Prasówka (29 maja 2026)

W redak­cji „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” wer­tu­je­my róż­ne­go rodza­ju cza­so­pi­sma w poszu­ki­wa­niu inte­re­su­ją­cych tek­stów. Wyła­wia­my arty­ku­ły, któ­re nas intry­gu­ją, poru­sza­ją, pro­wo­ku­ją do roz­mo­wy. Naszym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom rów­nież powin­ny przy­paść do gustu. Dla­te­go w każ­dy pią­tek zapra­sza­my do lek­tu­ry prze­glą­du pra­sy kul­tu­ral­nej.

„Wyspa”

Filo­zof­ka cia­ła – tak nazy­wa Annę Świrsz­czyń­ską Agniesz­ka Stap­kie­wicz, autor­ka bio­gra­fii poet­ki Świrsz­czyń­ska. Genial­na i nie­zna­na. W roz­mo­wie z Toma­szem Zbi­gnie­wem Zaper­tem, zamiesz­czo­nej w naj­now­szym nume­rze kwar­tal­ni­ka „Wyspa”, Stap­kie­wicz opo­wia­da o zagad­nie­niach, któ­re zawar­ła we wspo­mnia­nej książ­ce, tak aby tytu­ło­wa postać zyska­ła moż­li­wie naj­peł­niej­sze uję­cie. Stap­kie­wicz opi­sa­ła mię­dzy inny­mi wcze­sne dzie­ciń­stwo Świrsz­czyń­skiej i jego wpływ na dal­sze życie poet­ki. Dora­sta­nie w atmos­fe­rze pra­cy arty­stycz­nej (ojciec Anny był mala­rzem spe­cja­li­zu­ją­cym się we fre­skach histo­rycz­nych) i dostęp do pra­cow­ni peł­nej albu­mów ze sztu­ką roz­bu­dza­ły w dora­sta­ją­cej dziew­czy­nie tęsk­no­tę za twór­czym wyra­ża­niem myśli i obser­wa­cji oraz nie­zwy­kłą wraż­li­wość. Z powo­du skraj­nej bie­dy (któ­ra nie tyl­ko nazna­czy­ła Świrsz­czyń­ską, lecz tak­że uczu­li­ła ją na cier­pie­nie innych ludzi) przy­szła poet­ka zre­zy­gno­wa­ła z pod­ję­cia nauki w Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych i wybra­ła kie­ru­nek nie­wy­ma­ga­ją­cy zbyt­nich nakła­dów finan­so­wych, czy­li stu­dia polo­ni­stycz­ne. „Moż­na powie­dzieć, że w oso­bie Świrsz­czyń­skiej świat lite­ra­tu­ry zyskał to, co stra­cił świat malar­stwa” – mówi Stap­kie­wicz, wska­zu­jąc nowa­tor­stwo i odwa­gę twór­czy­ni. W jej wier­szach do gło­su docho­dzą kobie­ty „uro­dzo­ne pod czar­ną gwiaz­dą”: żebracz­ki z kra­kow­skich Plant, zmę­czo­ne mat­ki. Oczy­wi­ście to nie­je­dy­ny temat twór­czo­ści Świrsz­czyń­skiej. Jak mówi Stap­kie­wicz:

[Anna Świrsz­czyń­ska – red.] bywa nazy­wa­na autor­ką naj­śmiel­szych ero­ty­ków – i słusz­nie. […] [O]balała jed­no tabu za dru­gim: pisa­ła o orga­zmie, o sek­sie z róż­ny­mi part­ne­ra­mi (tak­że młod­szy­mi), o miło­ści star­szych osób i o upra­wia­niu spor­tu w póź­niej­szym wie­ku. Nie prze­szka­dza­ło jej to zada­wać jed­no­cze­śnie pytań o sens życia. Była praw­dzi­wą filo­zof­ką, mówią­cą pro­sto i na temat.

