Prasówka (24 lipca 2026)

W redak­cji „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” wer­tu­je­my róż­ne­go rodza­ju cza­so­pi­sma w poszu­ki­wa­niu inte­re­su­ją­cych tek­stów. Wyła­wia­my arty­ku­ły, któ­re nas intry­gu­ją, poru­sza­ją, pro­wo­ku­ją do roz­mo­wy. Naszym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom rów­nież powin­ny przy­paść do gustu. Dla­te­go zapra­sza­my do lek­tu­ry piąt­ko­we­go prze­glą­du pra­sy kul­tu­ral­nej.

„Notatnik Literacki”

W poświę­co­nym zagad­nie­niu emi­gra­cji nume­rze „Notat­ni­ka Lite­rac­kie­go” znaj­dzie­my esej Zofii Bał­dy­gi. Autor­ka, wycho­dząc od pry­wat­nej, a momen­ta­mi wręcz intym­nej per­spek­ty­wy, docie­ra do sys­te­mo­wej ana­li­zy doświad­cze­nia funk­cjo­no­wa­nia poza języ­kiem ojczy­stym. Pod­kre­śla, że jej decy­zja o emi­gra­cji i życiu w innej prze­strze­ni kul­tu­ro­wej była wol­nym wybo­rem, a sama moż­li­wość wyjaz­du wyni­ka­ła z pew­ne­go uprzy­wi­le­jo­wa­nia i nie powo­do­wa­ła dys­kom­for­tu, co w więk­szo­ści przy­pad­ków histo­rii migra­cyj­nych się nie zda­rza. Zwy­kle to nie cie­ka­wość i potrze­ba zmia­ny sta­no­wią impuls naka­zu­ją­cy ludziom opusz­cze­nie miej­sca uro­dze­nia. Zazwy­czaj, jak pod­kre­śla autor­ka, przy­czy­ną są nie­sprzy­ja­ją­ce oko­licz­no­ści geo­po­li­tycz­ne, a mówiąc pro­ściej – woj­ny, głód i urą­ga­ją­ce ludz­kiej god­no­ści warun­ki egzy­sten­cjal­ne. Bohe­mist­ka, poet­ka i tłu­macz­ka opi­su­je, jak doświad­cze­nie pra­cy w war­szaw­skim ośrod­ku dla osób ubie­ga­ją­cych się o ochro­nę mię­dzy­na­ro­do­wą zapo­cząt­ko­wa­ło pro­ces, któ­ry poskut­ko­wał sze­re­giem decy­zji oso­bi­stych i zmia­ną jej per­spek­ty­wy. W ośrod­ku Bał­dy­ga pozna­ła oso­by z Kau­ka­zu Pół­noc­ne­go, obser­wo­wa­ła je, nasią­ka­ła ich histo­ria­mi. Się­ga­ła rów­nież po książ­ki Ånse Seier­stad, Anny Polit­kow­skiej, Woj­cie­cha Górec­kie­go, Woj­cie­cha Jagiel­skie­go. Jak zapi­su­je: „każ­de z tych spo­tkań – i tych lite­rac­kich, i tych real­nych – poma­ga­ło mi ryso­wać moją nową mapę świa­ta”. Póź­niej Bał­dy­ga wyje­cha­ła do Holan­dii (żeby spraw­dzić, jak mogą wyglą­dać tam­tej­sze ośrod­ki dla osób ubie­ga­ją­cych się o azyl w innym kra­ju), spo­ty­ka­ła się z rodzi­na­mi z Arme­nii i w dal­szym cią­gu inten­syw­nie roz­wi­ja­ła zain­te­re­so­wa­nie Kau­ka­zem – tym razem Połu­dnio­wym. Osta­tecz­nie pod­ję­ła decy­zję o wyjeź­dzie do Ery­wa­nia, w Arme­nii spę­dzi­ła łącz­nie pięć lat. Ten wybór, jak wspo­mi­na, wywarł wpływ na jej pra­cę jako tłu­macz­ki poezji, prze­mo­de­lo­wał jej wraż­li­wość języ­ko­wą. Zmie­nił „spoj­rze­nie na język jako ele­ment toż­sa­mo­ści”. To tam Bał­dy­ga zro­zu­mia­ła, że język, w któ­rym czu­je­my się jak u sie­bie, wca­le nie musi być języ­kiem kra­ju nasze­go uro­dze­nia. Autor­ka wspo­mi­na o jesz­cze jed­nym zwro­cie – o począt­ko­wo jed­nost­ko­wym doświad­cze­niu anga­żo­wa­nia się w pomoc ukra­iń­skim emi­gran­tom, któ­re z cza­sem zyska­ło szer­szą ska­lę: spo­łecz­ną, sys­te­mo­wą, poli­tycz­ną. Wła­śnie ów zwrot przy­niósł reali­za­cję tego, co wyda­je się oczy­wi­ste, ale powin­no być sta­le powta­rza­ne. Jak pod­su­mo­wu­je Bał­dy­ga:

