W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Nowe Książki”
W majowym numerze „Nowych Książek” Michał Trusewicz rozmawia z Martą Tomczok na temat krajobrazów poprzemysłowych. Sama autorka nazywa je „zadrzewionymi pustkowiami bez historii”. W reportażu Blizny przywraca pamięć o miejscach, które w rezultacie gwałtownego rozwoju przemysłowego w czasach PRL były poddawane eksploatacji i ucierpiały wskutek zanieczyszczenia środowiska naturalnego. Tomczok dociera przede wszystkim do dawnych mieszkańców wysiedlanych wsi, to właśnie im oddaje głos. Pokazuje ich złożone relacje z krajobrazem i tęsknotę ludzi za utraconą ziemią. Co interesujące: właśnie taką nostalgię Tomczok dostrzega również wśród młodszych pokoleń przesiedleńców, a więc ludzi urodzonych z dala od miejsc, z których ich rodzice albo dziadkowie musieli się wyprowadzić. Tomczok przyczynia się do powstawania niezwykłego archiwum. Jak sama mówi:
W przypadku wysiedleń przemysłowych wspomnienia najczęściej mają jednak charakter ocalający. Dają siłę do przetrwania i czynią to, co jest w tym całym trudnym procesie zmiany najbardziej kruche, czyli emocje, na powrót czymś ważnym.
Zarówno indywidualna, jak i w pewnym sensie zinstytucjonalizowana pamięć (czyli rozmaite regionalne działania podejmowane z myślą o przesiedleńcach) pełnią funkcję ocalającą. Dzięki nadaniu prywatnym historiom wymiaru symbolicznego można odzyskać to, co minione, a także przygotować pole do debaty o sposobach, w jaki owe historie mogły wpłynąć na teraźniejszość. Jak podkreśla Tomczok:
Chodzi o solidarność z dziedzictwem kulturowym i przodkami, a także o poszukiwanie w literaturze własnych korzeni oraz rozpoznawanie środowiska jako terenu dosłownie żywego.
*
Tomasz Siewierski w najnowszym numerze „Nowych Książek” recenzuje publikację Macieja Janowskiego Karpaty. Opowieść o pewnych górach. To monumentalne dzieło przedstawia historię Karpat od najdawniejszych czasów do współczesności, zarysowaną z najrozmaitszych perspektyw, by wymienić geograficzną, społeczną, gospodarczą czy kulturową. Według Siewierskiego:
[Janowski stworzył – red.] głęboką, interdyscyplinarną analizę Karpat jako przestrzeni, w której przenikały się wpływy wielu kultur, języków i systemów politycznych, a ich „górskość” przez wieki kształtowała wyjątkową tożsamość, oporną na łatwe definicje i jednowymiarowe interpretacje.
Opisywany przez niego region – silnie naznaczony przez zawirowania historyczne i procesy modernizacyjne – stał się również miejscem wielu ludobójstw. Karpaty to także historia masowych wysiedleń, to tragiczne losy Żydów i Romów, to scena polsko-ukraińskich konfliktów. Janowski w swojej pracy wiele miejsca poświęca współczesnemu wątkowi ukraińskiemu: wyraźnie zaznacza, że Ukraina to państwo należące do świata Zachodu. Według Siewierskiego autor Karpat… zasługuje na uznanie oczywiście z racji samego mierzenia się z tak skomplikowanym zagadnieniem, ale także ze względu na nader sprawny styl opowieści, określony jako połączenie „niezwykłej swobody i erudycji z naukowym rygorem i osobistym podejściem”. Choćby dzięki temu dla wielu czytelniczek i czytelników książka Janowskiego może okazać się niezmiernie wartościową lekturą.
