Łotrzyk, ten Walser

Czasem różnica między życiem a śmiercią jest tak niewielka, że może zależeć od tego, czy ktoś pisze wiersze w nadgodzinach czy o swoich nadgodzinach.

— Elfriede Jelinek, „On jako nie on”

Jest chy­ba coś na rze­czy, gdy idzie o życie przed­śmiert­ne pisa­rza Rober­ta Wal­se­ra, z jed­nej stro­ny zupeł­nie zwy­czaj­ne, z dru­giej stro­ny dostar­cza­ją­ce mate­ria­łu na jed­ną z tych powie­ści, któ­re póź­niej dłu­go ana­li­zu­je się na lite­ra­tu­ro­znaw­czych semi­na­riach. Gdy­by powsta­ła w Hisz­pa­nii, jej akcja roz­gry­wa­ła­by się bar­dzo daw­no temu u Migu­ela de Cervan­te­sa. W innym cza­sie Zbó­ja i jego auto­ra prze­jął­by pew­nie Georg Büch­ner. Za oce­anem pisał­by o nim Her­man Melvil­le, imię Jakob lub Robert zastę­pu­jąc Bar­tle­bym, Char­les Dic­kens zaś zamiast na wędrów­ki po Szwaj­ca­rii i Niem­czech ska­zał­by Wal­se­ra na wałę­sa­nie się po lon­dyń­skich oko­li­cach1. Gdy jed­nak przyj­rzeć praw­dzi­we­mu życiu Wal­se­ra, moż­na by zało­żyć, że to opo­wieść z rodza­ju tych nie­zbyt weso­łych, w któ­rych przez ostat­nie trzy­dzie­ści lat z pozo­ru nie­wie­le się dzie­je, a na koń­cu wszy­scy umie­ra­ją. Od tego jed­nak są baj­ki, by rzecz nie­co prze­krę­cić.

I

Kie­dy w 1929 roku Wal­ter Ben­ja­min esej o Rober­cie Wal­se­rze zaczy­nał sło­wa­mi: „Moż­na dużo czy­tać Wal­se­ra, o nim jed­nak – nic”2, nie mógł jesz­cze wie­dzieć, że będzie to jed­no­cze­śnie rok, w któ­rym szwaj­car­ski pisarz zosta­nie umiesz­czo­ny w sana­to­rium dla ner­wo­wo cho­rych w Wal­dau, ani rów­nież tego, że czte­ry lata póź­niej, wbrew jego woli, prze­nio­są go do odle­głe­go zakła­du Heri­sau, okre­śla­ne­go przez oko­licz­nych miesz­kań­ców jako „żół­ta wio­ska”. Tam Wal­ser spę­dzi ponad dwie deka­dy – całą resz­tę swo­je­go życia, nie zapi­su­jąc już ani linij­ki tek­stu. Nikt z nich nie prze­wi­dział rów­nież tego, że o zapo­mnia­ne­go, sza­lo­ne­go i mil­czą­ce­go „poetę” upo­mni się nie­miec­ko­ję­zycz­na lite­ra­tu­ra. Naj­pierw dzien­ni­karz z Zury­chu, Carl Seelig – czło­wiek rów­nie spraw­czy, co kon­tro­wer­syj­ny – towa­rzy­szył swo­je­mu ulu­bio­ne­mu pisa­rzo­wi, a póź­niej rów­nież pod­opiecz­ne­mu. Wal­ser, uzna­ny za nie­zdol­ne­go do podej­mo­wa­nia czyn­no­ści praw­nych, otrzy­mał wte­dy kura­to­ra zarzą­dza­ją­ce­go jego mająt­kiem. Przez dwa­dzie­ścia lat Seeling wędro­wał z nim po oko­li­cach Heri­sau, a owo­cem tych spo­tkań sta­ła się książ­ka Wędrów­ki z Rober­tem Wal­se­rem, bodaj pierw­sze dzie­ło poświę­co­ne auto­ro­wi Jako­ba von Gun­te­na, przed­sta­wia­ją­ce jego zro­man­ty­zo­wa­ną i nie­zno­śnie pate­tycz­ną postać. W ten spo­sób roz­po­czął się pierw­szy etap pośmiert­ne­go życia Rober­ta Wal­se­ra. Ale był rów­nież etap dru­gi – wydaw­ni­czy. W 1978 roku, z oka­zji set­nej rocz­ni­cy uro­dzin pisa­rza, nie­miec­kie wydaw­nic­two Suhr­kamp opu­bli­ko­wa­ło popra­wio­ne wyda­nie wybra­nych utwo­rów, co ozna­cza­ło jego spóź­nio­ny, lecz trwa­ły wstęp do kano­nu lite­ra­tu­ry nie­miec­ko­ję­zycz­nej. Lata póź­niej o Wal­se­ra upo­mnia­ła się tak­że austriac­ka noblist­ka, Elfrie­de Jeli­nek, któ­ra w wie­lu swo­ich utwo­rach odno­si się bez­po­śred­nio do jego twór­czo­ści (Win­ter­re­ise, Der Wan­de­rer, Tote­nau­berg. Ein Stück), ale uczy­ni go tak­że boha­te­rem sztu­ki, zaty­tu­ło­wa­nej prze­wrot­nie er nicht als rr (On jako nie on).

