Schodzimy w dół. Pod wrocławskim Placem Solnym mieści się bunkier, a w bunkrze – muzeum hollywoodzkich rekwizytów: kostiumy z Gwiezdnych Wojen, zbroje z Gladiatora, rekwizyty z Matrixa w betonowych celach z fluorescencyjnie świecącymi numerami na ścianach. Ulrike Draesner i ja śmiejemy się trochę z tej osobliwości. Ale ona nie przyszła tu dla atrakcji. Mówi mi, że chce osadzić w tych podziemiach jedną ze scen swojej nowej powieści.
Dwa lata później, gdy trzymam w rękach manuskrypt Przemienionych, odnajduję tę scenę. Bunkier jest ciemny, wilgotny, pełen betonowych cel i numerów wyrytych w ścianach. Draesner nie opisuje przemocy, która się tu dokonała. Pokazuje jej ślady: odłamki szkła, które przyjaciółka wyjmuje z ran młodej dziewczyny, zapach wilgoci, echo złowrogich kroków. Przeszłość materializuje się tu nie w słowach, lecz w ciele bohaterki – poprzez obraz, dotyk, milczenie. To właśnie siła tej pisarki: zwykły, betonowy schron staje się przestrzenią, w której trauma pokoleń nabiera kształtu. Draesner pracuje jak archeolożka, która wydobywa z ziemi nie przedmioty, lecz znaczenia.
Ulrike Draesner urodziła się w 1962 roku w Monachium. Jest poetką, prozatorką, eseistką, tłumaczką noblistki Louise Glück1 i od lat profesorką literatury w Lipsku. Jej ojciec pochodził ze śląskiej rodziny piwowarów z Oleśnicy, która w 1945 roku uciekła przed Armią Czerwoną do Bawarii. Draesner wychowała się na bawarskiej prowincji, ale jej dzieciństwo wypełniały opowieści dziadków o utraconej krainie – o Śląsku, który jawił się jako „kraj za siedmioma górami z bajki o Królewnie Śnieżce”, pełen pachnącej drożdżówki2.
W 1984 roku, jako dwudziestodwulatka, po raz pierwszy pojechała samochodem do Wrocławia. Podczas jednej z naszych rozmów wspominała: „Miałam otwarte okno i myślałam, że słyszę muzykę tego krajobrazu. Ta muzyka nie przebrzmiała. Dziś słychać ją w moich książkach”3.
I słychać. Wrocław – a właściwie Wrocław i Breslau jednocześnie, bo Draesner nigdy nie rozdziela tych dwóch nazw jednego miejsca – jest scenerią dwóch jej najważniejszych powieści: Siedmiu skoków z brzegu świata (2014) i Przemienionych (2023). Razem z wydanym między nimi Schwittersem (2020) tworzą one nieformalną trylogię o przemocy, ucieczce, wypędzeniu i dziedziczeniu traumy. Każda z tych książek jest inna w formie, wszystkie łączy ta sama obsesja: jaki wpływ mają na nas zbrodnie, których nie popełniliśmy? Co przejmujemy po tych, którzy przed nami milczeli?
Siedem skoków, dwie migracje
Siedem skoków z brzegu świata4 to opowieść o dwóch rodzinach, których historie rozgrywają się niemal symultanicznie w tym samym miejscu i czasie. Rodzina Grolmannów ucieka z Oleśnicy do Monachium; rodzina Nienaltów zostaje siłą przesiedlona ze Lwowa do Wrocławia. Draesner oddaje głos dziewięciorgu narratorom z czterech pokoleń – każde z nich posługuje się własnym językiem, przesiąkniętym dialektem, anglicyzmami, polskimi zwrotami, osobistymi mitologiami.
Centralną postacią jest Eustachius Grolmann – osiemdziesięciodwuletni badacz mózgu, na starość trzymający w domu dwie małpy i budujący im w ogrodzie miniaturową dżunglę. To bohater niemal groteskowy5, a jednak głęboko ludzki: jako dziecko uciekał ze Śląska w mroźną noc stycznia 1945 roku, brnąc przez zaśnieżone lasy. Jego córka Simone odziedziczyła po nim lęk przed śniegiem – choć sama nigdy nie uciekała, nigdy nie szła po kolana w zaspach, nigdy nie słyszała za sobą wystrzałów. Katastrofy ojca stały się katastrofami córki. Przeszły na nią inną drogą: przez opowieści, przez milczenie, przez ciało.