Język […] robi coś wię­cej poza opi­sy­wa­niem rze­czy­wi­sto­ści – on ją współ­kształ­tu­je. Może repro­du­ko­wać uprze­dze­nia, w tym zin­ter­na­li­zo­wa­ną kse­no­fo­bię, albo prze­ciw­nie: ujaw­niać ich obec­ność i mecha­ni­zmy dzia­ła­nia. Pisa­nie odpo­wie­dzial­ne wyma­ga więc uważ­no­ści nie tyl­ko na to, co się opo­wia­da, ale też jak się to robi.

*

Już sam tytuł tek­stu Wero­ni­ki Gogo­li – Gatu­nek czę­ścio­wo osia­dły – wska­zu­je czy­tel­ni­kom i czy­tel­nicz­kom kie­ru­nek, w któ­rym podą­ża autor­ka w swo­jej reflek­sji o wła­snej migra­cyj­nej histo­rii. Od dzie­się­ciu lat Gogo­la żyje „pomię­dzy del­tą Duna­ju a sze­ro­kim łań­cu­chem Kar­pat, któ­re wyra­sta­ją […] u pod­nó­ży Bra­ty­sła­wy i się­ga­ją sze­ro­ko roz­po­star­tym skrzy­dłem aż po Banat”. Przy­zna­je, że wyjazd był dla niej pró­bą uciecz­ki przed cią­żą­cą jej w pewien spo­sób pol­sko­ścią, koja­rzo­ną z naci­skiem, bra­kiem wol­ne­go wybo­ru, for­mą narzu­co­ną przez miej­sce uro­dze­nia. Autor­ka jed­nak pod­kre­śla:

Nie, nie cho­dzi mi o szka­lo­wa­nie ojczy­zny, o pogar­dę wobec pol­sko­ści. Tania pro­wo­ka­cja ma krót­ką datę waż­no­ści, a moje odczu­cia z wie­kiem jedy­nie się pogłę­bia­ją. Cho­dzi o coś wię­cej.

Tym czymś oka­zu­je się tęsk­no­ta za życiem „pomię­dzy”, gdzieś na sty­ku róż­nych szla­ków – i za doświad­cza­niem ich róż­no­rod­no­ści. Wycho­wa­na bli­sko gra­ni­cy pol­sko-sło­wac­kiej Gogo­la nosi w sobie wła­śnie tę tęsk­no­tę, a Bra­ty­sła­wa, sto­li­ca „małe­go wiel­kie­go kra­ju”, pozwa­la ją uko­ić. Autor­ka zazna­cza:

[…] to nie przy­pa­dek, że spo­śród wszyst­kich sto­lic Euro­py przy­cią­gnę­ła mnie wła­śnie ta. Bra­ty­sła­wa wabi swo­ją nie­oczy­wi­sto­ścią, ale też pery­fe­ryj­no­ścią, zawie­sze­niem pomię­dzy róż­ny­mi porząd­ka­mi histo­rycz­ny­mi, tra­dy­cja­mi. To mała, zakom­plek­sio­na euro­pej­ska sto­li­ca na samym krań­cu pań­stwa, na sty­ku trzech gra­nic, gdzie kie­dyś koń­czy­ło się impe­rium rzym­skie.

