Życie jak w piosence. O „Aniołach” Denisa Johnsona

Zasadniczo, kiedy życie postanowi cię odwiedzić, to cię odwiedzi. Nie ukryjesz się.

— Denis Johnson

Być może w innym życiu zamiast dosko­na­łym pisa­rzem Denis John­son mógł­by być pio­sen­ka­rzem coun­try: jest ame­ry­kań­skim chrze­ści­ja­ni­nem, któ­ry w bez­li­to­sny, a tak­że bra­wu­ro­wy spo­sób rela­cjo­nu­je prze­gra­ne żywo­ty swo­ich boha­te­rów, jed­no­cze­śnie nie wyrze­ka­jąc się dla nich swo­istej czu­ło­ści, czy nawet empa­tii. A my, czy­tel­ni­cy, chło­nie­my, zafa­scy­no­wa­ni, kre­ślo­ne przez nie­go kole­je losu jego boha­te­rów i dzię­ku­je­my w duchu, że nie było nam dane zabrnąć w te rejo­ny, włó­czyć się po takich mar­gi­ne­sach życia.

Naj­gło­śniej­sza z ksią­żek John­so­na to z pew­no­ścią Syn Jezu­sa (tytuł został zaczerp­nię­ty z pio­sen­ki Hero­in zespo­łu The Velvet Under­gro­und). Gdy pierw­szy raz się­ga­łem po tę lek­tu­rę, spo­dzie­wa­łem się – wnio­sku­jąc z opi­su na okład­ce – swo­istej mie­szan­ki Huber­ta Selby’ego Jr. i Char­le­sa Jack­so­na, czy­li lite­rac­kich obra­zów bru­du, syfu i uli­cy pola­nych cał­ko­wi­tym bra­kiem zdol­no­ści do skoń­cze­nia z uza­leż­nie­niem. Wizji nało­gu jako wię­zie­nia prze­ry­wa­ne­go darem­ny­mi pró­ba­mi uciecz­ki. Sła­bo­ści cia­ła i cha­rak­te­ru. Nie­moż­no­ści poko­na­nia czy też unik­nię­cia tego, co nam dano lub na co sami zapra­co­wa­li­śmy. Gale­rii wyrzut­ków i ciem­nych barów. Byłem bli­sko, ale nie do koń­ca.

W książ­ce śle­dzi­my Poje­ba (Fuc­khe­ad); w krót­kich pro­zach bywa on prze­wod­ni­kiem, pro­ro­kiem, a tak­że po pro­stu kimś, kto się pod­dał:

Akwi­zy­tor dał mi piguł­ki, po któ­rych czu­łem się, jak­by coś prze­żar­ło mi żyły. Bola­ła mnie szczę­ka. Każ­dą kro­plę desz­czu zna­łem po imie­niu. Prze­czu­wa­łem wszyst­ko, co mia­ło się zda­rzyć1.

Tutaj jed­nak alko­hol nie wzno­si jak w twór­czo­ści Char­le­sa Bukow­skie­go, a hero­ina nie kle­pie jak w dzie­łach wcze­sne­go Wil­lia­ma S. Bur­ro­ugh­sa. Syn Jezu­sa nie jest typo­wą brud­ną powie­ścią, któ­ra krę­ci się wokół uży­wek i życia na mar­gi­ne­sie. Mamy tu migaw­ki, któ­re zda­ją się wpusz­czać prze­błysk świa­tła w mrok bez­na­dziei. Książ­ka jest nie­wiel­kiej obję­to­ści, lecz mimo to poru­sza trud­ną pro­ble­ma­ty­kę i zawie­ra nie­zwy­kle waż­ne tre­ści. To pro­za two­rzo­na z chi­rur­gicz­ną pre­cy­zją, każ­de zbęd­ne sło­wo zosta­ło tu wycię­te i czy­tel­nik nie­kie­dy się zasta­na­wia, czy for­ma prze­ka­zu John­so­na w ogó­le mogła­by być jesz­cze oszczęd­niej­sza. Pojeb to nie­ja­ko alter ego auto­ra, choć na kre­ację tej posta­ci mogły mieć wpływ tak­że zasły­sza­ne gdzieś przez John­so­na opo­wie­ści. Sam pisarz nie zawsze jest pewien.