Siedem skoków… spotkało się w Niemczech z bardzo ciepłym przyjęciem krytyków. Pisano o „nowej wrażliwości na historię”6, o odwadze uczynienia z ekspatriacji Niemców tematu literackiego bez ucieczki w sentymentalizm czy rewizjonizm. Draesner znalazła formę, dzięki której mogła mówić o bólu obu stron naraz, nie porównując go, nie hierarchizując, nie orzekając, czyje cierpienie było gorsze, i nie zapominając, kto był sprawcą, a kto ofiarą.
Dzieci mgły
To właśnie ów wymiar dziedziczenia traumy stanowi może najważniejszy, a zarazem najsubtelniejszy temat trylogii. W literaturze i w psychologii społecznej pojawia się dziś pojęcie Nebelkinder – dzieci mgły7. Tak nazywa się pokolenie urodzone w latach 60. i 70., które odziedziczyło traumy wojenne rodziców, choć samo ich nie przeżyło. Marianne Hirsch, literaturoznawczyni zajmująca się tematem Holokaustu i pamięci, opisała to zjawisko jako postmemory – pamięć, która nie jest wspomnieniem, bo dotyczy zdarzeń, których się nie doświadczyło osobiście, a które mimo to kształtują tożsamość, emocje, ciało8.
W Przemienionych9 jedna z bohaterek, Kinga, mówi:
Dzieci mgły. Tak nas właśnie nazwano, urodzonych w latach 60. Rodzice, którzy dawali znaki i milkli, którzy sami nie rozumieli siebie inaczej niż jako zjawy, rodzice, którzy wytwarzali mgłę, przez którą jednocześnie cierpieli – robili to, by się chronić. Że w ten sposób odcięli także nas od naszej przeszłości i od korzeni naszej egzystencji, działo się jakby „kolateralnie”10.
To jedno z najcelniejszych znanych mi zdań dotyczących tematu dziedziczenia traumy. Mgła jako metafora ochrony, która jednocześnie więzi. Milczenie jako rodzaj troski, które okazuje się krzywdą. Draesner nie psychologizuje natrętnie, ona to pokazuje – przez konkretne sceny, przez ciało, przez język.
Przemienione
Przemienione to najambitniejsza i najdojrzalsza powieść w tej trylogii. W jej centrum są kobiety: Reni i Alissa – przyrodnie siostry, których drogi rozchodzą się podczas drugiej wojny światowej. Reni zostaje w Breslau. Po wojnie zmienia imię na Waleria, ukrywa swoje niemieckie pochodzenie, żyje jako Polka wśród Polaków. Alissa – jako czterolatka – trafia do bawarskiego Lebensbornu, zostaje adoptowana przez niemiecką rodzinę, ochrzczona na nowo jako Gerhild. Ma zapomnieć o matce, o języku, o domu. Jej tożsamość zostaje wymazana i zastąpiona inną.
Ich córki – Doro i Kinga – spotykają się przypadkowo jako dorosłe kobiety w Hamburgu. Nie wiedzą jeszcze, co je łączy. Ale obie cierpią na podobne, trudne do nazwania dolegliwości. Doro ma napady paniki. Kinga obgryza paznokcie, czuje się chronicznie samotna. Żadna z nich nie potrafi nawiązać prawdziwej więzi z matką. Kinga mówi:
Miała ataki paniki na widok czarnych psów, ja lęk przed laserowym niebem, ja miałam skłonność do obgryzania paznokci, ona do zrywania skórek. A do tego samotność, pewność, że z rodzicami nie jest się naprawdę związanym, mroczności nastrojów. Wszystko to towarzyszyło nam od początku11.
Draesner nie mówi wprost, że te objawy to echo wojennych traum matek i babek. Pozwala czytelnikowi samemu stworzyć to połączenie, krok po kroku. Blizny na udach matki Doro – „kometowe pole”12, jak się je opisuje w powieści – córka widziała, gdy była małym dzieckiem. Nikt nic nie mówił. Ale ciało mówiło.