Poeta leży mar­twy na śnie­gu – pisze Jeli­nek, nawią­zu­jąc do zdję­cia zwłok Wal­se­ra wyko­na­ne­go przez śled­cze­go Kur­ta Gie­zen­dan­ne­ra – a kape­lusz spadł mu z gło­wy i leży obok nie­go, ale nadal znaj­du­je się na zdję­ciu. Tytuł utwo­ru skła­da się z sylab jego imie­nia, ale nie two­rzy to cało­ści ani nie ma sen­su: Rob-er‑t nie jako Wals-er, on jako nie on3.

I wcze­śniej: „Histo­ria lite­ra­tu­ry peł­na jest dzi­wacz­nych lub tra­gicz­nych losów. Jed­nak histo­ria Rober­ta Wal­se­ra nale­ży do naj­bar­dziej tra­gicz­nych”4. W tek­ście Jeli­nek roz­trza­ska­ny ana­gram, mikro­gra­my i dro­bin­ki obec­no­ści sta­ją się nośni­kiem tego, co pozo­sta­je po czło­wie­ku. Pró­ba pozbie­ra­nia ich razem, liter, sylab, wer­sów, nigdy nie pro­wa­dzi do peł­ni, nigdy nie odtwa­rza cało­ści, a jed­nak pozwa­la rekon­stru­ować reszt­kę po życiu, któ­ra two­rzy roz­pro­szo­ną i roz­sz­cze­pio­ną obec­ność w lite­ra­tu­rze. Zda­je się rów­nież, że Jeli­nek jako zapra­wio­na czy­tel­nicz­ka filo­zo­fów zna dal­szy ciąg ese­ju Wal­te­ra Ben­ja­mi­na. Pamię­ta zwłasz­cza jed­no zda­nie o powie­ściach Szwaj­ca­ra: „Wal­ser zaczy­na tam, gdzie koń­czą się baj­ki”, i wła­śnie je bie­rze sobie do ser­ca, nie w porząd­ku fabu­lar­nym ani sym­bo­licz­nym, lecz w prze­strze­ni śla­du, żeby tam, gdzie lite­ra­tu­ra rezy­gnu­je z obiet­ni­cy sen­su i pozo­sta­je przy tym, co mar­gi­nal­ne i mil­czą­ce, stwo­rzyć prze­pięk­ną baśń o życiu pośmiert­nym Rober­ta Wal­se­ra.

