Jest w Głodzie Macieja Dudy taki fragment, który wygląda jak żywcem wyjęty z wczesnej prozy Magdaleny Tulli. Narrator opowiada w nim wprawdzie o krawiectwie, ale szybko orientujemy się, że w gruncie rzeczy chodzi o nieco inne ściegi, inne szwy i odmienny materiał. Odruchowo podmieniamy więc słowa i otrzymujemy coś w rodzaju autotematycznej deklaracji autora:
Nie idzie o proste wyszywanie liter i haseł, a o wzory, najczęściej geometryczne. O kolejny wymiar, głębię wyczuwaną pod opuszkami. Nie trzeba do tego wielkiej fabuły. Raczej sprawnych palców, dobrego oka i jakiegoś zmysłu, który bez wzornika pozwala kreślić kompatybilne i płynne kształty, splatać je w jedną sieć, tworzyć z nich mikrohistorie1.
Trudno chyba zwięźlej ująć plan dotyczący formy tej książki. Debiut prozatorski Macieja Dudy to bez mała sto krótkich, w większości pozbawionych akcji rozdziałów – drobnych nitek, mikrohistorii, z których utkane zostają dwie większe, splatające się chwilami opowieści. Pierwsza z nich to typowa dla polskiej prozy ostatnich lat historia z prowincji. Cztery córki, ojciec alkoholik, nieczuła matka, która umiera, zostawiając po sobie kilka szpargałów, trochę utajonego żalu i parę drobnych tajemnic. Że nuda? Cóż, na szczęście druga z opowieści zapowiada się odrobinę ciekawiej. Do pogranicznej wsi, w której mieszka jedna z osieroconych sióstr, sprowadza się para dobrze wykształconych gejów. Mężczyźni remontują dom, poznają lokalną historię, wnikliwie obserwują zwyczaje wieśniaków oraz – przede wszystkim – rozsmakowują się w urokach życia na prowincji. A my dostajemy krótkie, pełne drobnych zdziwień i zachwytów, rozpoetyzowane relacje z ich „przygód”. Jest o specyficznym „rytmie”2 wsi, o grządkach „roszonych potem ogrodników”3, o wiejskiej bibliotece, w której pracuje bezimienna bohaterka drugiej z opowieści… i tak to się jakoś przeplata – niezbyt nachalnie, może bez wielkich zaskoczeń, wirtuozerii czy kunsztownych mozaik, ale na pewno sprawnie.
Problem w tym, że by docenić kompozycję Głodu, trzeba przebić się przez pozostałe warstwy tekstu. A tu, niestety, problem goni problem. Największym z nich jest chyba to, że narrator najwidoczniej zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, jak duże pokłady kiczu i polityczno-ekonomicznej naiwności tkwią w poetyckiej opowieści o doświadczeniach dwójki ludzi sukcesu, którzy przenieśli się na „wijącą się wschodnim krańcem doliny”4 wieś. Z jakiegoś powodu większość tego typu historii zawiera pewien wewnętrzny antykiczowy bezpiecznik. W Tylko durnie żyją do końca Zyty Rudzkiej jest nim poczucie humoru, w tekstach Vincenza Latronica chłodna fraza, Natura dziury Marcina Czuba i Mam przeczucie Łukasza Krukowskiego szybko osuwają się w stronę weird fiction, bohater Zwierząt łownych Anny Mazurek wydaje się doskonale świadomy swojego przywileju, a w Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk wyjazd na prowincję jest tylko tłem kryminalnej intrygi. W książce Dudy nie ma zaś ani intryg, ani poczucia humoru, ani śladów przesadnej świadomości wielkomiejskich uprzedzeń. Jest niemiłosiernie serio – młodopolsko w formie, „libkowo”, a zarazem chłopomańsko w treści. W przerwach między sianiem malw a neofickimi wykładami o przymrozkach narrator snuje fantazje o poczciwych wieśniakach, którzy bywają „silni, mocni i ostrzy jak kosa”5, w trakcie pracy cali stają się „widłami, łopatą, heblem”6, „strugają”7 kobiety jak deski, nawołują się przez płoty „jak psy”8, myślą o krowich wymionach podczas hand joba, śmieją się z „czytatych”9, nie rozumieją powieści Tulli i nie potrafią tworzyć oksymoronów. Mógłbym tak jeszcze długo, ale chyba wiecie, o co chodzi – wieś w Głodzie jest nie tyle zmityzowana, ile podporządkowana przepełnionej stereotypami wyobraźni mieszczucha. Wszystko funkcjonuje tu poza czasem i ekonomią, bo narrator nie musi zawracać sobie głowy takimi drobnostkami. Modernizacja jest zła, bo nie po to przyjeżdża się na wieś, by patrzeć na „oswojone” rzeki i regularnie rosnący las. Mieszkańcy są zdziecinniali lub skrajnie fetyszyzowani, bo takimi chce ich widzieć „czułe” oko intelektualnego najeźdźcy. Można odnieść wrażenie, że autorowi umknęły nie tylko zwrot postkolonialny i memiczna beka z libków, ale też początkowe partie Wesela Stanisława Wyspiańskiego (to już prawie sto dwadzieścia pięć lat!).