Wpraw­dzie pamięć o Świrsz­czyń­skiej raczej nie jest zagro­żo­na, ponie­waż jej twór­czość ponie­kąd bro­ni się sama, nie­mniej opu­bli­ko­wa­na bio­gra­fia z pew­no­ścią sta­no­wi traf­ny komen­tarz do lite­rac­kiej spu­ści­zny poet­ki i umoż­li­wia głęb­sze zro­zu­mie­nie jej wier­szy.

*

Adam Tom­czyk w ese­ju Żeby na nasze pszen­ne chle­by… O twór­czo­ści Tade­usza Nowa­ka sku­pia się przede wszyst­kim na wier­szach tego twór­cy. Nawet tam, gdzie wspo­mi­na o dzie­łach pro­za­tor­skich Nowa­ka (był on prze­cież jed­nym z naj­waż­niej­szych przed­sta­wi­cie­li nur­tu pro­zy chłop­skiej), zazna­cza, że „w pro­zie Tade­usz Nowak poetą być nie prze­stał”. Esej opu­bli­ko­wa­ny w „Wyspie” kil­ka­dzie­siąt lat po śmier­ci pisa­rza przy­po­mi­na o cha­rak­te­ry­stycz­nej poety­ce auto­ra Psal­mów, a tak­że uka­zu­je szer­szy hory­zont jego doko­nań lite­rac­kich. Jak pisze Tom­czyk:

cho­ciaż poezja Nowa­ka wypły­wa z same­go jądra wiej­skie­go kra­jo­bra­zu, ze zda­rzeń, ze zwy­cza­jów i z sym­bo­li, wycho­dzi poza ten pej­zaż, sta­je się uni­wer­sal­na. Tade­usz Nowak nie jest przy­pi­sa­ny do zie­mi jak chłop pańsz­czyź­nia­ny. To duch wol­ny.

Wol­ny i – war­to dodać – na tej wol­no­ści budu­ją­cy wła­sny, nie­pod­ra­bial­ny głos. Świat poezji Nowa­ka to przede wszyst­kim obra­zy archa­icz­nej już wsi, to tak­że wyczu­wal­ne napię­cie mię­dzy dwo­ma świa­ta­mi: miej­scem pocho­dze­nia twór­cy a uni­wer­sum, w któ­rym osiadł. Nowak w nie­zmier­nie umie­jęt­ny spo­sób spla­tał siel­ską ludycz­ność z nie­sa­mo­wi­to­ścią, magię z krwa­wy­mi histo­ria­mi. Dzię­ki temu zda­niem Tom­czy­ka jego twór­czość ocie­ra się o realizm magicz­ny. Jak zapi­su­je sam kry­tyk: „Wieś, chłop­ski żywot – zmi­to­lo­gi­zo­wa­ny i prze­two­rzo­ny przez wyobraź­nię poety do zatra­ce­nia rze­czy­wi­sto­ści”. Oczy­wi­ście mogą poja­wić się poważ­ne i pod­nio­słe pyta­nia w rodza­ju: czy ta poezja prze­trwa? Czy pozo­sta­nie raczej świa­dec­twem pew­nej epo­ki? Tom­czyk twier­dzi, że spu­ści­zna Nowa­ka oca­le­je „jako poetyc­ki zapis tam­te­go cza­su”. Autor ese­ju doda­je:

nie tyle treść będzie waż­na, ile zachwy­cać będą: sło­wo, meta­fo­ra, baśnio­wość i prze­brzmia­łe mity. Przy­szły czy­tel­nik się­gnie po […] [tę twór­czość – red.], jak się­ga teraz po wier­sze Leśmia­na czy pro­zę Schul­za.

Okładka czasopisma „Wyspa” 2026, nr 1.
„Wyspa” 2026, nr 1.