II

Musiał nie­źle nabro­ić ten nie­szczę­śli­wy Szwaj­car, sko­ro jego twór­czość odbi­ła się echem w krę­gach nie­miec­ko­ję­zycz­nej lite­ra­tu­ry, i to nie wte­dy, gdy wszy­scy: czy­tel­ni­cy, wydaw­cy i sam Wal­ser, mogli się tego spo­dzie­wać. Zaczy­nał jako pisarz nie­stru­dzo­ny, do wydaw­cy cza­so­pi­sma „Der Bund wysłał czter­dzie­ści utwo­rów poetyc­kich, z któ­rych opu­bli­ko­wa­no sześć w dodat­ku nie­dziel­nym gaze­ty z maja 1898 roku5. Zanim wyru­szył do Ber­li­na, gdzie zaczął się naj­bar­dziej owoc­ny okres jego twór­czo­ści, podej­mo­wał się wszel­kich moż­li­wych prac: pra­co­wał w fabry­ce tur­bin, w Biu­rze dla Bez­ro­bot­nych Kopi­stów w Zury­chu, agen­cji, któ­ra zatrud­nia­ła na godzi­ny do prze­pi­sy­wa­nia i adre­so­wa­nia i z któ­rej chęt­nie korzy­sta­ło coraz wię­cej firm, tuż po tym, jak odkry­ły, że nie­eta­to­wi pra­cow­ni­cy są tań­si. W pew­nym momen­cie zatrud­nił się jako pomoc­nik inży­nie­ra i wyna­laz­cy Car­la Duble­ra, któ­re­go postać póź­niej wyko­rzy­stał w swo­jej twór­czo­ści. W 1904 roku uka­zu­je się wresz­cie jego książ­ko­wy debiut Wypra­co­wa­nia Frit­za Koche­ra (Fritz Kocher’s Aufsät­ze). Autor zakła­da lite­rac­ką maskę i przed­sta­wia czy­tel­ni­ko­wi szkol­ne wypra­co­wa­nia ucznia, któ­ry zmarł zbyt wcze­śnie, sam zaś spryt­nie pod­szy­wa się pod jego głos. Fritz zamiast nie­wi­niąt­kiem oka­zu­je się bystrza­kiem i łotrem, któ­re­go cechu­ją prze­ko­ra i iro­nicz­ne spoj­rze­nie na świat. W cza­sie, gdy fin­go­wa­ne wypra­co­wa­nia tra­fi­ły w try­by recen­zenc­kich maszyn, Wal­ser wyru­szył dalej. W Ber­li­nie ukoń­czył kurs dla loka­jów i wyje­chał na pewien czas na służ­bę do zam­ku na Gór­nym Ślą­sku. Gdy opusz­czał posa­dę, by wró­cić do nie­miec­kiej sto­li­cy, w jego gło­wie musiał tlić się pomysł na powieść o dzi­wacz­nym, ni to upior­nym, ni zabaw­nym Insty­tu­cie Ben­ja­men­ta, w któ­rym ary­sto­kra­ta Jakob von Gun­ten uczy się, jak zostać „dosko­na­łym zerem”. Zanim jed­nak naj­wy­bit­niej­sza powieść Wal­se­ra zosta­nie wyda­na, powsta­nie książ­ka Rodzeń­stwo Tan­ner (Geschwi­ster Tan­ner). Sprze­da się tak dobrze, że wydaw­ca popro­si księ­ga­rzy o zwrot nad­wy­żek, by wysłać je do miejsc, któ­re wyprze­da­ły cały nakład6. Powieść przed­sta­wia rodzi­nę Wal­se­rów w krzy­wym zwier­cia­dle, co odbi­je się na rela­cjach pisa­rza z rodzeń­stwem. Wkrót­ce potem poja­wi się kolej­ny waż­ny tekst – opo­wieść o upad­ku: Czło­wiek do wszyst­kie­go (Der Gehül­fe). Zna­ny już wcze­śniej inży­nier, Carl Dubler, powra­ca tu pod nowym nazwi­skiem – jako Carl Tobler. Tym razem wystę­pu­je jako fan­ta­sta i wyna­laz­ca żyją­cy w świe­cie pro­jek­tów, któ­re nie­mal zawsze koń­czą się poraż­ka­mi. Jego dom stop­nio­wo się roz­pa­da, a marazm sta­je się coraz bar­dziej odczu­wal­ny. Pomoc­nik (jak­że do Wal­se­ra podob­ny!) Joseph Mar­ti, tytu­ło­wy „czło­wiek do wszyst­kie­go”, ma peł­ne ręce robo­ty. Pisze ogło­sze­nia, szu­ka „kapi­ta­li­stów” goto­wych zary­zy­ko­wać swo­je pie­nią­dze, odpie­ra natar­czy­wych wie­rzy­cie­li, a sam nie otrzy­mu­je zapła­ty. Jego pra­ca nie pro­wa­dzi do żad­ne­go fina­łu, to raczej zapę­tlo­ny ruch w miej­scu, powta­rza­ją­cy się wysi­łek. W twór­czo­ści Wal­se­ra wła­śnie tak wyglą­da świat: jest pod­szy­ty lękiem i dziw­nym, nie­po­ko­ją­cym pra­gnie­niem samo­speł­nie­nia. Ta linia zosta­je jed­nak zerwa­na przez same­go pisa­rza. Po masce małe­go „pani­cza” Koche­ra i po spoj­rze­niu utkwio­nym w boga­czu fan­ta­ście Toble­rze poja­wia się nowy wal­se­row­ski boha­ter – Jakob von Gun­ten, któ­ry jest wresz­cie Kimś, ale pra­gnie zostać Nikim. To figu­ra pozo­ro­wa­nej klę­ski, a zara­zem moment upra­gnio­ny przez pisa­rza prze­ło­mu. Wal­ser ma nadzie­ję, że dzię­ki tej powie­ści prze­sta­nie być wresz­cie pre­ka­riu­szem sło­wa pisa­ne­go. Nikt jed­nak nie mógł prze­wi­dzieć, że ta histo­ria poto­czy się zupeł­nie ina­czej. Sprze­daż książ­ki była tak sła­ba, że Bru­no Cas­si­rer, wła­ści­ciel wydaw­nic­twa, dwa mie­sią­ce po wpro­wa­dze­niu Jako­ba do księ­garń zde­cy­do­wał się na publi­ka­cję dru­gie­go, fał­szy­we­go wyda­nia. Choć Wal­se­ra czy­ta­no już teraz wszę­dzie: w kra­ju jego uro­dze­nia, w Ber­li­nie i Pra­dze, to popu­lar­ni kry­ty­cy i recen­zen­ci wciąż mil­cze­li. Bez recen­zji książ­ka nie mia­ła szans na odbiór. I tak ta nie­we­so­ła baj­ka zaczę­ła się od nowa, tym razem jako opo­wieść o twór­cy, któ­ry prze­ga­pił wła­sną sła­wę: był o krok od wiel­kiej karie­ry, lecz zawsze „nie dość”. Bez rodzin­ne­go mająt­ku nie potra­fił utrzy­mać się w Ber­li­nie, zalicz­ki na kolej­ne książ­ki top­nia­ły w zastra­sza­ją­cym tem­pie, a wydaw­nic­two Pau­la Cas­si­re­ra szyb­ko tra­ci­ło zna­cze­nie na rzecz innych ofi­cyn, jak choć­by Fischer i Rowohlt, lepiej wyczu­wa­ją­cych rynek, któ­re wkrót­ce sta­ły się potę­ga­mi nie­miec­ko­ję­zycz­ne­go świa­ta lite­rac­kie­go.