Paradoksalnie, najbardziej irytujące są w tym kontekście fragmenty, w których Duda usiłuje przełamać swoją intelektualną dominację nad światem przedstawionym i oddać głos lokalsom:
Przynajmniej do męża pójdzie […] – mówią wtedy pochyleni nad trumną wieśniacy. – Pewnie ją w końcu zawołał. Pewnie się tam nie zmieniamy, bo i dlaczego. A może i lepsi jesteśmy, bo inaczej nieba nie odemkną […]. Nieszczęście, kłopot taki. Co ją naszło, żeby tak w dożynki. Sama nie pójdzie, a innym nie da. Jak to tak się teraz bawić nad trupem? Trzeba by do księdza iść, o jakąś dyspensę poprosić10.
Uprzedzam pytania – tak, ten fragment jest całkiem serio. Tak, jesteśmy we współczesnej wsi. I – wreszcie – tak, stylizacja gwarowa ogranicza się w tej książce do stawiania czasownika na końcu zdania.
Trzeba przy tym przyznać, że autor Głodu nie zawsze przejawia podobne lenistwo. W książce widać wyraźne ślady researchu – narrator ewidentnie zapoznał się z pewnymi elementami wiejskiego życia, czytał prozę Wiesława Myśliwskiego i przejrzał parę słowników. Problem w tym, że ta gabinetowa etnologia obraca się zwykle przeciw tekstowi – w najlepszym razie nie sprzyja budowaniu autentyczności narratora, w gorszych przypadkach wywołuje wrażenie niezamierzonego komizmu. Świat Głodu roi się od wszelkiej maści okryw, kwirlejek, ździeraków, listowników, strużyn, strugów, strugnic, bindug, dzieży, wpustek, wrębów, sośnin, drewutni, chrap, buczyn czy padoków. W szczytowym momencie główna bohaterka zaczyna czuć „pociąg do bednarstwa”11, a do domu bohaterów dobija się poszukujący pracy zdun. Cóż, pozwolicie, że tym razem to ja skorzystam ze swoich skromnych przywilejów. Pochodzę ze wsi, dość często pracuję w polu, spędziłem też kawał czasu w warsztacie stolarskim. I nie przypominam sobie, aby podobnych słów używał ktokolwiek, kto zna się na rzeczy.
Ostatecznie nie wszyscy muszą być jednak ekspertami w sprawach wsi, a siadając do lektury Głodu, ostrzymy sobie zęby raczej na głęboką, egzystencjalną prozę niż na porady ogrodnicze. Niestety wystarczy rzut oka na spis treści (Legendę), by zorientować się, że o sukces będzie tu szalenie trudno. Sto krótkich form prozatorskich. Średnio dwie strony na jedną zwieńczoną błyskotliwą puentą opowieść o zrywaniu cebuli, plewieniu grządek, sianiu malw, robieniu makaronu, zamiataniu, porzeczkach albo kolbach kukurydzy. Liga mistrzów. By napisać coś takiego w sposób choćby znośny dla czytelnika, trzeba dysponować piórem na poziomie Marcina Wichy, Wisławy Szymborskiej czy Mirona Białoszewskiego. Nikogo chyba szczególnie nie zaskoczę ani nie obrażę, jeśli powiem, że Maciej Duda nie dysponuje na tę chwilę niczym podobnym. Po przeczytaniu kolejnych afabularnych rozdziałów zdecydowanie zbyt często zastanawiamy się więc, co też autor miał na myśli i – przede wszystkim – czy odpowiedzialność za wytworzenie jakiejkolwiek głębi jego tekstów nie zostaje aby całkowicie przerzucona na czytelnika. Przyznaję, że mając na uwadze blurby oraz imponujący dorobek Dudy, czułem się wręcz zobowiązany do odnalezienia w tej powieści jakiegoś istotniejszego wymiaru filozoficznego lub estetycznego. Niestety nie jestem w stanie wywiązać się z tego zobowiązania. Dlaczego? Cóż, zobaczcie sami:
Choć o tym nie wiedział, nauczył go robić bukiety. Rośliny pocięte taksonomią flory w jego rękach stawały się wspólnotą. Tworzył wątki kwitnących różnic12.
