W przyjaźni z jednośladem

I was delayed, I was waylaid
An emergency stop
I smelt the last ten seconds of life
I crashed down on the crossbar.

— The Smiths, „Stop Me If You Think You’ve Heard This One Before”

Nie mogę się uwa­żać za eks­per­ta od rowe­rów. Po pro­stu jakiś czas temu posze­dłem za tym samym impul­sem, co wie­lu mi podob­nych. Kie­dy w 2020 roku pra­ca zamknę­ła się ze mną w domu, musia­łem… zna­leźć przed nią uciecz­kę. Padło na rower, bo budził miłe sko­ja­rze­nia: z wie­lo­go­dzin­nym krą­że­niem wokół domu po szko­le, z podwór­ko­wy­mi wyści­ga­mi, wyciecz­ka­mi nad rze­kę w waka­cje. Wła­ści­wie to wte­dy zro­zu­mia­łem, że nie­po­trzeb­nie lata­mi odma­wia­łem sobie powro­tów do tam­tych wspo­mnień.

Rower to kwiat naszej sza­lo­nej epo­ki, w któ­rej świat zaczy­na się unie­za­leż­niać od paliw kopal­nych. To oczy­wi­ście pro­ces powol­ny (choć chy­ba nie­uchron­ny), oku­pio­ny nie­ste­ty wie­lo­ma róż­no­ra­ki­mi woj­na­mi i kon­flik­ta­mi. Dla­te­go też w naj­więk­szych mia­stach… jest gorą­co. Szyb­ki ruch obec­nie trwa i na jezd­niach, i na chod­ni­kach. Narze­ka­nie na kurie­rów mkną­cych na zła­ma­nie kar­ku przez chod­ni­ki dla pie­szych sta­ło się jed­nym z miej­skich refre­nów, obok narze­kań na ceny paliw i smog, na nie­rów­no­ści spo­łecz­ne i podat­ki, na ceny żyw­no­ści i sła­be fil­my w kinie. Tak, wszyst­ko to razem skła­da się na obraz jakie­goś okre­su przej­ścio­we­go, któ­ry zwy­czaj­nie trze­ba przejść.

Rower może być wehi­ku­łem eman­cy­pa­cji i – jak wszyst­kie podob­ne wehi­ku­ły – świet­nie się w póź­nym kapi­ta­li­zmie mone­ty­zu­je. Co dru­gi pra­cow­nik kor­po­ra­cji jest już znaw­cą rowe­rów – oczy­wi­ście nie tych tanich. Rowe­ry sta­no­wią dziś ele­ment reklam, napę­dza­ją sprze­daż odzie­ży i roz­ma­itych akce­so­riów. Nie są już pojaz­dem miej­skie­go under­gro­un­du, jak choć­by w takich fil­mach jak Quick­si­lver (1986) z Kevi­nem Baco­nem, o któ­rym jesz­cze będzie tu mowa. Rowe­ry powo­li zaczy­na­ją peł­nić funk­cję towa­rów pożą­da­nych, towa­rów luk­su­so­wych, takich, co to mają wyra­żać oso­bo­wość i stan posia­da­nia ich użyt­kow­ni­ka.

Mar­ke­ting oczy­wi­ście tak­że urósł w siłę. Sam na rowe­ry wyda­łem spo­ro, w cią­gu ostat­nich dzie­się­ciu lat mia­łem ich z pięć: dwie szo­sów­ki, trzy rowe­ry MTB i jesz­cze jeden, zbu­do­wa­ny z mar­ko­wych czę­ści BMX. Kie­dy jeź­dzi­łem tym ostat­nim po War­sza­wie, pię­cio­lat­ko­wie patrzy­li na mnie z podzi­wem i zazdro­ścią. I chy­ba tyl­ko oni, bo trzy­dzie­sto­kil­ku­let­ni męż­czy­zna na takiej maszy­nie nie wyglą­da aż tak świet­nie, jak mu się wyda­je. Zwłasz­cza gdy umie wyko­nać zale­d­wie pod­sta­wo­we tri­ki.

Czy twór­cy lite­ra­tu­ry doce­ni­li rowe­ry w porę czy wciąż jed­nak wolą samo­cho­do­wy noir? Osta­tecz­nie rowe­rem jeź­dził prze­cież słyn­ny Emil Cio­ran, pisarz i filo­zof kul­to­wy dla co naj­mniej dwóch poko­leń. Od razu nasu­wa się tu na myśl wię­cej legen­dar­nych non­kon­for­mi­stów… albo i nie? Czy pisa­rze wystar­cza­ją­co cele­bro­wa­li podró­że bicy­kla­mi, by roz­to­czyć wśród nich magicz­ną aurę podob­ną do tej towa­rzy­szą­cej moto­cy­klom i samo­cho­dom? A może rower przy­sta­je do zupeł­nie inne­go typu wraż­li­wo­ści, któ­ry dopie­ro zado­ma­wia się w głów­nym nur­cie spo­łecz­nych wyobra­żeń?

