mi wywo­zić je do Pol­ski, musia­łam wszyst­ko prze­czy­tać na miej­scu i im oddać. Były to wyda­nia przed­wo­jen­ne, sta­ran­nie obło­żo­ne. Jako jed­ne z pierw­szych do moich rąk tra­fi­ły Księ­ga ziół i Żar. W cza­sach Jáno­sa Kádára, kie­dy Mára­ie­go nie moż­na było wyda­wać, Węgrzy trak­to­wa­li je jak reli­kwie, któ­re moż­na było wypo­ży­czyć tyl­ko na chwi­lę.

Jakie były two­je pierw­sze wra­że­nia po lek­tu­rze pro­zy tego pisa­rza?

Pierw­sze wra­że­nie było takie: to jest za trud­ne, nie pora­dzę sobie jako tłu­macz­ka. Byłam zdu­mio­na spraw­no­ścią języ­ko­wą i sty­li­stycz­ną auto­ra, jego umie­jęt­no­ścią two­rze­nia fabuł, kom­po­no­wa­nia opo­wie­ści. Odpo­wia­da­ła mi też tema­ty­ka utwo­rów. Wyda­wa­ło mi się, choć wte­dy może nie zna­łam bar­dzo dobrze węgier­skiej lite­ra­tu­ry, że Márai nie ma sobie rów­nych w odzwier­cie­dla­niu róż­nych pro­ble­mów psy­cho­lo­gicz­nych, kon­stru­owa­niu boha­te­rów żyją­cych w skom­pli­ko­wa­nej dla Węgier histo­rii XX wie­ku. Jako pierw­szy chcia­łam prze­tłu­ma­czyć Żar, ale utknę­łam na tytu­le, któ­ry moż­na od bie­dy prze­tłu­ma­czyć: Świe­ce dopa­la­ją się do koń­ca – ale wła­śnie nie do koń­ca, tyl­ko dosłow­nie „do ogar­ka”. Czy­li jed­nak coś pozo­sta­je, jakieś resi­du­um – zosta­je i coś zna­czy. Tyl­ko jak to oddać po pol­sku?

Po latach w wywiadzie z Zeruyą Shalev przeczytałam o żydowskim powiedzeniu, że dopóki palą się świece, problem może być rozwiązany, czyli kiedy przestają się palić, nie ma już wyjścia z problematycznej sytuacji.

Pomy­śla­łam, że to może być trop w roz­wi­kła­niu zna­cze­nia tytu­łu powie­ści, bo prze­cież żona pisa­rza Ilo­na była żydow­skie­go pocho­dze­nia. Tytuł naj­słyn­niej­szej powie­ści Mára­ie­go może być więc dobrze rozu­mia­ny i ode­bra­ny chy­ba tyl­ko przez węgier­skich czy­tel­ni­ków jego pro­zy, ponie­waż w tłu­ma­cze­niu może wyda­wać się co naj­mniej kiczo­wa­ty. I dla­te­go w prze­kła­dach na języ­ki obce przy­jął się jed­nak Żar.

Twór­czość Sán­do­ra Mára­ie­go jest cza­sem kry­ty­ko­wa­na za kiczo­wa­tość, a Györ­gy Spi­ró, pisarz, któ­re­go książ­ki rów­nież prze­tłu­ma­czy­łaś, przy­znał w jed­nym z wywia­dów, że z Mára­ie­go pozo­sta­ły w zasa­dzie tyl­ko dzien­ni­ki, bo resz­ta trą­ci mysz­ką.