Przeczytaliście właśnie cały rozdział pod tytułem Mapy i książki. Nie sądzę, aby w jakiś istotny sposób wiązał się on z innym rozdziałem Głodu, więc należy go chyba uznać za samodzielną całość estetyczną. I za całkiem niezły dowód na to, że król jest nagi. Przy okazji jak na dłoni widać tu kolejny duży problem debiutu Dudy: nieumiarkowanie w szafowaniu ryzykownymi czy wręcz kiczowatymi frazami. Rzeka zostaje w tej książce nazwana cieknącą „śliną”13 lodowca, ironia przypomina „sitko do parzenia”14, słowa bywają „rozpuszczane zasadą zaborcy”15 lub „marynowane w alkoholu”16, mowa jest o „padokach smutku”17, „lonżach pragnień”18 i „wędzidłach gatunku”19, „deszcze i chłód […] rodzą brak”20, „rotundę wieży” wieńczy „cebula hełmu”21, a las znaczą „bielone kikuty kamienia z czarnym tatuażem cyfr”22. Na domiar złego autor upodobał sobie bodaj najprostszy sposób imitowania głębi: zamiast „łamana odrastała szybko” pisze „łamana odrastała. Szybko”23, zamiast „biały proszek z krzyżykiem” – „proszek z krzyżykiem. Biały”24 i tak dalej. Nie ułatwia to lektury.
Na koniec pozostaje kwestia tytułu czy też spoiwa tematycznego, które łączy poszczególne rozdziały powieści. Słowem, wypadałoby wreszcie wyjaśnić, o co chodzi z tym całym „głodem”. Niestety wydaje się, że o wszystko i o nic. Pojęcie to rozumiane jest w tekście tak szeroko, że obejmuje w zasadzie każde – ludzkie i nieludzkie – pragnienie. Głodni są ludzie pożądający ciał i przedmiotów, głodne są osoby nieszczęśliwe; ci, którzy chcą regulować rzeki, robić interesy albo czytać książki; głodne bywają też oczywiście zwierzęta, a nawet ogień pozbawiony drew. Przyznaję, że nie jestem fanem tak obszernych definicji, ale w porządku – ostatecznie czytamy powieść, a nie traktat filozoficzny. Chłopski rozum nakazuje jednak zapytać, czy w takim razie obrany przez autora temat jakkolwiek wyróżnia jego książkę spośród innych tekstów kultury. Czy w „poetyce głodu”, o której entuzjastycznie pisze na okładce Przemysław Czapliński, nie są wobec tego utrzymane wszystkie opowieści o ludzkim i nieludzkim życiu? Czy nie występuje ona zarazem w Iliadzie, Kubusiu Puchatku, piosenkach disco polo, filmach porno, przygodówkach dla dzieci i produkcjach Davida Attenborough? Trochę to jednak konfundujące.
Podobnie jak zamieszczone na okładce Głodu pochwały niewątpliwych literaturoznawczych i literackich autorytetów. Ale do tego rodzaju konfuzji zdążyliście już pewnie przywyknąć.
1 W oryginalnym brzmieniu: „Nie szło o proste wyszywanie liter i haseł, a o wzory, najczęściej geometryczne. O kolejny wymiar, głębię wyczuwaną pod opuszkami. Nie potrzebowała do tego naparstka. Miała sprawne palce, dobre oko i jakiś zmysł, który bez wzornika pozwalał jej kreślić kompatybilne i płynne kształty, splatać je w jedną sieć, tworzyć z nich mikrohistorie”. M. Duda, Głód, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2025, s. 76.
2 Tamże, s. 139.
3 Tamże, s. 13.
4 Tamże, s. 139.
5 Tamże, s. 13.
6 Tamże, s. 109.
7 Tamże, s. 139.
8 Tamże, s. 13.
9 Tamże, s. 97.
10 Tamże, s. 139.
11 Tamże, s. 21.
12 Tamże, s. 31.
13 Tamże, s. 81.
14 Tamże, s. 62.
15 Tamże, s. 37.
16 Tamże.
17 Tamże.
18 Tamże, s. 139.
19 Tamże, s. 111.
20 Tamże, s. 56.
21 Tamże.
22 Tamże.
23 Tamże, s. 162.
24 Tamże, s. 139.