W miasto i za miasto

Ze wspo­mnień cykli­sty Bole­sła­wa Pru­sa to nie­zwy­kle sym­pa­tycz­na powieść o wyciecz­kach za mia­sto. Mło­dy urzęd­nik ban­ko­wy dozna­je zawo­du miło­sne­go, z któ­rym nie potra­fi sobie pora­dzić. Idzie więc do zna­ne­go i lubia­ne­go leka­rza, a ten zale­ca mu… wyciecz­ki rowe­ro­we. No i oczy­wi­ście dwa tygo­dnie urlo­pu. Jest to praw­do­po­dob­nie jed­na z pierw­szych ksią­żek poru­sza­ją­cych pro­blem wypa­le­nia zawo­do­we­go. Swój zawód miło­sny ban­kier postrze­ga bowiem z per­spek­ty­wy skraj­nie mate­ria­li­stycz­nej. Uwa­ża, że głów­ną przy­czy­ną jego nie­po­wo­dze­nia jest zbyt niska pen­sja (to nic, że boha­ter zale­ca się do damy od pię­ciu lat pozo­sta­ją­cej w poważ­nym związ­ku). Wyglą­da na to, że prze­li­cza­nie wszyst­kie­go na pie­nią­dze cał­ko­wi­cie opa­no­wa­ło umysł męż­czy­zny. Potrzeb­ne są mu więc odskocz­nia, inna prze­strzeń i inny spo­sób myśle­nia. W podob­nie zresz­tą łopa­to­lo­gicz­ny spo­sób tłu­ma­czy tę spra­wę lekarz:

Jada pan codzień, czy­li – codzień dostar­cza pan jakie­goś kapi­ta­łu musku­łom i ner­wom. Lecz zara­zem popeł­nia pan dwa błę­dy. Naprzód – nie obra­ca pan kapi­ta­łem musku­łów, któ­ry dzię­ki temu nie przy­no­si orga­ni­zmo­wi żad­ne­go pro­cen­tu, a po wtó­re, zbyt wie­le wyda­je pan z kapi­ta­łu ner­wów, któ­re muszą zadłu­żać się u innych czę­ści orga­ni­zmu i – pła­cić lichwę. Ta zaś lichwa wyra­ża się w for­mie moral­nych nie­po­ko­jów i bez­sen­no­ści… Czy pan zro­zu­miał?… Prze­cie jest pan buchal­te­rem1.

Wie­le lat póź­niej, wła­śnie w ame­ry­kań­skim fil­mie Quick­si­lver, poja­wi się inna postać – makler gieł­do­wy. Jego dole­gli­wo­ścią jest zanik intu­icji w obro­cie akty­wów, z któ­rej to intu­icji męż­czy­zna wcze­śniej sły­nął. Któ­re­goś dnia boha­ter, jadąc samo­cho­dem, przy­pad­ko­wo napo­ty­ka na swo­jej dro­dze kurie­ra rowe­ro­we­go. Ten, wymi­ja­jąc go, posy­ła mu zawa­diac­ki uśmiech. Jakiś czas póź­niej makler sam zosta­je kurie­rem, a rowe­ro­we tri­ki i wyści­gi na miej­skiej szo­sów­ce oka­zu­ją się jego nową głów­ną pasją. Zauro­czo­ny tym sty­lem życia, czu­je wystrzał dodat­ko­wej ener­gii. Wplą­tu­je się też w intry­gę kry­mi­nal­ną. Osta­tecz­nie wra­ca na gieł­dę, gdzie znów sta­je się panem sytu­acji.

Obie histo­rie łączy motyw „skrę­tu w bok”. Prze­siad­ka na rower dla obu boha­te­rów jest gestem rezy­gna­cji z karie­ro­we­go opor­tu­ni­zmu. To spo­sób, by zrzu­cić poważ­ny gar­ni­tur i doj­rzeć pomi­ja­ne dotąd uro­ki świa­ta. Postać z powie­ści Pru­sa dzię­ki wyciecz­kom nie tyl­ko prze­zwy­cię­ża w sobie lęk przed mar­no­tra­wie­niem godzin pra­cy, ale też dostrze­ga, ile róż­no­ra­kich wyda­rzeń roz­gry­wa się we wsiach pod War­sza­wą i jak wie­le spraw doty­czy ich miesz­kań­ców – począw­szy od tyfu­su i cier­pie­nia cho­ru­ją­cych rodzin, a skoń­czyw­szy na egze­ku­cji jastrzę­bia, któ­ry pod­kra­dał kury z gospo­dar­stwa.

