W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Ekrany”
Najnowszy numer „Ekranów. Filmu & mediów”, kwartalnika poświęconego współczesnej sztuce audiowizualnej, przynosi między innymi rozważania o problematyce kanonu w filmie. Można by sądzić, że o tworzeniu rozmaitych kanonów w historii kina powiedziano już niemal wszystko. Dlatego tym bardziej warto sięgnąć po niektóre artykuły w „Ekranach”, chociażby po to, żeby spojrzeć na wspomnianą problematykę z innej i mniej oczywistej perspektywy. Na przykład Bolesław Racięcki w O konwergencji kanonów wyjaśnia:
W niniejszym tekście przyglądam się wzajemnemu przenikaniu dwóch ogromnych bloków składających się na dużą część historii i teraźniejszości kinematografii: pierwszy obejmuje filmy oficjalnie konsekrowane przez prestiżowe festiwale i powszechnie uznawane autorytety, drugi to produkcje określane jako B‑klasowe (lub nawet Z‑klasowe), „tak złe, że aż dobre”, psychotroniczne, eksploatacyjne, śmieciowe albo po prostu kultowe. Nazywam te bloki odpowiednio kanonem i kontrkanonem.
Racięcki nie dokonuje wartościowania, w rezultacie filmy, do których oglądania wielu widzów wstydzi się nawet przyznać, uznaje za warte głębszej analizy, traktuje je także jako inspirację dla tak zwanej sztuki wysokiej. Tego rodzaju punktów stycznych między filmowym kanonem i kontrkanonem w O konwergencji… pojawia się więcej i prowadzą one do konkluzji, że we współczesnym kinie różnice między tymi kategoriami w coraz większej mierze się zacierają, a przypisywane do nich obrazy filmowe w pewien sposób wzajemnie się przenikają.
Jako przykłady swoich rozważań Bolesław Racięcki przywołuje twórczość między innymi Gaspara Noégo czy Klebera Mendonçy Filha – artystów czerpiących pełnymi garściami z kina kontrkanonicznego. Warto dodać: z korzyścią dla swoich dzieł. Tak więc nie wstydźmy się przyznać, że obok oglądania arcydzieł Ingmara Bergmana czy Luchina Viscontiego lubimy czasem pochrupać popcorn przy jednym z filmów z serii o Godzilli. Co więcej, podobny kanon i kontrkanon można także stworzyć w świecie książek. Choćby po to, żeby czasem dla odmiany i swoistej guilty pleasure przeczytać coś lżejszego.
*
W tym samym numerze „Ekranów” warto również sięgnąć po Śmierć i prawdę na żywo. Estetykę livestreamów Olka Młyńskiego. To tekst przeznaczony przede wszystkim dla czytelników i widzów, którzy śledzą wykorzystywanie rozmaitych nowinek z cyberświata w celu konstruowania współczesnych narracji filmowych, a także wzbogacania, dopowiadania i interpretowania przedstawianej w nich rzeczywistości. Jak wskazuje Młyński we wstępie:
Livestream rozwija się dynamicznie. Stopniowo przejmuje widownię od telewizji i kina, stając się dominującym medium na świecie. Silnie osadzone w kulturze internetowej streamy są rozbuchane wizualnie i dźwiękowo, atakują zmysły i przytłaczają swoim tempem. Kino, chcąc dotrzymać kroku nowemu rywalowi, zaczyna upodabniać się do niego i czerpać z jego estetyki. Na czele tego nurtu są horrory i filmy dokumentalne. Oba wykorzystują streamy do reprezentowania, jak również fałszowania rzeczywistości.
