Kiedy przed dwudziestoma laty zdecydowałam się kupić starą chatę pod Czernihowem, znalazłam jedną, wykończoną chropowatą cegłą i porastającą roślinnością. Wybór nie był podyktowany wyłącznie nostalgią, pragnieniem, by znów poczuć czarnoziem pod stopami. Miejscowość, w której planowałam od tej pory spędzać z córką letnie miesiące, wdychać gęste, przesiąknięte żywicą powietrze, słuchać cykania świerszczy, zapowiadających upał, powoli żuć kwaskowate wiśnie prosto z drzewa, wabiła nie tylko idyllicznym spokojem, ale także echem twórczości literackiej. Głównym powodem, dla którego postanowiłam zamieszkać tu choćby i w częściowo zniszczonej chałupie, była rzeka Desna: tuż obok, za łąką, zmitologizowana jak każda wielka rzeka na terenach wschodniosłowiańskich, opiewana w klasycznym tekście lektury szkolnej.
Ołeksandr Dowżenko, światowej sławy reżyser filmowy, który znalazł się w niewielkim gronie ukraińskich działaczy kultury ocalałych z pokolenia rozstrzelanego odrodzenia (udało mu się uratować życie za cenę surowego zakazu powrotu do ojczyzny – spełnienia tego warunku osobiście dopilnował Józef Stalin), w trakcie drugiej wojny światowej zanotował swoje wspomnienia z dzieciństwa spędzonego nad tą północną ukraińską rzeką. Zaczarowana Desna – taki tytuł nadał rękopisowi.
Nad brzegami wspomnianej rzeki mieszkałam niemal każdego lata od 2006 roku, dziś mogę powtórzyć za Dowżenką: zaczarowana Desna.
Dowżenko opisuje świat odrealniony, chimeryczny, o osobliwej teologii, chwilami zabawny, chwilami niewiarygodnie naiwny, zawsze piękny, a zarazem niezmiennie tragiczny. Oko pięcioletniego narratora, małego Saszki, wyłapuje epizody, z których każdy mógłby być tematem niewielkiej noweli. Autor ukazuje wezbranie rzeki, które przeradza się w potop: cała wieś jest pod wodą, ludzie wraz z bydłem chronią się na dachach, próbują ratować niepoświęcone babki wielkanocne i pisanki. Pomiędzy mieszkańcami łódką pływa ksiądz, który usiłuje przywrócić normalność w tych absurdalnych warunkach, raczej bezskutecznie. Wszystko się przewraca, wpada do wody, jak gdyby rzeczywistość zmieniła swoje ustawienia.
W życiu aż tak potężne rozlewiska jak to opisane przez Dowżenkę nie zdarzają się w okolicach Desny co roku. Niektóre prowadzą do prawdziwej katastrofy i stają się tematem opowieści: tak oto stary wieśniak mówił mi o wielkiej wodzie z lat 70. – cała wioska przypominała wtedy nie tyle Wenecję, ile raczej świat z czasów biblijnego potopu. Niekiedy jednak rzeka objawia swoją moc, nie powodując zniszczeń.
Nierzadko stawałam na skraju sadu, urzeczona, i oglądałam, jak okoliczne pola zamieniają się w bezkresne, przenikliwie błękitne morze. Krajobraz przekształca się radykalnie, by po kilku tygodniach wrócić do zwykłych granic; bawi się z człowiekiem: wszystko jest tu możliwe jak we śnie, w miejscu łąki i lasu płynie potok, a wiejski dom staje się wyspą. Ale woda w przededniu lata jest już ciepła, więc tym razem zmiany mają łagodny charakter. Można obserwować przelatujące bociany, których jest tu bez liku; podwinąć spodnie i śmiało wejść do wody, płynąć niemal od samego brzegu, dziwiąc się, jak nierzeczywista i zaczarowana, zgodnie ze słowami Dowżenki, wydaje się przyroda dokoła.
Za pogodę nad Desną, w tym za opisywaną zmianę krajobrazu (jeśli wierzyć pisarzowi), odpowiada pewna wrona.
Już z półtora wieku, jak mówiono, sprawami pogody zajmowała się u nas wrona. Była to, żeby tak rzec, nasza rodzinna wrona. Rozsiadała się koło naszego szałasu na wysokiej czarnej topoli i stamtąd widziała nas wszystkich i wszystko, cośmy pili i jedli, jaką rybę złowili, czy nie okaleczyliśmy kosą derkacza lub przepiórki, widziała wszystkie ptaki w naszym lesie, wszystko słyszała, ale najważniejsze – przepowiadała pogodę. Trafnie odgadywała zbliżanie się deszczu czy burzy, i to przy bezchmurnym, jasnym niebie. Kiedy trzykrotnie zakrakała w szczególnej tonacji, dziadek ni z tego, ni z owego zaczynał kaszlać i ziewać, a wkrótce i my rzucaliśmy grabie i widła, i ziewając, padaliśmy senni pod kopy. Jeden tylko wujek Samijło nie ulegał tym wronim czarom, które doprowadzały go do gniewu.
