Ulrike Draesner. Przemienione miasto, przemienieni ludzie

Scho­dzi­my w dół. Pod wro­cław­skim Pla­cem Sol­nym mie­ści się bun­kier, a w bun­krze – muzeum hol­ly­wo­odz­kich rekwi­zy­tów: kostiu­my z Gwiezd­nych Wojen, zbro­je z Gla­dia­to­ra, rekwi­zy­ty z Matri­xa w beto­no­wych celach z flu­ore­scen­cyj­nie świe­cą­cy­mi nume­ra­mi na ścia­nach. Ulri­ke Dra­esner i ja śmie­je­my się tro­chę z tej oso­bli­wo­ści. Ale ona nie przy­szła tu dla atrak­cji. Mówi mi, że chce osa­dzić w tych pod­zie­miach jed­ną ze scen swo­jej nowej powie­ści.

Dwa lata póź­niej, gdy trzy­mam w rękach manu­skrypt Prze­mie­nio­nych, odnaj­du­ję tę sce­nę. Bun­kier jest ciem­ny, wil­got­ny, pełen beto­no­wych cel i nume­rów wyry­tych w ścia­nach. Dra­esner nie opi­su­je prze­mo­cy, któ­ra się tu doko­na­ła. Poka­zu­je jej śla­dy: odłam­ki szkła, któ­re przy­ja­ciół­ka wyj­mu­je z ran mło­dej dziew­czy­ny, zapach wil­go­ci, echo zło­wro­gich kro­ków. Prze­szłość mate­ria­li­zu­je się tu nie w sło­wach, lecz w cie­le boha­ter­ki – poprzez obraz, dotyk, mil­cze­nie. To wła­śnie siła tej pisar­ki: zwy­kły, beto­no­wy schron sta­je się prze­strze­nią, w któ­rej trau­ma poko­leń nabie­ra kształ­tu. Dra­esner pra­cu­je jak arche­oloż­ka, któ­ra wydo­by­wa z zie­mi nie przed­mio­ty, lecz zna­cze­nia.

Ulri­ke Dra­esner uro­dzi­ła się w 1962 roku w Mona­chium. Jest poet­ką, pro­za­tor­ką, ese­ist­ką, tłu­macz­ką noblist­ki Louise Glück1 i od lat pro­fe­sor­ką lite­ra­tu­ry w Lip­sku. Jej ojciec pocho­dził ze ślą­skiej rodzi­ny piwo­wa­rów z Ole­śni­cy, któ­ra w 1945 roku ucie­kła przed Armią Czer­wo­ną do Bawa­rii. Dra­esner wycho­wa­ła się na bawar­skiej pro­win­cji, ale jej dzie­ciń­stwo wypeł­nia­ły opo­wie­ści dziad­ków o utra­co­nej kra­inie – o Ślą­sku, któ­ry jawił się jako „kraj za sied­mio­ma góra­mi z baj­ki o Kró­lew­nie Śnież­ce”, pełen pach­ną­cej droż­dżów­ki2.

W 1984 roku, jako dwu­dzie­sto­dwu­lat­ka, po raz pierw­szy poje­cha­ła samo­cho­dem do Wro­cła­wia. Pod­czas jed­nej z naszych roz­mów wspo­mi­na­ła: „Mia­łam otwar­te okno i myśla­łam, że sły­szę muzy­kę tego kra­jo­bra­zu. Ta muzy­ka nie prze­brzmia­ła. Dziś sły­chać ją w moich książ­kach”3.

I sły­chać. Wro­cław – a wła­ści­wie Wro­cław i Bre­slau jed­no­cze­śnie, bo Dra­esner nigdy nie roz­dzie­la tych dwóch nazw jed­ne­go miej­sca – jest sce­ne­rią dwóch jej naj­waż­niej­szych powie­ści: Sied­miu sko­ków z brze­gu świa­ta (2014) i Prze­mie­nio­nych (2023). Razem z wyda­nym mię­dzy nimi Schwit­ter­sem (2020) two­rzą one nie­for­mal­ną try­lo­gię o prze­mo­cy, uciecz­ce, wypę­dze­niu i dzie­dzi­cze­niu trau­my. Każ­da z tych ksią­żek jest inna w for­mie, wszyst­kie łączy ta sama obse­sja: jaki wpływ mają na nas zbrod­nie, któ­rych nie popeł­ni­li­śmy? Co przej­mu­je­my po tych, któ­rzy przed nami mil­cze­li?