W Wal­se­rze zaszła zmia­na. Brak odze­wu zra­nił go i poni­żył. Pisał coraz mniej, choć jesz­cze w Ber­li­nie uka­za­ło się pięk­ne wyda­nie jego wier­szy. Z powo­du „zała­ma­nia” ręki zaczął coraz czę­ściej zapi­sy­wać tek­sty ołów­kiem. Z nakre­ślo­nych wów­czas nota­tek kil­ka lat póź­niej powsta­ły nie­mal nie­czy­tel­ne mikro­gra­my, któ­re z dwu­dzie­stu czte­rech arku­szy zło­ży­ły się na Zbó­ja7, (napi­sa­ne­go w 1925 roku, a odna­le­zio­ne­go i wyda­ne­go dopie­ro w latach sie­dem­dzie­sią­tych). Sobo­wtór Wal­se­ra obser­wu­je sie­bie z boku, cza­sem dzia­ła, cza­sem pozo­sta­je bez­czyn­ny, zawie­szo­ny mię­dzy obec­no­ścią a nie­obec­no­ścią. To postać roz­dwo­jo­na, dzi­wacz­na i odmie­nio­na, jak­by cał­ko­wi­cie ode­rwa­na od świa­ta, a jed­no­cze­śnie zmu­sza­ją­ca auto­ra do kon­fron­ta­cji z wła­sny­mi lęka­mi, obse­sja­mi i powo­li nara­sta­ją­cą para­no­ją. Na rok przed wybu­chem pierw­szej woj­ny świa­to­wej Wal­ser wró­cił do Szwaj­ca­rii. Naj­pierw zamiesz­kał u sio­stry, Lisy, wcze­śniej spor­tre­to­wa­nej w Rodzeń­stwie Tan­ner, a póź­niej wyje­chał, żeby na dłu­go, bodaj naj­dłu­żej w swo­im życiu, pozo­stać w hote­lu dla abs­ty­nen­tów noszą­cym nazwę „Blau­es Kreuz”.