Ta opi­nia może doty­czyć środ­ko­we­go okre­su twór­czo­ści Mára­ie­go, kie­dy z jed­nej stro­ny w świe­cie lite­rac­kim zdo­był już on pew­ną pozy­cję, a z dru­giej stro­ny były wobec nie­go pew­ne ocze­ki­wa­nia: że będzie wyda­wał dużo ksią­żek, któ­re mają się „dobrze czy­tać”, że nakła­dy będą wyso­kie. Sta­ra­łam się to poka­zać w wybo­rze opo­wia­dań Sta­ra miłość, uło­żo­nych w porząd­ku chro­no­lo­gicz­nym. W tej książ­ce widać, że Márai na począt­ku jesz­cze się uczy sztu­ki pisa­nia, póź­niej nastę­pu­je okres, w któ­rym pró­bu­je róż­nych sty­li­styk i tema­tów, a jesz­cze póź­niej przy­cho­dzi po pro­stu rze­mio­sło: dzie­sięć, dwa­na­ście stron, świet­na kom­po­zy­cja, uda­ny zwrot akcji, ale po pew­nym cza­sie to razi. Ten okres moż­na zawrzeć pomię­dzy poło­wą lat 30. a cza­sem jego emi­gra­cji, czy­li 1948 rokiem. Dopie­ro wraz z książ­ka­mi, któ­re zaczy­na wyda­wać na emi­gra­cji, Márai sta­je się dla mnie cie­kaw­szy, sta­wia pyta­nia uni­wer­sal­ne. I zara­zem sta­je się mniej manie­rycz­ny, kotur­no­wy, poza tym umie­jęt­nie uni­ka puła­pek kiczo­wa­to­ści, wbrew temu, co zarzu­ca­ją mu nie­któ­rzy recen­zen­ci w odnie­sie­niu do naj­spraw­niej napi­sa­nych utwo­rów, przy czym węgier­scy kry­ty­cy roz­sze­rza­ją ów zarzut nawet na Żar, a to wzbu­dza pro­te­sty pol­skich – i gene­ral­nie: zagra­nicz­nych – wiel­bi­cie­li pisa­rza.

Jak każdy twórca, także Márai ma swoje gorsze książki, ale myślę, że i takie są potrzebne, aby tym bardziej docenić wielkość innych jego dzieł.

Prze­tłu­ma­czy­łaś wie­le ksią­żek Mára­ie­go. Któ­re są dla cie­bie naj­waż­niej­sze?

Na pew­no dra­mat Przy­go­da, któ­ry widzia­łam w teatrze w Buda­pesz­cie, a któ­ry zro­bił na mnie kolo­sal­ne wra­że­nie. I cie­szę się, że po latach to moje pierw­sze tłu­ma­cze­nie zosta­ło wyko­rzy­sta­ne w przed­sta­wie­niach w Teatrze Polo­nia w reży­se­rii Kry­sty­ny Jan­dy i Teatrze Tele­wi­zji w reży­se­rii Jana Engler­ta. Potem na pew­no Sąd w Canu­dos, książ­ka o ogrom­nym ładun­ku filo­zo­ficz­nym do prze­my­śle­nia. Ale też podo­ba­ło mi się, jak Márai potra­fił potrak­to­wać mito­lo­gię grec­ką w powie­ści Pokój na Ita­ce, widać tu jego bra­wu­rę, pomy­sło­wość, inte­li­gen­cję, a nie jedy­nie samą umie­jęt­ność, któ­ra nie pozwa­la wejść na wyż­szy poziom docie­kań. A tak­że wiel­ką eru­dy­cję. Z kolei Roz­wód w BudzieTa praw­dzi­wa to powie­ści oby­cza­jo­we, dale­kie jed­nak od melo­dra­ma­tycz­no­ści, reali­stycz­ne i dotkli­we dla opi­sy­wa­nych tam posta­ci. Wie­dzia­łam tak­że o ist­nie­niu dzien­ni­ków podró­ży Mára­ie­go i zawsze chcia­łam je prze­tłu­ma­czyć, co dobrze się skoń­czy­ło, bo książ­ka Śla­da­mi bogów bar­dzo spodo­ba­ła się pol­skim czy­tel­ni­kom i oka­za­ła się wiel­kim suk­ce­sem.