Siedem skoków, dwie migracje

Sie­dem sko­ków z brze­gu świa­ta4 to opo­wieść o dwóch rodzi­nach, któ­rych histo­rie roz­gry­wa­ją się nie­mal symul­ta­nicz­nie w tym samym miej­scu i cza­sie. Rodzi­na Grol­man­nów ucie­ka z Ole­śni­cy do Mona­chium; rodzi­na Nie­nal­tów zosta­je siłą prze­sie­dlo­na ze Lwo­wa do Wro­cła­wia. Dra­esner odda­je głos dzie­wię­cior­gu nar­ra­to­rom z czte­rech poko­leń – każ­de z nich posłu­gu­je się wła­snym języ­kiem, prze­siąk­nię­tym dia­lek­tem, angli­cy­zma­mi, pol­ski­mi zwro­ta­mi, oso­bi­sty­mi mito­lo­gia­mi.

Cen­tral­ną posta­cią jest Eusta­chius Grol­mann – osiem­dzie­się­cio­dwu­let­ni badacz mózgu, na sta­rość trzy­ma­ją­cy w domu dwie mał­py i budu­ją­cy im w ogro­dzie minia­tu­ro­wą dżun­glę. To boha­ter nie­mal gro­te­sko­wy5, a jed­nak głę­bo­ko ludz­ki: jako dziec­ko ucie­kał ze Ślą­ska w mroź­ną noc stycz­nia 1945 roku, brnąc przez zaśnie­żo­ne lasy. Jego cór­ka Simo­ne odzie­dzi­czy­ła po nim lęk przed śnie­giem – choć sama nigdy nie ucie­ka­ła, nigdy nie szła po kola­na w zaspach, nigdy nie sły­sza­ła za sobą wystrza­łów. Kata­stro­fy ojca sta­ły się kata­stro­fa­mi cór­ki. Prze­szły na nią inną dro­gą: przez opo­wie­ści, przez mil­cze­nie, przez cia­ło.

Sie­dem sko­ków… spo­tka­ło się w Niem­czech z bar­dzo cie­płym przy­ję­ciem kry­ty­ków. Pisa­no o „nowej wraż­li­wo­ści na histo­rię”6, o odwa­dze uczy­nie­nia z eks­pa­tria­cji Niem­ców tema­tu lite­rac­kie­go bez uciecz­ki w sen­ty­men­ta­lizm czy rewi­zjo­nizm. Dra­esner zna­la­zła for­mę, dzię­ki któ­rej mogła mówić o bólu obu stron naraz, nie porów­nu­jąc go, nie hie­rar­chi­zu­jąc, nie orze­ka­jąc, czy­je cier­pie­nie było gor­sze, i nie zapo­mi­na­jąc, kto był spraw­cą, a kto ofia­rą.

Dzieci mgły

To wła­śnie ów wymiar dzie­dzi­cze­nia trau­my sta­no­wi może naj­waż­niej­szy, a zara­zem naj­sub­tel­niej­szy temat try­lo­gii. W lite­ra­tu­rze i w psy­cho­lo­gii spo­łecz­nej poja­wia się dziś poję­cie Nebel­kin­der – dzie­ci mgły7. Tak nazy­wa się poko­le­nie uro­dzo­ne w latach 60. i 70., któ­re odzie­dzi­czy­ło trau­my wojen­ne rodzi­ców, choć samo ich nie prze­ży­ło. Marian­ne Hirsch, lite­ra­tu­ro­znaw­czy­ni zaj­mu­ją­ca się tema­tem Holo­kau­stu i pamię­ci, opi­sa­ła to zja­wi­sko jako post­me­mo­ry – pamięć, któ­ra nie jest wspo­mnie­niem, bo doty­czy zda­rzeń, któ­rych się nie doświad­czy­ło oso­bi­ście, a któ­re mimo to kształ­tu­ją toż­sa­mość, emo­cje, cia­ło8.

