W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego zapraszamy do lektury piątkowego przeglądu prasy kulturalnej.
„Notatnik Literacki”
W poświęconym zagadnieniu emigracji numerze „Notatnika Literackiego” znajdziemy esej Zofii Bałdygi. Autorka, wychodząc od prywatnej, a momentami wręcz intymnej perspektywy, dociera do systemowej analizy doświadczenia funkcjonowania poza językiem ojczystym. Podkreśla, że jej decyzja o emigracji i życiu w innej przestrzeni kulturowej była wolnym wyborem, a sama możliwość wyjazdu wynikała z pewnego uprzywilejowania i nie powodowała dyskomfortu, co w większości przypadków historii migracyjnych się nie zdarza. Zwykle to nie ciekawość i potrzeba zmiany stanowią impuls nakazujący ludziom opuszczenie miejsca urodzenia. Zazwyczaj, jak podkreśla autorka, przyczyną są niesprzyjające okoliczności geopolityczne, a mówiąc prościej – wojny, głód i urągające ludzkiej godności warunki egzystencjalne. Bohemistka, poetka i tłumaczka opisuje, jak doświadczenie pracy w warszawskim ośrodku dla osób ubiegających się o ochronę międzynarodową zapoczątkowało proces, który poskutkował szeregiem decyzji osobistych i zmianą jej perspektywy. W ośrodku Bałdyga poznała osoby z Kaukazu Północnego, obserwowała je, nasiąkała ich historiami. Sięgała również po książki Ånse Seierstad, Anny Politkowskiej, Wojciecha Góreckiego, Wojciecha Jagielskiego. Jak zapisuje: „każde z tych spotkań – i tych literackich, i tych realnych – pomagało mi rysować moją nową mapę świata”. Później Bałdyga wyjechała do Holandii (żeby sprawdzić, jak mogą wyglądać tamtejsze ośrodki dla osób ubiegających się o azyl w innym kraju), spotykała się z rodzinami z Armenii i w dalszym ciągu intensywnie rozwijała zainteresowanie Kaukazem – tym razem Południowym. Ostatecznie podjęła decyzję o wyjeździe do Erywania, w Armenii spędziła łącznie pięć lat. Ten wybór, jak wspomina, wywarł wpływ na jej pracę jako tłumaczki poezji, przemodelował jej wrażliwość językową. Zmienił „spojrzenie na język jako element tożsamości”. To tam Bałdyga zrozumiała, że język, w którym czujemy się jak u siebie, wcale nie musi być językiem kraju naszego urodzenia. Autorka wspomina o jeszcze jednym zwrocie – o początkowo jednostkowym doświadczeniu angażowania się w pomoc ukraińskim emigrantom, które z czasem zyskało szerszą skalę: społeczną, systemową, polityczną. Właśnie ów zwrot przyniósł realizację tego, co wydaje się oczywiste, ale powinno być stale powtarzane. Jak podsumowuje Bałdyga:
Język […] robi coś więcej poza opisywaniem rzeczywistości – on ją współkształtuje. Może reprodukować uprzedzenia, w tym zinternalizowaną ksenofobię, albo przeciwnie: ujawniać ich obecność i mechanizmy działania. Pisanie odpowiedzialne wymaga więc uważności nie tylko na to, co się opowiada, ale też jak się to robi.
*
Już sam tytuł tekstu Weroniki Gogoli – Gatunek częściowo osiadły – wskazuje czytelnikom i czytelniczkom kierunek, w którym podąża autorka w swojej refleksji o własnej migracyjnej historii. Od dziesięciu lat Gogola żyje „pomiędzy deltą Dunaju a szerokim łańcuchem Karpat, które wyrastają […] u podnóży Bratysławy i sięgają szeroko rozpostartym skrzydłem aż po Banat”. Przyznaje, że wyjazd był dla niej próbą ucieczki przed ciążącą jej w pewien sposób polskością, kojarzoną z naciskiem, brakiem wolnego wyboru, formą narzuconą przez miejsce urodzenia. Autorka jednak podkreśla:
Nie, nie chodzi mi o szkalowanie ojczyzny, o pogardę wobec polskości. Tania prowokacja ma krótką datę ważności, a moje odczucia z wiekiem jedynie się pogłębiają. Chodzi o coś więcej.