Streaming – rozwijające się w galopującym tempie nowe medium – musiał zostać zauważony i wykorzystany przez filmowców. Jego kulturotwórcze siła i zasięg, gromadzące miliony widzów, są niewątpliwie interesujące. Choćby scena, w której artysta Oleg Mavromati w swoim performansie Ally/Foe przypina się do krzesła elektrycznego i prosi widzów o zdecydowanie, czy swoimi kontrowersyjnymi dziełami zasłużył na karę śmierci, jest warta wyciągnięcia z niej twórczych wniosków, istotnych zarówno dla filmowych narracji, jak i konstruowania napięć między dziełem a jego odbiorcami. Zwłaszcza że Marshall McLuhana w swoim opisie cyklu życia mediów wskazuje: „wraz z rozwojem technologicznym nowe środki przekazu zajmują dominujące miejsce tych starych”. Można więc nieco przewrotnie powiedzieć, że żyjemy dziś w erze strumieniowania. Dlatego niewątpliwe warto poznać narzędzia tej ery. Olek Młyński uzasadnia swoje rozważania licznymi przykładami, sporo miejsca poświęca także horrorowi jako gatunkowi, który czerpie z dokumentalnego potencjału livestreamów. Jak podsumowuje:
Nie będąc jedynie ciekawostką dla reżyserów chcących eksplorować możliwości wizualne filmu, livestream staje się medium wyczuwającym współczesność z jej nastawieniem na indywidualizm – podkreślaniem subiektywnej perspektywy, hiperestetyką i przesyceniem zmysłowych doświadczeń.
„Dialog”
Puls biznesu – dział „Dialogu” poświęcony polskiej dramaturgii – prezentuje sztukę Krysi Bednarek Serce na dłoni. W tym monodramie z głowy bohaterki wydobywają się różne głosy ludzi handlujących niegdyś na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. To miejsce jest pisarce szczególnie bliskie, ponieważ jej rodzice w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku prowadzili szwalnię i przygotowane w niej ubrania dostarczali tamtejszym sprzedawcom. W sztuce pojawia się więc Marika, która handluje płytami i potrafi stawiać tarota. Kiedy bohaterka potrzebuje jej rady, tak się do niej zwraca:
Marika to jest historia na wskroś warszawska do porzygania
że zakochałam się w geju, geju totalnym pedale który mnie nie chce
i z tej miłości sfrustrowanej gnije mi serce
i nie mogę już dłużej wytrzymać ze sobą w mieszkaniu
bo śmierdzi.
Sama Bednarek przyznaje, że zależało jej na dotknięciu ciemności w swojej bohaterce, na podkreśleniu tego, co w niej brzydkie. Tak o tym opowiada w przeprowadzonej przez Weronikę Murek rozmowie Miłość, Holokaust i Coca-Cola:
Gniew tej postaci – i to, do czego prowadzi – był dla mnie bardzo istotny. Nie chciałam bohaterki kryształowej. Chciałam kogoś zranionego i poturbowanego. Kogoś, kto ze złości nie posiada się w sobie. I kogoś, kto jest trudny. Jak my wszyscy. Myślę, że dobrze jest czasem stawać przed lustrem i pracować nad sobą.
Uzupełnieniem monodramu Bednarek i rozmowy z nią jest analiza Serca na dłoni, zatytułowana Dziewczyny i okrutny świat. Adrianna Wolińska, jej autorka, pisze tak:
Kryzysy uporczywie wyłaniają się z zakamarków targowiska. Dlatego na bazarze jest znienawidzony Rusek, jest dzieciośmietnisko (na którym mieszkają dzieci, które uciekły od rodziców-perfekcjonistów), a nad tym wszystkim unosi się krytyka neoliberalizmu. Pod koniec bohaterka staje się ofiarą racjonalnego rozumu (nieprzepracowanego odrzucenia) i idzie w faszystowskim marszu, krzycząc: „Zaaaa kaaaaaaaaz pe da ło wa niaaaaaaa!!!”, co rzeczywiście jest obrazem do bólu warszawskim. Kończy się po pensjonarsku, bo obudzeniem z koszmaru i odkryciem, że jedyne, co może uleczyć ropiejące serce to dobry płacz.