W Prze­mie­nio­nych9 jed­na z boha­te­rek, Kin­ga, mówi:

Dzie­ci mgły. Tak nas wła­śnie nazwa­no, uro­dzo­nych w latach 60. Rodzi­ce, któ­rzy dawa­li zna­ki i mil­kli, któ­rzy sami nie rozu­mie­li sie­bie ina­czej niż jako zja­wy, rodzi­ce, któ­rzy wytwa­rza­li mgłę, przez któ­rą jed­no­cze­śnie cier­pie­li – robi­li to, by się chro­nić. Że w ten spo­sób odcię­li tak­że nas od naszej prze­szło­ści i od korze­ni naszej egzy­sten­cji, dzia­ło się jak­by „kola­te­ral­nie”10.

To jed­no z naj­cel­niej­szych zna­nych mi zdań doty­czą­cych tema­tu dzie­dzi­cze­nia trau­my. Mgła jako meta­fo­ra ochro­ny, któ­ra jed­no­cze­śnie wię­zi. Mil­cze­nie jako rodzaj tro­ski, któ­re oka­zu­je się krzyw­dą. Dra­esner nie psy­cho­lo­gi­zu­je natręt­nie, ona to poka­zu­je – przez kon­kret­ne sce­ny, przez cia­ło, przez język.

Przemienione

Prze­mie­nio­ne to najam­bit­niej­sza i naj­doj­rzal­sza powieść w tej try­lo­gii. W jej cen­trum są kobie­ty: Reni i Alis­sa – przy­rod­nie sio­stry, któ­rych dro­gi roz­cho­dzą się pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej. Reni zosta­je w Bre­slau. Po woj­nie zmie­nia imię na Wale­ria, ukry­wa swo­je nie­miec­kie pocho­dze­nie, żyje jako Polka wśród Pola­ków. Alis­sa – jako czte­ro­lat­ka – tra­fia do bawar­skie­go Lebens­bor­nu, zosta­je adop­to­wa­na przez nie­miec­ką rodzi­nę, ochrzczo­na na nowo jako Ger­hild. Ma zapo­mnieć o mat­ce, o języ­ku, o domu. Jej toż­sa­mość zosta­je wyma­za­na i zastą­pio­na inną.

Ich cór­ki – Doro i Kin­ga – spo­ty­ka­ją się przy­pad­ko­wo jako doro­słe kobie­ty w Ham­bur­gu. Nie wie­dzą jesz­cze, co je łączy. Ale obie cier­pią na podob­ne, trud­ne do nazwa­nia dole­gli­wo­ści. Doro ma napa­dy pani­ki. Kin­ga obgry­za paznok­cie, czu­je się chro­nicz­nie samot­na. Żad­na z nich nie potra­fi nawią­zać praw­dzi­wej wię­zi z mat­ką. Kin­ga mówi:

Mia­ła ata­ki pani­ki na widok czar­nych psów, ja lęk przed lase­ro­wym nie­bem, ja mia­łam skłon­ność do obgry­za­nia paznok­ci, ona do zry­wa­nia skó­rek. A do tego samot­ność, pew­ność, że z rodzi­ca­mi nie jest się napraw­dę zwią­za­nym, mrocz­no­ści nastro­jów. Wszyst­ko to towa­rzy­szy­ło nam od począt­ku11.

Dra­esner nie mówi wprost, że te obja­wy to echo wojen­nych traum matek i babek. Pozwa­la czy­tel­ni­ko­wi same­mu stwo­rzyć to połą­cze­nie, krok po kro­ku. Bli­zny na udach mat­ki Doro – „kome­to­we pole”12, jak się je opi­su­je w powie­ści – cór­ka widzia­ła, gdy była małym dziec­kiem. Nikt nic nie mówił. Ale cia­ło mówi­ło.

Micha­el Braun napi­sał, że Prze­mie­nio­ne „nada­ją woj­nie kobie­ce obli­cze”13. To nie jest tyl­ko figu­ra reto­rycz­na. Dra­esner świa­do­mie nawią­zu­je do Meta­mor­foz Owi­diu­sza – mitu o prze­mia­nie jako karze za czy­jąś pożą­dli­wość, mit o kobie­tach, któ­re tra­cą głos. Dra­esner odwra­ca ten sche­mat. Daje swo­im boha­ter­kom ich wła­sny język, któ­rym mówią do czy­tel­ni­ka w samot­no­ści, w myślach, na łożu śmier­ci.