„Akcent”
W najnowszym numerze „Akcentu” Jarosław Cymerman przygląda się miejscu i znaczeniu postaci matki w twórczości Józefa Czechowicza. W Pisaniu biografii – Józef Czechowicz, część 5: linia matki kreśli życiorys Małgorzaty Czechowicz, zwracając szczególną uwagę na tragiczne zdarzenia, z którymi musiała się zmierzyć. Przedwczesna śmierć męża oraz synów, Jana i Stanisława, zmusiła ją do podjęcia pracy jako woźna, praczka i pomywaczka. Jest to o tyle istotne, że kobieta szorująca podłogi w lubelskim magistracie, wiecznie zapracowana i nędznie wynagradzana, potrafiła snuć opowieści rozbudzające wrażliwość i wyobraźnię przyszłego poety. W najwcześniejszych wspomnieniach Józefa Czechowicza zapisały się szczególnie historie o św. Jerzym walczącym ze smokiem na Księżycu. Matka dla Czechowicza stała się także pewnego rodzaju pośredniczką między kształtującą się dopiero osobowością artystyczną młodego poety a wielowiekową kulturą polskiej wsi. Cymerman zapisuje:
Czechowicz, bardzo często wykorzystujący w swojej twórczości motywy zaczerpnięte z kultury ludowej – zbierał, opisywał i poddawał trawestacji pieśni ludowe z okolic Młynek [strony rodzinne matki – red.].
Małgorzata Czechowicz była więc zarówno źródłem inspiracji, jak i pełnoprawną bohaterką jego utworów, obecną w czułych frazach: „słowo jak słonecznik – matusiu” czy „rękach chropawych od pracy, kradnących dla mnie”. W figurze matki Cymerman dopatruje się równocześnie źródła i celu twórczości Czechowicza, ten zaś określa jako „poszukiwanie (a może i odnalezienie) utraconego ładu, ponowne zakorzenienie się w świecie, który wypadł z dawnych kolein”. Tekst Cymermana nie jest bynajmniej wyłącznie laurką – autor opisuje zróżnicowanie światów, w których funkcjonowali Czechowicz i jego matka, a także wskazuje na przemilczenie pewnych kwestii związanych z postacią Małgorzaty Czechowicz. W ten właśnie sposób kreśli frapującą opowieść o relacji między urodzonym w Lublinie wybitnym polskim poetą a jego matką.
*
W „Akcencie” został przypomniany także szkic Adolfa Bocheńskiego O decentralizację kulturalną, opublikowany pierwotnie w 1931 roku w czasopiśmie „Droga”. Artykuł ma charakter publicystyczno-eseistyczny, przede wszystkim zaś stanowi analizę sytuacji kulturowej i politycznej II Rzeczypospolitej, choć można go czytać także w znacznie szerszej perspektywie czasowej. Bocheński najwięcej miejsca poświęcił na rozważanie zjawisk związanych z decentralizacją kultury, z rozwojem środowisk regionalnych i wpływem kultur narodowych na życie społeczne i państwowe, co koresponduje ze współczesnymi debatami społecznymi. Autor wskazuje więc na jego zdaniem niepokojące i szkodliwe rozmywanie się regionalnej różnorodności intelektualnej i artystycznej, osłabienie prowincjonalnych ośrodków teatralnych, środowisk akademickich i prasy. Siłę zaś widzi we współistnieniu odrębności, zaznacza jednak, że regionalizm rozumiany jako duża liczba rozproszonych centrów kulturalnych nie zastąpi samej decentralizacji kulturalnej. Obydwie tendencje siłą rzeczy zawsze będą funkcjonować w ścisłej zależności od stolicy. Bocheński zapisuje:
Przez decentralizację rozumiałbym natomiast zachowanie we współczesnej umysłowości polskiej kilku odrębnych typów prowincjonalnych, których ścieranie chroniłoby Polskę od zbytniej standaryzacji kulturalnej.
Mimo pewnych uproszczeń – warto dodać, że widocznych dopiero z dzisiejszej perspektywy – szkic Bocheńskiego niewątpliwie zasługuje na uważną lekturę.