„Ryms”
„Marzy mi się szkoła, w której zamiast «przerabiać lekturę», mówi się: sprawdźmy, co ta książka z nami robi” – pisze Aneta Korycińska w pierwszym tegorocznym numerze kwartalnika „Ryms”. Jej Nie przerabiać. Czytać! jest pewnego rodzaju apelem o to, żeby edukacja literacka w szkole zmieniła się w przygodę, żeby stała czasem przeznaczonym na poznawanie siebie i odnajdywanie w książkach tropów lekturowych, które z jednej strony oswajają świat i pozwalają się zorientować w jego różnorodności, a z drugiej są źródłem czystej radości. Potencjał kryjący się w literaturze, a więc całe bogactwo narzędzi, które ta ma do zaoferowania (żeby wymienić choć kilka: rozbudzanie ciekawości, uczenie sztuki krytycznego myślenia, rozwijanie empatii), niestety często zostaje zmarnowany już na wczesnym etapie edukacji szkolnej. Znienawidzone „przerabianie” lektur nie jest, jak zaznacza Korycińska, aktem tworzenia na nowo, nie jest zmianą formy. Zazwyczaj obejmuje rozłożenie książki na czynniki pierwsze – analizę jej struktury formalnej i konstrukcji – wprawdzie to ważne elementy, lecz stanowiące obudowę treści – znacznie istotniejszej. Korycińska odnotowuje:
Uczniowie bardzo szybko się uczą, że w lekturze nie chodzi o spotkanie z tekstem, lecz o sprawdzenie posłuszeństwa: czy przeczytałeś, czy pamiętasz, czy potrafisz odtworzyć „właściwą” interpretację?
Co więc może i co powinna zrobić szkoła? Według autorki „inaczej rozłożyć akcenty: najpierw pytać o emocje i szukać niezgody, argumentować, dlaczego książka się podobała, a dlaczego nie, które jej składowe wymagałyby poprawy”. Nie chodzi o rewolucję i wyrzucenie z programu obowiązkowych elementów procesu edukacyjnego ani o zaprzestanie nauki gatunków i stylów literackich czy konstrukcji gramatycznych. Postulatem jest raczej odwrócenie akcentów. Najpierw powinno więc pojawić się zaciekawienie, czyli w pewnym sensie „przerobienie” książki na osobistą relację, potem zaś formalności, które również mogą sprawiać mnóstwo frajdy, a nawet stać się detektywistyczną przygodą. Z całą prostotą: chęć do nauki bierze się z zabawy. Zbyt często o tym zapominamy.
*
Przemysław Staroń w Jak zmienić teksty niechciane w chciane? I jeszcze dobrze się bawić! we wspaniały sposób pokazuje, jak wyzwanie rzucone lekturze trudnej lub obowiązkowej może stać się zaskakująco przyjemnym doświadczeniem. Czytelnicy i czytelniczki mogą łatwo przyswoić sobie perspektywę autora, a to przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze: Staroń w swoim tekście opiera się na własnym doświadczeniu – wieloletniej praktyce nauczycielskiej – a to właśnie przykłady pracy z uczniami i uczennicami przekonują najskuteczniej. Po drugie: zaangażowanie emocjonalne autora wyraźnie wskazuje na autentyczną radość czerpaną przez niego z pracy pedagoga (a także satysfakcję z efektów, jakie ta praca może przynieść). Pomysł, aby pokazywać, że wszystko jest opowieścią, że nawet zagadnienia z obszaru matematyki i fizyki można ujmować w sposób bliższy rozmowie (czyli „pobawić się, powygłupiać, nadać im głos”), Staroń wypracowuje podczas fakultetu z filozofii, który prowadzi dla licealistów. Monady Gottfrieda Wilhelma Leibniza, metafizyka Arystotelesa, zawiłe ścieżki logiki – wszystko to staje się przestrzenią dla twórczego myślenia. Okazuje się, że wprawdzie przyswajanie sobie pewnych zagadnień musi być trochę żmudne, niemniej można ów proces w pewien sposób „ograć” czy „dosmaczyć”. Staroń sugeruje:
[…] jeśli sprowadzimy czytanie wyłącznie do przyjemności, zrobimy z niego przepyszny deser. Ale deser nie buduje mięśni poznawczych. Jeśli wyrzucimy przyjemność, zrobimy z czytania karę. A kara nie buduje relacji z wiedzą.