Kul­tu­ra regio­nu Kar­pat i Duna­ju przy­no­si autor­ce poczu­cie auten­tycz­ne­go zado­mo­wie­nia – sztucz­ne podzia­ły naro­do­we zosta­ją zastą­pio­ne przez uni­wer­sal­ność tra­dy­cyj­nych pie­śni i bli­skość innych twór­ców. Tu moż­na poku­sić się o porów­na­nie: podob­nie jak cza­pla siwa, tytu­ło­wy gatu­nek czę­ścio­wo osia­dły, Gogo­la obie­ra za swo­ją ojczy­znę prze­strzeń, któ­ra nie wię­zi, lecz daje swo­bo­dę, a gdy poja­wia się taka potrze­ba, pozwa­la osiąść na dłuż­szą chwi­lę w jed­nym miej­scu – choć zawsze z poczu­ciem, że kolej­na wędrów­ka jest tyl­ko kwe­stią cza­su.

Okładka czasopisma „Notatnik Literacki” 2026, nr 2–3.
„Notatnik Literacki” 2026, nr 2–3.

„Teksty Drugie”

W naj­now­szym nume­rze „Tek­stów Dru­gich” znaj­dzie­my roz­mo­wę lite­ra­tu­ro­znaw­ców i teo­re­ty­ków kul­tu­ry – Aman­dy Ander­son i Simo­na Durin­ga, któ­rej tema­ta­mi są współ­cze­sna kon­dy­cja nauk huma­ni­stycz­nych oraz ich rola w zmie­nia­ją­cym się świe­cie aka­de­mic­kim i spo­łecz­nym. Mimo pew­nych róż­nic w spoj­rze­niu na huma­ni­sty­kę obo­je kon­cen­tru­ją się na pró­bie okre­śle­nia jej trwa­łych war­to­ści, a tak­że na roz­wa­ża­niach nad spo­so­ba­mi jej funk­cjo­no­wa­nia, zwłasz­cza przy uwzględ­nie­niu współ­cze­snych czyn­ni­ków, takich jak wzrost licz­by spe­cja­li­za­cji, inter­dy­scy­pli­nar­ność i pre­sja spo­łecz­na. Nie­zmier­nie waż­ne sta­je się pyta­nie o spo­sób pogo­dze­nia tra­dy­cyj­nych celów huma­ni­sty­ki ze aktu­al­ny­mi ocze­ki­wa­nia­mi wobec uni­wer­sy­te­tu jako insty­tu­cji. Ander­son i During roz­ma­wia­ją o spo­łecz­nej roli huma­ni­sty­ki, o rela­cjach mię­dzy poli­ty­ką a akty­wi­zmem, o zna­cze­niu dydak­ty­ki w huma­ni­sty­ce. Roz­wa­ża­ją tak­że zagad­nie­nia zwią­za­ne z kry­zy­sem zagra­ża­ją­cym głów­nym dys­cy­pli­nom nauk huma­ni­stycz­nych. Roz­mów­cy doty­ka­ją wiel­ce istot­nych pojęć: inter­dy­scy­pli­nar­no­ści, napięć mię­dzy teo­rią a prak­ty­ką oraz przy­szło­ści uni­wer­sy­te­tu. Jak pod­kre­śla Ander­son:

lite­ra­tu­ro­znaw­stwo może być w szcze­gól­no­ści pomoc­ne […] w roz­wi­ja­niu metod pogłę­bio­nej inter­pre­ta­cji, nie­spiesz­ne­go docie­ka­nia i uważ­ne­go odczy­ty­wa­nia („clo­se reading”: lek­tu­ra analityczna/ścisła), któ­rych zna­cze­nie wzra­sta, a któ­re pod­le­ga­ją zagro­że­niom w tej napę­dza­nej dany­mi i media­mi epo­ce, cechu­ją­cej się zabu­rze­nia­mi uwa­gi i roz­pro­sze­niem; te zaś są z kolei wro­gie nastro­je­niu i spo­wol­nie­niu cza­su, nie­odzow­ny­mi prze­cież dla dzia­łal­no­ści w obsza­rze nauk huma­ni­stycz­nych.

During nazy­wa tego rodza­ju podej­ście huma­ni­sty­ką „ewan­ge­licz­ną” (nasta­wio­ną na ini­cjo­wa­nie i kształ­to­wa­nie zmian w spo­łe­czeń­stwie) i zazna­cza, że sam z nie­go zre­zy­gno­wał. Stwier­dza:

w moim mnie­ma­niu huma­ni­sty­ka potrze­bu­je dzi­siaj więk­sze­go ukie­run­ko­wa­nia na obiek­ty niż na ogół spo­łe­czeń­stwa […], win­ni­śmy zno­wu posta­wić na dys­cy­pli­nę sku­pio­ną w więk­szym stop­niu na przed­mio­cie – na lite­ra­tu­rze jako takiej, tyle że z ele­men­tem zwro­tu akcji.