„Autoportret”

Alek­san­dra Czup­kie­wicz i Mar­ta Wolak w tek­ście O przy­jem­no­ściach z bez­ce­lo­wych rze­czy, opu­bli­ko­wa­nym na łamach kwar­tal­ni­ka „Auto­por­tret”, zaj­mu­ją się kwe­stią nie­zwy­kle istot­ną, a dziś czę­sto pomi­ja­ną. Piszą o archi­tek­tu­rze jako o sfe­rze inte­rak­cji mię­dzy­ludz­kich, czy­li o wyni­ka­ją­cych z niej spo­tka­niach i emo­cjach. Pod­kre­śla­ją spo­łecz­ną rolę pro­jek­tan­ta, przy­glą­da­ją się prze­strze­niom i obiek­tom, któ­rych cel nie ogra­ni­cza się do funk­cji użyt­ko­wej, lecz dzię­ki swe­go rodza­ju nad­dat­ko­wi wią­że rów­nież z przy­jem­no­ścią, zaba­wą czy wła­śnie tytu­ło­wą bez­ce­lo­wo­ścią. W ten spo­sób – być może para­dok­sal­nie – nasza potrze­ba bez­tro­ski zosta­je zre­ali­zo­wa­na. Roz­wa­ża­nia Czup­kie­wicz i Wolak moż­na zilu­stro­wać za pomo­cą pew­ne­go obra­zu, dobrze zna­ne­go choć­by z fil­mów, któ­rych akcja roz­gry­wa się w Nowym Jor­ku: to scho­dy przed wej­ściem do kamie­nic i prze­sia­du­ją­cy na nich grup­ka­mi mło­dzi ludzie. Autor­ki zapi­su­ją:

Scho­dów w tym miej­scu nie zapro­jek­to­wa­no z inten­cją spo­tkań towa­rzy­skich, wynie­sie­nie par­te­rów miesz­kal­nych ponad poziom uli­cy mia­ło funk­cję czy­sto sani­tar­ną. W epo­ce trans­por­tu kon­ne­go na uli­cach zale­ga­ły sie­dli­ska zaraz­ków – koń­skie odcho­dy. Jak to moż­li­we, że ele­ment archi­tek­tu­ry z tak racjo­nal­ną funk­cją pod­sta­wo­wą przy­no­si ludziom radość?

Odpo­wiedź na wspo­mnia­ne pyta­nie jest dość oczy­wi­sta – potrze­bu­je­my miejsc wspól­nych, punk­tów na mapie mia­sta, gdzie docho­dzi do inte­rak­cji spo­łecz­nych. Ta oczy­wi­stość nie wyklu­cza jed­nak potrze­by głęb­sze­go namy­słu nad tytu­ło­wym zagad­nie­niem. Przy­kład scho­dów sta­je się punk­tem wyj­ścia do dal­szych roz­wa­żań, a oma­wia­ne kwe­stie socjo­lo­gicz­ne i histo­rycz­no-spo­łecz­ne (mię­dzy inny­mi ruchy kontr­kul­tu­ro­we z lat 60. XX wie­ku czy współ­cze­sne napię­cia spo­łecz­ne) pozwa­la­ją dopre­cy­zo­wać sta­wia­ną przez autor­ki tezę.

[…] przy­jem­ność zbyt rzad­ko jest ele­men­tar­nym celem pro­jek­to­wa­nia przed­mio­tów codzien­ne­go użyt­ku i skła­do­wych archi­tek­tu­ry, a czę­ściej przy­pad­kiem, efek­tem ubocz­nym. Mało kto pro­jek­tu­je przed­mio­ty z myślą: niech przy­nio­są fraj­dę!

Następ­na oczy­wi­stość? Być może, ale jak wyni­ka z tek­stu: bez jej obec­no­ści w naszym życiu tra­ci­my coś, co zapew­nia nam wszyst­kim pod­sta­wę do roz­wa­ża­nia spraw więk­szej wagi, nie tyl­ko tych mate­rial­nych.

