Pod domem Różewicza (mix)

Jakiś czas temu Miej­ska Biblio­te­ka Publicz­na w Gli­wi­cach zapro­po­no­wa­ła mi spa­cer śla­da­mi waż­nych posta­ci lite­ra­tu­ry dwu­dzie­sto­wiecz­nej, któ­re kie­dyś w tym mie­ście pomiesz­ki­wa­ły. Piszę „pomiesz­ki­wa­ły”, bo aku­rat dwu­dzie­sto­let­ni pobyt Tade­usza Róże­wi­cza w moim rodzin­nym mie­ście był chy­ba bar­dziej pomiesz­ki­wa­niem niż zamiesz­ki­wa­niem rozu­mia­nym jako trwa­łe zapusz­cze­nie korze­ni, któ­rych rwać poeta by nie chciał.

Pryn­cy­pial­na kwe­ren­da w tek­stach Róże­wi­cza dowo­dzi home­opa­tycz­nej obec­no­ści tego mia­sta w jego poetyc­kim ima­gi­na­to­rium. Owszem, wspa­nia­ły poemat Ache­ron w samo połu­dnie zawie­ra gli­wic­kie kon­kre­ty topo­gra­ficz­ne, nie­mniej wiersz ten pra­cu­je w obsza­rach zde­cy­do­wa­nie szer­szej abs­trak­cji, wychy­la się poza linie hory­zon­tów, któ­rych wypa­try­wać chciał­by spa­ce­ro­wicz po gli­wic­kich śla­dach Róże­wi­cza. „Dom z wie­życz­ką” przy koń­cu uli­cy Zyg­mun­ta Sta­re­go, w któ­rym Róże­wicz napi­sał Kar­to­te­kę i gros swo­ich naj­lep­szych rze­czy poetyc­kich, po dziś dzień stoi niczym wyso­ka wie­ża Höl­der­li­na nad Nec­ka­rem. Przy czym sza­ra fak­tu­ra jego tyn­ku i jak­by pomniej­szo­na archi­tek­tu­ra przy­po­mi­na­ją, że Nec­ka­rem jest tu rze­ka Kłod­ni­ca, a nie­gdy­siej­szy loka­tor to wiel­ki śle­dzien­nik, któ­ry nie bole­je nad „cza­sem mar­nym” dzie­dzi­czo­nym po wizjach Höl­der­li­na, tyl­ko ten „czas, któ­ry idzie” naj­zwy­czaj­niej w świe­cie przyj­mu­je jako wła­sny, pod­ży­ro­wa­ny bio­gra­ficz­nym doświad­cze­niem i koniecz­nym – zdro­wo­roz­sąd­ko­wym – apo­ka­lip­tycz­nym świa­to­od­czu­ciem, dla któ­re­go zna­lazł opty­mal­ną nutę poezji pisa­nej zde­cy­do­wa­nie małą lite­rą. Kie­dy sto­ję pod domem Róże­wi­cza, wiem, że miesz­kał tu mój bliź­ni w gro­te­sce, brat łata rezy­gna­cji, spo­le­gli­wy obser­wa­tor koro­zji czło­wie­czeń­stwa, któ­re dla nie­go oka­za­ło się naj­pew­niej ludo­żer­ką. Tedy waka­cyj­na wizy­ta­cja pod domem Róże­wi­cza, tudzież wyciecz­ka na pobli­ski cmen­tarz, gdzie pocho­wał mat­kę, zda­ją mi się meta­fi­zycz­ną koniecz­no­ścią, zwłasz­cza, że aku­rat Mat­ka odcho­dzi nale­ży do tego rodza­ju tomów, któ­re­go nigdy nie pokry­je paty­na. Pisa­łem o Róże­wi­czu róż­ne tek­sty, w bar­dzo róż­nych, emo­cjo­nal­nych oko­licz­no­ściach. Żaden jed­nak nie był zapro­sze­niem do waka­cyj­nych eks­kur­sji. Wyj­mu­ję tu parę ustę­pów, któ­re są świa­dec­twem dziw­ne­go przy­wią­za­nia i trud­nej miło­ści do tej lite­ra­tu­ry, od któ­rej trze­ba trzy­mać się z dale­ka, jeże­li pra­gnie się pisać jakieś rze­czy wła­sne. Jak więc odna­leźć w sobie „let­ni” sto­su­nek do auto­ra Nic w płasz­czu Pro­spe­ra? Stać pod jego daw­nym domem w Gli­wi­cach, a potem pisać o nim jak naj­wię­cej, żeby nie zapo­mnieć, jak kie­dyś wyglą­da­ły mak­si­ma lite­rac­kich ambi­cji i jak być „sobie a muzom” jed­nym z naj­więk­szych pisa­rzy, jakie nosi­ła ta zie­mia, rów­nież gli­wic­ka.