Tym czymś okazuje się tęsknota za życiem „pomiędzy”, gdzieś na styku różnych szlaków – i za doświadczaniem ich różnorodności. Wychowana blisko granicy polsko-słowackiej Gogola nosi w sobie właśnie tę tęsknotę, a Bratysława, stolica „małego wielkiego kraju”, pozwala ją ukoić. Autorka zaznacza:
[…] to nie przypadek, że spośród wszystkich stolic Europy przyciągnęła mnie właśnie ta. Bratysława wabi swoją nieoczywistością, ale też peryferyjnością, zawieszeniem pomiędzy różnymi porządkami historycznymi, tradycjami. To mała, zakompleksiona europejska stolica na samym krańcu państwa, na styku trzech granic, gdzie kiedyś kończyło się imperium rzymskie.
Kultura regionu Karpat i Dunaju przynosi autorce poczucie autentycznego zadomowienia – sztuczne podziały narodowe zostają zastąpione przez uniwersalność tradycyjnych pieśni i bliskość innych twórców. Tu można pokusić się o porównanie: podobnie jak czapla siwa, tytułowy gatunek częściowo osiadły, Gogola obiera za swoją ojczyznę przestrzeń, która nie więzi, lecz daje swobodę, a gdy pojawia się taka potrzeba, pozwala osiąść na dłuższą chwilę w jednym miejscu – choć zawsze z poczuciem, że kolejna wędrówka jest tylko kwestią czasu.
„Teksty Drugie”
W najnowszym numerze „Tekstów Drugich” znajdziemy rozmowę literaturoznawców i teoretyków kultury – Amandy Anderson i Simona Duringa, której tematami są współczesna kondycja nauk humanistycznych oraz ich rola w zmieniającym się świecie akademickim i społecznym. Mimo pewnych różnic w spojrzeniu na humanistykę oboje koncentrują się na próbie określenia jej trwałych wartości, a także na rozważaniach nad sposobami jej funkcjonowania, zwłaszcza przy uwzględnieniu współczesnych czynników, takich jak wzrost liczby specjalizacji, interdyscyplinarność i presja społeczna. Niezmiernie ważne staje się pytanie o sposób pogodzenia tradycyjnych celów humanistyki ze aktualnymi oczekiwaniami wobec uniwersytetu jako instytucji. Anderson i During rozmawiają o społecznej roli humanistyki, o relacjach między polityką a aktywizmem, o znaczeniu dydaktyki w humanistyce. Rozważają także zagadnienia związane z kryzysem zagrażającym głównym dyscyplinom nauk humanistycznych. Rozmówcy dotykają wielce istotnych pojęć: interdyscyplinarności, napięć między teorią a praktyką oraz przyszłości uniwersytetu. Jak podkreśla Anderson:
literaturoznawstwo może być w szczególności pomocne […] w rozwijaniu metod pogłębionej interpretacji, niespiesznego dociekania i uważnego odczytywania („close reading”: lektura analityczna/ścisła), których znaczenie wzrasta, a które podlegają zagrożeniom w tej napędzanej danymi i mediami epoce, cechującej się zaburzeniami uwagi i rozproszeniem; te zaś są z kolei wrogie nastrojeniu i spowolnieniu czasu, nieodzownymi przecież dla działalności w obszarze nauk humanistycznych.
During nazywa tego rodzaju podejście humanistyką „ewangeliczną” (nastawioną na inicjowanie i kształtowanie zmian w społeczeństwie) i zaznacza, że sam z niego zrezygnował. Stwierdza:
w moim mniemaniu humanistyka potrzebuje dzisiaj większego ukierunkowania na obiekty niż na ogół społeczeństwa […], winniśmy znowu postawić na dyscyplinę skupioną w większym stopniu na przedmiocie – na literaturze jako takiej, tyle że z elementem zwrotu akcji.
Różnice zdań między obojgiem badaczy dodają całej rozmowie dynamiki i sprawiają, że czytelnicy zyskują możliwość samodzielnego konfrontowania własnych opinii z argumentami Anderson i Duringa. Co istotne, mimo wspomnianych różnic badacze zgadzają się w kwestii skądinąd dość elementarnej – że humanistyka jest przede wszystkim sposobem rozumienia świata i człowieka, a jej największą wartość stanowią rozwijanie umiejętności krytycznego myślenia i sztuki interpretacji oraz – co równie ważne – szeroki zasięg oddziaływania, wykraczający poza problemy o charakterze ekonomicznym.