A Csu­to­ra. Psia powieść, któ­ra wła­śnie się uka­za­ła? Jaka to książ­ka w dorob­ku Sán­do­ra Mára­ie­go?

Csu­to­ra [czyt. Czu­to­ra – W.Ch.] jest wyjąt­ko­wa w jego twór­czo­ści – dzię­ki tema­ty­ce, psie­mu boha­te­ro­wi, a tak­że cza­so­wi, w któ­rym powsta­ła. Márai w 1928 roku wró­cił z emi­gra­cji, prze­by­wał w Niem­czech i Fran­cji, gdzie pro­wa­dził świa­to­we życie mod­ne­go publi­cy­sty. Powrót do Buda­pesz­tu wią­zał się z ponow­nym spo­tka­niem ze spo­łe­czeń­stwem miesz­czań­skim, kon­ser­wa­tyw­nym, czy­li takim, jakie autor opi­sał wła­śnie w tej książ­ce. Ten rok poda­je się jako czas akcji powie­ści, a to pewien sygnał, że spoj­rze­nie na daw­ny świat, do któ­re­go się wró­ci­ło, może być bar­dzo ostre, nawet sar­ka­stycz­ne.

Sándor Márai, „Csutora. Psia powieść”, posłowie i tłum. Irena Makarewicz, Warszawa: SW Czytelnik 2026.
Sándor Márai, „Csutora. Psia powieść”, posł. i tłum. Irena Makarewicz, Warszawa: Czytelnik, 2026.

Czy Márai opi­su­je tak­że same­go sie­bie w oso­bie dzien­ni­ka­rza, a jed­no­cze­śnie pana psa Csu­to­ry?

Jak naj­bar­dziej. Ele­men­ty auto­bio­gra­ficz­ne są obec­ne w oso­bie pana, doty­czą rów­nież pani, jego żony, po czę­ści odno­szą się też do słu­żą­cej i gospo­dar­stwa, dość smut­ne­go, bez­dziet­ne­go. Podob­nie jest w przy­pad­ku wszel­kich frag­men­tów zwią­za­nych z pisa­niem, męką twór­czą: sia­da­nie, wsta­wa­nie, tele­fo­no­wa­nie, czy­ta­nie, cho­dze­nie po miesz­ka­niu, noto­wa­nie cze­goś, a potem, po kil­ku godzi­nach, rwa­nie kar­tek. Wszyst­ko opi­sa­ne bar­dzo szcze­rze, bez łudze­nia czy­tel­ni­ków, że two­rze­nie lite­ra­tu­ry pięk­nej jest czymś łatwym i przy­jem­nym.

A rela­cje mię­dzy mężem a żoną? Mam wra­że­nie, że powieść kon­cen­tru­je się na panu, a pani jest na dru­gim, a może nawet na dal­szym pla­nie.

Nie zgo­dzę się. Tu sytu­acja też jest auto­bio­gra­ficz­na, przy­po­mi­na rela­cję mię­dzy Lolą a Sán­do­rem. On wszyst­kim zarzą­dzał, pro­wa­dził spra­wy domu i tak dalej, ale wszyst­ko dzia­ło się tak, jak chcia­ła Lola… I tak samo w powie­ści: gdy­by pani nie zaak­cep­to­wa­ła psa, to psa w tym miesz­ka­niu by nie było. Podob­nie ze słu­żą­cą Teréz: pan w momen­cie zaku­pu psa zasta­na­wia się, jak domow­ni­cy przyj­mą zwie­rza­ka, i wyra­ża wiel­kie oba­wy, czy jego słu­żą­ca zaak­cep­tu­je czwo­ro­no­ga. Co w zasa­dzie wca­le nie musia­ło­by go inte­re­so­wać.