Michael Braun napisał, że Przemienione „nadają wojnie kobiece oblicze”13. To nie jest tylko figura retoryczna. Draesner świadomie nawiązuje do Metamorfoz Owidiusza – mitu o przemianie jako karze za czyjąś pożądliwość, mit o kobietach, które tracą głos. Draesner odwraca ten schemat. Daje swoim bohaterkom ich własny język, którym mówią do czytelnika w samotności, w myślach, na łożu śmierci.
Wrocław jako palimpsest
W obu powieściach rozpoznaję miejsca, które znam z mojego życia codziennego: Oleśnica, wrocławski Dworzec Główny, ulice wokół Rynku, willa przy Saperów, bunkier na placu Solnym. Znam je – i jednocześnie ich nie znam. Draesner tworzy z Wrocławia palimpsest: warstwy nakładają się na siebie, miejsca otrzymują nowych bohaterów, zanurzają się w innych emocjach, rozbrzmiewają innymi językami.
Pytam ją, jak wygląda dla niej proces literaryzacji miejsc. Mówi, że to długa i powolna droga tłumaczenia obrazu w czasie:
Kiedy spaceruję po Wrocławiu, widzę te miejsca dzisiaj, w słońcu lub w deszczu – mówi. – Ich obraz w powieści jest pochodną tego, co widoczne, i tego, co niewidoczne. Pozostałości przeszłości, które są, i tych, których już nie ma14.
Dla Draesner przeszłość jako monolityczny blok – takie „tak właśnie było” – po prostu nie istnieje. Przeszłość jest tym, co sami z niej tworzymy: jak chcemy widzieć miejsca, jaką historię chcemy sobie opowiedzieć. Kim chcemy być w jej świetle.
W Siedmiu skokach i Przemienionych Wrocław jest nie tłem, lecz bohaterem. Miastem, w którym pamięć ma wiele języków i żaden z nich nie jest jedyną prawdą. Draesner opisuje willę Niemieckiego Towarzystwa Kulturalno-Społecznego przy ulicy Saperów, gdzie starsze kobiety niemieckiego pochodzenia spotykają się przy kawie, plotkują, robią na drutach. Ich język to mieszanka śląskiego dialektu, polskich słów i niemieckiej składni. „Każda miała polski paszport, na co dzień mówiła po polsku z małą rysą lub pęknięciem”15 – pisze. To nie jest język egzotyczny ani folklorystyczny. To język żywy – świadectwo tego, co dzieje się z ludźmi, którzy przez dziesięciolecia żyli między kulturami, między paszportami, między tożsamościami.
Polska Hamburka
Doro – właściwie Dorota Dombrowska – urodziła się we Wrocławiu, w czasie stanu wojennego 1981 roku wyjechała do Hamburga i już nie wróciła16. Jest jedną z najbardziej złożonych postaci w całej trylogii. Mówi perfekcyjnym niemieckim – bez akcentu, bez błędów gramatycznych. Ale celowo go kaleczy. Zamiast „żyć jak larwa na bekonie” mówi „żyć jak pączek w maśle”. Zamiast „obiecać błękit nieba” – obiecuje „złote góry”. To nie są pomyłki. To strategia17. Doro demonstruje swoją inność, swoją przynależność do polskiego kręgu kulturowego, właśnie wtedy, gdy mówi po niemiecku. Jej język jest protestem i manifestem jednocześnie. „Odgrywałam życie matki na nowo, na krzyż – mówi w pewnym momencie. – Uciekłam przed nią i przed jej istotą – do Niemiec!”18 Ironia jest tu gorzka i precyzyjna: córka kobiety, która po wojnie ukryła swoje niemieckie pochodzenie i żyła jako Polka, ucieka do Niemiec, powtarzając los matki – tyle że w przeciwnym kierunku.
