Nie mogę się uważać za eksperta od rowerów. Po prostu jakiś czas temu poszedłem za tym samym impulsem, co wielu mi podobnych. Kiedy w 2020 roku praca zamknęła się ze mną w domu, musiałem… znaleźć przed nią ucieczkę. Padło na rower, bo budził miłe skojarzenia: z wielogodzinnym krążeniem wokół domu po szkole, z podwórkowymi wyścigami, wycieczkami nad rzekę w wakacje. Właściwie to wtedy zrozumiałem, że niepotrzebnie latami odmawiałem sobie powrotów do tamtych wspomnień.
Rower to kwiat naszej szalonej epoki, w której świat zaczyna się uniezależniać od paliw kopalnych. To oczywiście proces powolny (choć chyba nieuchronny), okupiony niestety wieloma różnorakimi wojnami i konfliktami. Dlatego też w największych miastach… jest gorąco. Szybki ruch obecnie trwa i na jezdniach, i na chodnikach. Narzekanie na kurierów mknących na złamanie karku przez chodniki dla pieszych stało się jednym z miejskich refrenów, obok narzekań na ceny paliw i smog, na nierówności społeczne i podatki, na ceny żywności i słabe filmy w kinie. Tak, wszystko to razem składa się na obraz jakiegoś okresu przejściowego, który zwyczajnie trzeba przejść.
Rower może być wehikułem emancypacji i – jak wszystkie podobne wehikuły – świetnie się w późnym kapitalizmie monetyzuje. Co drugi pracownik korporacji jest już znawcą rowerów – oczywiście nie tych tanich. Rowery stanowią dziś element reklam, napędzają sprzedaż odzieży i rozmaitych akcesoriów. Nie są już pojazdem miejskiego undergroundu, jak choćby w takich filmach jak Quicksilver (1986) z Kevinem Baconem, o którym jeszcze będzie tu mowa. Rowery powoli zaczynają pełnić funkcję towarów pożądanych, towarów luksusowych, takich, co to mają wyrażać osobowość i stan posiadania ich użytkownika.
Marketing oczywiście także urósł w siłę. Sam na rowery wydałem sporo, w ciągu ostatnich dziesięciu lat miałem ich z pięć: dwie szosówki, trzy rowery MTB i jeszcze jeden, zbudowany z markowych części BMX. Kiedy jeździłem tym ostatnim po Warszawie, pięciolatkowie patrzyli na mnie z podziwem i zazdrością. I chyba tylko oni, bo trzydziestokilkuletni mężczyzna na takiej maszynie nie wygląda aż tak świetnie, jak mu się wydaje. Zwłaszcza gdy umie wykonać zaledwie podstawowe triki.
Czy twórcy literatury docenili rowery w porę czy wciąż jednak wolą samochodowy noir? Ostatecznie rowerem jeździł przecież słynny Emil Cioran, pisarz i filozof kultowy dla co najmniej dwóch pokoleń. Od razu nasuwa się tu na myśl więcej legendarnych nonkonformistów… albo i nie? Czy pisarze wystarczająco celebrowali podróże bicyklami, by roztoczyć wśród nich magiczną aurę podobną do tej towarzyszącej motocyklom i samochodom? A może rower przystaje do zupełnie innego typu wrażliwości, który dopiero zadomawia się w głównym nurcie społecznych wyobrażeń?
W miasto i za miasto
Ze wspomnień cyklisty Bolesława Prusa to niezwykle sympatyczna powieść o wycieczkach za miasto. Młody urzędnik bankowy doznaje zawodu miłosnego, z którym nie potrafi sobie poradzić. Idzie więc do znanego i lubianego lekarza, a ten zaleca mu… wycieczki rowerowe. No i oczywiście dwa tygodnie urlopu. Jest to prawdopodobnie jedna z pierwszych książek poruszających problem wypalenia zawodowego. Swój zawód miłosny bankier postrzega bowiem z perspektywy skrajnie materialistycznej. Uważa, że główną przyczyną jego niepowodzenia jest zbyt niska pensja (to nic, że bohater zaleca się do damy od pięciu lat pozostającej w poważnym związku). Wygląda na to, że przeliczanie wszystkiego na pieniądze całkowicie opanowało umysł mężczyzny. Potrzebne są mu więc odskocznia, inna przestrzeń i inny sposób myślenia. W podobnie zresztą łopatologiczny sposób tłumaczy tę sprawę lekarz:
Jada pan codzień, czyli – codzień dostarcza pan jakiegoś kapitału muskułom i nerwom. Lecz zarazem popełnia pan dwa błędy. Naprzód – nie obraca pan kapitałem muskułów, który dzięki temu nie przynosi organizmowi żadnego procentu, a po wtóre, zbyt wiele wydaje pan z kapitału nerwów, które muszą zadłużać się u innych części organizmu i – płacić lichwę. Ta zaś lichwa wyraża się w formie moralnych niepokojów i bezsenności… Czy pan zrozumiał?… Przecie jest pan buchalterem1.