Róż­ni­ce zdań mię­dzy oboj­giem bada­czy doda­ją całej roz­mo­wie dyna­mi­ki i spra­wia­ją, że czy­tel­ni­cy zysku­ją moż­li­wość samo­dziel­ne­go kon­fron­to­wa­nia wła­snych opi­nii z argu­men­ta­mi Ander­son i Durin­ga. Co istot­ne, mimo wspo­mnia­nych róż­nic bada­cze zga­dza­ją się w kwe­stii skąd­inąd dość ele­men­tar­nej – że huma­ni­sty­ka jest przede wszyst­kim spo­so­bem rozu­mie­nia świa­ta i czło­wie­ka, a jej naj­więk­szą war­tość sta­no­wią roz­wi­ja­nie umie­jęt­no­ści kry­tycz­ne­go myśle­nia i sztu­ki inter­pre­ta­cji oraz – co rów­nie waż­ne – sze­ro­ki zasięg oddzia­ły­wa­nia, wykra­cza­ją­cy poza pro­ble­my o cha­rak­te­rze eko­no­micz­nym.

*

Aga­ta Skó­rzyń­ska w tek­ście Uni­wer­sy­tet zde­mo­bi­li­zo­wa­ny. Dla­cze­go demo­kra­cje potrze­bu­ją (praw­dzi­wie) publicz­ne­go uni­wer­sy­te­tu? pisze o współ­cze­snym kry­zy­sie aka­de­mii i jej zna­cze­niu dla funk­cjo­no­wa­nia demo­kra­tycz­ne­go spo­łe­czeń­stwa. Przy­po­mi­na:

Idea uni­wer­sy­te­tu jako insty­tu­cji zbu­do­wa­nej na demo­kra­tycz­nej deba­cie i zara­zem for­ma­cyj­nej – przy­czy­nia­ją­cej się do kształ­to­wa­nia postaw oby­wa­tel­skich – roz­wi­ja­na była w róż­nych warian­tach od wie­ku XIX w zasa­dzie przez cały wiek XX.

Autor­ka następ­nie wska­zu­je współ­cze­sne prze­ja­wy ero­zji tej idei. Posił­ku­jąc się mię­dzy inny­mi Uni­wer­sy­te­tem w ruinie Bil­la Reading­sa, Nie dla zysku… Mar­thy C. Nuss­baum czy The Fall of the Facul­ty… („Upad­kiem fakul­te­tów…”) Ben­ja­mi­na Gins­ber­ga, Skó­rzyń­ska zwra­ca uwa­gę na nie­bez­piecz­ną degra­da­cję insty­tu­cji z zało­że­nia opar­tej na war­to­ściach demo­kra­tycz­nych, czy­li słu­żą­cej inte­re­so­wi publicz­ne­mu. Zapi­su­je:

punkt odnie­sie­nia zawsze sta­no­wi idea uni­wer­sy­te­tu jako insty­tu­cji, któ­ra odgry­wa istot­ną rolę w warun­kach demo­kra­cji libe­ral­nej, a któ­rej zada­nia wypa­cza­ne są przez uryn­ko­wie­nie, glo­ba­li­za­cję i kon­ser­wa­tyw­ny zamach na wol­ność aka­de­mic­ką lub po pro­stu pró­by ide­olo­gicz­ne­go wyko­rzy­sta­nia efek­tów pra­cy aka­de­mic­kiej przez apa­rat pań­stwo­wy i rynek.