Zresztą Máraiemu stawia się często zarzuty o to, jak opisywał kobiety. Kompletnie nie zgadzam się z tą krytyką. W ogóle odrzucam opozycję, że coś jest męskocentryczne, a co innego żeńskocentryczne, to fałszywa droga, zwłaszcza w myśleniu o literaturze.

Jak w ogó­le rozu­mieć kup­no psa? Czy to bunt wobec miesz­czań­skie­go świa­ta, czy po pro­stu kaprys, bo prze­cież w takim upo­rząd­ko­wa­nym świe­cie żywe stwo­rze­nie wpro­wa­dza cha­os?

Przede wszyst­kim Csu­to­ra był pre­zen­tem pana dla pani, a pre­zent musiał speł­niać kil­ka kry­te­riów: musiał być rela­tyw­nie tani, a jed­no­cze­śnie mieć zna­mio­na luk­su­su, musiał dobrze wyglą­dać, ale nada­wać się do uży­wa­nia na co dzień, więc pies dobrze tu paso­wał. To dzia­ło się sto lat temu i psy nie były jesz­cze tak roz­po­wszech­nio­ne, poza tym ras nie było tak wie­le jak teraz, więc szcze­nia­czek mógł być ory­gi­nal­nym pre­zen­tem. To rów­nież pomysł zwią­za­ny z sytu­acją mał­żeń­stwa bez­dziet­ne­go: cze­goś w domu bra­ku­je, bra­ku­je isto­ty, na któ­rej mogła­by się sku­piać uwa­ga, życz­li­wość domow­ni­ków, dla­te­go pies był dobrym pre­zen­tem. Tyl­ko tak jak zwy­kle bywa, ten, kto kupo­wał pre­zent, nie zda­wał sobie spra­wy, że jest to isto­ta wyma­ga­ją­ca cią­głej uważ­no­ści, a tak­że nie­przy­sto­so­wa­na do miesz­czań­skich ram, w jakich żyło to mał­żeń­stwo w dziel­ni­cy Krisz­ti­na w Buda­pesz­cie.

Csu­to­ra szyb­ko zaczy­na się bun­to­wać, nie pasu­je do poukła­da­ne­go świa­ta mał­żeń­stwa, spra­wia coraz wię­cej pro­ble­mów. Cho­ciaż począt­ko­wo pań­stwo czu­le się psem zaj­mu­ją, cho­dzą z nim na spa­ce­ry, zwłasz­cza pan…

Poza tym oka­zu­je się, że nie jest raso­wym pudlem, tyl­ko mie­szań­cem, a wte­dy na Węgrzech wszyst­ko powin­no być naro­do­we, węgier­skie, czy­ste raso­wo. A tu tak nie jest. Czu­łość pana w sto­sun­ku do psa pole­ga głów­nie na tym, że pod­czas spa­ce­rów przy­po­mi­na­ją mu się jego wła­sna mło­dość, bunt, cho­dze­nie wła­sny­mi dro­ga­mi, nie­pod­da­wa­nie się pre­sji oto­cze­nia – i to jest punkt stycz­no­ści pana i Csu­to­ry. Pan trak­tu­je też zwie­rzę jako obiekt obser­wa­cji, bo kie­dy gubi Csu­to­rę, nastę­pu­je stu­dium o tym, dla­cze­go pies zde­cy­do­wał się pod­dać czło­wie­ko­wi.

Sándor Márai (1904), fot. Henrik Cséri, źródło: Ernő Zeltner, „Sándor Márai – EinLeben in Bildern”, s. 20, München: Piper Verlag, 2001, Public domain / Domena publiczna.
Sándor Márai (1904), fot. Henrik Cséri, źródło: Ernő Zeltner, „Sándor Márai – EinLeben in Bildern”, München: Piper Verlag, 2001, s. 20. Public domain / Domena publiczna.

Pro­ble­my zwią­za­ne z Csu­to­rą bio­rą się chy­ba stąd, że obo­je pań­stwo nada­ją swo­je­mu psu cechy ludz­kie, nie­po­trzeb­nie go antro­po­mor­fi­zu­ją.