W Pol­sce Syna Jezu­sa opu­bli­ko­wa­ło parę lat temu wydaw­nic­two Karak­ter. Po zdję­ciu boga­to zdo­bio­nej obwo­lu­ty zosta­je­my z książ­ką skrom­ną, któ­ra nie­co przy­po­mi­na ksią­żecz­kę do nabo­żeń­stwa. Wspa­nia­łe roz­wią­za­nie. Nakła­dem Karak­te­ru uka­za­ły się rów­nież Szczo­drość syre­ny oraz wła­śnie powieść Anio­ły, któ­rej w głów­nej mie­rze poświę­cam ten tekst. W Pol­sce mogli­śmy prze­czy­tać tak­że Sny o pocią­gach (Wydaw­nic­two Czar­ne), Zagu­bio­ne wybrze­że (Wydaw­nic­two Libra) oraz Drze­wo dymu (Wydaw­nic­two Sonia Dra­ga). Dwie ostat­nie pozy­cje to peł­no­praw­ne powie­ści, nie­bio­rą­ce jeń­ców, liczą­ce ponad pięć­set stron każ­da. Zasta­na­wia więc, co spo­wo­do­wa­ło, że tym razem, w przy­pad­ku tre­ści o cha­rak­te­rze auto­bio­gra­ficz­nym, for­ma wybra­na przez auto­ra oka­za­ła się tak oszczęd­na. John­son oba­wiał się zresz­tą spi­sa­nia i wyda­nia tych histo­rii. Nie­je­den autor uległ­by poku­sie i po pro­stu odkrę­cił kran z patow­spo­min­ka­mi tak szczo­drze, aż star­czy­ło­by na kil­ka ksią­żek. Ale nie Denis John­son.

Pisarz brał hero­inę do 1976 roku, dwa lata póź­niej rzu­cił alko­hol, a do 1983 roku zma­gał się z uza­leż­nie­niem od traw­ki (któ­rą, co cie­ka­we, uzna­wał za naj­bez­piecz­niej­szą dla sie­bie). To wła­śnie w tym roku uka­zał się jego powie­ścio­wy debiut – Anio­ły. Książ­kę na listę „prze­oczo­nych” wpi­sał David Foster Wal­la­ce, a pochwa­ły pisar­stwa John­so­na pły­nę­ły choć­by ze stro­ny takich gigan­tów, jak Don DeLil­lo, Phi­lip Roth, Jona­than Fran­zen czy Geo­r­ge Saun­ders. Tak, gigan­tów, czy­li twór­ców z wyro­bio­ny­mi i wyraź­ny­mi gło­sa­mi, któ­rym styl John­so­na zwy­czaj­nie impo­no­wał. W zasa­dzie z per­spek­ty­wy innych twór­ców i czy­tel­ni­ków lite­ra­tu­ry ame­ry­kań­skiej jest to w pew­nym sen­sie autor z kolej­ne­go krę­gu wta­jem­ni­cze­nia.

Wspo­mnia­łem, że był­by cie­ka­wym coun­trow­cem; swo­je książ­ki kon­stru­uje bowiem tro­chę jak pio­sen­ki. Prze­ana­li­zuj­my choć­by tę oma­wia­ną: oto w auto­bu­sie Grey­ho­und (ame­ry­kań­skim PKS-ie, środ­ku komu­ni­ka­cyj­nym dla osób mniej zamoż­nych) spo­ty­ka­ją się Jamie i Bill. Ona wraz z dwie­ma córecz­ka­mi ucie­ka od prze­mo­co­we­go męża. On zaś wyłącz­nie się włó­czy. Prze­mie­rza ten prze­past­ny kraj i szu­ka przy­gód. Słu­żył kie­dyś w woj­sku, ale sie­dział tak­że w wię­zie­niu. Ma tatu­aże i dziw­ny, cien­ki wąsik, raczej nie wzbu­dza zaufa­nia. Kil­ka dni spę­dzo­nych pośród roz­cią­gnię­tych za oknem kra­jo­bra­zów w koń­cu zbli­ża do sie­bie Jamie i Bil­la. Zaczy­na się od piwa, koń­czy na… – wła­śnie!

