Czerwcowy wieczór. Taras Małego Teatru. Lew z betonu pilnuje budowli, tego dziwacznego owocu fantazji architektonicznej Ignacego Ledóchowskiego, spoglądając na kwartały Górnego Miasta. W tym samym czasie obok niego tuzin najjaśniejszych Kijowian. Melodii przysłuchuje się grupka aktorek i aktorów, spektaklom z ich udziałem poświęcane są entuzjastyczne recenzje i instagramowe opowieści. Dalej, bliżej baru, ulokował się znany krytyk muzyczny. Zwycięzcy aukcji charytatywnej na rzecz wojska, która dopiero co się skończyła, obejmują ukochanych.
Właśnie dobiega końca festiwal „Kult Kijowa”, zorganizowany podczas pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Ten festiwal oraz teatr, w którym zrodziła się jego idea, widziały wszystko: nagłe zaciemnienia, awaryjne odłączenia wody, wymuszone z powodu alarmów powietrznych antrakty.
Niemniej teraz nie brzmią ochrypłe syreny. Na scenie jest zespół Blooms Corda, który zawsze precyzyjnie oddaje kijowskie nastroje. Frontman Danyło Hałyko śpiewa o innej zgoła dzielnicy. „Galateo – wyznaje bohater piosenki – dziś przypadkowo znalazłem się na Podile”. Dalej w tekście Danyła są wspominane tamtejsze budynki, wieczorami przypominające odcieniem Nil, oraz dziwna spontaniczna trasa: „Murakami plus Camus plus Kurt Vonnegut”.
Ta historia o sympatycznej gapie ze złamanym sercem nasuwa mi pewną myśl: wiem, o którą Galateę chodzi.
***
„To skomplikowane”.
Muszę od razu uczciwie wyznać: jako Kijowianin musiałbym opisać swój stosunek do Podiłu, wykorzystując tę banalną formułę. Może dlatego, że od wczesnego dzieciństwa lepiej znam rewiry lwa z gmachu Ledóchowskiego. W porównaniu do niego podilskie Dolne Miasto jest dalekim, obcym światem.
Może tak być przez moje pierwsze wrażenia pobytów tam. W moich szkolnych latach Podił czarował spektaklami dla najmłodszych, ale drażnił nieuporządkowaniem ulic.
Pózniej, już jako student, nie rozumiałem, dlaczego ta dzielnica jest uważana za czarującą kwintesencję dawnych czasów.
Zaraz za budynkami Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, miłej i barokowo ciepłej Mohylanki, założonej w XVII stuleciu, pejzaż jest naznaczony przez opuszczone strefy przemysłowe i place budowy.
Oleś Ilczenko, jeden z najbardziej konsekwentnych kijowskich urbanistów, precyzyjnie sformułował to, co mnie truło: „Zakłamany Podił // jako stary dziad człapie do rynku”.
Na rynku zaś króluje handel, chyba jedyny historyczny element obecny na Podile już od czasów średniowiecza i nawet dziś ciągle wzmacniający swoje pozycje. Kiedyś podilskie jarmarki – „kontrakty” – działały jak międzynarodowe fora ekonomiczne, na których, powiedzmy, mógłby występować Franciszek Liszt. W dzielnicy króluje też zaniedbanie, które przeradza się w bezdomność, realną czy metaforyczną, związaną z osłabieniem pamięci kulturowej. Widać ją choćby w trudnym do zapomnienia epizodzie, gdy trzech wandali pomalowało rzeźbę biblijnego Samsona ze słynnej podilskiej fontanny na różowo…
Na ogół mam tendencję, by wierzyć poetom. Zgodnie z aforyzmem Leonida Kisielowa „Podił to złe miasto dla psów”. Po słynnej dzielnicy poruszają się tramwaje ze stałym grafikiem i bezlitosnymi motorniczymi. Podwórza w wierszach tego przenikliwego pisarza z lat 60. są zobrazowane jako śliskie i brudne, podobne do śniadań ze śmietników. Wydawałoby się terytorium brudu, oschłości, nienaturalności.
Kornel Makuszyński też otwarcie nie lubił tej dzielnicy. We wspomnieniach Radosne i smutne z 1920 roku polski literat narzeka na „straszliwe ulice kijowskie”, które „mają tę głupią właściwość, że wszystkie wiodą pod górę”. Podilski krajobraz nizinny przeczy takiemu zarzutowi. Przyszły autor kultowych bajek o Koziołku Matołku rzadko tam bywał. Gdyby częściej schodził od najbardziej artystycznych kawiarni Uzwozem Świętego Andrzeja na Podił, może pozbyłby się nadmiaru sceptycyzmu i stałby się odrobinę bardziej romantyczny. Choćby na chwilę. Chociażby na moment, gdy mijałby niegdysiejszy dom Michała Grabowskiego.