*
Agata Skórzyńska w tekście Uniwersytet zdemobilizowany. Dlaczego demokracje potrzebują (prawdziwie) publicznego uniwersytetu? pisze o współczesnym kryzysie akademii i jej znaczeniu dla funkcjonowania demokratycznego społeczeństwa. Przypomina:
Idea uniwersytetu jako instytucji zbudowanej na demokratycznej debacie i zarazem formacyjnej – przyczyniającej się do kształtowania postaw obywatelskich – rozwijana była w różnych wariantach od wieku XIX w zasadzie przez cały wiek XX.
Autorka następnie wskazuje współczesne przejawy erozji tej idei. Posiłkując się między innymi Uniwersytetem w ruinie Billa Readingsa, Nie dla zysku… Marthy C. Nussbaum czy The Fall of the Faculty… („Upadkiem fakultetów…”) Benjamina Ginsberga, Skórzyńska zwraca uwagę na niebezpieczną degradację instytucji z założenia opartej na wartościach demokratycznych, czyli służącej interesowi publicznemu. Zapisuje:
punkt odniesienia zawsze stanowi idea uniwersytetu jako instytucji, która odgrywa istotną rolę w warunkach demokracji liberalnej, a której zadania wypaczane są przez urynkowienie, globalizację i konserwatywny zamach na wolność akademicką lub po prostu próby ideologicznego wykorzystania efektów pracy akademickiej przez aparat państwowy i rynek.
Zdaniem Skórzyńskiej są to skutki wprowadzania neoliberalnych reform. Procesy, które wpływają na ocenianie działalności naukowej i dydaktycznej według kryteriów efektywności, konkurencyjności i mierzalnych wyników, powodują osłabienie wspólnoty akademickiej i ograniczenie misji społecznej uniwersytetu. Tytułowe „zdemobilizowanie” to według Skórzyńskiej stopniowa utrata zdolności środowiska akademickiego do wspólnego działania, do angażowania się w sprawy publiczne – można tu dodać także brak umiejętności budowania relacji opartych na solidarności społecznej. Niepokojąco brzmią zwłaszcza cytowane w tekście wypowiedzi (artykuł powstał między innymi na podstawie badań terenowych – około dziewięćdziesięciu wywiadów z reprezentantami nauk humanistycznych), z których wyłania się obraz zbiurokratyzowanego i nastawionego na rywalizację środowiska akademickiego. Analiza Skórzyńskiej wprawdzie brzmi sceptycznie, ale autorka nie zatrzymuje się na samej krytyce. W istocie jej tekst jest swego rodzaju postulatem odbudowy idei uniwersytetu – uczynienia go instytucją prawdziwie demokratyczną. Parafrazując słowa autorki, warto dodać, że konieczne w tym procesie wydaje się odejście od służenia w tak znacznym stopniu regułom rynku i biurokracji.
„Znak”
Zapewne pamiętacie wstrząsającą historię Gisèle Pelicot, Francuzki, którą mąż przez lata odurzał narkotykami, a następnie nieprzytomną gwałcił i pozwalał na to także obcym mężczyznom. Dominique Pelicot za swoje czyny został skazany na dwadzieścia lat więzienia, wyroki usłyszeli także inni gwałciciele. Miesięcznik „Znak” powraca do tej historii, przedrukowując z „New Yorkera” Proces rodzinny – świetny reportaż literacki Rachel Aviv w tłumaczeniu Anny Skucińskiej. O decyzji Gisèle w sprawie jawności procesu oprawców autorka pisze następująco:
Gisèle zaczęła się zastanawiać, czy decydując się na rozprawę przy drzwiach zamkniętych, nie chroni oskarżonych, których wina nigdy nie zostanie w pełni ujawniona. Rozprawa taka oznaczała też tygodnie spędzane przy niewielu świadkach w jednej sali z kilkudziesięcioma gwałcicielami. „Sama z nimi – pisze Gisèle. – Zamknięta z nimi”. Pewnego dnia wybrała się na długi spacer po lesie i plaży, a po powrocie oznajmiła Jeanowi-Loupowi, który właśnie nakrywał stół do lunchu, że zmieniła zdanie: chce jawnego procesu.
