Witaj w Trace Italian!

W tej grze liczą się dwie rzeczy: strategia i przetrwanie. Czas na twój pierwszy ruch.

Przy­zna­ję bez bicia, że nim tra­fi­łem na jego debiu­tanc­ką powieść Wilk w bia­łej fur­go­net­ce, nie mia­łem poję­cia, kim jest John Dar­niel­le. Otóż oka­zu­je się, że od 1991 roku jest on lide­rem gru­py muzycz­nej The Moun­ta­in Goats, któ­ra – jak pod­po­wia­da Google – gra indie folk. Dys­ko­gra­fia zespo­łu impo­nu­je obję­to­ścią – liczy dwa­dzie­ścia trzy albu­my stu­dyj­ne (pro­szę, by fani wyba­czy­li mi, że w recen­zji tej nie wska­żę zapew­ne żad­nych związ­ków mię­dzy powie­ścią Darnielle’a a jego muzy­ką…)!

Oho – pomy­śla­łem – kolej­na książ­ka muzy­ka. To rzad­ko się uda­je. Poza auto­bio­gra­fia­mi, któ­re i tak spi­su­je z nagrań i ukła­da zatrud­nio­ny redak­tor, dzia­łal­ność lite­rac­ka muzy­ków nie­zbyt czę­sto przy­no­si zado­wa­la­ją­cy rezul­tat arty­stycz­ny. Bob Dylan i John Len­non napi­sa­li powie­ści eks­pe­ry­men­tal­ne. Leonard Cohen coś, co moż­na pod­su­mo­wać memem: „mamy Beat Gene­ra­tion w domu”. Nick Cave, pra­cu­jąc nad pierw­szą powie­ścią, jed­no­cze­śnie wal­czył z uza­leż­nie­niem od hero­iny, więc po latach napi­sał jesz­cze jed­ną, by w peł­ni prze­żyć cały pro­ces twór­czy – a potem dał sobie sobie spo­kój. W Pol­sce sił pró­bo­wa­li mię­dzy inny­mi Tomasz Orga­nek czy Mery Spo­lsky (obo­je mają po jed­nej książ­ce na kon­cie). Jest jesz­cze Paweł Soł­tys, któ­ry chy­ba jako jedy­ny z tego gro­na two­rzy z miło­ści do lite­ra­tu­ry, a nie po to, by zago­nić fanów swo­jej muzy­ki do księ­garń – twór­czo­ścią lite­rac­ką nie odci­na kupo­nów od tej muzycz­nej. Mam jed­nak pro­blem z nazy­wa­niem takich auto­rów debiu­tan­ta­mi. Cho­ciaż fak­tycz­nie publi­ku­ją oni książ­ki po raz pierw­szy, w żad­nym stop­niu nie mie­rzą się prze­cież z pro­ble­ma­mi typo­wy­mi dla debiu­tan­tów: star­tu­ją z pew­ną roz­po­zna­wal­no­ścią, nie muszą szu­kać odbior­ców swo­jej twór­czo­ści, raczej nie spra­wia im trud­no­ści zna­le­zie­nie wydaw­cy, a samej publi­ka­cji towa­rzy­szą dzia­ła­nia pro­mo­cyj­ne, na któ­re nie mógł­by liczyć zwy­kły no name.