„Dialog”
Dobre czasopisma mają to do siebie, że chce się do nich wracać. I tak jest w przypadku marcowego wydania miesięcznika „Dialog”, którego zawartość częściowo już opisałyśmy. Chciałyśmy jednak zwrócić uwagę na nową sztukę Jarosława Jakubowskiego, zatytułowaną Rokowania. Tym razem zainteresowała nas nie forma tekstu, ale jego tematyka. Bohaterami Rokowań są dwaj negocjatorzy, nazywani Panem Grubym i Panem Chudym. To przedstawiciele walczących ze sobą krajów, którzy spotykają się na neutralnym gruncie, by ustalić warunki zawieszenia broni. Odbiorcy poznają ich w sytuacji prywatnej, kiedy mężczyźni wychodzą na papierosa i mogą w nieco swobodniejszej atmosferze wymienić uwagi na temat niekończących się rokowań. W rozmowie z Barbarą Klicką, zatytułowanej Wszystkie teatry nowoczesnych wojen, Jakubowski opowiada o swoim pomyśle artystycznym:
Zawsze frapowało mnie, jak to jest możliwe, że przedstawiciele dwóch państw, które prowadzą ze sobą wojnę, na której giną ich ludzie, spotykają się i spokojnie siadają ze sobą do stołu. Nie strzelają do siebie, nie obrzucają się obelgami, tylko rozmawiają językiem dyplomacji, zachowując pewne formy i konwencje, mimo że ileś tam kilometrów od nich trwa rzeź. To napięcie między trwającą rzezią a – choćby pozornym – spokojem dyplomatów jest dla mnie fascynujące.
W Rokowaniach konflikt zaczyna eskalować, choć dyplomaci są już na etapie przechodzenia na „ty” i snucia opowieści o swoich snach, które dziwnym trafem są ze sobą zbieżne. Mimo swobodnej atmosfery mężczyznom puszczają jednak nerwy:
PAN GRUBY
Skończmy to raz na zawsze. Mój kraj zaatakuje bronią nuklearną pański kraj, pański adekwatnie odpowie, mój stosownie zareaguje… Muszę mówić dalej?PAN CHUDY
Mrzonki stare jak broń jądrowa. Nikt nie wejdzie w ten scenariusz.PAN GRUBY
Mój przywódca jest psychopatą. Od dłuższego czasu go urabiam i jestem już bliski sukcesu. To były moje prawdziwe rokowania.PAN CHUDY
Czy pan oszalał? Wojna atomowa? Wie pan, co to znaczy?PAN GRUBY
Wiem i dla tego celu tylko żyję! Pan też powinien do mnie dołączyć. Wtedy wszystko pójdzie szybciej. Przecież obaj wiemy, że dla świata nie ma nadziei.PAN CHUDY
Przecenia pan moje możliwości. Nawet jeśli się uda panu przekonać samego szefa, to są jeszcze ministrowie i wojskowi.PAN GRUBY
Ministrowie to zgraja pijaków i nieudaczników. A wojskowi są zachwyceni moim pomysłem. Przynajmniej ci, z którymi rozmawiałem.PAN CHUDY
Pana powinno się aresztować i osądzić za spisek przeciwko państwu! Co ja mówię: państwu! Przeciwko światu!PAN GRUBY
Spokojnie, panie kolego, spokojnie. Lawina właśnie ruszyła i już jej pan nie zatrzyma. Nikt jej nie zatrzyma.
Dodamy tylko, że Pan Gruby to dyplomata z kraju złego, a Pan Chudy – z kraju dobrego, ich rozmowa zaś kompletnie do niczego nie prowadzi, co jest jeszcze bardziej przerażające niż cytowany tu dialog.