Wrocław jako palimpsest

W obu powie­ściach roz­po­zna­ję miej­sca, któ­re znam z moje­go życia codzien­ne­go: Ole­śni­ca, wro­cław­ski Dwo­rzec Głów­ny, uli­ce wokół Ryn­ku, wil­la przy Sape­rów, bun­kier na pla­cu Sol­nym. Znam je – i jed­no­cze­śnie ich nie znam. Dra­esner two­rzy z Wro­cła­wia palimp­sest: war­stwy nakła­da­ją się na sie­bie, miej­sca otrzy­mu­ją nowych boha­te­rów, zanu­rza­ją się w innych emo­cjach, roz­brzmie­wa­ją inny­mi języ­ka­mi.

Pytam ją, jak wyglą­da dla niej pro­ces lite­ra­ry­za­cji miejsc. Mówi, że to dłu­ga i powol­na dro­ga tłu­ma­cze­nia obra­zu w cza­sie:

Kie­dy spa­ce­ru­ję po Wro­cła­wiu, widzę te miej­sca dzi­siaj, w słoń­cu lub w desz­czu – mówi. – Ich obraz w powie­ści jest pochod­ną tego, co widocz­ne, i tego, co nie­wi­docz­ne. Pozo­sta­ło­ści prze­szło­ści, któ­re są, i tych, któ­rych już nie ma14.

Dla Dra­esner prze­szłość jako mono­li­tycz­ny blok – takie „tak wła­śnie było” – po pro­stu nie ist­nie­je. Prze­szłość jest tym, co sami z niej two­rzy­my: jak chce­my widzieć miej­sca, jaką histo­rię chce­my sobie opo­wie­dzieć. Kim chce­my być w jej świe­tle.

W Sied­miu sko­kachPrze­mie­nio­nych Wro­cław jest nie tłem, lecz boha­te­rem. Mia­stem, w któ­rym pamięć ma wie­le języ­ków i żaden z nich nie jest jedy­ną praw­dą. Dra­esner opi­su­je wil­lę Nie­miec­kie­go Towa­rzy­stwa Kul­tu­ral­no-Spo­łecz­ne­go przy uli­cy Sape­rów, gdzie star­sze kobie­ty nie­miec­kie­go pocho­dze­nia spo­ty­ka­ją się przy kawie, plot­ku­ją, robią na dru­tach. Ich język to mie­szan­ka ślą­skie­go dia­lek­tu, pol­skich słów i nie­miec­kiej skład­ni. „Każ­da mia­ła pol­ski pasz­port, na co dzień mówi­ła po pol­sku z małą rysą lub pęk­nię­ciem”15 – pisze. To nie jest język egzo­tycz­ny ani folk­lo­ry­stycz­ny. To język żywy – świa­dec­two tego, co dzie­je się z ludź­mi, któ­rzy przez dzie­się­cio­le­cia żyli mię­dzy kul­tu­ra­mi, mię­dzy pasz­por­ta­mi, mię­dzy toż­sa­mo­ścia­mi.

Polska Hamburka

Doro – wła­ści­wie Doro­ta Dombrow­ska – uro­dzi­ła się we Wro­cła­wiu, w cza­sie sta­nu wojen­ne­go 1981 roku wyje­cha­ła do Ham­bur­ga i już nie wró­ci­ła16. Jest jed­ną z naj­bar­dziej zło­żo­nych posta­ci w całej try­lo­gii. Mówi per­fek­cyj­nym nie­miec­kim – bez akcen­tu, bez błę­dów gra­ma­tycz­nych. Ale celo­wo go kale­czy. Zamiast „żyć jak lar­wa na beko­nie” mówi „żyć jak pączek w maśle”. Zamiast „obie­cać błę­kit nie­ba” – obie­cu­je „zło­te góry”. To nie są pomył­ki. To stra­te­gia17. Doro demon­stru­je swo­ją inność, swo­ją przy­na­leż­ność do pol­skie­go krę­gu kul­tu­ro­we­go, wła­śnie wte­dy, gdy mówi po nie­miec­ku. Jej język jest pro­te­stem i mani­fe­stem jed­no­cze­śnie. „Odgry­wa­łam życie mat­ki na nowo, na krzyż – mówi w pew­nym momen­cie. – Ucie­kłam przed nią i przed jej isto­tą – do Nie­miec!”18 Iro­nia jest tu gorz­ka i pre­cy­zyj­na: cór­ka kobie­ty, któ­ra po woj­nie ukry­ła swo­je nie­miec­kie pocho­dze­nie i żyła jako Polka, ucie­ka do Nie­miec, powta­rza­jąc los mat­ki – tyle że w prze­ciw­nym kie­run­ku.