Gisèle Pelicot nie miała pojęcia, że dzięki swojej decyzji stanie się symbolem walki o godność ofiar i symbolem feminizmu, choć nigdy nie czytała Drugiej płci Simone de Beauvoir ani żadnej innej książki poświęconej temu zagadnieniu. Dziś ma siedemdziesiąt trzy lata i znana jest jako kobieta, która udowodniła, że wstydzić powinni się przestępcy, a nie ofiary. W ten sposób dodała impetu zapoczątkowanej przez ruch #MeToo kampanii przeciwko przemocy seksualnej.
Ciekawie został także zaprezentowany w tekście stosunek dorosłych dzieci do matki, kiedy ta świadomie – z pełną odpowiedzialnością – zaczęła mówić o tym, co działo się w ich domu. Nie to jednak było powodem odsunięcia się od Gisèle jej córki Caroline, która także wytoczyła ojcu proces o odurzanie i gwałty. Caroline liczyła na wsparcie matki, lecz ta druga była wówczas zajęta czymś innym. Rachel Aviv, przedstawiając tę straszliwą historię z różnych perspektyw, zapisuje:
Caroline, u której uczucia zawsze były prawie na wierzchu, pragnęła opieki, jaką Gisèle nie bardzo mogła jej zapewnić. Tego rodzaju napięcie wystarczyłoby do rozbicia każdej relacji, jednak od aresztowania Dominique’a nabrało nowego znaczenia, jakby ścierały się tu dwie wersje feminizmu. Zamiast spieszyć z matczyną pociechą, z gotowością, by wierzyć i wspierać, Gisèle skupiła się na własnej integralności emocjonalnej, stając się dla świata zwycięskim symbolem odzyskanej sprawczości.
*
Elżbieta Łapczyńska w tekście Jak choreografia przejmuje scenę zapisuje:
Teatry instytucjonalne wyobrażam sobie jako wieloryby o ogromnej inercji, które ponad wszystko wielbią Wielkość i Stateczność, nic więc dziwnego, że przepływające obok zwinne tuńczyki wywijają zachwycające ewolucje. W tej metaforze tuńczyk oznacza szeroko pojmowany performans, nową choreografię, nowy taniec. To spektakle wykorzystujące ruch i ciało, formy, które mniej lub bardziej przypominają taniec.
Na współczesny taniec autorka spogląda z perspektywy widzki i osoby czasami biorącej udział w performansach. Już na samym wstępie zaznacza, że chce zarazić czytelników swoim entuzjazmem, tak żeby taniec stał się dla nich ważną częścią życia, praktykowaną zarówno w domu, jak i w przestrzeni publicznej. Od razu także zastrzega, że o tańcu współczesnym myśli w opozycji do teatru tańca spod znaku Piny Bausch. Tłumaczy różnice między obydwoma sposobami wyrazu i precyzuje, na czym polega estetyka nowej choreografii:
Chodzi […] mniej o fabułę, a bardziej o chwyty i zabiegi formalne. Chodzi o krytykę i myśl. Choreografować nie znaczy tańczyć. Przyjmijmy definicję Tima Etchellsa, lidera grupy Forced Entertainment – choreografia to organizacja ruchu w czasie i przestrzeni. Dowolnego ruchu i dowolnego przedmiotu – tak ludzkiego ciała, jak i na przykład koparek – czego podjęła się Iza Szostak w „Balecie koparycznym”.
Tekst Łapczyńskiej powinien zainteresować nie tylko choreografów i tancerzy, lecz także potencjalnych widzów, którzy znajdą tu informacje o tym, gdzie i kiedy w najbliższym czasie są planowane wydarzenia związane z prezentacją tańca współczesnego.
„Spotkania z Zabytkami”
Najnowszy numer „Spotkań z Zabytkami” zachęca do nieoczywistych wakacyjnych wypraw. W tekście Dźwięków pełne mury jedną z takich podróży proponuje Magda Miśka-Jackowska. Opisuje ona najstarsze budynki, które stały się pierwszymi salami koncertowymi. Tak jak istniejąca do dzisiaj w Krakowie sala Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”:
Na stropie są widoczne herby miast, w których towarzystwo miało swoje siedziby, herb Krakowa i godło Polski, liście dębu, lilijki oraz dekoracja roślinna. Odtworzenie ich było wyzwaniem, bo po XIX-wiecznych dekoracjach ocalały tylko resztki malowideł, a jedyne wskazówki restauratorzy znaleźli na marnej jakości starej fotografii.