*
„Gdyby nie istnieli, trzeba byłoby ich wymyślić, a że zostali wymyśleni, to teraz nie można odmówić im istnienia” – pisze Zuzanna Berendt w tekście Naziści zombie powracają. Autorka omawia w nim filmy poświęcone tytułowym postaciom rodem z horrorów, przybierającym postać niemieckich żołnierzy z czasów drugiej wojny światowej. W swoich refleksjach podąża śladem Marii Piątkowskiej, autorki artykułu Zombie-naziści w horrorach, czyli jak Zombie SS stało się elementem popkultury. Zuzannę Berendt ciekawi też, skąd bierze się potrzeba tworzenia tak nieracjonalnych opowieści nawiązujących do czasów faszystowskich Niemiec. Oto jeden z wniosków zawartych w tekście:
[wspomniane opowieści są – red.] emanacją niepokoju wynikającego z tego, że ślady drugiej wojny światowej są częścią topografii miast na całym świecie, a ziemia, po której chodzimy, jest w zasadzie cmentarzyskiem szczątków. Ich obecność napawa irracjonalnym lękiem przed powrotem tego, co miało być na dobre pogrzebane. Jeśli zombie naziści są emanacją zła, to jest to zło nieśmiertelne, drzemiące pod powierzchnią oswojonych krajobrazów. Kiedy wychodzi na zewnątrz, przyjmuje postać groteskowej figury, która z zacietrzewieniem rzuca się na ludzi, ale nie wydaje się mieć przy tym jakiegoś celu politycznego, nie jest motywowana ideologią.
Autorka artykułu wyróżnia trzy schematy fabularne. Pierwszy występuje w takich filmach, jak Armia Frankensteina czy Eksperyment SS, i sprowadza się do tego, że zombie się budzą, gdy kilka przypadkowych osób trafia na ich terytorium. W drugim schemacie bohaterowie filmu mają zbadać tajemnicze historie związane z zombie nazistami. Tak dzieje się w Oazie zombich czy w Night of the Zombies. Z kolei trzecia grupa obrazów zakłada obecność nazistów, którzy planują rekonstrukcję Trzeciej Rzeszy na podstawie spreparowanych przez siebie i ożywionych zwłok. Z tą koncepcją mamy do czynienia w The Frozen Dead oraz They Saved Hitler’s Brain. W artykule czytamy:
Wspomniane filmy są de facto pewnymi wariacjami na temat historii doktora Frankensteina i jego monstrum, a za puentę służy zazwyczaj konstatacja, że eksperymentowanie z życiem zawsze kończy się tragicznie. Dwa pierwsze schematy łączy cecha, którą można wskazać jako najbardziej wyrazisty wyznacznik omawianego gatunku. Zombie naziści są silnie związani z miejscem. Czasami jest to miejsce tragicznej śmierci żołnierzy […], czasem miejsce eksperymentów, w wyniku których powstały zombie […], czasem miejsce, gdzie starają się ukryć przed tymi, którzy najchętniej postawiliby ich przed trybunałem […].
„Tygodnik Powszechny”
W najnowszym wydaniu „Tygodnika Powszechnego” Magdalena Nowicka-Franczak analizuje książki poświęcone tematom choroby, straty i cierpienia. Zainspirowały ją do tego wyznania znanych osób dzielących się w mediach swoimi trudnymi doświadczeniami – historie Marii Seweryn i Haliny Mlynkovej oraz ich zmagań z depresją, a także opowieść aktorki Marty Nieradkiewicz o jej walce z nowotworem piersi.
Magdalena Nowicka-Franczak, zaintrygowana mnogością tych wyznań, sięga po różne książki, by przyjrzeć się, jak pisarki radzą sobie z przedstawianiem osobistych historii. Analizuje Dni pamięci Geraldine Brooks, Spotkajmy się tam, w kosmosie Anastazji Jakubiak, Księgę umarłych Joanny Mizielińskiej, Endo. Sztukę akceptacji choroby Karoliny Wigury, Mięśnie mam od miłości Pauliny Małochleb czy Aż do rzeki. Opowieść o miłości, stracie i wyzwoleniu Elizabeth Gilbert. Omawiając poszczególne pozycje wydawnicze, autorka podkreśla swój ambiwalentny stosunek do niektórych z wyznań:
I dwa wilki walczą we mnie. Jeden skomle, że przeszliśmy długą drogę od czasów, o których pisał Foucault, kiedy choroby duszy i ciała były brutalnie wypychane z widoku publicznego, ludzie byli izolowani, a żałoba poddawana dyscyplinującemu nadzorowi. Świetnie, że dziś nie wstydzimy się choroby, cierpienia i śmierci, pokazujemy je, dzielimy się doświadczeniem i radą, by badać się i nie poddawać. Ale drugi wilk wyje, że już ma tych wyznań po kokardę i że nie warto z każdego życia robić epopei. Poetyka wyznania stawia w centrum tego, kto mówi i pisze, choćby był tylko świadkiem cudzego cierpienia. Indywidualne świadectwo ma być uniwersalną matrycą, na której inni mogą odnaleźć swoje losy. Zwycięzcą jest ten, kto zamieniając trudne, czasem graniczne doświadczenie w opowieść, przejmuje nad nim kontrolę. Emocje wymienia na kapitał symboliczny i moralny, przechodzi autoterapię, potwierdza, że nadal istnieje.