Wiele lat później, właśnie w amerykańskim filmie Quicksilver, pojawi się inna postać – makler giełdowy. Jego dolegliwością jest zanik intuicji w obrocie aktywów, z której to intuicji mężczyzna wcześniej słynął. Któregoś dnia bohater, jadąc samochodem, przypadkowo napotyka na swojej drodze kuriera rowerowego. Ten, wymijając go, posyła mu zawadiacki uśmiech. Jakiś czas później makler sam zostaje kurierem, a rowerowe triki i wyścigi na miejskiej szosówce okazują się jego nową główną pasją. Zauroczony tym stylem życia, czuje wystrzał dodatkowej energii. Wplątuje się też w intrygę kryminalną. Ostatecznie wraca na giełdę, gdzie znów staje się panem sytuacji.
Obie historie łączy motyw „skrętu w bok”. Przesiadka na rower dla obu bohaterów jest gestem rezygnacji z karierowego oportunizmu. To sposób, by zrzucić poważny garnitur i dojrzeć pomijane dotąd uroki świata. Postać z powieści Prusa dzięki wycieczkom nie tylko przezwycięża w sobie lęk przed marnotrawieniem godzin pracy, ale też dostrzega, ile różnorakich wydarzeń rozgrywa się we wsiach pod Warszawą i jak wiele spraw dotyczy ich mieszkańców – począwszy od tyfusu i cierpienia chorujących rodzin, a skończywszy na egzekucji jastrzębia, który podkradał kury z gospodarstwa.
Rower może więc sprzyjać włączeniu życia na inne obroty. Dając mięśniom ruch, przywraca się równowagę umysłu i świadomość działania. Jednocześnie to sposób na dostrzeżenie życia ponad podziałami klasowymi. Oddanie się zgubionej spontaniczności.
Znamienne, że gazetowa powieść Prusa publikowana była w roku 1903 na łamach warszawskiego „Kuriera Codziennego”, a jako książka została wydana w 1904 roku, czyli niemal w przeddzień słynnej rewolucji – rewolucji o podłożu socjalnym, która niebawem opanowała cały kraj. Prus ukazuje w kolejnych rozdziałach wrażliwość społeczną, jaką kształtował w sobie od lat. Był w końcu pisarzem w pełni rozumiejącym swoją dynamiczną współczesność, o czym już wcześniej dał znać choćby w Lalce i Emancypantkach. Rowerami z kolei zainteresował się mimo własnej agorafobii i już w 1894 roku został honorowym członkiem Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów. Przyjemnościom rowerowym oddawała się również wieloletnia przyjaciółka Prusa, Maria Curie-Skłodowska, która spędzała wraz z pisarzem sporo czasu w uzdrowisku w Nałęczowie. Nałęczów to zresztą jedno z pierwszych polskich miast promujących turystykę rowerową.
Mógłbym napisać: „dziś sam jestem bankierem mieszkającym w Warszawie, również jeżdżę za miasto”. Bo rzeczywiście tak jest. Uwielbiam jeździć przez Las Bielański do Puszczy Kampinoskiej, a gdy już zażyję dostatecznie jej świeżości, włóczę się po pobliskich wioskach, które często kojarzą mi się z Podkarpaciem – miejscem, gdzie się urodziłem i wychowałem. Podwarszawskie rejony na szczęście nie są kompletnie opanowane przez modny dziś fason nowomieszczańskich bloków. Już w Łomiankach zakosztować można typowo małomiasteczkowej Polski, a im dalej, tym więcej samotnych chat, często jeszcze drewnianych, z suszącym się na sznurkach praniem.
Miejscem orientacyjnym dla dzisiejszych warszawskich rowerzystów jest Truskaw. Znajdują się tu pętla autobusowa, kilka barów dla rowerzystów, sklep, warsztat i wypożyczalnia. W dni wolne od pracy spotkać można tutaj mnóstwo ludzi, najprzeróżniej ubranych i wyposażonych: ogolonego amatora szosówki z jego czyściutkim rowerem i dopasowanym uniformem, umorusanego ridera MTB, rodzinę z dzieciakami na Woomach czy nawet małżeństwo emerytów na wygodnych rowerach trekkingowych.