Najlepsze w tym szukaniu balansu między przyjemnością a opresją jest to, że wówczas często znajdujemy sens dzieła literackiego, ten zaś bywa najsmakowitszą i najwspanialszą nagrodą.
„Biblioteka Analiz”
W najnowszym numerze „Biblioteki Analiz” znajdziemy rozmowę Ewy Tenderendy-Ożóg ze Zbigniewem Czerwińskim, współzałożycielem Stowarzyszenia Autorów i Wydawców „Copyright Polska”. Dotyczy ona współczesnych problemów rynku wydawniczego – między innymi zmian prawa autorskiego w epoce cyfrowej. Według Czerwińskiego szczególnej uwagi wymaga dziś zwłaszcza kwestia ochrony praw autorów i wydawców. Warto dodać, że od 2025 roku „Copyright Polska” oprócz wydawców reprezentuje także twórców tekstów, ilustracji, fotografii i materiałów kartograficznych związanych z publikacjami książkowymi. Trzy główne obszary działań wspomnianej organizacji: pobieranie i podział opłat reprograficznych (rekompensują twórcom i wydawcom straty związane z legalnym kopiowaniem utworów na własny użytek), system PLR (umożliwia pobieranie wynagrodzenia za wypożyczenia biblioteczne finansowane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego), licencje dotyczące reprografii cyfrowej i pozyskiwanie środków z nowych pól eksploatacji, pozwalają znacząco poprawić sytuację twórców na polskim rynku wydawniczym. Rozmowa toczy się głównie wokół zagadnień prawnych związanych ze wspomnianym obszarem, lecz skłania także do namysłu nad kwestiami społecznymi i ekonomicznymi. Pożądana sytuacja łatwego dostępu do kultury może rodzić pewne napięcia, wynikające na przykład z nieuregulowanych zasad pobierania opłat reprograficznych za czytniki e‑booków. Czerwiński komentuje:
Jeżeli chodzi o czytniki, nie udało się ich uwzględnić na etapie przygotowywania rozporządzenia, a przypomnę, że to rozporządzenie jest po piętnastu latach po raz pierwszy zmieniane, więc piętnaście lat starań skutkuje tym, że mamy wreszcie rozporządzenie, które jest bardzo mocno opóźnione w stosunku do tego, co jest w Europie.
Mimo drobnych niedociągnięć wiele pojawiających się w rozmowie kwestii udało się pomyślnie doprowadzić do końca. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal potrzebujemy debaty i kolejnych kroków w dziedzinie własności intelektualnej i pracy twórczej w nowoczesnym społeczeństwie.
*
W „Bibliotece Analiz” znajdziemy również komunikat związany z niedawnymi wydarzeniami, które mogą przyczynić się do skutecznego promowania czytelnictwa. Chodzi o warsztaty założycielskie Koalicji Unii Europejskiej na rzecz czytelnictwa (EU Literacy Coalition), które odbyły się one 6 i 7 maja tego roku. Współzałożycielka tej Koalicji – Fundacja Powszechnego Czytania – jako lider europejskiego programu #ReadForReal#CzytajSerio ma szansę wnieść doświadczenie niezbędne do długofalowego rozwoju programu. W warsztatach uczestniczyli reprezentanci edukacji, kultury, psychologii, ochrony zdrowia, biznesu, a także ludzie nauki. Tak znaczny przekrój środowiskowy umożliwił zajęcie się najrozmaitszymi kwestiami:
od omówienia po co i jak pracować międzysektorowo, przez pytanie o wyzwanie czytania w czasach cyfrowych; jak wspierać kompetencje czytelnicze obywateli, po mapowanie tego, kto może mieć na to wszystko wpływ.
Wyniki dyskusji zostaną przedstawione w Brukseli we wrześniu 2026 roku w Memorandum Warszawskim – oficjalnym dokumencie założycielskim Koalicji. Choć jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie na ocenę skuteczności dopiero planowanych działań, już samo dostrzeżenie problemów o ważnym znaczeniu społecznym i zawiązanie współpracy na poziomie ponadnarodowym pozwala z nadzieją myśleć o efektach tej inicjatywy.