Rower może więc sprzy­jać włą­cze­niu życia na inne obro­ty. Dając mię­śniom ruch, przy­wra­ca się rów­no­wa­gę umy­słu i świa­do­mość dzia­ła­nia. Jed­no­cze­śnie to spo­sób na dostrze­że­nie życia ponad podzia­ła­mi kla­so­wy­mi. Odda­nie się zgu­bio­nej spon­ta­nicz­no­ści.

Bolesław Prus, „Ze wspomnień cyklisty”, Warszawa: Gebethner i Wolff, 1904 (Kraków: W. L. Anczyc), strona tytułowa, źródło: Biblioteka Narodowa / Polona / Domena publiczna / Public domain.
Bolesław Prus, „Ze wspomnień cyklisty”, Warszawa: Gebethner i Wolff, 1904 (Kraków: W.L. Anczyc), strona tytułowa, źródło: Biblioteka Narodowa / Polona / Domena publiczna / Public domain.

Zna­mien­ne, że gaze­to­wa powieść Pru­sa publi­ko­wa­na była w roku 1903 na łamach war­szaw­skie­go „Kurie­ra Codzien­ne­go”, a jako książ­ka zosta­ła wyda­na w 1904 roku, czy­li nie­mal w przed­dzień słyn­nej rewo­lu­cji – rewo­lu­cji o pod­ło­żu socjal­nym, któ­ra nie­ba­wem opa­no­wa­ła cały kraj. Prus uka­zu­je w kolej­nych roz­dzia­łach wraż­li­wość spo­łecz­ną, jaką kształ­to­wał w sobie od lat. Był w koń­cu pisa­rzem w peł­ni rozu­mie­ją­cym swo­ją dyna­micz­ną współ­cze­sność, o czym już wcze­śniej dał znać choć­by w Lal­ceEman­cy­pant­kach. Rowe­ra­mi z kolei zain­te­re­so­wał się mimo wła­snej ago­ra­fo­bii i już w 1894 roku został hono­ro­wym człon­kiem War­szaw­skie­go Towa­rzy­stwa Cykli­stów. Przy­jem­no­ściom rowe­ro­wym odda­wa­ła się rów­nież wie­lo­let­nia przy­ja­ciół­ka Pru­sa, Maria Curie-Skło­dow­ska, któ­ra spę­dza­ła wraz z pisa­rzem spo­ro cza­su w uzdro­wi­sku w Nałę­czo­wie. Nałę­czów to zresz­tą jed­no z pierw­szych pol­skich miast pro­mu­ją­cych tury­sty­kę rowe­ro­wą.

Mógł­bym napi­sać: „dziś sam jestem ban­kie­rem miesz­ka­ją­cym w War­sza­wie, rów­nież jeż­dżę za mia­sto”. Bo rze­czy­wi­ście tak jest. Uwiel­biam jeź­dzić przez Las Bie­lań­ski do Pusz­czy Kam­pi­no­skiej, a gdy już zaży­ję dosta­tecz­nie jej świe­żo­ści, włó­czę się po pobli­skich wio­skach, któ­re czę­sto koja­rzą mi się z Pod­kar­pa­ciem – miej­scem, gdzie się uro­dzi­łem i wycho­wa­łem. Pod­war­szaw­skie rejo­ny na szczę­ście nie są kom­plet­nie opa­no­wa­ne przez mod­ny dziś fason nowo­miesz­czań­skich blo­ków. Już w Łomian­kach zakosz­to­wać moż­na typo­wo mało­mia­stecz­ko­wej Pol­ski, a im dalej, tym wię­cej samot­nych chat, czę­sto jesz­cze drew­nia­nych, z suszą­cym się na sznur­kach pra­niem.