*

Zaczy­na się od pyta­nia – roz­mo­wa Ane­ty Leh­mann z archi­tek­tem i filo­zo­fem archi­tek­tu­ry Jac­kiem Domi­ni­cza­kiem – w znacz­nej mie­rze kore­spon­du­je ze wspo­mnia­nym wyżej tek­stem. W roz­mo­wie pada­ją pyta­nia o psy­cho­lo­gię prze­strze­ni, dia­lo­gicz­ność mia­sta i odpo­wie­dzial­ność zwią­za­ną z pro­jek­to­wa­niem prze­strze­ni miej­skich. Tekst wykra­cza jed­nak poza typo­wą reflek­sję o urba­ni­sty­ce i sta­je się przede wszyst­kim namy­słem na temat rela­cji mię­dzy ludź­mi, budyn­ka­mi a wspól­ną prze­strze­nią. Punkt wyj­ścia roz­mo­wy sta­no­wi stwier­dze­nie, że prze­strzeń nie jest jedy­nie neu­tral­nym tłem życia czło­wie­ka. Archi­tek­tu­ra wpły­wa na emo­cje, spo­sób myśle­nia i budo­wa­nia wię­zi spo­łecz­nych. Domi­ni­czak wyra­ża sprze­ciw wobec wyłącz­nie funk­cjo­nal­ne­go podej­ścia do mia­sta, argu­men­tu­jąc, że taka per­spek­ty­wa zakrzy­wia i defor­mu­je naszą per­cep­cję i wraż­li­wość. Nie zwra­ca­my uwa­gi na prze­strzeń do momen­tu, aż zacznie nam ona w jakiś spo­sób wadzić. Archi­tekt powo­łu­je się na myśl Roma­na Ingar­de­na doty­czą­cą per­cep­cji i pod­kre­śla, że doświad­cze­nie archi­tek­tu­ry zaczy­na się od pyta­nia, od pró­by defi­ni­cji, od pew­ne­go rodza­ju sko­mu­ni­ko­wa­nia się z wła­snym doświad­cze­niem per­cep­cyj­nym. Może­my zoba­czyć tyl­ko to, cze­go chce­my szu­kać. Jeśli nie nauczy­my się uważ­no­ści i zada­wa­nia pytań o prze­strzeń, pozo­sta­nie ona dla nas nie­wi­docz­na i nie­bez­piecz­nie prze­zro­czy­sta. Domi­ni­czak mówi:

Archi­tek­tu­ra może stwo­rzyć nie­zwy­kłe kli­ma­ty, ale jeśli czło­wiek, któ­ry w niej się znaj­dzie, nie będzie miał inten­cji ich roz­po­zna­nia, nie zapy­ta o nie, pozo­sta­ną dla nie­go trans­pa­rent­ne.

Dla­te­go tak istot­ne jest roz­wi­ja­nie umie­jęt­no­ści kry­tycz­ne­go myśle­nia już od wcze­sne­go pozio­mu edu­ka­cji. To naj­ła­twiej­sza i naj­sku­tecz­niej­sza dro­ga, żeby­śmy do zbio­ru zagad­nień zwią­za­nych z archi­tek­tu­rą i urba­ni­sty­ką włą­czy­li tak­że dia­log; ten zaś jest nie­moż­li­wy bez zdol­no­ści zada­wa­nia pytań. Dia­log ów sprzy­ja rów­nież dobrej archi­tek­tu­rze, w któ­rej budyn­ki „roz­ma­wia­ją ze sobą”, a mia­sto sta­je się sys­te­mem rela­cji. Domi­na­cja indy­wi­du­al­nej wizji pro­jek­tan­ta jest tu ogra­ni­cza­na, wzra­sta zaś jego odpo­wie­dzial­ność za oto­cze­nie. Tak przy­ję­ta per­spek­ty­wa pozwa­la na postrze­ga­nie archi­tek­tu­ry tak­że w kate­go­riach etycz­nych.

Okładka czasopisma „Autoportret” 2025, nr 3.
„Autoportret” 2025, nr 3.

„Literatura na Świecie”

Naj­now­szy numer „Lite­ra­tu­ry na Świe­cie” poświę­co­ny jest Jeano­wi Améry’emu, pisa­rzo­wi żydow­skie­go pocho­dze­nia i wybit­ne­mu euro­pej­skie­mu inte­lek­tu­ali­ście. Na jego twór­czość ese­istycz­ną bez wąt­pie­nia wywarł wpływ fakt, że Améry był więź­niem obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych i całe życie zma­gał się z tą trau­mą. Dwu­mie­sięcz­nik przy­po­mi­na kil­ka­na­ście tek­stów tego auto­ra, mię­dzy inny­mi frag­ment wyda­nych już po jego samo­bój­czej śmier­ci Miejsc w tłu­ma­cze­niu Łuka­sza Żebrow­skie­go.