III

Wal­ser pisał, gdy chwia­ły się i upa­da­ły impe­ria, a przez Euro­pę prze­to­czy­ła się pierw­sza woj­na świa­to­wa. W Szwaj­ca­rii spa­ce­ro­wał, obser­wo­wał świat i zapi­sy­wał to, co widział, w swo­ich mistrzow­skich nie­wiel­kich opo­wia­da­niach publi­ko­wa­nych w pra­sie. Chy­ba jak nigdy wcze­śniej był zachwy­co­ny świa­tem, tak jak­by nie potra­fił ode­rwać oczu od tego, co go ota­cza­ło. Patrzył więc i prze­cie­rał oczy ze zdu­mie­nia, jak­by wciąż odkry­wał, że świat jest bar­dziej zadzi­wia­ją­cy, niż mogło mu się wyda­wać. Nadal pró­bo­wał napi­sać kolej­ną wiel­ką powieść. W 1917 roku powsta­ła jego prze­pięk­na, nie­po­zba­wio­na humo­ru, a jed­no­cze­śnie peł­na iro­nii, wie­lo­wąt­ko­wa nowe­la Der Spa­zier­gang (Spa­cer). Jest to opo­wieść o wol­no­ści, a zara­zem nie­ustan­ne ćwi­cze­nie z obser­wa­cji natu­ry, mia­sta i ludzi. „Spa­ce­ry to dla mnie spra­wa bez­względ­nie koniecz­na – pisze Wal­ser – abym się oży­wił i utrzy­mał kon­takt ze świa­tem, bez któ­re­go poczu­cia nie mógł­bym napi­sać ani pół lite­ry, ani jed­ne­go wier­sza w pro­zie czy nowe­li”. To ta część baj­ki, w któ­rej pisarz nadal idzie przed sie­bie, uważ­nie wpa­tru­jąc się w świat, w któ­rym każ­de zda­rze­nie może stać się sce­ną dla lite­ra­tu­ry. Pró­by „sta­wa­nia na nogi” trwa­ły mniej wię­cej do 1926 roku, gdy spa­ce­ry, tym razem w Ber­nie i oko­li­cach, sta­wa­ły się coraz dłuż­sze. Cho­dze­nie do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści mia­ło w jakiś spo­sób zagłu­szyć gło­sy w gło­wie Wal­se­ra i stać się lekar­stwem na bez­sen­ność; nocą drę­czy­ły go dłu­gie kosz­ma­ry i halu­cy­na­cje. Poczu­cie cią­głe­go zagro­że­nia wpły­wa­ło też na jego decy­zję o czę­stych zmia­nach poko­jów. W żad­nym nie czuł się wystar­cza­ją­co bez­piecz­ny, a gdy poja­wiał się kolej­ny epi­zod cho­ro­bo­wy, ucie­kał, żeby szu­kać schro­nie­nia gdzie indziej. Po powro­cie z Ber­li­na do Szwaj­ca­rii naj­pierw zamiesz­kał w Bel­le­lay u sio­stry Lisy, a potem zno­wu gdzie indziej. W Ber­nie dzie­lił miesz­ka­nia z ludź­mi prze­róż­nych zawo­dów: pra­cow­ni­ka­mi fizycz­ny­mi, poko­jów­ka­mi, szwacz­ka­mi. Powró­ci­ły też jego pro­ble­my z alko­ho­lem. Wycho­dził z poko­ju, któ­ry był dla nie­go pozor­nym schro­nie­niem, prze­pi­jał zalicz­ki oraz wyna­gro­dze­nia od swo­ich wydaw­ców. Po epi­zo­dzie para­no­idal­nym, gdy gro­ził naj­bliż­szym nożem, zgo­dził się na pobyt w Wal­dau – miej­scu, gdzie po kil­ku­na­stu latach hospi­ta­li­za­cji zmarł jego brat Ernest.