Miej­scem orien­ta­cyj­nym dla dzi­siej­szych war­szaw­skich rowe­rzy­stów jest Tru­skaw. Znaj­du­ją się tu pętla auto­bu­so­wa, kil­ka barów dla rowe­rzy­stów, sklep, warsz­tat i wypo­ży­czal­nia. W dni wol­ne od pra­cy spo­tkać moż­na tutaj mnó­stwo ludzi, naj­prze­róż­niej ubra­nych i wypo­sa­żo­nych: ogo­lo­ne­go ama­to­ra szo­sów­ki z jego czy­ściut­kim rowe­rem i dopa­so­wa­nym uni­for­mem, umo­ru­sa­ne­go ride­ra MTB, rodzi­nę z dzie­cia­ka­mi na Woomach czy nawet mał­żeń­stwo eme­ry­tów na wygod­nych rowe­rach trek­kin­go­wych.

Dzi­siaj wła­ści­wie trud­no było­by o reflek­sję podob­ną do tej Pru­sa, bo na przed­mie­ściach War­sza­wy miesz­ka mnó­stwo boga­tych ludzi, zresz­tą bar­dzo gościn­nych wobec tury­stów rowe­ro­wych. Na szczę­ście nie spo­sób już myśleć o przy­bi­ja­nej do słu­pa sowie, o poje­dyn­kach strze­lec­kich na kam­pi­no­skiej pola­nie. Znacz­nie też wzro­sła świa­do­mość eko­lo­gicz­na, dzię­ki cze­mu reszt­ki ogrom­nej kie­dyś pusz­czy nie muszą przyj­mo­wać ton śmie­ci, jakie nie­gdyś zosta­wia­li na tym obsza­rze tury­ści. Wła­ści­wie wypra­wy pod War­sza­wę dostar­cza­ją głów­nie pozy­tyw­nych wra­żeń i gdy­by nie czę­ste remon­ty dróg oraz sta­wia­ne tu i ówdzie pery­fe­ryj­ne osie­dla dewe­lo­per­skie, świat ten był­by napraw­dę cza­ru­ją­cy.

Na ratunek człowieczeństwu

Boha­ter lek­kiej powie­ści gaze­to­wej Pru­sa oswa­jał smu­tek i prze­pra­co­wa­nie. O wie­le trud­niej jed­nak oswo­ić pożar histo­rii, któ­ry wyglą­da rze­czy­wi­ście jak koniec świa­ta. Czy tułacz­ka jest tu jakimś roz­wią­za­niem? Tułacz­ka, pod­czas któ­rej poznać moż­na ostat­nie skraw­ki pojęć, jakie zawie­ra wła­sna świa­do­mość.

Szki­ce piór­kiem Andrze­ja Bob­kow­skie­go są kla­sycz­ną już pozy­cją, wie­lo­krot­nie wzna­wia­ną. Wyda­ne zosta­ły w 1957 roku w Pary­żu nakła­dem tam­tej­sze­go, emi­gra­cyj­ne­go Insty­tu­tu Lite­rac­kie­go. Książ­kę chwa­lił Witold Gom­bro­wicz, uzna­jąc ją za przy­kład jed­ne­go z naj­więk­szych osią­gnięć pol­skie­go pamięt­ni­kar­stwa. Bo jest to utwór wybit­nie odma­lo­wu­ją­cy swo­ją epo­kę, a rower gra w nim nie­ba­ga­tel­ną rolę. To wła­śnie mię­dzy inny­mi za jego pomo­cą Bob­kow­ski ucie­kał przed nie­miec­kim prze­śla­do­wa­niem, ratu­jąc wła­sną suwe­ren­ność i przede wszyst­kim zer­ka­jąc w głąb wszyst­kie­go, co dotąd wykształ­ci­ła ludz­kość. Wie­lu kry­ty­ków wspo­mi­na, że Szki­ce… wła­ści­wie nie są typo­wym dzien­ni­kiem, lecz połą­cze­niem wie­lu róż­nych form: ese­ju, powie­ści, trak­ta­tu filo­zo­ficz­ne­go, felie­to­nu. Osta­tecz­nie zapi­ski te były two­rzo­ne w róż­nych miej­scach i nie­re­gu­lar­nie uzu­peł­nia­ne o prze­róż­ne tek­sty. Ich siłą jest auten­tycz­ność i wysu­bli­mo­wa­na reflek­sja, jakich próż­no szu­kać gdzie­kol­wiek indziej.

W cza­sie jaz­dy na rowe­rze przez połu­dnio­wą Fran­cję Bob­kow­ski tar­ga­ny jest prze­róż­ny­mi emo­cja­mi. Wście­ka się na kapi­tu­lu­ją­cą bez wal­ki armię. Roz­my­śla o cier­pie­niu, o sen­sie woj­ny. Roz­ko­szu­je się pogo­dą, jako­ścią dróg, uro­kiem przy­ro­dy, nazy­wa jaz­dę przez ser­pen­ty­ny szo­so­wym tań­cem. Ów stru­mień świa­do­mo­ści ma nie­zwy­kły rytm, rytm wyzna­cza­ny przez kolej­ne zma­ga­nia cia­ła. Są one tym głę­biej usen­sow­nio­ne, im więk­sze wyzwa­nie rzu­ca­ją Bob­kow­skie­mu przy­ro­da i pod­dań­cza, melan­cho­lij­na aura Fran­cji. To praw­dzi­wie rowe­ro­wa ody­se­ja.