Z pierw­sze­go tomu bio­gra­fii Tade­usza Róże­wi­cza autor­stwa Mag­da­le­ny Gro­chow­skiej pozwa­lam sobie przy­to­czyć swo­je – obcią­żo­ne emo­cjo­nal­nym bala­stem natych­mia­sto­wej odpo­wie­dzi – podej­rze­nia w spra­wie rela­cji, jakie wią­za­ły Róże­wi­cza z okre­ślo­nym miej­scem zamiesz­ka­nia, któ­re być może jakoś wpły­wa­ło na ogól­ną tona­cję jego utwo­rów pisa­nych aku­rat w Gli­wi­cach. Oczy­wi­ście nie prze­ce­niam pre­sji, jaką Gli­wi­ce tam­tych lat musia­ły wywie­rać na pió­ro i „nożyk pro­fe­so­ra”. Śmiem jed­nak twier­dzić po dziś dzień, że coś z śle­dzien­ni­czej atmos­fe­ry pro­win­cji prze­do­sta­ło się i ukon­kret­ni­ło w lite­rac­kich tek­stach Róże­wi­cza, z ich zadzi­wia­ją­cą siłą anty­me­ta­fi­zycz­nej per­swa­zji. Ta „pro­win­cja ludz­ka” w przy­pad­ku Róże­wi­cza uro­sła do ran­gi cen­trum potęż­ne­go zwąt­pie­nia tyleż w sens upra­wia­nia lite­ra­tu­ry, ile w jej tau­to­lo­gicz­ny cha­rak­ter odpo­wie­dzial­ny za per­ma­nent­ną odmia­nę imion nico­ści przez przy­pad­ki „nicze­go”, któ­re oka­zu­ją się osta­tecz­nie repro­du­ku­ją­cym losem każ­de­go życia.

Dla mnie Róże­wicz pozo­sta­wał ele­men­tem mito­lo­gii miej­skiej. Gdy na począt­ku lat 90., w liceum, zaczą­łem go czy­tać świa­do­mie, przy­cią­gnę­ło mnie do nie­go to, że jest stąd. Pomy­śla­łem wte­dy: mam do tych wier­szy uła­twio­ny dostęp poprzez to, że jego bio­gra­fia była rów­nież – jak Gli­wi­ce – pro­win­cjo­nal­na.

„Pro­win­cjo­nal­ność” Róże­wi­cza mogła sta­no­wić dla nie­go ali­bi dla oko­licz­no­ści histo­rycz­nych, w jakich się zna­lazł. To był śro­dek sta­li­ni­zmu… Wybór Gli­wic nie był jego wybo­rem, zade­cy­do­wa­ły bar­dzo prag­ma­tycz­ne wzglę­dy. I wynik­nę­ła z tego pra­wie dwu­dzie­sto­let­nia „zsył­ka”.

Gli­wi­ce były mia­stem „prze­ła­dun­ko­wym”. Jecha­li tędy ludzie ze Lwo­wa i jeśli nie mie­li dość deter­mi­na­cji, żeby zmie­rzać do Wro­cła­wia i dalej na Zachód, pozo­sta­wa­li w mie­ście nie­ozna­czo­nym. Pro­fe­so­ro­wie lwow­scy na Poli­tech­ni­ce weszli w puste miej­sce. A wła­ści­wie w czy­jeś buty. Tu były wspa­nia­łe wil­le ponie­miec­kie, wska­ki­wa­ło się w buty daw­nych nie­miec­kich miesz­czan, w ich meble i sto­ło­wi­znę, wystar­czy­ło tyl­ko wejść i zapa­rzyć kawę.