Dra­esner pra­co­wa­ła nad tymi idio­ma­mi razem ze stu­den­ta­mi wro­cław­skiej ger­ma­ni­sty­ki. Zesta­wia­li pol­skie i nie­miec­kie przy­sło­wia, ana­li­zo­wa­li dosłow­ne zna­cze­nia, szu­ka­li ekwi­wa­len­tów i dyse­kwi­wa­len­tów, miejsc, gdzie dwa języ­ki roz­cho­dzą się na róż­ne stro­ny. Efekt jest tak natu­ral­ny, że trud­no uwie­rzyć, iż to wynik nauko­we­go pro­jek­tu. I to chy­ba naj­lep­sza odpo­wiedź na pyta­nie, czym jest dla Dra­esner język: nie ozdob­ni­kiem, nie narzę­dziem komu­ni­ka­cji, lecz sub­stan­cją, z któ­rej zbu­do­wa­ne są toż­sa­mo­ści.

Badanie tego, jak jesteśmy zbudowani

Karen Leeder, bry­tyj­ska ger­ma­nist­ka i jed­na z naj­bliż­szych przy­ja­ció­łek Dra­esner, opi­su­je jej pra­cę twór­czą jako „bada­nie pew­ne­go obsza­ru naszej psy­chi­ki”. Pisze: Cho­dzi o bada­nie, któ­re za pomo­cą języ­ka i w języ­ku podą­ża za ludz­ką tkan­ką, za tym, jak jeste­śmy zbu­do­wa­ni, jak czu­je­my, myśli­my i dzia­ła­my”19. Lite­ra­tu­ra nie jest tu ilu­stra­cją goto­wych tez psy­cho­lo­gicz­nych ani histo­rycz­nych. Jest sama w sobie narzę­dziem pozna­nia – żywym mate­ria­łem, któ­ry nie­ustan­nie się prze­kształ­ca.

Leeder pro­po­nu­je czy­tać Dra­esner przez poję­cie „poezji odnie­sie­nia” – nie cho­dzi w niej o abso­lut­ne praw­dy, lecz o posta­wę. Bli­ską tej, o któ­rej pisał Ril­ke, mówiąc o nie­in­ge­ru­ją­cym, nie­zaw­łasz­cza­ją­cym spo­tka­niu ze świa­tem. Dra­esner nie narzu­ca swo­im posta­ciom jedy­nej słusz­nej inter­pre­ta­cji. W Sied­miu sko­kach dzie­wię­cio­ro nar­ra­to­rów z czte­rech poko­leń opo­wia­da te same zda­rze­nia z róż­nych per­spek­tyw. Każ­da z tych per­spek­tyw jest praw­dzi­wa. Żad­na nie jest kom­plet­na.

Micha­el Braun, pod­su­mo­wu­jąc Prze­mie­nio­ne, napi­sał:

Ulri­ke Dra­esner nie pisze, by ujaw­niać rodzin­ne sekre­ty. Opo­wia­da histo­rie o cichych eks­plo­zjach i zdu­mie­wa­ją­cych wewnętrz­nych siłach, o odwa­dze w życiu i o wście­kło­ści wobec śmier­ci z powo­du woj­ny i wypę­dze­nia20.

To cel­ne zda­nie. Dra­esner nie pisze, żeby roz­li­czyć. Nie szu­ka win­nych. Szu­ka form, któ­re pozwa­la­ją objąć to, co do tej pory było nie do obję­cia.

Po co nam twórczość Ulrike Draesner?

Moż­na by spy­tać: dla­cze­go wła­śnie teraz, dla­cze­go wła­śnie dla pol­skie­go czy­tel­ni­ka? Odpo­wiedź jest wie­lo­kie­run­ko­wa.

Po pierw­sze – geo­gra­ficz­nie. Wrocław/Breslau to sce­ne­ria dwóch jej naj­waż­niej­szych powie­ści autor­ki. To lite­ra­tu­ra, któ­ra dzie­je się na naszym podwór­ku, w sen­sie dosłow­nym.