To nawią­zu­ją­ca do bio­gra­fii pisa­rza opo­wieść o waż­nych dla nie­go miej­scach, na któ­re patrzy on w spe­cy­ficz­ny spo­sób, z iro­nią i kry­ty­cy­zmem. Tak jest w przy­pad­ku Bad Ischl, alpej­skie­go kuror­tu, w któ­rym spę­dził mło­dość. Kie­dyś ścią­ga­ło tam wybor­ne towa­rzy­stwo, z upły­wem cza­su kura­cju­sze zaczę­li się jed­nak zmie­niać. Améry zano­to­wał:

[…] dziś mia­ro­wym kro­kiem ludzi wyko­nu­ją­cych porząd­ną pra­cę spa­ce­ru­ją kura­cju­sze obec­nej doby. Mają nadą­sa­ne miny mało­mia­stecz­ko­wo-pro­le­ta­riac­kiej solid­no­ści. Cza­sem mówią o grzy­bach albo leśnych poziom­kach, któ­rych szu­ka­ją dla roz­ryw­ki w lasach pora­sta­ją­cych oko­licz­ne góry, naj­czę­ściej jed­nak roz­mo­wa toczy się wokół jako­ści kuch­ni ser­wo­wa­nej w domu, w któ­rym aku­rat zosta­li ulo­ko­wa­ni. Minio­ne­go splen­do­ru nie zna­ją, a gdy­by nawet, zaraz by go przej­rze­li i traf­nie roz­po­zna­li w nim imi­ta­cję.

Nie­gdyś w znaj­du­ją­cej się w Bad Ischl Wil­li Cesar­skiej odpo­czy­wał Rudolf Habs­burg-Lota­ryń­ski, zmar­ły póź­niej w dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach następ­ca austro-węgier­skie­go tro­nu. Razem z Amérym prze­no­si­my się do przed­wo­jen­ne­go Wied­nia, gdzie przy kawiar­nia­nych sto­li­kach wpraw­dzie gro­ma­dzą się jesz­cze inte­lek­tu­ali­ści, ale już czu­ją oni na sobie oddech pod­no­szą­cych coraz wyżej gło­wy nazi­stów. Zagro­że­nie ze stro­ny naro­do­we­go socja­li­zmu coraz moc­niej odczu­wa tak­że chło­pak, któ­ry jest alter ego pisa­rza – już nie­ba­wem będzie musiał opu­ścić swój kraj i wyje­chać naj­pierw do Kolo­nii, a stam­tąd do Antwer­pii. Améry zapi­su­je:

Jako nie­po­żą­da­ny – każ­de­go dnia czy­ta sło­wo „onge­wenst”, kie­dy w gaze­cie mowa jest o jemu podob­nych – musi zna­leźć miesz­ka­nie na dłu­żej. Zaopa­trzo­ny w parę fran­ków i tyleż cen­tów, któ­re ucie­ki­nie­rom odda­je do dys­po­zy­cji nie­stru­dze­nie tro­skli­wa antwerp­ska gmi­na żydow­ska, prze­mie­rza mia­sto wzdłuż i wszerz w coraz bar­dziej sfa­ty­go­wa­nych butach, poszu­ku­jąc poko­ju, któ­ry był­by „te huur”, a jed­no­cze­śnie nie­dro­gi. Spo­ty­ka w Antwer­pii towa­rzy­szy nie­do­li, któ­rzy chęt­ni są do udzie­le­nia mu rad. Wszy­scy kie­ru­ją go nie­ustan­nie do dziel­ni­cy żydow­skiej, „de jood­se wijk”. Ale tam aku­rat go nie cią­gnie. Wie już to i owo o antwerp­skich sto­sun­kach, sły­szał, że jest tu bar­dzo wie­lu bar­dzo boga­tych han­dla­rzy dia­men­ta­mi, któ­rzy miesz­ka­ją w oka­za­łych nowych „buil­dings” na przed­mie­ściach. Oni sami ucie­kli z „jood­se wijk”, wyda­je się bowiem, że awans spo­łecz­ny idzie w parze z prze­waż­nie pozor­nym odcię­ciem się od fatal­ne­go pocho­dze­nia.