I mają wobec nie­go ocze­ki­wa­nia jak wobec czło­wie­ka! Pies musi być cichy, spo­koj­ny, posłusz­ny, a prze­cież to nie jest nakrę­ca­na zabaw­ka, któ­rej uży­wa­my, kie­dy nam się chce. Psa nie trak­to­wa­no wów­czas – tak jak się to dzie­je teraz – jako człon­ka rodzi­ny, stał w hie­rar­chii dużo niżej. A wstęp­ne stro­ni­ce książ­ki są poświę­co­ne temu, czy pisarz w ogó­le może poru­szyć temat czwo­ro­no­ga, ponie­waż zada­niem twór­cy jest patrzeć wyżej, na ludz­kość. Szczy­tem dziw­ne­go zacho­wa­nia wobec zwie­rzę­cia sta­je się moment, kie­dy Csu­to­ra gry­zie w nogę listo­no­sza, a pan obra­ża się na psa, prze­sta­je go dostrze­gać. Zupeł­nie jak­by byli sobie rów­ni.

Mam osobistą teorię na temat tego fragmentu, związaną z relacjami Máraiego z matką. Ona była osobą wyniosłą i krytyczną wobec działalności pisarskiej syna, o czym świadczą choćby zachowane dopiski na jej egzemplarzu „Wyznań patrycjusza”, i była przekonana, że obrażaniem się na niego coś osiągnie. Tak samo postępował pan z Csutorą, swoim psem.

Przy oka­zji psich wizyt na podwór­ku kamie­ni­cy pozna­je­my też jej miesz­kań­ców, bar­dzo cie­ka­we typy.

Zosta­li spryt­nie dobra­ni, zawsze są to jakieś prze­ci­wień­stwa. Sto­larz Tel­kes, kato­lik, nie­na­wi­dzi dozor­cy Zsom­bo­lyi, kal­wi­ni­sty, osią spo­ru jest zde­cy­do­wa­nie reli­gia. Ta bez­in­te­re­sow­na nie­na­wiść pro­wa­dzi do bez­u­stan­nych kłót­ni i ata­ków, ale jest też siłą spa­ja­ją­cą tych dwóch, zupeł­nie jak miłość. Od nie­na­wi­ści do miło­ści jest nie­wiel­ki krok, jak wia­do­mo. Dru­ga opo­zy­cja poka­za­na jest na przy­kła­dzie star­szych pań, któ­re gry­zie pies. Tu osią spo­ru jest poli­ty­ka: jed­ne to „czter­dziest­ki ósem­ki”, a więc oso­by odrzu­ca­ją­ce ugo­dę z Austrią, a dru­gie to „sześć­dzie­siąt­ki sió­dem­ki”, czy­li oso­by, któ­re tę ugo­dę popie­ra­ją. To poka­zu­je, że Węgrzy od 1867 roku, kie­dy powsta­ły Austro-Węgry, zawsze dzie­li­li się na zwo­len­ni­ków i prze­ciw­ni­ków tak zwa­ne­go kom­pro­mi­su austriac­ko-węgier­skie­go. Márai sub­tel­nie poka­zu­je, że niby mamy jeden naród węgier­ski, ale nawet w takiej kamie­ni­cy toczą się spo­ry na śmierć i życie.

Jest tak­że tajem­ni­cza ama­zon­ka, na któ­rą codzien­nie szcze­ka Csu­to­ra. W posło­wiu do książ­ki wyja­śniasz, kto to był.