Tadzio teraz stał, spo­glą­dał na jadą­ce samo­cho­dy, splu­wał i wresz­cie sucho stwier­dził: „Trze­ba stąd koniecz­nie odpły­nąć dalej, a potem zoba­czy­my”. Zaczę­li­śmy się zasta­na­wiać, jak to zro­bić. Pocią­gi już nie odcho­dzą, iść na pie­cho­tę nie ma sen­su. Tadzio skrę­cał mozol­nie papie­ro­sa, czy­li „spi­ro­che­ta”, i wresz­cie oświad­czył, że naj­le­piej kupić rowe­ry. Zde­cy­do­wa­łem się w jed­nej chwi­li. Po dłu­gich poszu­ki­wa­niach zna­leź­li­śmy sklep. Uży­wa­nych już nie było i tyl­ko nowe. Tadzio kupił sobie pół­wy­ści­gów­kę za 630 fran­ków, ja dosko­na­łą szo­sów­kę za 715 fran­ków. W skle­pie ogar­nę­ła mnie zupeł­nie dzi­ka i bez­sil­na wście­kłość. Dla­cze­go ten wspa­nia­ły kraj, w któ­rym nowy rower kosz­tu­je jed­ną trze­cią prze­cięt­ne­go zarob­ku robot­ni­ka, dla­cze­go ten kraj bio­rą dia­bli? Cią­gle odczu­wam to jako defi­ni­tyw­ny koniec. To już chy­ba nie wró­ci. I może wła­śnie to uczu­cie, uczu­cie bez­gra­nicz­ne­go smut­ku, jest w tym wszyst­kim naj­gor­sze. Robert paku­je teraz nasze rze­czy. Oba­wiam się, że te rowe­ry poja­dą raczej na nas, a nie my na nich2.

W przy­to­czo­nym frag­men­cie potęż­ny wydźwięk ma pyta­nie: „dla­cze­go ten kraj bio­rą dia­bli”? Jak­by mia­ło się ono stać refre­nem całej podró­ży, któ­ra obfi­to­wa­ła prze­cież w tyle momen­tów wście­kło­ści i rezy­gna­cji, lamen­tu, ale i naj­prze­róż­niej­szych zachwy­tów.

Rowe­ry wypro­wa­dzi­li­śmy za zakręt, bo bali­śmy się na nie wsia­dać. Wresz­cie ja odwa­ży­łem się pierw­szy. Tadzio za mną. Okrop­ne! Opadł mnie strach. Zda­wa­ło mi się, że cały rower gnie się, że rama wichru­je i że lada chwi­la coś trza­śnie. Tadzio zbladł i wyszczę­kał: „Nie uje­dzie ani dwa­dzie­ścia kilo­me­trów”. Obaj trzę­śli­śmy się ze zde­ner­wo­wa­nia, sku­pi­li­śmy całą uwa­gę na kie­row­ni­cy i po kwa­dran­sie jaz­dy przez mia­sto wyto­czy­li­śmy się na szo­sę jak dwa cięż­kie czoł­gi. Tu już szło lepiej. Powo­li, powo­li roz­krę­ca­my się. Po pięt­na­stu kilo­me­trach usta­ły drga­nia w kie­row­ni­cy, rower prze­stał się „giąć”.
Tadzio stwier­dza to samo. Oży­wi­li­śmy się i wró­cił nam dobry humor. Jedzie­my na Narbon­ne – sta­ra tra­sa. Pogo­da cudow­na, upał. W Lézi­gnan zatrzy­ma­li­śmy się. Kupi­łem chle­ba, mle­ka i pomi­do­rów, kawa­łek sera. Koło dru­giej zje­cha­li­śmy w bok od szo­sy popod kil­ka pinii i zabra­li­śmy się do obia­du, wycią­gnię­ci na suchej tra­wie w cie­niu. Roz­kosz nie do opi­sa­nia. Gada­my i jemy, a przy papie­ro­sie zasta­na­wia­my się, kie­dy będzie moż­na doje­chać do Pary­ża. Na „krót­sze” dro­gi mamy 1600 kilo­me­trów. Może pod koniec mie­sią­ca? Jak wytrzy­ma­ją maszy­ny? Przy­po­mi­na nam się pierw­sza podróż. Teraz kom­fort: mamy namiot i nie potrze­bu­je­my szu­kać noc­le­gów w fer­mach, wie­czo­rem gorą­ce jedze­nie3.