Wróć­my jed­nak do Wil­ka…, bo jest o czym mówić. Książ­kę otwie­ra mot­to z opo­wia­da­nia Potwór na dachu Rober­ta E. Howar­da, ojca Cona­na Bar­ba­rzyń­cy. Trze­ba przy­znać, że wybra­ny cytat dobrze przy­go­to­wu­je czy­tel­ni­ka na wyda­rze­nia przed­sta­wio­ne w powie­ści. Boha­te­rem i nar­ra­to­rem jest tu sie­dem­na­sto­let­ni Sean Phil­lips. Pozna­je­my go tuż po tym, jak wró­cił ze szpi­ta­la. Ze wzglę­du na stan chło­pa­ka ojciec nosi go na rękach. Nie­ustan­nie boi się, że syn zro­bi sobie krzyw­dę. Nie domy­śla­my się jesz­cze, co dokład­nie się sta­ło, wie­my jedy­nie, że nasto­la­tek uległ wypad­ko­wi lub w inny spo­sób doznał trwa­łe­go oka­le­cze­nia. Wsku­tek tego zda­rze­nia twarz chło­pa­ka jest zde­for­mo­wa­na do tego stop­nia, że nie­któ­rym trud­no zatrzy­mać na nim wzrok.

Pod­czas dłu­gie­go poby­tu w szpi­ta­lu Sean zaczy­na wymy­ślać grę, któ­rą nazwie Tra­ce Ita­lian. To rodzaj papie­ro­wej RPG utrzy­ma­nej w kli­ma­cie posta­po, w któ­rej gra­cze będą uczest­ni­czyć listow­nie. Jak to dzia­ła? Otóż gdy ktoś tra­fi na drob­ne ogło­sze­nie w jed­nym z kil­ku maga­zy­nów lub zinów, w któ­rych Sean je zamiesz­cza, może prze­słać na poda­ny adres okre­ślo­ną kwo­tę oraz znacz­ki pocz­to­we. Następ­nie gracz otrzy­ma krót­kie wpro­wa­dze­nie i zachę­tę do wyko­na­nia pierw­sze­go ruchu. Odpo­wiedź oczy­wi­ście nale­ży ode­słać pocz­tą (gra „może się wyda­wać wręcz nie­zno­śnie old­sku­lo­wa”1, jak mówi boha­ter. Sam dodam: zwłasz­cza dla naszych dwu­dzie­sto­pierw­szo­wiecz­nych mózgów, uza­leż­nio­nych od szyb­kiej dopa­mi­ny). Gracz musi prze­trwać wędrów­kę przez napro­mie­nio­wa­ne i peł­ne nie­bez­pie­czeństw pust­ko­wie Kan­sas, by dojść do tytu­ło­we­go miej­sca, Tra­ce Ita­lian. Ponoć tam funk­cjo­nu­je jesz­cze resz­ta cywi­li­za­cji. Pozo­sta­li, ci z pust­ko­wi, to dzi­kie ban­dy, mor­der­cy i gra­bież­cy. Dro­ga, rzecz jasna, nie będzie pro­sta, a i nie­raz przyj­dzie nam z niej zbo­czyć…

Gawę­da nar­ra­to­ra nie pły­nie chro­no­lo­gicz­nie. Odda­je raczej pewien zle­pek zda­rzeń. Seana widzi­my w szpi­ta­lu, szko­le, skle­pie spo­żyw­czym czy w domu rodzi­ców. Raz jeste­śmy przy two­rze­niu gry, innym razem obser­wu­je­my jej swo­isty roz­kwit, jesz­cze innym odkry­wa­my, że jej dal­sze ist­nie­nie jest zagro­żo­ne z powo­du pew­ne­go wypad­ku. Sean dowia­du­je się, że dwój­ka lice­ali­stów potrak­to­wa­ła grę zbyt poważ­nie, prze­nio­sła ją do rze­czy­wi­sto­ści i w kon­se­kwen­cji jed­no z nich nie żyje, dru­gie jest w kiep­skim sta­nie. Rodzi­ce ofiar posta­na­wia­ją pozwać chło­pa­ka, co cie­ka­wie kon­tra­stu­je z innym frag­men­tem książ­ki, w któ­rym roz­wa­ża­na jest moż­li­wość pozwa­nia sprze­daw­cy bro­ni wyko­rzy­sta­nej pod­czas pró­by samo­bój­czej.