Dzisiaj właściwie trudno byłoby o refleksję podobną do tej Prusa, bo na przedmieściach Warszawy mieszka mnóstwo bogatych ludzi, zresztą bardzo gościnnych wobec turystów rowerowych. Na szczęście nie sposób już myśleć o przybijanej do słupa sowie, o pojedynkach strzeleckich na kampinoskiej polanie. Znacznie też wzrosła świadomość ekologiczna, dzięki czemu resztki ogromnej kiedyś puszczy nie muszą przyjmować ton śmieci, jakie niegdyś zostawiali na tym obszarze turyści. Właściwie wyprawy pod Warszawę dostarczają głównie pozytywnych wrażeń i gdyby nie częste remonty dróg oraz stawiane tu i ówdzie peryferyjne osiedla deweloperskie, świat ten byłby naprawdę czarujący.
Na ratunek człowieczeństwu
Bohater lekkiej powieści gazetowej Prusa oswajał smutek i przepracowanie. O wiele trudniej jednak oswoić pożar historii, który wygląda rzeczywiście jak koniec świata. Czy tułaczka jest tu jakimś rozwiązaniem? Tułaczka, podczas której poznać można ostatnie skrawki pojęć, jakie zawiera własna świadomość.
Szkice piórkiem Andrzeja Bobkowskiego są klasyczną już pozycją, wielokrotnie wznawianą. Wydane zostały w 1957 roku w Paryżu nakładem tamtejszego, emigracyjnego Instytutu Literackiego. Książkę chwalił Witold Gombrowicz, uznając ją za przykład jednego z największych osiągnięć polskiego pamiętnikarstwa. Bo jest to utwór wybitnie odmalowujący swoją epokę, a rower gra w nim niebagatelną rolę. To właśnie między innymi za jego pomocą Bobkowski uciekał przed niemieckim prześladowaniem, ratując własną suwerenność i przede wszystkim zerkając w głąb wszystkiego, co dotąd wykształciła ludzkość. Wielu krytyków wspomina, że Szkice… właściwie nie są typowym dziennikiem, lecz połączeniem wielu różnych form: eseju, powieści, traktatu filozoficznego, felietonu. Ostatecznie zapiski te były tworzone w różnych miejscach i nieregularnie uzupełniane o przeróżne teksty. Ich siłą jest autentyczność i wysublimowana refleksja, jakich próżno szukać gdziekolwiek indziej.
W czasie jazdy na rowerze przez południową Francję Bobkowski targany jest przeróżnymi emocjami. Wścieka się na kapitulującą bez walki armię. Rozmyśla o cierpieniu, o sensie wojny. Rozkoszuje się pogodą, jakością dróg, urokiem przyrody, nazywa jazdę przez serpentyny szosowym tańcem. Ów strumień świadomości ma niezwykły rytm, rytm wyznaczany przez kolejne zmagania ciała. Są one tym głębiej usensownione, im większe wyzwanie rzucają Bobkowskiemu przyroda i poddańcza, melancholijna aura Francji. To prawdziwie rowerowa odyseja.
Tadzio teraz stał, spoglądał na jadące samochody, spluwał i wreszcie sucho stwierdził: „Trzeba stąd koniecznie odpłynąć dalej, a potem zobaczymy”. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak to zrobić. Pociągi już nie odchodzą, iść na piechotę nie ma sensu. Tadzio skręcał mozolnie papierosa, czyli „spirocheta”, i wreszcie oświadczył, że najlepiej kupić rowery. Zdecydowałem się w jednej chwili. Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy sklep. Używanych już nie było i tylko nowe. Tadzio kupił sobie półwyścigówkę za 630 franków, ja doskonałą szosówkę za 715 franków. W sklepie ogarnęła mnie zupełnie dzika i bezsilna wściekłość. Dlaczego ten wspaniały kraj, w którym nowy rower kosztuje jedną trzecią przeciętnego zarobku robotnika, dlaczego ten kraj biorą diabli? Ciągle odczuwam to jako definitywny koniec. To już chyba nie wróci. I może właśnie to uczucie, uczucie bezgranicznego smutku, jest w tym wszystkim najgorsze. Robert pakuje teraz nasze rzeczy. Obawiam się, że te rowery pojadą raczej na nas, a nie my na nich2.