Po dru­gie – histo­rycz­nie. Pol­ska i Niem­cy łączy histo­ria bole­sna, skom­pli­ko­wa­na, wciąż nie­prze­pra­co­wa­na do koń­ca. Dra­esner nie wcho­dzi w nią jako sędzia ani jako stro­na. Wcho­dzi jako pisar­ka, któ­ra rozu­mie, że obie stro­ny nosi­ły w sobie rany i że rany nie mają pasz­por­tu. Rodzi­na Grol­man­nów ucie­ka­ła z Ole­śni­cy do Mona­chium. Rodzi­na Nie­nal­tów była prze­sie­dla­na siłą ze Lwo­wa do Wro­cła­wia. Ich cier­pie­nie jest syme­trycz­ne i nie­po­rów­ny­wal­ne zara­zem. Dra­esner nie oce­nia, któ­re było więk­sze, wie kto był spraw­cą i kto ofia­rą. Poka­zu­je je obok sie­bie – i budu­je w ten spo­sób most, któ­ry rzad­ko uda­je się zbu­do­wać poli­ty­kom.

Po trze­cie – oso­bi­ście. Doro, „pol­ska Ham­bur­ka”, jest posta­cią, w któ­rej wie­le osób z doświad­cze­niem emi­gra­cji, podwój­nej toż­sa­mo­ści, życia mię­dzy języ­ka­mi może się roz­po­znać. Ona jest „czę­ścio­wo Niem­ką, czę­ścio­wo Polką. Jed­nym i dru­gim” – jak mówi o sobie. To zda­nie, w swo­jej pre­cy­zyj­nej nie­ostro­ści, opi­su­je doświad­cze­nie milio­nów ludzi.

I wresz­cie – este­tycz­nie. Dra­esner jest pisar­ką wyma­ga­ją­cą. Jej powie­ści są wie­lo­gło­so­we, skom­pli­ko­wa­ne, gęste od alu­zji lite­rac­kich i języ­ko­wych gier. Ale są też głę­bo­ko ludz­kie. Czy­ta się je z poczu­ciem, że lite­ra­tu­ra jesz­cze coś może – że jest w sta­nie dać kształt temu, co dotąd było tyl­ko bólem bez for­my.

Pod­czas jed­nej z roz­mów zapy­ta­łam Dra­esner, jak opi­sa­ła­by cel swo­jej pra­cy. Odpo­wie­dzia­ła spo­koj­nie:

W moich książ­kach nie ma jed­nej praw­dy, nie ma jed­nej wła­ści­wej dro­gi życia, nic nie jest sta­łe. Piszę, aby uczy­nić sły­szal­nym, prze­tłu­ma­czyć na język to, co zwy­kle nie jest wypo­wia­da­ne, co wyda­je się nie do wypo­wie­dze­nia21.

Może wła­śnie na tym pole­ga lite­ra­tu­ra. Na nie­ustan­nym ćwi­cze­niu uwa­gi. Na dia­lo­gu. Na powol­nym zbli­ża­niu się do tego, co trud­ne.

Dra­esner roz­świe­tla mgłę. Nie po to, by ją roz­wiać – bo mgła jest czę­ścią kra­jo­bra­zu. Ale po to, by poka­zać, że w środ­ku tej mgły są kształ­ty, są ścież­ki, są ludzie. I że war­to ich słu­chać.

 

1 L. Glück, Wil­de Iris, Mün­chen 2008; L. Glück, Aver­no, Mün­chen 2007.

2 M. Wol­ting, Die Ver­gan­gen­he­it ist das, was wir selbst daraus machen. Lau­da­tio von Moni­ka Wol­ting auf die Schri­ft­stel­le­rin Ulri­ke Dra­esner anläs­slich der Ver­le­ihung des Georg Dehio-Buch­pre­ises 2024 – Pocz­dam: Haupt­pre­is / Forum Kul­tu­ry Euro­py Wschod­niej w Pocz­da­mie 11.10.2024, onli­ne: https://www.kulturforum.info/de/preise-stipendien/georg-dehio-buchpreis/9123-die-vergangenheit-ist-das-was-wir-selbst-daraus-machen [Dostęp: 17.04.26].