Andrzej Bobkowski na rowerze (1946), źródło: Biblioteka Narodowa / Polona / Domena publiczna / Public domain.
Andrzej Bobkowski na rowerze (1946), źródło: Biblioteka Narodowa / Polona / Domena publiczna / Public domain.

Moż­na powie­dzieć, że Bob­kow­ski był pio­nie­rem tak zwa­nej jaz­dy z sakwa­mi, czy­li bar­dzo popu­lar­ne­go dziś spo­so­bu poko­ny­wa­nia dale­kich odle­gło­ści z przy­pię­ty­mi do rowe­ru, odpo­wied­nio uszy­ty­mi tor­ba­mi, któ­re pozwa­la­ją wziąć w podróż wszyst­kie nie­zbęd­ne rze­czy: od namio­tu przez ubra­nia na zmia­nę, przy­bo­ry do mycia aż po… książ­kę Bob­kow­skie­go.

Tak, Szki­ce piór­kiem sta­ły się inspi­ra­cją dla twór­ców fil­mu doku­men­tal­ne­go Bob­kow­ski, co dalej?, któ­re­go pre­mie­ra odby­ła się w 2014 roku. Film został zre­ali­zo­wa­ny dzię­ki sty­pen­dium Mini­ster­stwa Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Naro­do­we­go „Mło­da Pol­ska”. Auto­rzy i boha­te­ro­wie doku­men­tu to pol­sko-austriac­ka para: Filip Jacob­son i Ange­li­ka Her­ta. Ta dwój­ka mło­dych ludzi posta­no­wi­ła wyru­szyć obła­do­wa­ny­mi rowe­ra­mi szla­kiem zna­nym ze Szki­ców piór­kiem. Nie jest to oczy­wi­ście łatwa dro­ga, a więc pery­pe­tie podróż­ni­ków rów­nież nie nale­żą do naj­ła­twiej­szych. Zna­mien­na jest sce­na, w któ­rej obo­je opróż­nia­ją baga­że, by pozbyć się cięż­kich rze­czy. Ange­li­ka pro­po­nu­je, żeby wyrzu­cić wła­śnie Szki­ce piór­kiem, któ­re Filip wie­zie w jed­nej ze swo­ich sakw. On sta­now­czo się na to nie zga­dza, mimo dłu­gich nale­gań i argu­men­tu, że prze­cież w trak­cie podró­ży nie zaglą­dał do książ­ki ani razu. W koń­cu obec­ność ich prze­wod­ni­ka musia­ła być w jakiś spo­sób zazna­czo­na w fil­mie i pod­czas wypra­wy.

Zabaw­ne, że w Pol­sce w latach 90. popu­lar­na była try­lo­gia powie­ścio­wa Nie­bie­ski rower Régi­ne Defor­ges w tłu­ma­cze­niu Regi­ny Grę­dy (popu­lar­no­ścią cie­szył się po latach rów­nież serial pod tym samym tytu­łem, z Laeti­tią Castą w roli głów­nej). To histo­ria Lei Del­mas – pięk­nej, mło­dej Fran­cuz­ki, któ­ra w trak­cie dru­giej woj­ny świa­to­wej pra­cu­je jako łącz­nicz­ka, wożąc swo­im nie­bie­skim rowe­rem wia­do­mo­ści i instruk­cje dla ruchu opo­ru. Powieść, nazna­czo­na spo­rą daw­ką ero­ty­zmu, swe­go cza­su biła rekor­dy sprze­da­ży na całym świe­cie. Jest jak­by rewer­sem nota­tek Bob­kow­skie­go, a jej akcja roz­gry­wa się w podob­nych oko­licz­no­ściach, rów­nież w spo­rej mie­rze wśród win­nic połu­dnio­wej Fran­cji. Peł­no tam scen podej­mo­wa­nia żoł­nie­rzy nie­miec­kich, a jeden z kochan­ków pięk­nej Lei nawet wcie­la się do Waf­fen-SS. I moż­na by ten utwór zigno­ro­wać, nazy­wa­jąc go po pro­stu zwy­kłym roman­si­dłem, gdy­by nie fakt, że jest w nim napraw­dę dużo świet­nie naszki­co­wa­nych obra­zów z epo­ki. Autor­ka opi­su­je pary­skie sub­kul­tu­ry tam­tych cza­sów, nie­pod­da­ją­ce się pre­sji woj­ny, gra­ją­ce w piw­ni­cach jazz. Posta­ci z ruchu opo­ru tak­że nie są jed­no­znacz­ne, wśród nich jest pisarz i dzien­ni­karz, żydow­ski homo­sek­su­ali­sta, z któ­rym Lea toczy żywe i barw­ne roz­mo­wy o lite­ra­tu­rze fran­cu­skiej. To zresz­tą cie­ka­we i bar­dzo koją­ce, jak roz­mo­wy te pozwa­la­ją ludziom wytrzy­mać kosz­mar woj­ny.