Idio­syn­kra­zja Róże­wi­cza do Gli­wic jest sil­na, ale obró­ci­ła się w naj­lep­sze rze­czy, jakie tu napi­sał. Napi­sał z wście­kło­ści. Bo jak się miesz­ka w miej­scu, w któ­rym się nie chce miesz­kać, i któ­re­go się nie lubi, to ta siła odśrod­ko­wa spra­wia, że moż­na się wspi­nać bar­dzo wyso­ko. Jemu się to uda­ło.

W liceum czy­ta­li­śmy Kar­to­te­kę nie tyl­ko jako uni­wer­sal­ny tekst, ale rów­nież jako naj­wy­bit­niej­sze dzie­ło, któ­re powsta­ło w Gli­wi­cach. Pod­bi­ja­li­śmy moment lokal­nej dumy, któ­rej rewer­sem jest kom­pleks wobec Kra­ko­wa. Róże­wicz zapew­ne też go odczu­wał.

Dla mnie, nasto­lat­ka, Gli­wi­ce były mia­stem wspa­nia­łych arty­stów – Róże­wi­cza, Korn­hau­se­ra, Zaga­jew­skie­go, Pszo­nia­ka, Lach­man­na, Hor­sta Bien­ka. Mia­sto inży­nier­skie, przy Poli­tech­ni­ce, tech­no­lo­gicz­ne, mia­ło jed­nak pod­szer­stek inte­lek­tu­al­ny.

Róże­wicz prze­ży­wał tu fru­stra­cje. Był u szczy­tu moż­li­wo­ści inte­lek­tu­al­nych, w jego odczu­ciu nie­wy­ko­rzy­sta­nych w peł­ni. Przy­jeż­dżał cza­sem Przy­boś, poja­wił się Paweł May­ew­ski ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych, paru mło­dych – aktyw­nych w kul­tu­rze stu­denc­kiej. […] Tutaj sta­wał się zna­nym na świe­cie pisa­rzem, dowar­to­ścio­wa­nym przez licz­ne prze­kła­dy.

W tam­tych latach jedy­nie słusz­nym mode­lem egzy­sten­cji był na Ślą­sku matriar­chal­ny kult pra­cy. Żona pra­cu­je w domu, mąż idzie na gru­bę. To prze­trwa­ło w Ślą­za­kach i Róże­wicz w nich to wyczu­wał. Był inny i ota­cza­ła go próż­nia. Nawet umiej­sco­wie­nie jego domu – Wój­to­wa Wieś to wte­dy mar­gi­nes mar­gi­ne­su w mie­ście – meta­fo­rycz­nie bar­dzo dobrze odda­je odbiór jego oso­by w Gli­wi­cach”1.

Mieszkanie Tadeusza Różewicza w Gliwicach, ulica Zygmunta Starego 28, fot. Krzysztof Siwczyk.
Mieszkanie Tadeusza Różewicza w Gliwicach, ulica Zygmunta Starego 28, fot. Krzysztof Siwczyk.

Z moje­go ese­ju Koło miej­sca z kolei zde­cy­do­wa­nie i dziś prze­pi­sał­bym wła­sne sło­wa, zwłasz­cza to zda­nie o uśmie­rza­niu nudy życia, jakie ofe­ru­je lite­ra­tu­ra. Oczy­wi­ście luk­sus nudy jest mi dziś – z racji wie­ku – osta­tecz­nie sil­nie regla­men­to­wa­ny kon­dy­cją fizycz­ną. Ale w momen­cie pisa­nia tego aka­pi­tu byłem jesz­cze w cał­kiem żwa­wej for­mie, być może dla­te­go tyle tu inte­lek­tu­al­ne­go nie­po­rząd­ku, upar­te­go truch­tu słów za mgła­wi­co­wym sen­sem tam­tych dni, w któ­rych jako ado­le­scent uświa­do­mi­łem sobie, że mój miej­ski spa­cer­niak prze­mie­rza­li w prze­szło­ści wybit­ni poeci i że ich prze­szłość wyda­je się gęst­sza niż moje wspo­mnie­nia „sie­bie” – indy­fe­rent­ne­go dziec­ka okre­ślo­nej epo­ki prze­ło­mu spo­łecz­no-poli­tycz­ne­go, Arka­dii dycha­wicz­nych, póź­nych lat 80., w któ­rych wszyst­ko tak pięk­nie dąży­ło do apo­ka­lip­sy, jaką ci wybit­ni poeci mie­li już daw­no za sobą.