Zda­niem Skó­rzyń­skiej są to skut­ki wpro­wa­dza­nia neo­li­be­ral­nych reform. Pro­ce­sy, któ­re wpły­wa­ją na oce­nia­nie dzia­łal­no­ści nauko­wej i dydak­tycz­nej według kry­te­riów efek­tyw­no­ści, kon­ku­ren­cyj­no­ści i mie­rzal­nych wyni­ków, powo­du­ją osła­bie­nie wspól­no­ty aka­de­mic­kiej i ogra­ni­cze­nie misji spo­łecz­nej uni­wer­sy­te­tu. Tytu­ło­we „zde­mo­bi­li­zo­wa­nie” to według Skó­rzyń­skiej stop­nio­wa utra­ta zdol­no­ści śro­do­wi­ska aka­de­mic­kie­go do wspól­ne­go dzia­ła­nia, do anga­żo­wa­nia się w spra­wy publicz­ne – moż­na tu dodać tak­że brak umie­jęt­no­ści budo­wa­nia rela­cji opar­tych na soli­dar­no­ści spo­łecz­nej. Nie­po­ko­ją­co brzmią zwłasz­cza cyto­wa­ne w tek­ście wypo­wie­dzi (arty­kuł powstał mię­dzy inny­mi na pod­sta­wie badań tere­no­wych – oko­ło dzie­więć­dzie­się­ciu wywia­dów z repre­zen­tan­ta­mi nauk huma­ni­stycz­nych), z któ­rych wyła­nia się obraz zbiu­ro­kra­ty­zo­wa­ne­go i nasta­wio­ne­go na rywa­li­za­cję śro­do­wi­ska aka­de­mic­kie­go. Ana­li­za Skó­rzyń­skiej wpraw­dzie brzmi scep­tycz­nie, ale autor­ka nie zatrzy­mu­je się na samej kry­ty­ce. W isto­cie jej tekst jest swe­go rodza­ju postu­la­tem odbu­do­wy idei uni­wer­sy­te­tu – uczy­nie­nia go insty­tu­cją praw­dzi­wie demo­kra­tycz­ną. Para­fra­zu­jąc sło­wa autor­ki, war­to dodać, że koniecz­ne w tym pro­ce­sie wyda­je się odej­ście od słu­że­nia w tak znacz­nym stop­niu regu­łom ryn­ku i biu­ro­kra­cji.

Okładka czasopisma „Teksty Drugie” 2026, nr 2.
„Teksty Drugie” 2026, nr 2.

„Znak”

Zapew­ne pamię­ta­cie wstrzą­sa­ją­cą histo­rię Gisèle Peli­cot, Fran­cuz­ki, któ­rą mąż przez lata odu­rzał nar­ko­ty­ka­mi, a następ­nie nie­przy­tom­ną gwał­cił i pozwa­lał na to tak­że obcym męż­czy­znom. Domi­ni­que Peli­cot za swo­je czy­ny został ska­za­ny na dwa­dzie­ścia lat wię­zie­nia, wyro­ki usły­sze­li tak­że inni gwał­ci­cie­le. Mie­sięcz­nik „Znak” powra­ca do tej histo­rii, prze­dru­ko­wu­jąc z „New Yor­ke­ra” Pro­ces rodzin­ny – świet­ny repor­taż lite­rac­ki Rachel Aviv w tłu­ma­cze­niu Anny Sku­ciń­skiej. O decy­zji Gisèle w spra­wie jaw­no­ści pro­ce­su opraw­ców autor­ka pisze nastę­pu­ją­co:

Gisèle zaczę­ła się zasta­na­wiać, czy decy­du­jąc się na roz­pra­wę przy drzwiach zamknię­tych, nie chro­ni oskar­żo­nych, któ­rych wina nigdy nie zosta­nie w peł­ni ujaw­nio­na. Roz­pra­wa taka ozna­cza­ła też tygo­dnie spę­dza­ne przy nie­wie­lu świad­kach w jed­nej sali z kil­ku­dzie­się­cio­ma gwał­ci­cie­la­mi. „Sama z nimi – pisze Gisèle. – Zamknię­ta z nimi”. Pew­ne­go dnia wybra­ła się na dłu­gi spa­cer po lesie i pla­ży, a po powro­cie oznaj­mi­ła Jeano­wi-Loupo­wi, któ­ry wła­śnie nakry­wał stół do lun­chu, że zmie­ni­ła zda­nie: chce jaw­ne­go pro­ce­su.

Gisèle Peli­cot nie mia­ła poję­cia, że dzię­ki swo­jej decy­zji sta­nie się sym­bo­lem wal­ki o god­ność ofiar i sym­bo­lem femi­ni­zmu, choć nigdy nie czy­ta­ła Dru­giej płci Simo­ne de Beau­vo­ir ani żad­nej innej książ­ki poświę­co­nej temu zagad­nie­niu. Dziś ma sie­dem­dzie­siąt trzy lata i zna­na jest jako kobie­ta, któ­ra udo­wod­ni­ła, że wsty­dzić powin­ni się prze­stęp­cy, a nie ofia­ry. W ten spo­sób doda­ła impe­tu zapo­cząt­ko­wa­nej przez ruch #MeToo kam­pa­nii prze­ciw­ko prze­mo­cy sek­su­al­nej.