Tłu­ma­czy­my tekst, któ­ry dla ówcze­snych czy­tel­ni­ków był zupeł­nie jasny, rów­nież alu­zje w nim zawar­te, a po stu latach już nie wia­do­mo, o co cho­dzi. We wspo­mnie­niach pew­ne­go węgier­skie­go histo­ry­ka, w dzie­ciń­stwie miesz­ka­ją­ce­go wła­śnie w tej dziel­ni­cy Buda­pesz­tu, wyczy­ta­łam, że była to księż­nicz­ka Augu­sta, któ­ra codzien­nie wła­śnie tą uli­cą zjeż­dża­ła kon­no ze Wzgó­rza Zam­ko­we­go – i to na nią szcze­kał pies z powie­ści Mára­ie­go. Dzię­ki temu twór­cy uda­ło się poka­zać, że jako autor ma istot­ne ogra­ni­cze­nia w tym, co może pisać, jak może się zacho­wy­wać. Odczy­tu­ję to jako narzu­ca­nie pew­nej popraw­no­ści: są tema­ty, któ­ry­mi nie powin­ni­śmy się zaj­mo­wać, są oso­by sto­ją­ce ponad kry­ty­ką – jaki­kol­wiek wyraz kry­ty­ki, nawet w posta­ci szcze­ka­nia psa, jest nie­mi­le widzia­ny. Szcze­ka pies, ale odpo­wia­dać za to będzie jego pan.

W dodat­ku pies nie­ra­so­wy. Czy lite­rac­ką dys­ku­sję na temat raso­wo­ści Csu­to­ry, któ­ry oka­zu­je się mie­szań­cem, odczy­tu­jesz jako dys­ku­sję o czy­sto­ści rasy w ogó­le?

Jak naj­bar­dziej. Eks­pert z pro­win­cji, któ­ry poja­wia się w salo­nie pań­stwa, wygła­sza na przy­kład opi­nię o łacie psa. Sko­ro zwie­rzę ma łatę, nale­ży je wyeli­mi­no­wać. Mnie ta łata Csu­to­ry abso­lut­nie koja­rzy się z żół­ty­mi gwiaz­da­mi przy­cze­pia­ny­mi potem w Euro­pie Żydom niczym sztucz­ne zna­mio­na. A kie­dy w 1944 roku na Węgrzech do wła­dzy doszli strza­ło­krzy­żow­cy, zupeł­nie arbi­tral­nie usta­la­li, kto jest Żydem, a kto nie.

Da się więc czytać Csutorę poprzez analogię do dalszej historii Europy i Węgrów, bo przecież to, co stało się na Węgrzech w 1944 roku, było kulminacją pewnego procesu, który zaczął się dużo wcześniej.

W pew­nym momen­cie Márai pisze o panu Csu­to­ry: „Godzi się z tezą, że […] kto kocha zwie­rzę­ta, ten nie może być złym czło­wie­kiem, ale jed­no­cze­śnie podej­rze­wa, że nie ma nic tań­sze­go i wygod­niej­sze­go, niż kochać zwie­rzę­ta zamiast ludzi. Odczu­wa to jako wykręt – tak jak­by ktoś miał nadzie­ję, że swój olbrzy­mi dług wobec ludzi wyku­pi drob­nia­ka­mi, napiw­ka­mi”. Czy to nie jest myśl na nasze cza­sy, kie­dy wozi się psy w wóz­kach? Może dzi­siej­sze zrów­ny­wa­nie zwie­rząt z ludź­mi wca­le nie jest dyk­to­wa­ne empa­tią, tyl­ko wła­śnie wygo­dą?