Prze­nie­sie­nie z Wal­dau do Heri­sau w czerw­cu 1933 roku było dla Wal­se­ra trau­ma­tycz­nym doświad­cze­niem. Wcze­śniej nie zno­sił prze­by­wa­nia w poje­dyn­czych poko­jach, każ­da pró­ba przy­dzie­le­nia mu wła­snej prze­strze­ni koń­czy­ła się powro­tem noc­nych lęków, gło­sów i halu­cy­na­cji, dla­te­go spał wyłącz­nie w pew­ne­go rodza­ju szpi­tal­nym dormi­to­rium. Jakież musia­ło być jego zdzi­wie­nie, gdy dyrek­tor ośrod­ka w Heri­sau Otto Hin­rich­sen przy­znał mu pry­wat­ny pokój, mimo że według stan­dar­dów był pacjen­tem czwar­tej kate­go­rii. Decy­zje dyrek­to­ra mogły być podyk­to­wa­ne ich wspól­nym doświad­cze­niem z prze­szło­ści. Hin­rich­sen jesz­cze jako stu­dent medy­cy­ny miał ambi­cje pisar­skie, publi­ko­wał wier­sze, z któ­ry­mi Wal­ser obszedł się dość bez­względ­nie. Na domiar złe­go sio­stra Lisa zrze­kła się opie­ki nad nim, a pisarz otrzy­mał opie­ku­na praw­ne­go, tra­cąc de fac­to zdol­ność do samo­dziel­ne­go decy­do­wa­nia o sobie. Pró­bo­wał wypi­sać się ze szpi­ta­la, ale dyrek­tor upar­cie twier­dził, że pisarz z zabu­rze­nia­mi psy­chicz­ny­mi nie może two­rzyć. Pokój do pisa­nia był goto­wy, lecz Wal­ser sie­dział w nim spa­ra­li­żo­wa­ny i nie mógł zapi­sać ani jed­ne­go sło­wa8. Wal­ser spę­dził w szpi­ta­lu kolej­ne lata, znów ratu­jąc się dłu­go­dy­stan­so­wy­mi spa­ce­ra­mi. Na ten ostat­ni, po ośnie­żo­nych wzgó­rzach, wyru­szył w Boże Naro­dze­nie 1956 roku. Zmarł na atak ser­ca. Wie­le lat wcze­śniej w Rodzeń­stwie Tan­ner zna­lazł chy­ba miej­sce dla tej przy­szłej sce­ne­rii, w chwi­li gdy Simon Tan­ner natra­fia w zaśnie­żo­nym lesie na zamar­z­nię­te cia­ło Seba­stia­na. Z jego kie­sze­ni wysta­ją kart­ki zapi­sa­ne wier­sza­mi.

IV

Na nagrob­ku Rober­ta Wal­se­ra wid­nie­je frag­ment jego wier­sza: „Idę swo­ją drogą/ pro­wa­dzi kawa­łe­czek dalej/ i do domu; potem bez dźwięku/ i sło­wa zni­kam”. Ale czy Wal­ser fak­tycz­nie zni­ka? „Prze­cha­dza się pan tu z wyraź­ną ulgą”9, napi­sze Jeli­nek. Bo tak wła­śnie dzia­ła to w baj­ce: boha­ter czę­sto prze­chy­trza śmierć, wycho­dzi na ludzi, zdo­by­wa bogac­two. Jak praw­dzi­wy łotrzyk lite­ra­tu­ry, któ­ry „nigdy nie opu­ści swo­ich posta­ci, by odtąd żyć tyl­ko i wyłącz­nie w bra­ter­stwie z set­ką swo­ich ulu­bio­nych włó­czę­gów”10. Bez nie­go nie było­by pisa­rzy austriac­kich: Tho­ma­sa Bern­har­da (kuś­ty­ka­ją­ce­go Wik­tor­ka i wyga­da­ne­go Sau­raua), cią­gle wędru­ją­cej po roz­trza­ska­nym świe­cie Elfrie­de Jeli­nek; suro­wych Szwaj­ca­rów: Maxa Fri­scha, a póź­niej Chri­stia­na Krach­ta; Niem­ców: z mikro­gra­ma­mi Ale­xan­dra Klu­ge­go i łazi­ko­stwem W.G. Sebal­da. Pozo­sta­je łotrzyk Wal­ser przy­wód­cą całej tej hała­stry, bo „wca­le nie umarł i żyje do dziś”, od jakie­goś cza­su w cał­kiem innych baj­kach.