Zaczy­na­my więc jak w kla­sycz­nej powieść dro­gi. Boha­te­ro­wie wędru­ją pomię­dzy Cle­ve­land, Oakland, Pit­ts­bur­ghiem, Chi­ca­go, by osta­tecz­nie wylą­do­wać w Pho­enix. Nie jest to dro­ga marzy­cie­li, cho­ciaż ma w sobie coś z ame­ry­kań­skie­go snu. W tym uję­ciu moż­na go jed­nak ziścić nie dzię­ki cięż­kiej pra­cy i byciu kowa­lem wła­sne­go losu, lecz dzię­ki uciecz­ce. Oto Ame­ry­ka, czy­li ogrom­ny kon­ty­nent pozwa­la­ją­cy czło­wie­ko­wi na dezer­cję z dotych­cza­so­wej roli, prze­ka­li­bro­wa­nie się, roz­po­czę­cie wszyst­kie­go od nowa. Pra­wie wszy­scy boha­te­ro­wie powie­ści są albo zuży­ci, albo głod­ni. Głod­ni alko­ho­lu, nar­ko­ty­ków, pod­nie­ty i zmia­ny. To wła­śnie per­spek­ty­wa zmia­ny wyda­je się tu głów­nym moto­rem dzia­ła­nia. Wizja zosta­wie­nia za sobą (nawet na chwi­lę) tego, co tak strasz­nie uwie­ra – niczym kamycz­ki w bucie, któ­re po pew­nym cza­sie dotkli­wie ranią – sta­no­wi źró­dło moty­wa­cji por­tre­to­wa­nych przez John­so­na posta­ci.

To Ame­ry­ka, któ­rej deko­ra­cje daw­no zaczę­ły się roz­pa­dać, dla­te­go:

Jamie nie prze­szka­dza­ło, że hotel Magel­lan to pod­ły lokal, pełen zbie­gów, z podziu­ra­wio­ną, wytar­tą wykła­dzi­ną i poście­lą, któ­rą czuć było smut­kiem2.

Miej­sca­mi zda­je się jed­nak prze­bi­jać świa­tło:

W Pit­ts­bur­ghu za dnia wyglą­da­ło, jak­by słoń­ce ktoś zakle­ił sta­ry­mi gaze­ta­mi, a po zmro­ku świat koń­czył się tak gdzieś dwa metry nad naj­wyż­szą latar­nią. Nie było tu świ­tów ani zacho­dów słoń­ca; nie było nie­bios, w któ­rych mogły­by się wyda­rzyć. Tego wie­czo­ra skle­py na Irvi­ne Stre­et wciąż były otwar­te, a chod­ni­ki na tyle jasne od świa­teł z wnętrz, że Jamie nie­mal roz­róż­nia­ła kolo­ry, a z ludz­kich twa­rzy była w sta­nie wyczy­tać zmar­twie­nia i rado­ści.

W ogó­le spo­ro tu świa­tła, spe­cy­ficz­nej aury – jak­by coś mia­ło zza owych deko­ra­cji (a może zwy­kłej rze­czy­wi­sto­ści?) wyjść. Kto wie, może otrzy­mu­je­my tu małą pod­po­wiedź doty­czą­cą tego, czy zmie­rza­my w dobrym kie­run­ku, może obser­wu­je­my kla­sycz­ne star­cie świa­tło­ści i ciem­no­ści, a może po pro­stu sta­je­my się wraż­liw­si na świa­tło za spra­wą uży­wek?