Inne zdanie miał Jarosław Iwaszkiewicz. Dobrze znał tę dzielnicę i uważał ją za miejsce inspirujące, nie bez ironii nazywając ją „starym kijowskim gettem”. Natomiast, mówiąc poważnie, wiersz Iwaszkiewicza Padół (1912) jest odą do kijowskiej wielokulturowości.
Persowie, Żydzi, wikingowie, których ostrożnie wyrzuciły na tamtejsze nabrzeże fale Dniepru i epok, są ozdobą lirycznej fabuły, a zarazem tworzą nastrój dzielnicy.
Podsumowując, wbrew lawinom wydarzeń, które szarpały tymi wspólnotami, ich obecność na Podile nie została wymazana.
***
Czy Podił ma coś wspólnego z odpoczynkiem? Jeszcze jak!
Z jednej strony, diabelski młyn, który w 2017 roku „przytoczył się” na Plac Kontraktowy specjalnie na jarmark bożonarodzeniowy, zdemontowano dopiero tego lata.
Z drugiej strony, tutaj zawsze, już od średniowiecza, dużo się pracowało. Przez eklektyczne ulice Podiłu niegdyś snuli się nie tylko profesorowie i studenci Akademii, skromni rzemieślnicy, merkantylni sprzedawcy, kierowcy wszystkich czasów, imigranci i po prostu bezdomni. Właśnie na Podile dojrzewała wolnomyślicielska władza miejska, która od końca XV stulecia rozwijała się zgodnie z prawem magdeburskim.
Zadziorny Jurij Kosacz w swojej bodaj najbardziej tajemniczej, wczesnej minipowieści Kohorta szalonych (1930) porównuje jedną z postaci do figury świętego zdobiącej gmach magistratu. Czyni to z takim rozmachem, że rzeczywiste dekoracje zdają się ożywać: archanioł Michał, „misternie wykonany z blachy”, jakoby „o każdej godzinie uderzał w paszczę smoka […]. Smok zionął iskrami i syczał”.
Już kilka kroków od tej budowli, okupowanej przez przyziemne kłopoty, mieszkała radość. Nie brakowało jej w licznych celach klasztornych, dobrze znanych prawosławnym w całej Europie. W minipowieści Iwana Neczuja-Łewyckiego Rodzina Kajdaszów (1879) baba Pałażka jawi się jako rasowa travel blogerka. Jakimi historiami ta bohaterka – jedna z najbardziej wyrazistych twarzy ukraińskiego realizmu – uwodzi wiejskie młode mężatki? Opowieściami z Podiłu. Gdyby nie legendy o fontannie „Samson” i cerkwi św. Andrzeja marzycielska Mełaszka nie wybrałaby się z pielgrzymką do Kijowa. Co więcej – nie byłaby narażona na porwanie przez mnicha. I to w samym sercu Podiłu, podczas niewinnego relaksu w Monasterze Brackim…
Podił jest tłem niekończących się historii o testowaniu granic wolności przez miarę sumienia i na odwrót. Z tą dzielnicą związane są miejskie romanse każdego autoramentu. To właśnie tam, w prawobrzeżnych zaułkach miasta, mieszkał łotrzyk ze słynnej piosenki Hop ze smykiem, którego prozaik i etnograf Wiktor Petrow nazwał „apoteozą bohatera z półświatka”. Dobrze, że czas takich bohaterów powoli się kończy. Bez dwóch zdań teraz łatwiej jest usłyszeć, jak muzycy uliczni na Podile grają Pink Floyd, niż odnaleźć miłośników brutalnego szansonu. Również kultura rave, z której słyną tutejsze kluby, stała się już wizytówką Kijowa na świecie.
Co leży u podstaw każdego odpoczynku? Na pewno lekkość przeżywania nowych doświadczeń.
Podił jest hojny w tym zakresie. Główny bohater powieści Hryhora Tiutiunnyka Dzień mój sobotni wyrusza na Żytni Rynek na Podile właśnie po to, by się rozerwać. Nie tylko po warzywa i kwiaty, lecz także by pogadać z przekupkami. Mykoła Porubaj to wieśniak z urodzenia, który jeszcze nie pogodził się do końca z pracą urzędnika ani z wszechobecną hipokryzją, ani w ogóle z Kijowem. Równocześnie ta dzielnica, „brudnawa, ale najbardziej demokratyczna w całym mieście” życzliwie podaje mu dłoń, wspierając podczas zmian. Nawet small talk z, jak pisze Tiutiunnyk, „kobietami z bazaru” okazuje się być na miejscu i przynosi ulgę.