Draesner pracowała nad tymi idiomami razem ze studentami wrocławskiej germanistyki. Zestawiali polskie i niemieckie przysłowia, analizowali dosłowne znaczenia, szukali ekwiwalentów i dysekwiwalentów, miejsc, gdzie dwa języki rozchodzą się na różne strony. Efekt jest tak naturalny, że trudno uwierzyć, iż to wynik naukowego projektu. I to chyba najlepsza odpowiedź na pytanie, czym jest dla Draesner język: nie ozdobnikiem, nie narzędziem komunikacji, lecz substancją, z której zbudowane są tożsamości.
Badanie tego, jak jesteśmy zbudowani
Karen Leeder, brytyjska germanistka i jedna z najbliższych przyjaciółek Draesner, opisuje jej pracę twórczą jako „badanie pewnego obszaru naszej psychiki”. Pisze: Chodzi o badanie, które za pomocą języka i w języku podąża za ludzką tkanką, za tym, jak jesteśmy zbudowani, jak czujemy, myślimy i działamy”19. Literatura nie jest tu ilustracją gotowych tez psychologicznych ani historycznych. Jest sama w sobie narzędziem poznania – żywym materiałem, który nieustannie się przekształca.
Leeder proponuje czytać Draesner przez pojęcie „poezji odniesienia” – nie chodzi w niej o absolutne prawdy, lecz o postawę. Bliską tej, o której pisał Rilke, mówiąc o nieingerującym, niezawłaszczającym spotkaniu ze światem. Draesner nie narzuca swoim postaciom jedynej słusznej interpretacji. W Siedmiu skokach dziewięcioro narratorów z czterech pokoleń opowiada te same zdarzenia z różnych perspektyw. Każda z tych perspektyw jest prawdziwa. Żadna nie jest kompletna.
Michael Braun, podsumowując Przemienione, napisał:
Ulrike Draesner nie pisze, by ujawniać rodzinne sekrety. Opowiada historie o cichych eksplozjach i zdumiewających wewnętrznych siłach, o odwadze w życiu i o wściekłości wobec śmierci z powodu wojny i wypędzenia20.
To celne zdanie. Draesner nie pisze, żeby rozliczyć. Nie szuka winnych. Szuka form, które pozwalają objąć to, co do tej pory było nie do objęcia.
Po co nam twórczość Ulrike Draesner?
Można by spytać: dlaczego właśnie teraz, dlaczego właśnie dla polskiego czytelnika? Odpowiedź jest wielokierunkowa.
Po pierwsze – geograficznie. Wrocław/Breslau to sceneria dwóch jej najważniejszych powieści autorki. To literatura, która dzieje się na naszym podwórku, w sensie dosłownym.
Po drugie – historycznie. Polska i Niemcy łączy historia bolesna, skomplikowana, wciąż nieprzepracowana do końca. Draesner nie wchodzi w nią jako sędzia ani jako strona. Wchodzi jako pisarka, która rozumie, że obie strony nosiły w sobie rany i że rany nie mają paszportu. Rodzina Grolmannów uciekała z Oleśnicy do Monachium. Rodzina Nienaltów była przesiedlana siłą ze Lwowa do Wrocławia. Ich cierpienie jest symetryczne i nieporównywalne zarazem. Draesner nie ocenia, które było większe, wie kto był sprawcą i kto ofiarą. Pokazuje je obok siebie – i buduje w ten sposób most, który rzadko udaje się zbudować politykom.
Po trzecie – osobiście. Doro, „polska Hamburka”, jest postacią, w której wiele osób z doświadczeniem emigracji, podwójnej tożsamości, życia między językami może się rozpoznać. Ona jest „częściowo Niemką, częściowo Polką. Jednym i drugim” – jak mówi o sobie. To zdanie, w swojej precyzyjnej nieostrości, opisuje doświadczenie milionów ludzi.
I wreszcie – estetycznie. Draesner jest pisarką wymagającą. Jej powieści są wielogłosowe, skomplikowane, gęste od aluzji literackich i językowych gier. Ale są też głęboko ludzkie. Czyta się je z poczuciem, że literatura jeszcze coś może – że jest w stanie dać kształt temu, co dotąd było tylko bólem bez formy.