Do tego wspo­mnia­ne coun­try („nagle każ­da pio­sen­ka w radiu była o tym, co mu się przy­tra­fi­ło”). W powie­ści pada­ją nazwi­ska Way­lo­na Jen­ning­sa („Myślisz, że Way­lon Jen­nings by grał w takiej szczal­ni? Rusz cza­sem gło­wą” – mówi w pew­nym momen­cie Bill), Johnny’ego Casha (Bill widział jego kon­cert pod­czas odsiad­ki; Cash nie zagrał tyl­ko dwóch, uwiecz­nio­nych na albu­mach, kon­cer­tów w wię­zie­niach – na tej tra­sie zagrał ich ponad trzy­dzie­ści), Davi­da Alla­na Coego (outlaw przez duże „O”!, któ­ry nagrał nawet pły­tę z Pan­te­rą), Han­ka Wil­liam­sa Jr. (jego ojciec, pro­to­typ Elvi­sa, jeśli cho­dzi o gwiaz­dę typu nation­wi­de, zmarł tra­gicz­nie w wie­ku dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu lat; obec­nie na sce­nie wystę­pu­je jego pra­wnuk, zwa­ny po pro­stu „IV”, grał nie­daw­no w War­sza­wie), Anne Mur­ray, przy­wo­ła­na zosta­je tak­że gru­pa The Fly­ing Bur­ri­to Bro­thers. Potem nastę­pu­je lek­ki muzycz­ny skręt, mamy w powie­ści wzmian­kę o The Four Tops („któ­ry Bill roz­po­znał z innych cza­sów, innych miejsc”), poja­wia się Bob Dylan (Like a Rol­ling Sto­ne, oczy­wi­ście) oraz obra­zo­bur­czy, nie­po­zwa­la­ją­cy na jed­no­znacz­ne okre­śle­nie jego autor­stwa kawa­łek Louie, Louie, sły­ną­cy głów­nie ze spe­cy­ficz­nej dla tam­tych cza­sów obsce­nicz­no­ści (przez lata róż­ni arty­ści pod­krę­ca­li pie­prz­ność tek­stu mówią­ce­go o tęsk­no­cie mary­na­rza za dziew­czy­ną). Jest tu tak­że gru­pa The Tram­mps ze swo­im Disco Infer­no oraz Elvis, do któ­re­go John­son wró­ci jesz­cze mię­dzy inny­mi w zbio­rze opo­wia­dań Szczo­drość syre­ny (wyda­nym po śmier­ci auto­ra).

Ale jeśli John­son tak napraw­dę w całej swo­jej twór­czo­ści kon­se­kwent­nie do cze­goś wra­ca, to jest to wia­ra. To zro­zu­mia­łe, że pomo­gła mu ona poko­nać jego demo­ny. Pisarz szczę­śli­wie ucie­ka jed­nak od wywo­dów natchnio­ne­go neo­fi­ty, któ­ry dopie­ro co zwal­czył nało­gi. Obce jest mu rów­nież tanie mora­li­za­tor­stwo na zasa­dzie przy­po­wie­ści, w któ­rej grzech nie popła­ca, a na koń­cu cze­ka nas nie­skoń­czo­ne miło­sier­dzie lub cier­pie­nie. Brak więc w powie­ści demo­ni­zo­wa­nia, choć aku­rat w Anio­łach wia­ra potra­fi wcią­gnąć rów­nie głę­bo­ko jak hero­ina. Cza­sem sły­chać, jak „w radiu gło­sy wsio­ków modli­ły się o gro­zę”. Jed­na kobie­ta z księ­gą na kola­nach tłu­ma­czy cier­pli­wie naćpa­ne­mu chło­pa­ko­wi, dla­cze­go „Bunt Lucy­fe­ra to była total­na poraż­ka” (swo­ją dro­gą to nie­po­ko­ją­co zabaw­na sce­na). Dru­ga radzi się wróż­ki, któ­rej oczy­wi­ste­go ble­fu nie zauwa­ża, i głę­bo­ko wie­rzy, że to Zły mie­sza w duszach jej synów. Sam nie do koń­ca potra­fię to wytłu­ma­czyć, ale czy­tel­ni­ko­wi ta wia­ra może się udzie­lić, ponie­waż łatwo uznać, że na takim popie­przo­nym świe­cie dzia­ła coś wię­cej niż ludz­ka pod­łość.