W przytoczonym fragmencie potężny wydźwięk ma pytanie: „dlaczego ten kraj biorą diabli”? Jakby miało się ono stać refrenem całej podróży, która obfitowała przecież w tyle momentów wściekłości i rezygnacji, lamentu, ale i najprzeróżniejszych zachwytów.
Rowery wyprowadziliśmy za zakręt, bo baliśmy się na nie wsiadać. Wreszcie ja odważyłem się pierwszy. Tadzio za mną. Okropne! Opadł mnie strach. Zdawało mi się, że cały rower gnie się, że rama wichruje i że lada chwila coś trzaśnie. Tadzio zbladł i wyszczękał: „Nie ujedzie ani dwadzieścia kilometrów”. Obaj trzęśliśmy się ze zdenerwowania, skupiliśmy całą uwagę na kierownicy i po kwadransie jazdy przez miasto wytoczyliśmy się na szosę jak dwa ciężkie czołgi. Tu już szło lepiej. Powoli, powoli rozkręcamy się. Po piętnastu kilometrach ustały drgania w kierownicy, rower przestał się „giąć”.
Tadzio stwierdza to samo. Ożywiliśmy się i wrócił nam dobry humor. Jedziemy na Narbonne – stara trasa. Pogoda cudowna, upał. W Lézignan zatrzymaliśmy się. Kupiłem chleba, mleka i pomidorów, kawałek sera. Koło drugiej zjechaliśmy w bok od szosy popod kilka pinii i zabraliśmy się do obiadu, wyciągnięci na suchej trawie w cieniu. Rozkosz nie do opisania. Gadamy i jemy, a przy papierosie zastanawiamy się, kiedy będzie można dojechać do Paryża. Na „krótsze” drogi mamy 1600 kilometrów. Może pod koniec miesiąca? Jak wytrzymają maszyny? Przypomina nam się pierwsza podróż. Teraz komfort: mamy namiot i nie potrzebujemy szukać noclegów w fermach, wieczorem gorące jedzenie3.
Można powiedzieć, że Bobkowski był pionierem tak zwanej jazdy z sakwami, czyli bardzo popularnego dziś sposobu pokonywania dalekich odległości z przypiętymi do roweru, odpowiednio uszytymi torbami, które pozwalają wziąć w podróż wszystkie niezbędne rzeczy: od namiotu przez ubrania na zmianę, przybory do mycia aż po… książkę Bobkowskiego.
Tak, Szkice piórkiem stały się inspiracją dla twórców filmu dokumentalnego Bobkowski, co dalej?, którego premiera odbyła się w 2014 roku. Film został zrealizowany dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska”. Autorzy i bohaterowie dokumentu to polsko-austriacka para: Filip Jacobson i Angelika Herta. Ta dwójka młodych ludzi postanowiła wyruszyć obładowanymi rowerami szlakiem znanym ze Szkiców piórkiem. Nie jest to oczywiście łatwa droga, a więc perypetie podróżników również nie należą do najłatwiejszych. Znamienna jest scena, w której oboje opróżniają bagaże, by pozbyć się ciężkich rzeczy. Angelika proponuje, żeby wyrzucić właśnie Szkice piórkiem, które Filip wiezie w jednej ze swoich sakw. On stanowczo się na to nie zgadza, mimo długich nalegań i argumentu, że przecież w trakcie podróży nie zaglądał do książki ani razu. W końcu obecność ich przewodnika musiała być w jakiś sposób zaznaczona w filmie i podczas wyprawy.
Zabawne, że w Polsce w latach 90. popularna była trylogia powieściowa Niebieski rower Régine Deforges w tłumaczeniu Reginy Grędy (popularnością cieszył się po latach również serial pod tym samym tytułem, z Laetitią Castą w roli głównej). To historia Lei Delmas – pięknej, młodej Francuzki, która w trakcie drugiej wojny światowej pracuje jako łączniczka, wożąc swoim niebieskim rowerem wiadomości i instrukcje dla ruchu oporu. Powieść, naznaczona sporą dawką erotyzmu, swego czasu biła rekordy sprzedaży na całym świecie. Jest jakby rewersem notatek Bobkowskiego, a jej akcja rozgrywa się w podobnych okolicznościach, również w sporej mierze wśród winnic południowej Francji. Pełno tam scen podejmowania żołnierzy niemieckich, a jeden z kochanków pięknej Lei nawet wciela się do Waffen-SS. I można by ten utwór zignorować, nazywając go po prostu zwykłym romansidłem, gdyby nie fakt, że jest w nim naprawdę dużo świetnie naszkicowanych obrazów z epoki. Autorka opisuje paryskie subkultury tamtych czasów, niepoddające się presji wojny, grające w piwnicach jazz. Postaci z ruchu oporu także nie są jednoznaczne, wśród nich jest pisarz i dziennikarz, żydowski homoseksualista, z którym Lea toczy żywe i barwne rozmowy o literaturze francuskiej. To zresztą ciekawe i bardzo kojące, jak rozmowy te pozwalają ludziom wytrzymać koszmar wojny.