Dwie rze­czy napraw­dę w tej książ­ce doce­niam. Pierw­sza to spo­sób, w jaki trak­tu­je się w niej sen­ty­ment i nostal­gię. Akcja powie­ści toczy się w latach 80. i 90. XX wie­ku. W tek­ście nie pada­ją kon­kret­ne daty, ale pew­ne szcze­gó­ły i ogól­ny kli­mat opo­wie­ści napro­wa­dza­ją odbior­cę na wła­ści­wy trop. Sean jest kimś, kogo mogli­by­śmy nazwać ner­dem. „Mło­dy, świe­ży, prze­ra­żo­ny, potrze­bu­ją­cy scho­wać się przed świa­tem”2 – jak mówi o samym sobie, tym sprzed wypad­ku. Ucie­ka więc w świat ksią­żek, głów­nie Cona­na Bar­ba­rzyń­cy, ale też w lek­tu­rę róż­ne­go rodza­ju maga­zy­nów i zinów. Z pasją odtwa­rza kase­ty (czę­sto takie, któ­re nagry­wa­ją podob­ni do nie­go zapa­leń­cy), oglą­da fil­my i tele­wi­zję.

John Dar­niel­le szczę­śli­wie uni­ka tego, co jest udzia­łem wie­lu innych twór­ców. By prze­ko­nać nas, że napraw­dę tra­fi­li­śmy do danej deka­dy, autor nie zale­wa czy­tel­ni­ka wzmian­ka­mi o gadże­tach, zespo­łach muzycz­nych, pro­gra­mach tele­wi­zyj­nych, kul­to­wych prze­ką­skach czy cha­rak­te­ry­stycz­nych moty­wach ze świa­ta mody. Te oczy­wi­ście cza­sem poja­wia­ją się w tek­ście, ale nie noszą śla­dów fety­szu lat 80.; Wil­ko­wi… dale­ko do nostal­gicz­nych potwor­ków takich jak choć­by Stran­ger Things.

Okładka książki Johna Darnielle’a pod tytułem „Wilk w białej furgonetce”.
John Darnielle, „Wilk w białej furgonetce”, tłum. Aga Zano, Warszawa: ArtRage, 2025.

Nie ma więc w powie­ści wzdy­cha­nia za „sta­ry­mi dobry­mi cza­sa­mi” czy wspo­mi­nek, że „kie­dyś było jakoś faj­niej”. Być może nostal­gia ustą­pi­ła w obli­czu kata­stro­fy, któ­ra zmie­ni życie boha­te­ra. Prze­szłość prze­sta­je być bez­piecz­ną przy­sta­nią, nie­win­nym okre­sem słu­żą­cym czło­wie­ko­wi do samo­po­zna­nia. Boha­ter bywa bar­dzo rze­czo­wy, w pew­nym sen­sie akcep­tu­je nową sytu­ację i swój nowy wygląd. Jak wte­dy, gdy rzu­ca do dwóch przy­pa­tru­ją­cych mu się znad piwa nasto­lat­ków: „Obrzy­dza was to? Że mam roz­je­ba­ną mor­dę?”3. Zamiast żon­glo­wa­nia akce­so­ria­mi z epo­ki czy wzmia­nek o ówcze­snej poli­ty­ce mamy tu nasto­lat­ka, jego rze­czy­wi­stość i całą zwią­za­ną z tym zbie­ra­ni­nę przed­mio­tów – w koń­cu to ana­lo­go­we cza­sy. Świat przed­sta­wio­ny w powie­ści wzbu­dza więc w odbior­cy uczu­cia zna­jo­me każ­de­mu ner­do­wi; każ­de­mu, kto jako dziw­na prysz­cza­ta poczwa­ra, ktoś pomię­dzy chłop­cem a męż­czy­zną, ucie­kał w sfe­rę wyobraź­ni i obce świa­ty, któ­re pozo­sta­wa­ły w zasię­gu ręki, a jed­no­cze­śnie były tymi naj­od­le­glej­szy­mi.