Lite­ra­tu­ra to uśmier­zacz nudy życia. Mime­tyzm i fan­ta­zja, opis i kre­acja, dys­to­pia i pamięt­ni­kar­stwo sta­no­wią gatun­ko­we kli­sze, w któ­rych musi się zmie­ścić nasza egzy­sten­cja, aby zacho­wać walor wypo­wia­dal­no­ści, bez naj­mniej­szej nawet pew­no­ści, że mówi­my o czymś real­nym czy ist­nie­ją­cym. Z tych przy­pad­ko­wych i przy­kła­do­wych klisz naj­ła­twiej mani­pu­lo­wać pamięt­ni­kar­stwem, gdyż doty­czy ono nie­ist­nie­nia w posta­ci czy­stej. Zwłasz­cza tam, gdzie mate­riał pamię­ci zor­ga­ni­zo­wa­ny jest podług regu­la­mi­nu zgrzeb­nej musz­try, opar­tej na paru rytu­ałach, naj­chęt­niej zawie­rza­my ilu­zji praw­dy. Czymś takim było dla mnie gli­wic­kie dzie­ciń­stwo w PRL‑u. Nic w tym dzie­ciń­stwie nie było dra­ma­tycz­ne poza obsza­rem nie­do­stęp­nej nie­świa­do­mo­ści. Wszyst­ko nato­miast wyda­wa­ło się praw­dzi­we. Świad­czy o tym wyra­zi­stość szcze­gó­łu wydo­by­wa­ne­go z pamię­ci i gęstość aury rze­czy­wi­sto­ści, któ­rą ten szcze­gół wzma­ga. W każ­dej chwi­li dzi­siej­szej nocy widzę małą pla­kiet­kę Maana­mu wpię­tą w kla­pę dżin­so­wej kata­ny, dokład­nie czu­ję zapach sma­ru do łań­cu­cha rowe­ro­we­go. Te i inne żało­sne mag­da­len­ki mapu­ją teren nie­ist­nie­nia, okre­śla­ją pod­mio­to­we przy­go­dy, któ­re były zaiste wspa­nia­łe, sko­ro nie mia­ły miej­sca. Frag­men­ta­rycz­ne epo­pe­je, tak bar­dzo pospo­li­te, że bie­rze­my je za indy­wi­du­al­ny ryt – oto co pozo­sta­je do dys­po­zy­cji, kie­dy żyje się poza lite­ra­tu­rą. Mia­sto, w któ­rym miesz­ka­łem, nie było mia­stem lite­ra­tu­ry. Było i nadal jest wykwint­ną poten­cjal­ną mię­dzy­stre­fą, w któ­rej nie gnieź­dzi się duch kul­tu­ry lite­rac­kiej, by nie powie­dzieć kul­tu­ry w ogó­le. Nie mógł­bym oczy­wi­ście żyć gdzie indziej. Gdzie indziej jest wszę­dzie, zwłasz­cza tam, skąd i jak nazy­wa­my rze­czy. Mia­łem się o tym dopie­ro dowie­dzieć od byłych miesz­kań­ców tego mia­sta. Tade­usz Róże­wicz, Julian Korn­hau­ser i Adam Zaga­jew­ski to sym­bo­le miejsc, z któ­rych mówi język. Tym­cza­sem jed­nak zamiesz­ki­wa­łem w bez­piecz­nej blo­ko­wej enkla­wie. Sto­sun­ko­wo dłu­go byłem cho­ry na rze­czy­wi­stość. Póź­ne echo tej cho­ro­by to wła­śnie noc­ny fla­sh­back: kolej­ka do Domu Chle­ba, w któ­rej zno­wu sto­ję o świ­cie oku­ta­ny w onu­ce z demo­bi­lu. Skłon­ność do mito­lo­gi­zo­wa­nia pospo­li­tych ini­cja­cji, doko­ny­wa­nych za pomo­cą powszech­nie dostęp­ne­go bra­ku wie­lu rze­czy, i robie­nie z tej skłon­no­ści wiel­kie­go halo świad­czy o cią­głej nie­doj­rza­ło­ści. Póki mówię, że żyje we mnie pamięć daw­nych dni, póty pozo­sta­ję zakład­ni­kiem wewnętrz­ne­go mane­ki­na, oble­czo­ne­go w robo­czy far­tuch z kre­to­nu i wysta­wio­ne­go w witry­nie Pary­sa i Gra­cji. Auto­ma­tyzm, z jakim zja­wia się we mnie wspo­mnie­nie i jego kąśli­wa egze­ge­za, czy­ni mnie dozgon­nym dłuż­ni­kiem cza­su utra­co­ne­go. Czas ten mówi obcym języ­kiem melan­cho­lii. Mia­sto bez cha­rak­te­ru i miej­sce bez nadziei innej niż przy­szłość umoż­li­wi­ły mi dłu­gi pro­ces kiśnię­cia we wspo­mnie­niach i nada­wa­nie tym wspo­mnie­niom atry­bu­tów lite­ra­tu­ry. Nie czy­ta­łem zbyt wie­le. Wszyst­ko wyra­bia­łem sam w aktach wyobraź­nio­wych prze­two­rzeń i pierw­szych zapi­sów. Tak mi się wyda­wa­ło. Dopó­ki nie prze­czy­ta­łem Róże­wi­cza, byłem szczę­śli­wym wytwór­cą wła­sne­go nie­szczę­ścia. Chwi­lę po lek­tu­rze zosta­łem ogra­bio­ny z wła­sno­ści niczy­jej. Tak wyobra­ża­łem sobie lite­ra­tu­rę. Nie podej­rze­wa­łem, że jest ona tam, gdzie uzur­pa­tor­scy wła­ści­cie­le języ­ka. Nie sądzi­łem, że świat będę musiał ukraść, a nie zro­zu­mieć, co i jak mówi. Nie mówi bowiem nic szcze­gól­ne­go. I mówi to języ­kiem obcym. Żyć w lite­ra­tu­rze to przy­wdziać cudze pal­to i uda­wać, że jest skro­jo­ne na mia­rę2.