3 Tam­że.

4 U. Dra­esner, Sie­ben Sprün­ge vom Rand der Wel, Mün­chen: Luch­ter­hand, 2014.

5 F. Wolf­fhe­im, Alter, Affe, Angst, „Der Spie­gel” 12.03.2014, onli­ne: https://www.spiegel.de/kultur/literatur/ulrike-draesner-sieben-spruenge-vom-rand-der-welt-a-956826.html [dostęp: 8.07.2026].

6 Tam­że.

7 M. Schne­ider, J. Süss, Nebel­kin­der. Krieg­sen­kel tre­ten aus dem Trau­ma­schat­ten der Geschich­te, Mün­chen: Euro­pa Ver­lag, 2015; S. Gre­fe, D. Wier­ling, Die fami­li­äre Weiter­ga­be von Krieg­ser­fah­run­gen als Gegen­stand inter­di­szi­pli­närer For­schung, „Zeit­schrift für Psy­cho­trau­ma­to­lo­gie, Psy­cho­the­ra­pie­wis­sen­schaft, Psy­cho­lo­gi­sche Medi­zin” 2010, t. 8, nr 1, s. 9–24.

8 M. Hirsch, The Gene­ra­tion of Post­me­mo­ry, „Poetics Today” 29.1.2008; J. Jabł­kow­ska, Flucht und Ver­tre­ibung. Ulri­ke Dra­esners „Sie­ben Sprün­ge vom Rand der Welt” (2014), Rein­hard Jir­gls „Die Unvol­len­de­ten” (2003) [w:] Der Gene­ra­tio­nen­ro­man, De Gruy­ter, t. 2, red. H. Grug­ger, J. Hol­zner, Ber­lin 2021, s. 925–942; T. Lud­den, Mobi­li­sa­tions of Media­tion and Apo­rias: Reading Trau­ma as Meta­phor in Ulri­ke Draesner’s „Sie­ben Sprün­ge vom Rand der Welt” with Caruth, Der­ri­da, and Agam­ben, „Ger­man Life and Let­ters” 2019, t. 72, nr 4, s. 443–468; K. Śli­wiń­ska, „Linie uciecz­ki cią­gnie się za sobą przez całe życie”. Post­pa­mięć, sta­rość i zapo­mnie­nie w powie­ści Ulri­ke Dra­esner „Sie­ben Sprün­ge vom Rand der Welt” (2014), „Poli­te­ja” 2021, nr 1 (70), s. 111–124.

9 U. Dra­esner, Die Ver­wan­del­ten, Mün­chen: Pen­gu­in, 2023.

10 Tam­że, s. 20.

11 Tam­że, s. 151.

12 Tam­że, s. 47.

13 M. Braun, Cri­ti­cal Ger­man­ness, „Die Poli­ti­sche Meinung” 2024, nr 585, s. 92–97, tu s. 96.

14 M. Wol­ting, Die Ver­gan­gen­he­it ist das, was wir selbst daraus machen

15 U. Dra­esner, Die Ver­wan­del­ten…, s. 47.

16 Tam­że, s. 25.

17 Tam­że, s. 40.

18 Tam­że, s. 339.

19 K. Leeder, Zustand zwi­schen zwei Leben [w:] M. Wol­ting, O. Ruf, Gegen­wart auf­neh­men. Zum Werk und Wir­ken von Ulri­ke Dra­esner, Brill 2024, s. 17.

20 M. Braun, Criti­cal Ger­man­ness…, s. 96.

21 M. Wol­ting, Die Ver­gan­gen­he­it ist das, was wir selbst daraus machen…, 2024.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

Wykład inauguracyjny na 6. Światowy Kongres Tłumaczy Literatury Polskiej

Nasza literatura powstała w języku historycznie peryferyjnym, niszczonym przez dwa imperializmy i dwa totalitaryzmy: niemiecki i rosyjski. Jest to zresztą doświadczenie wspólne dla wielu narodów i języków Europy Centralnej i Wschodniej czy – by użyć określenia Timothy’ego Snydera – „skrwawionych ziem” – fragment wykładu Jacka Dehnela otwierającego 6. Światowy Kongres Tłumaczy Literatury Polskiej.

10.07.2026 Prasówka

Prasówka (10 lipca 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego zapraszamy do lektury piątkowego przeglądu prasy kulturalnej.

09.07.2026 Laba

Czytam, leżąc na pomoście

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj ze scenografką i malarką Joanną Braun rozmawia Magda Huzarska-Szumiec.