 

1 Max Brod i Franz Kaf­ka nazy­wa­li Wal­se­ra „szwaj­car­skim Dic­ken­sem”.

2 W. Ben­ja­min, Robert Wal­ser, [w]: tegoż, Kon­ste­la­cje. Wybór tek­stów, tłum. A. Lip­szyc, A. Woł­ko­wicz, Kra­ków: Wydaw­nic­two Uni­wer­sy­te­tu Jagiel­loń­skie­go, 2012, s. 259.

3 E. Jeli­nek, er nicht als er (zu, mit Robert Wal­ser). Ein Stück, Frank­furt am Main: Rowohlt The­ater Ver­lag, 2004, s. 49.

4 Tam­że, s. 47.

5 Motyw pro­po­zy­cji wydaw­ni­czych, któ­re Wal­ser wysy­ła do wydaw­ców, będzie powra­cał w gorz­kich mikro­hi­sto­ryj­kach: „Utwo­ry dzien­ne i noc­ne, weso­łe i smut­ne, z łez­ką i z faso­nem, kuchen­ne i salo­no­we, cen­ne i bez­cen­ne, nie­ustan­nie z nie­ga­sną­cą nadzie­ją roz­sy­ła­ne, oka­zy­wa­ły się na ogół nie­przy­dat­ne, raczej nie paso­wa­ły do pro­fi­lu i żad­ną mia­rą nie odpo­wia­da­ły życze­niom”. R. Wal­ser, Ostat­ni utwór pro­zą, [w:] tegoż, Coś w rodza­ju opo­wia­da­nia, tłum. M. Łuka­sie­wicz, War­sza­wa: Pań­stwo­wy Insty­tut Wydaw­ni­czy, 2025 [ebo­ok].

6 Zob. pierw­szą książ­kę Wal­se­ra opu­bli­ko­wa­ną w pierw­szym pol­skim prze­kła­dzie Wil­la pod Gwiaz­dą Wie­czor­ną, tłum. T. Jęt­kie­wicz, War­sza­wa: Pań­stwo­wy Insty­tut Wydaw­ni­czy, 1972, w dru­gim: Czło­wiek do wszyst­kie­go, tłum. T. Jęt­kie­wicz, War­sza­wa: Pań­stwo­wy Insty­tut Wydaw­ni­czy 2002.

7 W pro­zie Wal­se­ra, tak jak w histo­riach Kaf­ki, roi się od posta­ci dzi­wacz­nie podob­nych i sobo­wtó­rach, co zresz­tą znaj­du­je odzwier­cie­dle­nie w rela­cji, jaka łączy­ła Wal­se­ra z bra­tem Kar­lem, któ­rzy nazy­wa­ni byli bliź­nia­ka­mi bez fizycz­ne­go podo­bień­stwa.

8 Zob. S. Ber­no­fsky, Cla­irvoy­ant of the Small. The Life of Robert Wal­ser, Yale: Yale Uni­ver­si­ty Press, 2021, s. 286–287.

9 E. Jeli­nek, er nicht als er…, s. 9.

10 W. Ben­ja­min, Robert Wal­ser…, s. 261.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Okładka książki Roberta Walsera pod tytułem „Rodzeństwo Tanner”. Okładka książki Roberta Walsera pod tytułem „Jakob von Gunten. Dziennik”. Okładka książki Roberta Walsera pod tytułem „Wypracowania Fritza Kochera”. Okładka książki Roberta Walsera pod tytułem „Człowiek do wszystkiego”.

Czytaj także

05.06.2026 Prasówka

Prasówka (5 czerwca 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.