Właściwie widać, że rower niezwykle często staje się pojazdem szeroko pojętego kryzysu: finansowego bądź egzystencjalnego. Może być również symbolem kryzysu powszechnego i próby zmiany, ucieczki, z jednoczesnym zastrzykiem dopaminy.
Skandynawski uśmiech
Pamiętam, że w pandemii COVID-19 modny był fińsko-szwedzki film Cyklisten (2014) o zupełnie nieefektownym rowerzyście, ubranym w brzydki kask i odblaskową kamizelkę. Mężczyzna miał ze sobą właściwie wszystko, za co służby drogowe chwalić mogą osobę poruszającą się jednośladem. Nic w nim ze wcześniej wspomnianego Kevina Bacona, który łamał wszelkie możliwe przepisy w Nowym Jorku, błyszcząc kaszkietem Kangol i doskonale skrojonymi wytartymi jeansami. Bohater nic wspólnego nie miał również z Andrzejem Bobkowskim, który testował możliwości roweru i przestrzeni, żądając w duchu od Francji jakiejkolwiek reakcji na niemiecką okupację. To najzwyczajniejszy w świecie rowerzysta o przeciętnej urodzie i przeciętnej budowie ciała. Pomaga jednak ludziom w momentach zupełnie beznadziejnych, które mogą się zdarzyć co dzień.
Oś fabularna filmu skonstruowana została wokół postaci Hanny – matki, która straciła syna w wypadku. Rowerzysta spotyka ją w momencie jej najgłębszej żałoby i apatii. Jest cichy, milczący, ale potrafi zaoferować Hannie wiele współczucia. Pomaga jej drobnymi gestami. Dla zmęczonych życiem mieszkańców miasteczka początkowo jest sympatycznym i niegroźnym dziwakiem. Z czasem jednak uczą się oni doceniać jego obecność oraz to, że mężczyzna krąży po okolicy i bezinteresownie spełnia dobre uczynki. Zaczynają nawet mówić, że czyni cuda.
O tym filmie rozmawiało się wiele właśnie w roku 2020, kiedy znowu zachwiana została wiara w optymistyczną stronę ludzkiego istnienia. Pamiętam jedną z wycieczek rowerowych przez pustą Warszawę, gdy opustoszałe wieżowce straszyły ciemnością, a witryny żywych dotychczas sklepów pustką. Kolega powiedział wtedy przez maseczkę ochronną, że przydałby się tu ten cudotwórca, bo wszyscy, którzy nie są podłączeni do respiratorów, modlą się albo biorą leki antydepresyjne. No, dopowiem, ewentualnie czytali jeszcze teorie spiskowe, by upewnić się, że wirus nie istnieje.
Z pożogi ostatnich lat, z notorycznego globalnego kryzysu, być może da się wyjechać tylko rowerem. Może trzeba pogodzić się z tym, że dobrobyt stuleci węgla i stali odchodzi do historii, a zostają po nim głównie zanieczyszczenia powietrza. Twórcy wciąż nieśmiało dają wyraz rowerowym fascynacjom – zwłaszcza autorzy literatury popularnej, która dostarczać musi efektownych scen pościgów i aktów miłosnych rozgrywających się w samochodach. To jednak może się zmienić, bo w literaturze zapisane są nastroje współczesności, nawet jeśli tak trudno je czasem oddać i wychwycić. Czy więc czas na praktyczną, postulowaną gdzieniegdzie krytykę ekologiczną utworu literackiego, na poszukiwanie alternatywy dla książek, utwierdzających w toksycznej eksploracji środowiska naturalnego? Może po prostu czas na rower.
1 B. Prus, Ze wspomnień cyklisty, Warszawa: Imprint, 2023, s. 23.
2 A. Bobkowski, Szkice piórkiem, Warszawa: Wydawnictwo CiS, 2011, s. 14.
3 Tamże, s. 17–18.