1 M. Gro­chow­ska, Róże­wicz. Rekon­struk­cja. 1, War­sza­wa: Dowo­dy na Ist­nie­nie, 2021, s. 338–340.

2 K. Siw­czyk, M. Łuczak, Koło miej­sca / Ele­men­tarz, Gli­wi­ce: Muzeum, 2016, s. 7.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Mieszkanie Tadeusza Różewicza w Gliwicach, ulica Zygmunta Starego 28, fot. Krzysztof Siwczyk. Mieszkanie Tadeusza Różewicza w Gliwicach, ulica Zygmunta Starego 28, fot. Krzysztof Siwczyk.

Czytaj także

09.09.2026 Szkice

Każdy elementarz jest książką o przyszłości. A jak Antyfaszyzm. Anarchia. Alfabet. Amster

Właśnie dlatego ta wystawa jest tak ważna. Nie dlatego, że odkrywa zapomnianego grafika. Takich wystaw powstaje wiele. Ta pokazuje coś znacznie ciekawszego: moment, w którym sztuka, polityka, edukacja i wojna zlewają się w jeden przedmiot wielkości niewielkiego notesu – o wystawie w Instytucie Cervantesa poświęconej „Elementarzowi antyfaszystowskiemu” pisze Maria Strzelecka.

08.09.2026 Laba

Tu nie ma żadnego Sikornika

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy tekst Jakuba Korhnausera.

07.09.2026 Recenzje

Dunham vs „Dunham”

Famesick, czyli (w wolnym tłumaczeniu, bo książka nie ukazała się jeszcze po polsku) „Chora na sławę”, jest autobiograficzną opowieścią o odzyskiwaniu własnej historii – o książce Leny Dunham pisze Marcin Wilk.

06.09.2026 Hiperteksty

Karuzela z morderstwami

Narracja powieści jest polifoniczna, rozciągnięta w czasie na piętnaście lat i podzielona pomiędzy Kingston, Montego Bay, Miami i Nowy Jork, a mimo że niemal bez przerwy ktoś kogoś morduje i wszyscy mówią do nas naraz, nie mamy poczucia zagubienia: rządzi nią żelazna dyscyplina – o Krótkiej historii siedmiu zabójstw Marlona Jamesa pisze Elżbieta Binczycka-Gacek.