Cie­ka­wie został tak­że zapre­zen­to­wa­ny w tek­ście sto­su­nek doro­słych dzie­ci do mat­ki, kie­dy ta świa­do­mie – z peł­ną odpo­wie­dzial­no­ścią – zaczę­ła mówić o tym, co dzia­ło się w ich domu. Nie to jed­nak było powo­dem odsu­nię­cia się od Gisèle jej cór­ki Caro­li­ne, któ­ra tak­że wyto­czy­ła ojcu pro­ces o odu­rza­nie i gwał­ty. Caro­li­ne liczy­ła na wspar­cie mat­ki, lecz ta dru­ga była wów­czas zaję­ta czymś innym. Rachel Aviv, przed­sta­wia­jąc tę strasz­li­wą histo­rię z róż­nych per­spek­tyw, zapi­su­je:

Caro­li­ne, u któ­rej uczu­cia zawsze były pra­wie na wierz­chu, pra­gnę­ła opie­ki, jaką Gisèle nie bar­dzo mogła jej zapew­nić. Tego rodza­ju napię­cie wystar­czy­ło­by do roz­bi­cia każ­dej rela­cji, jed­nak od aresz­to­wa­nia Dominique’a nabra­ło nowe­go zna­cze­nia, jak­by ście­ra­ły się tu dwie wer­sje femi­ni­zmu. Zamiast spie­szyć z mat­czy­ną pocie­chą, z goto­wo­ścią, by wie­rzyć i wspie­rać, Gisèle sku­pi­ła się na wła­snej inte­gral­no­ści emo­cjo­nal­nej, sta­jąc się dla świa­ta zwy­cię­skim sym­bo­lem odzy­ska­nej spraw­czo­ści.

*

Elż­bie­ta Łap­czyń­ska w tek­ście Jak cho­re­ogra­fia przej­mu­je sce­nę zapi­su­je:

Teatry insty­tu­cjo­nal­ne wyobra­żam sobie jako wie­lo­ry­by o ogrom­nej iner­cji, któ­re ponad wszyst­ko wiel­bią Wiel­kość i Sta­tecz­ność, nic więc dziw­ne­go, że prze­pły­wa­ją­ce obok zwin­ne tuń­czy­ki wywi­ja­ją zachwy­ca­ją­ce ewo­lu­cje. W tej meta­fo­rze tuń­czyk ozna­cza sze­ro­ko poj­mo­wa­ny per­for­mans, nową cho­re­ogra­fię, nowy taniec. To spek­ta­kle wyko­rzy­stu­ją­ce ruch i cia­ło, for­my, któ­re mniej lub bar­dziej przy­po­mi­na­ją taniec.

Na współ­cze­sny taniec autor­ka spo­glą­da z per­spek­ty­wy widz­ki i oso­by cza­sa­mi bio­rą­cej udział w per­for­man­sach. Już na samym wstę­pie zazna­cza, że chce zara­zić czy­tel­ni­ków swo­im entu­zja­zmem, tak żeby taniec stał się dla nich waż­ną czę­ścią życia, prak­ty­ko­wa­ną zarów­no w domu, jak i w prze­strze­ni publicz­nej. Od razu tak­że zastrze­ga, że o tań­cu współ­cze­snym myśli w opo­zy­cji do teatru tań­ca spod zna­ku Piny Bausch. Tłu­ma­czy róż­ni­ce mię­dzy oby­dwo­ma spo­so­ba­mi wyra­zu i pre­cy­zu­je, na czym pole­ga este­ty­ka nowej cho­re­ogra­fii:

Cho­dzi […] mniej o fabu­łę, a bar­dziej o chwy­ty i zabie­gi for­mal­ne. Cho­dzi o kry­ty­kę i myśl. Cho­re­ogra­fo­wać nie zna­czy tań­czyć. Przyj­mij­my defi­ni­cję Tima Etchel­l­sa, lide­ra gru­py For­ced Enter­ta­in­ment – cho­re­ogra­fia to orga­ni­za­cja ruchu w cza­sie i prze­strze­ni. Dowol­ne­go ruchu i dowol­ne­go przed­mio­tu – tak ludz­kie­go cia­ła, jak i na przy­kład kopa­rek – cze­go pod­ję­ła się Iza Szo­stak w „Bale­cie kopa­rycz­nym”.