Dru­gą cechą Wil­ka…, któ­ra skra­dła moje ser­ce, jest enig­ma­tycz­ność. Zabrzmi to nie­co banal­nie, ale: czy tak w życiu, jak w grze nie jeste­śmy osta­tecz­nie sumą swo­ich wybo­rów? Róż­ne ich kon­se­kwen­cje prze­bi­ja­ją ze stron książ­ki i opi­sa­nych w niej zda­rzeń. Łączy to nie­ja­ko powie­ścio­wą RPG z prze­ży­cia­mi poszcze­gól­nych posta­ci. Nawet wypa­dek Seana oka­zu­je się czymś nie do koń­ca przy­pad­ko­wym. Jest kolej­ną kon­se­kwen­cją, potwier­dza zasa­dę, że akcja wywo­łu­je reak­cję. Dla­cze­go chło­pak wybrał, jak wybrał? Czy w ogó­le miał wybór? Czy odpo­wiedź znaj­dzie­my w jed­nej z roz­mów, któ­rych byli­śmy świad­ka­mi? W lite­ra­tu­rze, muzy­ce i fil­mach, któ­re pochła­nia boha­ter? To przez śmierć gracz­ki? Czy to wina jej rodzi­ców i pozwu? A może rodzi­ców Seana? Kto lub co zasia­ło to dziw­ne ziar­no?

Książ­ka ury­wa się nagle, choć nie nie­spo­dzie­wa­nie. Mimo wszyst­ko byłem odro­bi­nę zasko­czo­ny, że to już. Instynk­tow­nie zaczą­łem odtwa­rzać w pamię­ci powie­ścio­we zda­rze­nia. Muszę przy­znać, że jesz­cze kil­ka dni po skoń­cze­niu lek­tu­ry wra­ca­łem do tej histo­rii, jak­by doma­ga­ła się ona ode mnie jakie­goś domknię­cia czy roz­wią­za­nia. Gdy już wpa­dłem na wła­sną teo­rię, zaj­rza­łem do sie­ci. Co cie­ka­we, czy­tel­ni­cy dzie­lą się w zasa­dzie na dwie gru­py: kochaj albo rzuć. Ci dru­dzy, no cóż, odbi­li się od książ­ki, zawie­dze­ni bra­kiem kon­klu­zji. Pierw­si zaś kopią głę­bo­ko i wysu­wa­ją napraw­dę inte­re­su­ją­ce hipo­te­zy – łącz­nie z tą, że w powie­ści ukry­ty jest kod, a jej praw­dzi­wy sens odsło­ni się wów­czas, gdy wyko­na­my okre­ślo­ną sekwen­cję kro­ków. Cóż, ukry­cie w powie­ści o RPG gry para­gra­fo­wej (czy­li książ­ki, w któ­rej czy­tel­nik podej­mu­je pew­ne decy­zje i na ich pod­sta­wie jest odsy­ła­ny do kon­kret­nej stro­ny i kon­kret­ne­go punk­tu w histo­rii) wca­le nie brzmi zwa­rio­wa­nie. Ponoć wszyst­ko uru­cha­mia hasło: „Wilk w bia­łej fur­go­net­ce”.

No wła­śnie, co to w ogó­le za tytuł? Czy­tel­nik pozna­je go, gdy razem z Seanem oglą­da pro­gram publi­cy­stycz­ny. Były to cza­sy tak zwa­nej Sata­nic panic. Ame­ry­kań­skie spo­łe­czeń­stwo dostrze­ga­ło rze­ko­my sata­nizm nie­mal wszę­dzie, więc zaczę­ło go szu­kać tak­że w muzy­ce. Słu­cha­jąc nie­któ­rych płyt od tyłu, ponoć moż­na było odkryć zako­do­wa­ne w nich prze­sła­nie. Z praw­dzi­wy­mi kon­se­kwen­cja­mi wymy­ślo­ne­go pro­ble­mu mie­rzy­li się mię­dzy inny­mi Judas Priest czy Ozzy Osbo­ur­ne. W książ­ce goście pew­ne­go late show bio­rą na tapet Larry’ego Nor­ma­na. To praw­dzi­wy muzyk, któ­ry – co cie­ka­we – gra tak zwa­ne­go chrze­ści­jań­skie­go roc­ka. Jak czy­ta­my:

W wer­sji na wspak muzy­ka brzmia­ła jak otchłań, otwie­ra­ją się w zie­mi na ciem­nej, opusz­czo­nej przez wszyst­ko, co żywe, pusty­ni. W tej wer­sji pusz­czo­nej od tyłu moż­na było niby usły­szeć fra­zę „wilk w bia­łej fur­go­net­ce”4.

Obra­ca­nie tego sym­bo­lu w gło­wie pozo­sta­wiam, rzecz jasna, czy­tel­ni­ko­wi.

John Dar­niel­le popro­wa­dził tę histo­rię z gra­cją lino­skocz­ka, umie­jęt­nie i z umia­rem łącząc licz­ne wąt­ki. Oddał ducha epo­ki, wia­ry­god­nie przed­sta­wił umysł nasto­lat­ka, postać ner­da, kogoś pochło­nię­te­go pasją – jed­no­cze­śnie daro­wał sobie wycią­ga­nie jed­no­znacz­nych wnio­sków, zre­zy­gno­wał z pod­su­mo­wań i zakoń­czeń. Oczy­wi­ście może być tak, że nie­zwy­kle spraw­nie wyko­nał na nas, czy­tel­ni­kach, ilu­zjo­ni­stycz­ną sztucz­kę i znik­nął za jed­nym z luster. A my nadal roz­glą­da­my się po pomiesz­cze­niu.

Umów­my się, brak tu moc­nych dia­lo­gów i psy­cho­lo­gicz­nej głę­bi, któ­ra by to wszyst­ko uspra­wie­dli­wia­ła. Ale czy nie takie bywa­ją gry? Peł­ne papie­ro­wych posta­ci, któ­rych rolą jest tyl­ko i wyłącz­nie zabi­jać, rzu­cać cza­ry, leczyć… Czy z tym mamy tu do czy­nie­nia? Czy ktoś nas zwo­dzi, a za tym wszyst­kim nie kry­je się żaden głęb­szy sens? Mistrz gry, pan naszych losów oka­zu­je się zwy­kłym nasto­lat­kiem, a wiel­ki kre­ator jedy­nie muzy­kiem roc­ko­wym? Jeśli tak jest, to John Dar­niel­le fak­tycz­nie mnie nabrał. Jeże­li zaś nie – może po pro­stu na chwi­lę oddał mi ste­ry, pozwo­lił dopo­wie­dzieć frag­ment histo­rii, jak zro­bił­by to wła­śnie wpraw­ny mistrz gry. Na wybo­istej dro­dze do Tra­ce Ita­lian każ­dy krok i wybór, każ­da pod­po­wiedź są na wagę zło­ta.

 

1 J. Dar­niel­le, Wilk w bia­łej fur­go­net­ce, tłum. A. Zano, War­sza­wa: ArtRa­ge, 2025 [e‑book], roz­dział 3, aka­pit 6.

2 Tam­że, roz­dział 3, aka­pit 13.

3 Tam­że, roz­dział 7, aka­pit 26.

4 Tam­że, roz­dział 10, aka­pit 26.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

02.07.2026 Laba

Pocztówka z zaczarowanej Desny. Czernihowszczyzna. Ukraina

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy tekst Olesi Mamczycz.

30.06.2026 Laba

Jezioro, las i książki, w których się zakochuję

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj z aktorką Kamillą Baar rozmawia Magda Huzarska-Szumiec.