Mło­de­mu męż­czyź­nie nie pomo­gą żydow­scy boga­cze, ponie­waż wła­śnie szy­ku­ją się do wyjaz­du. Oni już wie­dzą, co wyda­rzy się za chwi­lę. W tej sytu­acji boha­ter szu­ka ratun­ku w biblio­te­kach, w któ­rych może skryć się wśród ksią­żek, a tak­że w kinie, gdzie wyświe­tla­ją wła­śnie film z pięk­ną Vivia­ne Roman­ce.

*

O Miej­scach w „Lite­ra­tu­rze na Świe­cie” pisze Man­fred Fran­ke w ese­ju Vorarl­berg i coś wię­cej, tak­że prze­ło­żo­nym przez Łuka­sza Żebrow­skie­go. To Fran­ke – pisarz, publi­cy­sta i redak­tor radio­wy – w pew­nym sen­sie stał się „aku­sze­rem” Miejsc. W 1968 roku zapro­sił on Jeana Améry’ego do roz­gło­śni nie­miec­kie­go radia, by ten wziął udział w cyklu audy­cji poświę­co­nych emi­gra­cji. Przez kolej­ne lata pisarz przy­sy­łał do radio­wej redak­cji kolej­ne tek­sty, aż kie­dyś pod­czas jed­ne­go z jego poby­tów w Kolo­nii redak­tor zapy­tał go, czy może napi­sał­by więk­szy utwór o miej­scach, któ­re wpły­nę­ły na jego życie. Fran­ke rela­cjo­nu­je:

Améry przy­stał na moją pro­po­zy­cję spon­ta­nicz­nie, rów­no­cze­śnie grun­tow­nie ją roz­wa­ża­jąc i czy­niąc przy­go­to­wa­nia. Po poby­cie w szpi­ta­lu i rekon­wa­le­scen­cji potwier­dzał 30 maja 1974 roku, że myśli o pro­jek­cie, „jego struk­tu­rze, miej­scach i prze­strze­niach”. Czwar­te­go sierp­nia przy­szedł liczą­cy 10 stron zarys książ­ki. W towa­rzy­szą­cym mu liście moż­na było prze­czy­tać: „Myślę, że w roz­wi­nię­ciu […] jakoś zdo­łam się powstrzy­mać od nad­mier­ne­go auto­bio­gra­fi­zmu. Na pierw­szym pla­nie umie­ści­łem miej­sca i ich atmos­fe­rę, a tak­że współ­cze­sne wyda­rze­nia histo­rycz­ne, a tego, co subiek­tyw­ne, nie eks­po­no­wa­łem – na ile to moż­li­we.

Rze­czy­wi­ście: Jean Améry w swo­ich ese­jach, nawet kie­dy opo­wia­dał wła­sną histo­rię, sta­rał się ukry­wać to, co oso­bi­ste i pry­wat­ne. Moż­na się o tym prze­ko­nać, się­ga­jąc po inne tek­sty zamiesz­czo­ne w naj­now­szym nume­rze „Lite­ra­tu­ry na Świe­cie”.

Okładka czasopisma „Literatura na Świecie” 2026, nr 3–4.
„Literatura na Świecie” 2026, nr 3–4.