– Ażebyś zdechła! A kysz, nieczysta siło!1
Świat wokół Desny według Dowżenki (i nie tylko według niego) tętni życiem. Zieleń wchodzi we wszystkie szczeliny i w niektórych miejscach natychmiast tworzy zwarte żywe ściany, zasiedlone przez owady, ptactwo i inne zwierzęta. Od początku pełnoskalowej rosyjskiej inwazji docierają tutaj zwierzęta aż ze Strefy Czarnobylskiej: rysie, wilki, ponoć nawet niedźwiedź. Nic mnie nie dziwi: bezludna trzydziestokilometrowa strefa dokoła reaktora jądrowego, który wybuchł w 1986 roku, przeobraziła się w królestwo zdziczałych krów, koni Przewalskiego, niedźwiedzi i rysiów – zarządzają one tą przestrzenią i własną witalnością tak, jak tylko mają ochotę. Życie nad Desną trwa od wieków w niemal niezmienionej postaci. Dowżenko opisuje całą jego specyfikę; ukazuje świat, w którym żyją chłopi polescy pierwszej połowy XX stulecia.
Wydawać by się mogło, że do XXI wieku niewiele przetrwało z tej archaiczności, ale podobnym myślom przeczą kupałowe wianki płynące z nurtem rzeki czy jędrne, młode rośliny, które wciąż wyrastają z czarnoziemu z całą swoją bezbronnością i wolą życia. „Niczego na świecie tak nie lubię, jak sadzić coś tam w ziemi, żeby potem rosło. To mi dopiero radość, kiedy wyłazi z ziemi taka czy inna roślinka” – mówi matka na początku tekstu Dowżenki. Wchodząc w bezkształtną mgłę zawieszoną nad niziną, można uwierzyć w legendy o krokach duchów na pobliskiej kładce. Może warto więc rozejrzeć się wokół?
Z głębi cudzego podwórza rozlega się przeciągłe gardłowe wołanie, chór głosów kobiet tak starych, że niemal już nieobecnych. Staruszki wciąż strzegą dawnego śpiewu, niezmiennego od stuleci – a może to on je ochrania? Język Polesia, odgrodzony od świata labiryntami lasów, zachował reliktowy charakter, tak jak zachowuje się kamyk z dzieciństwa na dnie kieszeni kurtki od lat leżącej na strychu. Samo słowo „Desna” pobrzmiewa echem pradawnego rdzenia „DN”, obecnego w nazwach kilku innych wielkich rzek ukraińskich: Dniepr, Dniestr, Dunaj… Wody tych rzek nierzadko pełniły funkcję granic: czasem rzeczywistych, jak w trakcie rosyjskiej inwazji, niekiedy zaś mistycznych – w folklorze ukraińskim „przekroczyć Dunaj” znaczy tyle co „przejść do zaświatów, poznać to, co po śmierci”.
Śmierć w Zaczarowanej Desnie Dowżenki jest obecna wszędzie, szokuje czytelnika, lecz nie narratora. Chłopiec żyje w rzeczywistości, w której śmierć stanowi tylko część życia. W tym świecie człowiek jednego dnia może być świadkiem odejścia czterech ciężko chorych braci, innego zaś – cieszyć się z narodzin siostry i jednocześnie ze śmierci prababki, która niegdyś wymyślała przekleństwa niemal jak poezję, a przeklinała wszystko, czego dotknęła.
Czy wiecie, jaka to radość, kiedy umierają prababki w starych chatach, zwłaszcza zimą?! Jaka to ulga! Chata od razu staje się jakby większa, powietrze czystsze i jasno jest jak w raju. Złażę szybko na zapiecek, wskakuję stąd w dziadowe walonki i mijając żebraków, wybiegam na złamanie karku na podwórze. A na dworze grzeje słońce. Latają gołębie, których nie ma już kto przeklinać. Pirat bawi się wesoło łańcuchem i drutem. Na starej strzesze pieje kogut. Gęsi jedzą coś z wieprzem w pełnej zgodzie z jednego koryta. Ćwierkają wróble. Ojciec ciosze trumnę. Śnieg taje. Ze strzech kapie woda, ze strzech kapie woda… Wlazłem na kupę prętów łoziny i zacząłem się huśtać… huśtać… huśtać… A drogą idzie z wiadrami po wodę dziadek Zacharko, kowal Zacharko, idzie dziadek Zacharko… – Hej, dziadku! Nasza baba umarła. Przysięgam, że nie kłamię! – krzyknąłem uszczęśliwiony i roześmiałem się.
Śmierć może być różna, może być również częścią mitu, jak w znanym czarno-białym filmie Dowżenki zatytułowanym Ziemia. Jedna ze scen przedstawia chłopca niesionego w trumnie; w tym samym czasie jego matka rodzi dziecko. Pada ulewny deszcz, a krople odbijają się od rozsypanych na ziemi jabłek.