Okładka powieści Denisa Johnsona pod tytułem „Anioły”.
Denis Johnson, „Anioły”, tłum. Krzysztof Majer, Kraków: Karakter, 2025.

John­son w swo­jej twór­czo­ści nie­ja­ko flir­tu­je z czymś nad­przy­ro­dzo­nym, boskim. W Resu­sci­ta­tion of a Han­ged Man męż­czy­zna po pró­bie samo­bój­czej bok­su­je się to ze swo­ją wia­rą, to z psy­chi­ką i poję­ciem tego, co rze­czy­wi­ste. Pro­wa­dzi śledz­two, lecz jed­no­cze­śnie szu­ka Boga. Z kolei w Snach o pocią­gach mamy (?) prze­kleń­stwo, któ­re mogło zawa­żyć na ludz­kim życiu oraz – zno­wu: być może – wizy­tę nie z tego świa­ta. Naj­da­lej John­son jed­nak posu­nął się chy­ba w Zagu­bio­nym wybrze­żu. Zdzi­wie­nie, że pisarz – jak­kol­wiek by patrzeć – reali­stycz­ny wybrał okre­ślo­ne roz­wią­za­nie, zosta­je przy­ćmio­ne jedy­nie przez spo­sób, w jaki je zre­ali­zo­wał.

John­son nie wie­rzy w to, że ludzie są ska­za­ni na bycie grzesz­ny­mi, że rodzą się w popa­pra­nej kon­fi­gu­ra­cji. To tyl­ko ofia­ry Ame­ry­ki, jej dzi­wactw i krzy­wo zro­zu­mia­nej wol­no­ści, czy też cią­głe­go sta­wa­nia się na nowo. To tyl­ko sen nagle stał się kosz­ma­rem. Ci ludzie się pogu­bi­li i miną lata, zanim się odnaj­dą, o ile to w ogó­le nastą­pi. Jak traf­nie ujął to w swo­im tek­ście Aaron Thier: „Wiecz­ność w twór­czo­ści John­so­na to coś, co moż­na trzy­mać w dło­niach albo rzu­cić o ścia­nę. To rów­nież coś, co może rzu­cić o ścia­nę tobą”3. Wła­śnie pod tym wzglę­dem John­son jest jak pio­sen­karz coun­try i wła­śnie tak przed­sta­wia się jego wia­ra.

Na czym więc może pole­gać realizm takiej pro­zy? Jak zaufać, wybacz­cie, wie­rzą­ce­mu? Uspo­ko­ję, że w pro­zie John­so­na brak cudow­nych inter­wen­cji. Jeśli już, to spo­ty­ka­my wyłącz­nie te „ryją­ce beret”. Wypeł­za­ją­ce z naj­ciem­niej­szych kątów. Zasłu­gu­je­my na prze­ba­cze­nie, ale nie na opie­kę i pro­wa­dze­nie za rącz­kę.

Jeśli więc cho­dzi o ów realizm: jeden z użyt­kow­ni­ków Red­di­ta nazwał tę książ­kę tor­tu­re porn. I choć rozu­miem wra­że­nie kry­ją­ce się pod tym ter­mi­nem – powieść rze­czy­wi­ście zawie­ra kil­ka moc­nych scen, któ­re mogą wyda­wać się nie­po­ko­ją­ce – to uwa­żam, że przy­wo­ła­ne sfor­mu­ło­wa­nie dale­kie jest od odda­nia tej pro­zie spra­wie­dli­wo­ści. To nie stro­na porn jest tutaj nie­po­ko­ją­ca, jej wła­ści­wie nie ma.

John­son nie fety­szy­zu­je prze­mo­cy. Nie lubu­je się w opi­sach roz­bry­zgów krwi, ude­rzeń, ran, nie uśmier­ca niko­go w wymyśl­ny czy kre­sków­ko­wy spo­sób. Tu prze­ra­ża­ją­ce jest coś inne­go. Zwy­czaj­ność. Nie­ja­ko banal­ność zła, któ­re w swo­jej twór­czo­ści autor przed­sta­wia raczej jak obraz z kame­ry prze­my­sło­wej niż fil­mo­wej.