Jeśli pies wyra­ża swo­je nie­za­do­wo­le­nie, sil­niej­szą pozy­cję ma jed­nak czło­wiek, któ­ry może zasto­so­wać karę, łącz­nie z odda­niem takie­go psa, wyda­le­niem go z domu. Sán­dor Márai poka­zu­je, że ludzie, bio­rąc pod opie­kę psy czy koty, zaspo­ka­ja­ją jakąś potrze­bę obda­rza­nia innej isto­ty miło­ścią, ale czę­sto czy­nią to w pro­stac­ki spo­sób, wyłącz­nie na wła­snych warun­kach. Przed­sta­wia­jąc trud­no­ści swo­je­go boha­te­ra zwią­za­ne z psem, pisarz uzmy­sła­wia nam, że wzię­cie psa czy każ­de­go inne­go zwie­rzę­cia ozna­cza rela­cję mię­dzy dwie­ma żywy­mi isto­ta­mi. O tym rów­nież jest ta powieść. Márai to – moim zda­niem – pisarz o zdol­no­ściach pro­fe­tycz­nych; wie­lo­krot­nie prze­wi­dział w swo­ich książ­kach jakiś trend czy zja­wi­sko.

Sándor Márai, „Csutora”, okładka pierwszego wydania, Budapeszt: Révai Testvérek, 1939.
Sándor Márai, „Csutora”, wyd. I, Budapeszt: Révai Testvérek, 1939.

Za co polu­bi­łaś psa Csu­to­rę?

Za to, że jest. Że się poja­wił. Za to, że Márai napi­sał nie­ba­nal­ną książ­kę o psie. Tak­że dla­te­go, że oprócz przy­gód zwią­za­nych z posia­da­niem psa powieść przed­sta­wia obraz spo­łe­czeń­stwa węgier­skie­go w kon­kret­nym momen­cie histo­rii tego kra­ju. Tytu­ło­wy pies koja­rzy mi się z mło­dym Mára­im; wyda­je mi się, że w tym psie autor odsła­nia tro­chę same­go sie­bie: bun­tow­ni­ka, któ­ry chciał dobrze, ale według swo­ich wyobra­żeń o tym, co jest dobre. A w kon­se­kwen­cji został przy­wo­ła­ny do porząd­ku przez rodzi­nę i przez pań­stwo. Márai opi­su­je psa z miło­ścią i czu­ło­ścią, do tego świet­nym pió­rem.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Sándor Márai (1904), fot. Henrik Cséri, źródło: Ernő Zeltner, „Sándor Márai – EinLeben in Bildern”, s. 20, München: Piper Verlag, 2001, Public domain / Domena publiczna. Sándor Márai, „Csutora. Psia powieść”, posłowie i tłum. Irena Makarewicz, Warszawa: SW Czytelnik 2026. Sándor Márai, „Csutora”, okładka pierwszego wydania, Budapeszt: Révai Testvérek, 1939. Sándor Márai (aut. nieznany), źródło: http://enciklopedia.fazekas.hu/gallery/magyar/large/marai2.jpg, Domena publiczna / Public Domain.

Czytaj także

21.02.2026 Recenzje

Zatopione miasto

Twórca postanowił utrwalić w krótkich poetyckich obrazach pewien rodzaj czeskiej mentalności, której wyróżnikami są tragizm i rubaszność – o tomie poezji Miloša Doležala Zatopione miasto pisze Wojciech Chmielewski.

25.09.2025 Recenzje

Liczenie kocich łbów

Kiedy Szewc zwraca się ku przeszłości, najczęściej dostrzega w niej niezwykłość stworzenia ukrytą w tym, co zwyczajne, szare, a nawet banalne. Powraca do świata swojego dzieciństwa, który pokazuje nam w obrazach i miniaturach – o najnowszym zbiorze opowiadań Piotra Szewca pisze Wojciech Chmielewski.

07.07.2026 Laba

Wakacyjne lektury

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dziś z Mikołajem Trzaską rozmawia Magda Huzarska-Szumiec.

06.07.2026 Recenzje

Ustka do ocierania (oczu)

Powieść i jej powrót do lat 80. są bowiem formą ustosunkowania się – wolę to określenie niż „przepracowanie” – do własnej młodości oraz zawarcia paktu między nią a sobą dojrzałym – o Ach, Ustka! Wspomnieniach starego idioty Bartosza Żurawieckiego pisze Piotr Sobolczyk.