To właśnie tutaj w 1898 roku wystąpiła Marcella Sembrich-Kochańska, jedna z największych śpiewaczek swojej epoki, gwiazda nowojorskiej Metropolitan Opera. To był jej powrót do Krakowa po wielu latach nieobecności. Chciała ponownie zaśpiewać pod Wawelem, ponieważ doskonale zapamiętała swój wcześniejszy koncert w tutejszej Sali Saskiej. Magda Miśka-Jackowska zapisuje:
Historia tego miejsca sięga lat 20. XIX wieku, gdy z połączenia Oberży pod Królem Węgierskim i trzech kamienic przy ulicy Sławkowskiej tuż przy Rynku Głównym powstał jeden z najokazalszych krakowskich gmachów. Powstał dla czystej przyjemności: mieścił restaurację, hotel i zapewniał rozrywkę. Swoją nazwę, przyjętą w drugiej połowie XIX wieku, hotel zawdzięcza reprezentacyjnej Sali Redutowej od ulicy św. Jana, zwanej potocznie Saską. Był to jeden z najważniejszych muzycznych punktów na mapie ówczesnej Europy. Koncertowali tu i ojciec chrzestny recitali Franciszek Liszt, i Jan Brahms.
Autorka zaprasza także do spacerowania po Katowicach, Warszawie, Poznaniu czy Dusznikach-Zdroju, gdzie również znajdują się miejsca, w których wciąż żyje muzyka sprzed wieków.
*
Razem z Łukaszem Gazurem, autorem Pejzażu po intensywnej obecności, możemy z kolei wybrać się do wnętrz, w których mieszkała i pracowała Magdalena Abakanowicz. Gdy dziennikarz przekracza próg domu przy ulicy Bzowej w Warszawie, od razu natrafia nie na twórczy chaos, którego moglibyśmy spodziewać się po przestrzeni należącej do artystki, ale na porządnie skatalogowane archiwum. Gazur zapisuje:
Dziwnie opis domu zaczynać od archiwum, ale to ono naprawdę zwraca uwagę. Szufladki biblioteczne z fiszkami oznakowane bardzo dokładnie. Na jednej napis „Rzeźby wysłane do Gayle Maxon-Edgerton Santa Fe wrzesień, 2025”, na innej enigmatyczne „Gwasze dla Japończyka”.
Następnie przenosi się do pracowni Abakanowicz, gdzie powstawały słynne rzeźby artystki. Relacjonuje:
Wchodząc do pracowni Abakanowicz, ma się dziwne poczucie naruszenia czyjejś prywatności. Może to dlatego, że sama dość wyraźnie wyznaczała linię oddzielającą jej sztukę od życia prywatnego – jakby za chwilę miała wrócić, poprawić coś w szkicu.
W artykule nie brakuje także historii z życia rzeźbiarki, jak choćby anegdot dotyczących jej niełatwego charakteru. Jedną z nich, pochodzącą z lat 90., czyli z okresu, kiedy Magdalena Abakanowicz była już znaną artystką, reprezentowaną przez słynną Galerię Marlborough, opowiada Andrzej Starmach, marszand i właściciel Starmach Gallery:
Wtedy odwiedziła go [Andrzeja Starmacha – przyp. red.] przedstawicielka tego prestiżowego adresu i widząc rzeźbę polskiej artystki – zapytała: „Jak się wam pracuje z Abakanowicz?”. „Różnie bywa” – odpowiedziałem. Na co usłyszałem: „My mamy taką zasadę, że każdy nowy pracownik dostaje pod opiekę Magdalenę Abakanowicz. Jak wytrzyma pół roku, to znaczy, że nadaje się do tej pracy”.
Wnętrza, które odwiedzamy z dziennikarzem, nie do końca korespondują jednak z legendami o ich właścicielce. Kiedy oglądamy biżuterię przywożoną przez rzeźbiarkę z całego świata, pieczołowicie rozwieszoną na wielkim porożu, zaczynamy patrzeć na Abakanowicz nieco inaczej. Zresztą przekonajcie się sami.