Umieranie może być też absolutnie potworne – jak we wsi Jahidne, oddalonej o jedno pole od rajskiego miejsca nad zaczarowaną Desną, od mojej osobistej „rezydencji literackiej”, w której tak lekko się oddycha i tak dobrze pisze wiersze. Podczas okupacji, na początku 2022 roku, Rosjanie zgromadzili wszystkich mieszkańców wsi, z niemowlętami włącznie, w piwnicy szkoły i przetrzymywali ich w niewoli przez dwadzieścia osiem dni. Uwięzieni zostali pozbawieni jedzenia, a pomieszczenie było tak ciasne, że spali na siedząco. Najsłabsi umierali z wycieńczenia; zdarzało się, że przez dzień lub dwa trup leżał wśród żywych, ponieważ okupanci nie pozwalali go pochować. Ściana w piwnicy tej szkoły, dziś przekształconej w miejsce pamięci, jest udekorowana rysunkami dzieci. Obok widnieje spis osób, które zmarły na skutek uwięzienia. Można tu również dostrzec listę dni z kalendarza, wypisaną na murze przez zniewolonych Ukraińców, którzy próbowali zorientować się w upływie kolejnych dni i nocy spędzonych w straszliwym więzieniu otoczonym przez piękne lasy sosnowe.
Właśnie we wsi Jahidne Rosjanie rozdawali dzieciom granaty bojowe, mówiąc, że to zabawki. Teraz pamięć zaczarowanej Desny jest naznaczona piętnem okupacji; mieści w sobie nie tylko echo literatury, zapach wrześniowych grzybów pośród mchu, miękkość rzecznego mułu czy smak wody, po której biegną słoneczne błyski.
Dziś nie można tak po prostu przejechać rowerem przez łąkowe ziołorośla, wejść na ścieżkę leśną, między drzewa, przechadzać się to tu, to tam. Wszędzie widać plastikowe tabliczki z napisem: „zaminowane”. Na małej uliczce, gdzie kiedyś kupiłam dom wykończony chropowatą cegłą, brak jednego budynku oraz dwóch zabudowań gospodarczych.
Rosjanie próbowali zabić nawet zaczarowaną Desnę, choć wydaje się to mało prawdopodobne: jak można zabić rzekę? W sierpniu 2024 roku celowo spuścili do górnego biegu Desny wysoce toksyczne odpady: substancja spływała z nurtem i zatruwała wszystko, co żyło: ryby, insekty, lilie wodne, samą wodę. Okupanci liczyli na to, że toksyny dotrą do Kijowa, skażą Dniepr, zanieczyszczą wodę pitną i ostatecznie zniszczą miasto. Przez kilka tygodni ludzie obserwowali, jak rzeka się sprzeciwiała, z całą siłą walczyła, żeby się oczyścić. Kiedy woda dotarła do miejsca, w którym Desna zlewa się z Dnieprem, śmierć się cofnęła, choć zapłatą było życie tysięcy niewinnych wodnych stworzeń.
Moja pamięć o zaczarowanej Desnie jest wielowarstwowa; ukształtowały ją tekst Dowżenki, moje kąpiele w wartkiej lodowatej wodzie, kwaskowate wiśnie, o których marzyłam, szukając sobie miejsca nad rzeką, hamak, łąka upstrzona plamkami białych kwiatów, wieczorne bieganie, książki napisane tu przeze mnie (a pisze mi się nad Desną szczególnie dobrze!)… Ale pamięć o Desnie to także wycie syreny w oddali i wybuchy od strony Czernihowa, które ignoruję. Metalowa śmierć leci nie do mnie, lecz nade mną, od granicy – przez Czernihów – do Kijowa. Podnoszę głowę i ponad zwinnymi stadkami jerzyków widzę kilka wrogich dronów. Pamięć o tym miejscu to opalenizna i dzieciństwo córek na urwistej piaszczystej plaży, gdzie do wody trzeba schodzić ostrożnie, by nie spaść na łeb na szyję. To skoncentrowane zapachy: bazylii, pomidorów, arbuzów i jabłek.
To także zmienione prawa natury. Mówi się, że z każdym pokoleniem przyroda marnieje. Dziadek z tekstu Dowżenki pouczał, że w dawnych czasach „wszystko było piękniejsze. Rzeki i jeziora były głębsze, ryba większa i smaczniejsza, a ile grzybów i jagód w lesie – wprost trudno opowiedzieć, a i lasy były gęstsze, a trawy takie, że wąż by nie przelazł, czy teraz to są trawy?!”. Jego rozmówcy słuchali tego jednak z pobłażliwym uśmiechem i nie do końca mu wierzyli. Sama również nie wierzę – każdy z moich pięciu zmysłów daje inne świadectwo: cokolwiek by się na świecie działo, trawy nad zaczarowaną Desną są tak samo gęste.
1 Wszystkie cytaty za: A. Dowżenko, Zaczarowana Desna i inne opowieści filmowe, tłum. S.E. Bury, Warszawa: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1976.