Podczas jednej z rozmów zapytałam Draesner, jak opisałaby cel swojej pracy. Odpowiedziała spokojnie:
W moich książkach nie ma jednej prawdy, nie ma jednej właściwej drogi życia, nic nie jest stałe. Piszę, aby uczynić słyszalnym, przetłumaczyć na język to, co zwykle nie jest wypowiadane, co wydaje się nie do wypowiedzenia21.
Może właśnie na tym polega literatura. Na nieustannym ćwiczeniu uwagi. Na dialogu. Na powolnym zbliżaniu się do tego, co trudne.
Draesner rozświetla mgłę. Nie po to, by ją rozwiać – bo mgła jest częścią krajobrazu. Ale po to, by pokazać, że w środku tej mgły są kształty, są ścieżki, są ludzie. I że warto ich słuchać.
1 L. Glück, Wilde Iris, München 2008; L. Glück, Averno, München 2007.
2 M. Wolting, Die Vergangenheit ist das, was wir selbst daraus machen. Laudatio von Monika Wolting auf die Schriftstellerin Ulrike Draesner anlässlich der Verleihung des Georg Dehio-Buchpreises 2024 – Poczdam: Hauptpreis / Forum Kultury Europy Wschodniej w Poczdamie 11.10.2024, online: https://www.kulturforum.info/de/preise-stipendien/georg-dehio-buchpreis/9123-die-vergangenheit-ist-das-was-wir-selbst-daraus-machen [Dostęp: 17.04.26].
3 Tamże.
4 U. Draesner, Sieben Sprünge vom Rand der Wel, München: Luchterhand, 2014.
5 F. Wolffheim, Alter, Affe, Angst, „Der Spiegel” 12.03.2014, online: https://www.spiegel.de/kultur/literatur/ulrike-draesner-sieben-spruenge-vom-rand-der-welt-a-956826.html [dostęp: 8.07.2026].
6 Tamże.
7 M. Schneider, J. Süss, Nebelkinder. Kriegsenkel treten aus dem Traumaschatten der Geschichte, München: Europa Verlag, 2015; S. Grefe, D. Wierling, Die familiäre Weitergabe von Kriegserfahrungen als Gegenstand interdisziplinärer Forschung, „Zeitschrift für Psychotraumatologie, Psychotherapiewissenschaft, Psychologische Medizin” 2010, t. 8, nr 1, s. 9–24.
8 M. Hirsch, The Generation of Postmemory, „Poetics Today” 29.1.2008; J. Jabłkowska, Flucht und Vertreibung. Ulrike Draesners „Sieben Sprünge vom Rand der Welt” (2014), Reinhard Jirgls „Die Unvollendeten” (2003) [w:] Der Generationenroman, De Gruyter, t. 2, red. H. Grugger, J. Holzner, Berlin 2021, s. 925–942; T. Ludden, Mobilisations of Mediation and Aporias: Reading Trauma as Metaphor in Ulrike Draesner’s „Sieben Sprünge vom Rand der Welt” with Caruth, Derrida, and Agamben, „German Life and Letters” 2019, t. 72, nr 4, s. 443–468; K. Śliwińska, „Linie ucieczki ciągnie się za sobą przez całe życie”. Postpamięć, starość i zapomnienie w powieści Ulrike Draesner „Sieben Sprünge vom Rand der Welt” (2014), „Politeja” 2021, nr 1 (70), s. 111–124.
9 U. Draesner, Die Verwandelten, München: Penguin, 2023.
10 Tamże, s. 20.
11 Tamże, s. 151.
12 Tamże, s. 47.
13 M. Braun, Critical Germanness, „Die Politische Meinung” 2024, nr 585, s. 92–97, tu s. 96.
14 M. Wolting, Die Vergangenheit ist das, was wir selbst daraus machen…
15 U. Draesner, Die Verwandelten…, s. 47.
16 Tamże, s. 25.
17 Tamże, s. 40.
18 Tamże, s. 339.
19 K. Leeder, Zustand zwischen zwei Leben [w:] M. Wolting, O. Ruf, Gegenwart aufnehmen. Zum Werk und Wirken von Ulrike Draesner, Brill 2024, s. 17.
20 M. Braun, Critical Germanness…, s. 96.
21 M. Wolting, Die Vergangenheit ist das, was wir selbst daraus machen…, 2024.