Kto w tej bitwie jest zwycięzcą, a kto przegranym? Tego dowiecie się, czytając artykuł Słowa zamiast łez.
*
„Macie czasami wrażenie, że nie tylko zwierzęta, lecz także rośliny nas obserwują?” – tak postawione pytanie na początku recenzji Anity Piotrowskiej od razu zachęciło nas nie tylko do przeczytania tekstu Punkt widzenia drzewa, ale i do obejrzenia filmu węgierskiej reżyserki Ildikó Enyedi Milcząca przyjaciółka. Ową przyjaciółką jest miłorząb, który przez sto lat przygląda się bohaterom obrazu. Drzewo to może poczynić ciekawe obserwacje, ponieważ rośnie nieopodal uniwersytetu, gdzie pojawiają się ludzie prowadzący badania naukowe.
Tony Leung Chiu-Wai, znany między innymi ze Spragnionych miłości (2001) Wong Kar-Waia, we wspomnianym filmie gra profesora, który w Hongkongu bada mózgi niemowląt. Pandemiczny lockdown zatrzymuje go jednak w niemieckim kampusie. Wędrując samotnie po tamtejszym parku, mężczyzna czuje na sobie uważne spojrzenie starego drzewa. Sto lat wcześniej pod tym samym miłorzębem znalazła schronienie młodziutka Grete (Luna Wedler), która wbrew panującym na uczelni seksistowskim obyczajom próbowała zostać studentką botaniki. W cieniu potężnej rośliny rozgrywa się również wątek z 1972 roku: student germanistyki (odgrywany przez Enza Brumma), zakochany w młodej badaczce, angażuje się w zupełnie nową interakcję. Trzy luźno powiązane historie z czasem zaczynają tworzyć coraz gęściej splecioną całość – melancholijną opowieść o trojgu samotnych ludzi, którzy w kostiumach z różnych epok, używając właściwych swoim czasom narzędzi badawczych, zacieśniają swoje więzi z naturą. Naukowa pasja, uzbrojona w coraz bardziej zaawansowane „szkiełko i oko”, zamienia się w organiczną wręcz bliskość.
Nagrodzony na festiwalu w Wenecji film może też być ciekawy ze względu na formę, na przenikanie się różnych stylistyk i gatunków. Tak o tym pisze recenzentka:
Od czarno-białej opowieści emancypacyjnej, przez słoneczną pocztówkę z epoki hipisowskiej, po sterylną współczesność. Średniowieczny kampus uniwersytecki z imponującym ogrodem botanicznym raz jest męską twierdzą, która dopiero uchyla swe podwoje dla studiujących kobiet, sześćdziesiąt lat później będzie już siedliskiem wolnej miłości i lewicowej rewolty, a w obliczu covid-19 zamienia się w wyizolowany od reszty świata luksusowy schron. A trzy obyczajowe historie o rożnie zagospodarowywanej samotności wizualnie przypominają czasem kino przyrodnicze albo wręcz naukowy zapis. Z roślinnym mikrokosmosem w roli głównej ukazanym w maksymalnym zbliżeniu.