Tekst Łap­czyń­skiej powi­nien zain­te­re­so­wać nie tyl­ko cho­re­ogra­fów i tan­ce­rzy, lecz tak­że poten­cjal­nych widzów, któ­rzy znaj­dą tu infor­ma­cje o tym, gdzie i kie­dy w naj­bliż­szym cza­sie są pla­no­wa­ne wyda­rze­nia zwią­za­ne z pre­zen­ta­cją tań­ca współ­cze­sne­go.

Okładka czasopisma „Znak” 2026, nr 854.
„Znak” 2026, nr 854.

„Spotkania z Zabytkami”

Naj­now­szy numer „Spo­tkań z Zabyt­ka­mi” zachę­ca do nie­oczy­wi­stych waka­cyj­nych wypraw. W tek­ście Dźwię­ków peł­ne mury jed­ną z takich podró­ży pro­po­nu­je Mag­da Miś­ka-Jac­kow­ska. Opi­su­je ona naj­star­sze budyn­ki, któ­re sta­ły się pierw­szy­mi sala­mi kon­cer­to­wy­mi. Tak jak ist­nie­ją­ca do dzi­siaj w Kra­ko­wie sala Pol­skie­go Towa­rzy­stwa Gim­na­stycz­ne­go „Sokół”:

Na stro­pie są widocz­ne her­by miast, w któ­rych towa­rzy­stwo mia­ło swo­je sie­dzi­by, herb Kra­ko­wa i godło Pol­ski, liście dębu, lilij­ki oraz deko­ra­cja roślin­na. Odtwo­rze­nie ich było wyzwa­niem, bo po XIX-wiecz­nych deko­ra­cjach oca­la­ły tyl­ko reszt­ki malo­wi­deł, a jedy­ne wska­zów­ki restau­ra­to­rzy zna­leź­li na mar­nej jako­ści sta­rej foto­gra­fii.

To wła­śnie tutaj w 1898 roku wystą­pi­ła Mar­cel­la Sem­brich-Kochań­ska, jed­na z naj­więk­szych śpie­wa­czek swo­jej epo­ki, gwiaz­da nowo­jor­skiej Metro­po­li­tan Ope­ra. To był jej powrót do Kra­ko­wa po wie­lu latach nie­obec­no­ści. Chcia­ła ponow­nie zaśpie­wać pod Wawe­lem, ponie­waż dosko­na­le zapa­mię­ta­ła swój wcze­śniej­szy kon­cert w tutej­szej Sali Saskiej. Mag­da Miś­ka-Jac­kow­ska zapi­su­je:

Histo­ria tego miej­sca się­ga lat 20. XIX wie­ku, gdy z połą­cze­nia Obe­rży pod Kró­lem Węgier­skim i trzech kamie­nic przy uli­cy Sław­kow­skiej tuż przy Ryn­ku Głów­nym powstał jeden z naj­oka­zal­szych kra­kow­skich gma­chów. Powstał dla czy­stej przy­jem­no­ści: mie­ścił restau­ra­cję, hotel i zapew­niał roz­ryw­kę. Swo­ją nazwę, przy­ję­tą w dru­giej poło­wie XIX wie­ku, hotel zawdzię­cza repre­zen­ta­cyj­nej Sali Redu­to­wej od uli­cy św. Jana, zwa­nej potocz­nie Saską. Był to jeden z naj­waż­niej­szych muzycz­nych punk­tów na mapie ówcze­snej Euro­py. Kon­cer­to­wa­li tu i ojciec chrzest­ny reci­ta­li Fran­ci­szek Liszt, i Jan Brahms.

Autor­ka zapra­sza tak­że do spa­ce­ro­wa­nia po Kato­wi­cach, War­sza­wie, Pozna­niu czy Dusz­ni­kach-Zdro­ju, gdzie rów­nież znaj­du­ją się miej­sca, w któ­rych wciąż żyje muzy­ka sprzed wie­ków.