***
Mam poczucie, że obecność pewnych ludzi zupełnie zmieniła współczesny Podił już trochę ponad dekadę temu. Cyganeryjny charakter dzielnicy uzupełniła życzliwość, a najlepszym tego potwierdzeniem jest literatura dziecięca.
Hala Tkaczuk nieprzypadkowo nazwała swoją nowelę z 2013 roku Wieczorowe sklepy ulicy Włoskiej. Ukazanie się tej książki odzwierciedlało pewną modę: w zabytkowych kijowskich kamienicach coraz częściej otwierano kawiarnie i sklepiki. Z zadbanymi rabatami i doniczkami przy wejściu, a także ze stylowymi wnętrzami. Zakładano je nie dla czysto komercyjnego zysku, raczej by współtworzyć przytulną atmosferę okolicy. Gwoli dostępności odpoczynku, niechby i najprostszego. Po to, by młodociani buntownicy z włosami w dzikich kolorach mieli gdzie kupić matcha latte na wynos, zaś emeryci mogli bez pośpiechu posiedzieć z filiżanką kawy. Otóż, zgodnie z fabułą Tkaczuk, w jednym z takich sklepików spotyka się najbardziej rozkapryszona miejska publika, włącznie z krokodylem, po to, by prowadzić dyskusje filozoficzne. Jakże to odmienne: dyskusja w autentycznej akademii!
Nawet podilskie postacie, którym folklor przypiął nieco mroczne etykiety, z czasem nabrały większego ciepła. W baśni Mii Marczenko „Kożumiaka i Smok”, czyli Dyplomacja księżniczki Anny (2021) ziejący ogniem smok ląduje na Podile nie po to, by realizować swoje złowrogie ambicje. Smok cierpi po prostu na nerwobóle, dlatego tradycyjny miejski superbohater, Kyryło Kożumiaka, odkrywa w sobie talent masażysty i rehabilitanta. Dobroć okazuje się zarazem najskuteczniejszą bronią i najcenniejszym zasobem Kijowa. Nic więc dziwnego, że kilka tygodni temu natrafiłem na jednej z centralnych ulic Podiłu na grafitti: „Wszyscy mamy walczyć o siebie nawzajem”.
***
„Galateo – śpiewa dalej Danyło Hałyko – jestem niby po raz pierwszy tam, gdzie już tyle razy byłem”.
Jestem przepełniony podobnymi myślami i impulsami. Bez dwóch zdań, Podił jest kijowską Galateą. Dzielnica, która potrafi odżyć dzięki miłości mieszkańców. Duch uliczek, wolnostojących domów, klasztorów, który przebił się przez skorupę mitów.
Trasa od Murakamiego do Vonneguta jest mi znana. Mało co może przewyższyć wyprawę po podilskich księgarniach! Musiał się tego domyślać Stepan Radczenko z powieści Waleriana Pidmohylnego Miasto (1927). Jednak teraz wszystko jest o wiele jaskrawsze. Księgarnie sieciowe, niszowe, antykwaryczne (z niebywałymi książkami: kiedyś kupiłem przy ulicy Spaskiej węgierską monografię o sztuce naiwnej)…
Ich zagęszczenie jest tu zresztą wręcz imponujące – ku zazdrości mieszkańców innych dzielnic Kijowa i ku uciesze miłośników literatury.
A jak zespół Blooms Corda połączył lekki smutek z autoironią, inteligentnym sentymentalizmem i – co najważniejsze – z nadzieją… Jest to jeden z najbardziej skomplikowanych dialektów, którym mówi do mnie Podił. Słyszę go wówczas, gdy przypominają mi się nieszczęśliwe miłości do cudnych dziewcząt z Mohylanki. Czy wówczas, gdy niedaleko od kina „Żowteń”, najstarszego w Kijowie, zauważam karmniki dla ptaków nad rabatką z aksamitkami. Lub wtedy, gdy kawałek od ulicy Hryhorija Skoworody widzę na fasadach i podwórzach ślady po niedawnych rosyjskich ostrzałach.
Kijowska Galatea nie nosi kamizelki kuloodpornej, gdyż jest delikatnej budowy.
Kijowska Galatea nie przesadza z kosmetykami.
Nasze lato kijowskie łapie jej kokieteryjny uśmiech i czuje się jak Pigmalion.
Tłumaczenie z języka ukraińskiego: Żanna Słoniowska.