Jeśli zastrzyk, to nie przed­sta­wie­nie prze­raź­li­wie try­ska­ją­cej igły, ale opis pro­mie­niu­ją­ce­go bólu ramie­nia. Jeże­li hero­ina, to nie w eks­ta­tycz­nych zapi­sach rodem z Tra­in­spot­ting, lecz jako drob­ne krop­ki krwi na lustrze – dowód bra­nia nie dość, że w tajem­ni­cy, to jesz­cze w pośpie­chu. Zwy­czaj­ny huk bro­ni, zwy­czaj­ne gruch­nię­cie cia­ła o posadz­kę. W obiek­ty­wie kame­ry prze­my­sło­wej śmierć wyda­je się pro­sta jak zła­ma­nie patycz­ka. W pew­nej, chy­ba naj­moc­niej­szej, sce­nie poja­wia się nóż. John­son nic z nim nie robi: jedy­nie poka­zu­je, pod­su­wa roz­wią­za­nia rodem z hor­ro­ru, pod­po­wia­da, do cze­go w takiej sytu­acji może posłu­żyć ów przed­miot. W rezul­ta­cie para­li­żu­je nas nasza wła­sna wyobraź­nia, nie zaś opis peł­ny deta­li.

Wspo­mnia­łem wcze­śniej o gło­dzie, ponie­waż przed­sta­wio­ne w powie­ści posta­ci wyda­ją się wiecz­nie nie­na­sy­co­ne. Obraz życia boha­te­rów nie jest wyłącz­nym skut­kiem ich uza­leż­nień – ćpa­nia czy pijań­stwa. To raczej uza­leż­nie­nia mają źró­dło w życiu. Cho­ciaż war­to zazna­czyć, że to nadal samo­na­pę­dza­ją­ca się machi­na.

W poło­wie opo­wieść w pew­nym sen­sie się łamie, pęka, jak­by gita­rzy­sta po ode­gra­niu solów­ki jesz­cze bawił się stru­na­mi i przy­wo­ły­wał echo minio­nych brzmień. Tro­chę tęsk­ni­my za włó­cze­niem się:

[po – red.] tery­to­rium grill barów, sta­cji ben­zy­no­wych i zaśmie­co­nych par­ce­li, w kró­le­stwo oka­le­czo­nych bil­bor­dów i czar­nych graf­fi­ti na tyn­ku ścian, nisz­cze­ją­cych niskich budyn­ków i przy­czep, na któ­rych powy­wie­sza­no odręcz­nie zro­bio­ne szyl­dy tym­cza­so­wych biz­ne­sów: NABOJE TANIO; OPONY URZYWANE GWARANCJA, JEZUS KRUL; SALON FRYZJERSKI „BRONDWAY”; WRÓŻĘ Z RĘKI; SERWIS BEZ WYSIADANIA 20.

A tro­chę się cie­szy­my, że już nas tam nie ma.

Osta­tecz­nie docie­ra­my do koń­ca, a ten roz­brzmie­wa w nas jesz­cze mały­mi fala­mi, echem. Jak pew­nie się domy­śla­cie, naj­lep­sze pio­sen­ki coun­try nie mają szczę­śli­wych zakoń­czeń. Dla­te­go zanim zmie­ni­my pły­tę, posie­dzi­my jesz­cze przez chwi­lę w ciszy.

 

1 Syn Jezu­sa, frag­ment opo­wia­da­nia Wypa­dek auto­sto­po­wi­cza w tłu­ma­cze­niu Szy­mo­na Żuchow­skie­go.

2 Pozo­sta­łe cyta­ty pocho­dzą z Anio­łów w tłu­ma­cze­niu Krzysz­to­fa Maje­ra, chy­ba że zazna­czo­no ina­czej.

3 Tłu­ma­cze­nie moje.

 

– prozaik i felietonista.

więcej →

Fallback Avatar

– niemiecko-amerykański pisarz.

więcej →

Powiązane teksty