*

Razem z Łuka­szem Gazu­rem, auto­rem Pej­za­żu po inten­syw­nej obec­no­ści, może­my z kolei wybrać się do wnętrz, w któ­rych miesz­ka­ła i pra­co­wa­ła Mag­da­le­na Aba­ka­no­wicz. Gdy dzien­ni­karz prze­kra­cza próg domu przy uli­cy Bzo­wej w War­sza­wie, od razu natra­fia nie na twór­czy cha­os, któ­re­go mogli­by­śmy spo­dzie­wać się po prze­strze­ni nale­żą­cej do artyst­ki, ale na porząd­nie ska­ta­lo­go­wa­ne archi­wum. Gazur zapi­su­je:

Dziw­nie opis domu zaczy­nać od archi­wum, ale to ono napraw­dę zwra­ca uwa­gę. Szu­flad­ki biblio­tecz­ne z fisz­ka­mi ozna­ko­wa­ne bar­dzo dokład­nie. Na jed­nej napis „Rzeź­by wysła­ne do Gay­le Maxon-Edger­ton San­ta Fe wrze­sień, 2025”, na innej enig­ma­tycz­ne „Gwa­sze dla Japoń­czy­ka”.

Następ­nie prze­no­si się do pra­cow­ni Aba­ka­no­wicz, gdzie powsta­wa­ły słyn­ne rzeź­by artyst­ki. Rela­cjo­nu­je:

 Wcho­dząc do pra­cow­ni Aba­ka­no­wicz, ma się dziw­ne poczu­cie naru­sze­nia czy­jejś pry­wat­no­ści. Może to dla­te­go, że sama dość wyraź­nie wyzna­cza­ła linię oddzie­la­ją­cą jej sztu­kę od życia pry­wat­ne­go – jak­by za chwi­lę mia­ła wró­cić, popra­wić coś w szki­cu.

W arty­ku­le nie bra­ku­je tak­że histo­rii z życia rzeź­biar­ki, jak choć­by aneg­dot doty­czą­cych jej nie­ła­twe­go cha­rak­te­ru. Jed­ną z nich, pocho­dzą­cą z lat 90., czy­li z okre­su, kie­dy Mag­da­le­na Aba­ka­no­wicz była już zna­ną artyst­ką, repre­zen­to­wa­ną przez słyn­ną Gale­rię Marl­bo­ro­ugh, opo­wia­da Andrzej Star­mach, mar­szand i wła­ści­ciel Star­mach Gal­le­ry:

Wte­dy odwie­dzi­ła go [Andrze­ja Star­ma­cha – przyp. red.] przed­sta­wi­ciel­ka tego pre­sti­żo­we­go adre­su i widząc rzeź­bę pol­skiej artyst­ki – zapy­ta­ła: „Jak się wam pra­cu­je z Aba­ka­no­wicz?”. „Róż­nie bywa” – odpo­wie­dzia­łem. Na co usły­sza­łem: „My mamy taką zasa­dę, że każ­dy nowy pra­cow­nik dosta­je pod opie­kę Mag­da­le­nę Aba­ka­no­wicz. Jak wytrzy­ma pół roku, to zna­czy, że nada­je się do tej pra­cy”.

Wnę­trza, któ­re odwie­dza­my z dzien­ni­ka­rzem, nie do koń­ca kore­spon­du­ją jed­nak z legen­da­mi o ich wła­ści­ciel­ce. Kie­dy oglą­da­my biżu­te­rię przy­wo­żo­ną przez rzeź­biar­kę z całe­go świa­ta, pie­czo­ło­wi­cie roz­wie­szo­ną na wiel­kim poro­żu, zaczy­na­my patrzeć na Aba­ka­no­wicz nie­co ina­czej. Zresz­tą prze­ko­naj­cie się sami.

Okładka czasopisma „Spotkania z Zabytkami” 2026, nr 3.
„Spotkania z Zabytkami” 2026, nr 3.

Czytaj także

07.08.2026 Prasówka

Prasówka (7 sierpnia 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego zapraszamy do lektury piątkowego przeglądu prasy kulturalnej.

04.08.2026 Laba

Książki są filtrem, przez który oglądam świat

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj z malarzem Łukaszem Stokłosą rozmawia Magda Huzarska-Szumiec.

10.07.2026 Prasówka

Prasówka (10 lipca 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego zapraszamy do lektury piątkowego przeglądu prasy kulturalnej.

09.07.2026 Laba

Czytam, leżąc na pomoście

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj ze scenografką i malarką Joanną Braun rozmawia Magda Huzarska-Szumiec.