Wła­ści­wie widać, że rower nie­zwy­kle czę­sto sta­je się pojaz­dem sze­ro­ko poję­te­go kry­zy­su: finan­so­we­go bądź egzy­sten­cjal­ne­go. Może być rów­nież sym­bo­lem kry­zy­su powszech­ne­go i pró­by zmia­ny, uciecz­ki, z jed­no­cze­snym zastrzy­kiem dopa­mi­ny.

Skandynawski uśmiech

Pamię­tam, że w pan­de­mii COVID-19 mod­ny był fiń­sko-szwedz­ki film Cykli­sten (2014) o zupeł­nie nie­efek­tow­nym rowe­rzy­ście, ubra­nym w brzyd­ki kask i odbla­sko­wą kami­zel­kę. Męż­czy­zna miał ze sobą wła­ści­wie wszyst­ko, za co służ­by dro­go­we chwa­lić mogą oso­bę poru­sza­ją­cą się jed­no­śla­dem. Nic w nim ze wcze­śniej wspo­mnia­ne­go Kevi­na Baco­na, któ­ry łamał wszel­kie moż­li­we prze­pi­sy w Nowym Jor­ku, błysz­cząc kasz­kie­tem Kan­gol i dosko­na­le skro­jo­ny­mi wytar­ty­mi jean­sa­mi. Boha­ter nic wspól­ne­go nie miał rów­nież z Andrze­jem Bob­kow­skim, któ­ry testo­wał moż­li­wo­ści rowe­ru i prze­strze­ni, żąda­jąc w duchu od Fran­cji jakiej­kol­wiek reak­cji na nie­miec­ką oku­pa­cję. To naj­zwy­czaj­niej­szy w świe­cie rowe­rzy­sta o prze­cięt­nej uro­dzie i prze­cięt­nej budo­wie cia­ła. Poma­ga jed­nak ludziom w momen­tach zupeł­nie bez­na­dziej­nych, któ­re mogą się zda­rzyć co dzień.

Oś fabu­lar­na fil­mu skon­stru­owa­na zosta­ła wokół posta­ci Han­ny – mat­ki, któ­ra stra­ci­ła syna w wypad­ku. Rowe­rzy­sta spo­ty­ka ją w momen­cie jej naj­głęb­szej żało­by i apa­tii. Jest cichy, mil­czą­cy, ale potra­fi zaofe­ro­wać Han­nie wie­le współ­czu­cia. Poma­ga jej drob­ny­mi gesta­mi. Dla zmę­czo­nych życiem miesz­kań­ców mia­stecz­ka począt­ko­wo jest sym­pa­tycz­nym i nie­groź­nym dzi­wa­kiem. Z cza­sem jed­nak uczą się oni doce­niać jego obec­ność oraz to, że męż­czy­zna krą­ży po oko­li­cy i bez­in­te­re­sow­nie speł­nia dobre uczyn­ki. Zaczy­na­ją nawet mówić, że czy­ni cuda.

O tym fil­mie roz­ma­wia­ło się wie­le wła­śnie w roku 2020, kie­dy zno­wu zachwia­na zosta­ła wia­ra w opty­mi­stycz­ną stro­nę ludz­kie­go ist­nie­nia. Pamię­tam jed­ną z wycie­czek rowe­ro­wych przez pustą War­sza­wę, gdy opu­sto­sza­łe wie­żow­ce stra­szy­ły ciem­no­ścią, a witry­ny żywych dotych­czas skle­pów pust­ką. Kole­ga powie­dział wte­dy przez masecz­kę ochron­ną, że przy­dał­by się tu ten cudo­twór­ca, bo wszy­scy, któ­rzy nie są pod­łą­cze­ni do respi­ra­to­rów, modlą się albo bio­rą leki anty­de­pre­syj­ne. No, dopo­wiem, ewen­tu­al­nie czy­ta­li jesz­cze teo­rie spi­sko­we, by upew­nić się, że wirus nie ist­nie­je.