„Książki. Magazyn do czytania”

WKsiąż­kach. Maga­zy­nie do czy­ta­nia” „Gaze­ty Wybor­czej” jak zwy­kle poja­wia się wie­le omó­wień nowo­ści wydaw­ni­czych. Opu­bli­ko­wa­na wła­śnie po pol­sku powieść Pokój Vil­hel­ma Tove Ditle­vsen sta­ła się dla Aga­ty Pyzik pre­tek­stem do napi­sa­nia tek­stu Tra­gicz­na i bez­względ­na, trak­tu­ją­ce­go o życiu i twór­czo­ści tej autor­ki. Duń­ska pisar­ka jest porów­ny­wa do Annie Ernaux, choć była od niej o kil­ka­dzie­siąt lat star­sza. Ale podob­nie jak noblist­ka uczy­ni­ła ze swo­je­go życia auto­fik­cyj­ną opo­wieść, prze­no­sząc na kar­ty ksią­żek histo­rie zwią­za­ne ze swo­im pocho­dze­niem, trau­ma­tycz­ny­mi doświad­cze­nia­mi z dzie­ciń­stwa i mło­do­ści, z nie­uda­ny­mi mał­żeń­stwa­mi i sta­cza­niem się w prze­paść nało­gów. Pyzik zapi­su­je:

Życie Ditle­vsen peł­ne było wewnętrz­ne­go napię­cia. W kla­sie robot­ni­czej, z któ­rej pocho­dzi­ła, zawsze trak­to­wa­na była jako odmie­niec. Skraj­nie roman­tycz­na i wraż­li­wa, tęsk­nią­ca za dra­ma­tycz­ny­mi pory­wa­mi ser­ca, musia­ła wtło­czyć swo­je życie w jedy­ne dostęp­ne kobie­cie ramy: żony i mat­ki. W cza­sie, kie­dy kry­ty­ka lite­rac­ka i opi­nia publicz­na odma­wia­ły kobie­tom zdol­no­ści arty­stycz­nych, Ditle­vsen trak­to­wa­ła swo­ją pisar­ską pra­cę nie­zwy­kle poważ­nie. Wszyst­kie jej wysił­ki pod­my­wa­ło jed­nak to, że na part­ne­rów wybie­ra­ła alko­ho­li­ków albo prze­ra­ża­ją­cych mani­pu­lan­tów. Stąd nie­ustan­ne tar­cia i cha­os w życiu pisar­ki, któ­ra regu­lar­nie lądo­wa­ła w szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym.

Wszyst­ko to zna­la­zło wyraz w książ­kach, po któ­re – jak ostrze­ga recen­zent­ka – czy­tel­nik się­ga na wła­sną odpo­wie­dzial­ność. Dzie­je się tak dla­te­go, że prze­by­wa­nie w świe­cie Ditle­vsen jest trud­nym doświad­cze­niem. Ze wzglę­du na mistrzo­stwo języ­ko­we autor­ki z pew­no­ścią jest jed­nak war­te zacho­du, ponie­waż w ten spo­sób może­my jesz­cze lepiej zro­zu­mieć jej życie. Życie, któ­re prze­rwa­ła samo­bój­cza śmierć, zapo­wie­dzia­na w Poko­ju Vil­hel­ma:

Nar­ra­tor­ka obser­wu­je tu całą sytu­ację z per­spek­ty­wy pośmiert­nej, peł­na spo­ko­ju i łagod­ne­go humo­ru, któ­rych bra­ko­wa­ło jej za życia. W tej kro­ni­ce zapo­wie­dzia­nej śmier­ci nicze­go już nie moż­na zmie­nić, a odkry­wa­jąc tra­gicz­nie skom­pli­ko­wa­ne życie boha­te­rów, mie­wa się wra­że­nie, że nic prócz decy­zji o odej­ściu nie mogło Lise z tej nie­zno­śnej gma­twa­ni­ny wycią­gnąć.

*

Nie­daw­no uka­za­ła się książ­ka kul­tu­ro­znaw­czy­ni Moni­ki Borys Bez­wstyd­ne obra­zy. Kla­sy ludo­we w pol­skiej kul­tu­rze popu­lar­nej po 1989 roku. To esej, w któ­rym autor­ka roz­wa­ża czte­ry zja­wi­ska: feno­men disco polo, ogrom­ną popu­lar­ność seria­lu Świat według Kiep­skich, a tak­że fil­my Patry­ka Vegi i tak zwa­ne pato­stre­amy. Na łamach „Ksią­żek…” opo­wia­da o nich Emi­lii Dłu­żew­skiej. W roz­mo­wie zaty­tu­ło­wa­nej Fer­dek ma w sobie coś z Sar­ma­ty Borys mówi mię­dzy inny­mi tak:

To serial, któ­ry był feno­me­nem: pierw­szą i wciąż uni­kal­ną w Pol­sce tak otwar­tą kry­ty­ką neo­li­be­ra­li­zmu na maso­wą ska­lę. To opo­wieść o skraj­nie ubo­giej rodzi­nie i ich sąsia­dach, któ­rzy żyją we wro­cław­skiej roz­pa­da­ją­cej się kamie­ni­cy. Poka­zy­wał „prze­gra­nych” libe­ral­ne­go kapi­ta­li­zmu, a jed­no­cze­śnie ten kapi­ta­lizm wyśmie­wał, spro­wa­dza­jąc do absur­du. Rze­czy­wi­stość Kiep­skich nie­ustan­nie się roz­pa­da, a mimo to oni wciąż podej­mu­ją pró­by popra­wy swo­jej sytu­acji. Głów­ny boha­ter seria­lu, Fer­dy­nand Kiep­ski, w każ­dym odcin­ku pró­bu­je wcie­lić w życie ideę przed­się­bior­czo­ści i w każ­dym odcin­ku koń­czy się to poraż­ką.

Ten popu­lar­ny serial poka­zy­wał ludzi żyją­cych na gra­ni­cy ubó­stwa, tak jak nie­wie­le wcze­śniej gło­śny doku­ment Ewy Borzęc­kiej Ari­zo­na (1997), opo­wia­da­ją­cy o bie­dzie panu­ją­cej na tere­nie byłe­go PGR. Szcze­gól­nie w odnie­sie­niu do tej ostat­niej pro­duk­cji Moni­ka Borys pod­kre­śla spe­cy­ficz­ne spoj­rze­nie twór­ców na kla­sę ludo­wą, zazwy­czaj postrze­ga­ną jako prze­ci­wień­stwo kla­sy śred­niej. Odpo­wied­ni­kiem tego zja­wi­ska jest dzi­siej­szy pato­stre­aming. Borys mówi:

Pato­stre­aming jest dys­to­pij­nym speł­nie­niem obiet­ni­cy, któ­rą skła­da­ła sieć Web 2.0. To tre­ści gene­ro­wa­ne w więk­szo­ści przez męż­czyzn, głów­nie z klas niż­szych. Pato­stre­ame­rzy – jak okre­śla­ją się sami twór­cy tych tre­ści – trans­mi­tu­ją swo­je życie, nie­kie­dy 24 godzi­ny na dobę, robiąc to, cze­go ocze­ku­je od nich publicz­ność wpła­ca­ją­ca im w zamian pie­nią­dze, z regu­ły drob­ne kwo­ty. To czę­sto rze­czy dra­stycz­ne: upi­ja­nie się, demo­lo­wa­nie miesz­ka­nia, bój­ki, znę­ca­nie się nad domow­ni­ka­mi.

Pato­stre­aming jest feno­me­nem ist­nie­ją­cym jedy­nie w nie­któ­rych kra­jach. Borys twier­dzi, że poza Pol­ską wystę­pu­je w Rosji i w Chi­nach. Doda­je, że zamiesz­cza­ne w Inter­ne­cie fil­my pozwa­la­ją obser­wo­wać innych ludzi w intym­nych sytu­acjach bez nawią­zy­wa­nia z nimi jakich­kol­wiek rela­cji. Nie­wąt­pli­wie jest to zna­czą­ce zja­wi­sko dla kon­dy­cji nasze­go spo­łe­czeń­stwa.

Okładka czasopisma „Książki. Magazyn do czytania” 2026, nr 2.
„Książki. Magazyn do czytania” 2026, nr 2.

Czytaj także

22.05.2026 Prasówka

Prasówka (22 maja 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.

15.05.2026 Prasówka

Prasówka (15 maja 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.

08.05.2026 Prasówka

Prasówka (8 maja 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.

01.05.2026 Prasówka

Prasówka (1 maja 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.