Z pożo­gi ostat­nich lat, z noto­rycz­ne­go glo­bal­ne­go kry­zy­su, być może da się wyje­chać tyl­ko rowe­rem. Może trze­ba pogo­dzić się z tym, że dobro­byt stu­le­ci węgla i sta­li odcho­dzi do histo­rii, a zosta­ją po nim głów­nie zanie­czysz­cze­nia powie­trza. Twór­cy wciąż nie­śmia­ło dają wyraz rowe­ro­wym fascy­na­cjom – zwłasz­cza auto­rzy lite­ra­tu­ry popu­lar­nej, któ­ra dostar­czać musi efek­tow­nych scen pości­gów i aktów miło­snych roz­gry­wa­ją­cych się w samo­cho­dach. To jed­nak może się zmie­nić, bo w lite­ra­tu­rze zapi­sa­ne są nastro­je współ­cze­sno­ści, nawet jeśli tak trud­no je cza­sem oddać i wychwy­cić. Czy więc czas na prak­tycz­ną, postu­lo­wa­ną gdzie­nie­gdzie kry­ty­kę eko­lo­gicz­ną utwo­ru lite­rac­kie­go, na poszu­ki­wa­nie alter­na­ty­wy dla ksią­żek, utwier­dza­ją­cych w tok­sycz­nej eks­plo­ra­cji śro­do­wi­ska natu­ral­ne­go? Może po pro­stu czas na rower.

 

1 B. Prus, Ze wspo­mnień cykli­sty, War­sza­wa: Imprint, 2023, s. 23.

2 A. Bob­kow­ski, Szki­ce piór­kiem, War­sza­wa: Wydaw­nic­two CiS, 2011, s. 14.

3 Tam­że, s. 17–18.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Andrzej Bobkowski na rowerze (1946), źródło: Biblioteka Narodowa / Polona / Domena publiczna / Public domain. Andrzej Bobkowski z żoną i szwagrem podczas wycieczki rowerowej (1947), źródło: Biblioteka Narodowa / Polona / Domena publiczna / Public domain. Andrzej Bobkowski z żoną na wycieczce (ok. 1938), źródło: Biblioteka Narodowa / Polona / Domena publiczna / Public domain. Portret Andrzeja Bobkowskiego z rowerem (1947), źródło: Biblioteka Narodowa / Polona / Domena publiczna / Public domain. Bolesław Prus – fotografia/pocztówka (1905), źródło: Biblioteka Narodowa / Polona / Domena publiczna / Public domain. Bolesław Prus, „Ze wspomnień cyklisty”, Warszawa: Gebethner i Wolff, 1904 (Kraków: W. L. Anczyc), strona tytułowa, źródło: Biblioteka Narodowa / Polona / Domena publiczna / Public domain. Bolesław Prus – fotografia portretowa autorstwa Edwarda Troczewskiego (ok. 1895), źródło: Biblioteka Narodowa / Polona / Domena publiczna / Public domain.

Czytaj także

30.10.2025 Recenzje

Poetyka kwantowa, akt I

Świetny debiut, Love song, zapewnił Karolinie Krasny wysoką pozycję wśród młodych talentów polskiej sceny literackiej. Druga książka tej autorki jest utworem w pewnym sensie jeszcze bardziej programowalnym. Pozwala ułożyć świat przedstawiony w swobodnie wykoślawioną alternatywną rzeczywistość. I to niejedną – o Strefie II Karoliny Krasny pisze Konrad Janczura.

14.08.2025 Recenzje

Ziemia Ulro jako doskonały narkotyk

Powieść tę odczytać można zgodnie ze słynnym zdaniem Williama Blake’a: ,,Nadmiar smutku się śmieje”. Pożoga wojenna, bezsens istnienia, nadchodząca śmierć i metafizyczny akcent w zakończeniu: wszystko to można obrócić w szekspirowski żart – o Wyroku Ishbel Szatrawskiej pisze Konrad Janczura.

07.07.2026 Laba

Wakacyjne lektury

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dziś z Mikołajem Trzaską rozmawia Magda Huzarska-Szumiec.

06.07.2026 Recenzje

Ustka do ocierania (oczu)

Powieść i jej powrót do lat 80. są bowiem formą ustosunkowania się – wolę to określenie niż „przepracowanie” – do własnej młodości oraz zawarcia paktu między nią a sobą dojrzałym – o Ach, Ustka! Wspomnieniach starego idioty Bartosza Żurawieckiego pisze Piotr Sobolczyk.