Ciało napiętnowane historią

Na ciele znajdujemy stygmat minionych zdarzeń… Genealogia […] musi pokazywać ciało napiętnowane historią i historię rujnującą ciało.

— Michel Foucault, „Nietzsche. Genealogia. Historia”

Nie będę ukry­wać, że z poglą­da­mi Mar­ci­na Kościel­nia­ka zawsze było mi po dro­dze i że spo­ro mu zawdzię­czam. Dzię­ki jego pierw­szej książ­ce Pra­wie ludz­kie, pra­wie moje. Teatr Hel­mu­ta Kaj­za­ra z 2012 roku uda­ło mi się wresz­cie pojąć feno­men jej boha­te­ra, choć wcze­śniej dłu­go nie mogłam wsko­czyć na jego falę. Dzię­ki o dwa lata póź­niej­szej – „Mło­dzi nie­zdol­ni” i inne tek­sty o twór­cach współ­cze­sne­go teatru – zdo­ła­łam się (pra­wie) prze­ko­nać do tak prze­wrot­nie przez nie­go okre­ślo­ne­go, kolej­ne­go (po „młod­szych zdol­niej­szych”) poko­le­nia pol­skich reży­se­rów (Moni­ki Strzęp­ki, Micha­ła Bor­czu­cha, Krzysz­to­fa Gar­ba­czew­skie­go, Wik­to­ra Rubi­na, Micha­ła Zada­ry i innych), co oczy­wi­ście nie zna­czy, że autor potrak­to­wał ich bez­kry­tycz­nie, bo to zde­cy­do­wa­nie nie leży w jego natu­rze. Czy­ta­jąc pisa­ne przez nie­go recen­zje spek­ta­kli, zawsze (z pew­ną dozą satys­fak­cji) dostrze­ga­łam, w jak wie­lu kwe­stiach się z nim zga­dzam. Obie­ma ręka­mi pod­pi­su­ję się też pod dia­gno­za­mi zawar­ty­mi w jego kolej­nych książ­kach: Ego­iści. Trze­cia dro­ga w kul­tu­rze pol­skiej lat 80. (2018) oraz Abor­cja i demo­kra­cja. Prze­ciw-histo­ria Pol­ski 1956–1993 (2024). I muszę uczci­wie przy­znać – jak­kol­wiek banal­nie by to zabrzmia­ło – że otwo­rzy­ły mi one oczy na wie­le spraw.

Tema­ty­ka ta wpraw­dzie począt­ko­wo mnie zadzi­wi­ła, choć na fali obec­nej per­for­ma­tycz­nej reorien­ta­cji teatro­lo­gii przej­ście ich auto­ra od życia w teatrze do teatru życia nie powin­no się wyda­wać szcze­gól­nie zaska­ku­ją­ce. Ponad­to w przy­pad­ku Kościel­nia­ka to ewo­lu­cja nader kon­se­kwent­na; od zawsze, jak mi się wyda­je, postrze­gał on bowiem teatr nie jako sce­nę w sen­sie dosłow­nym – słu­żą­cą do odgry­wa­nia przed­sta­wień – lecz jako „sce­nę” sym­bo­licz­ną, kul­tu­ro­wą, spo­łecz­ną i poli­tycz­ną, na któ­rej w języ­ku wła­ści­wym sztu­ce dra­ma­tycz­nej podej­mo­wa­ne są deba­ty o waż­nych i aktu­al­nych kwe­stiach: o płci, cie­le i sek­su­al­no­ści, o histo­rii i reli­gii, znie­wo­le­niu, prze­mo­cy, wyklu­cza­niu i tym podob­nych.

Kościel­niak od począt­ku upra­wiał pisar­stwo nie­ska­żo­ne obo­jęt­no­ścią, osa­dzo­ne w aktu­al­no­ści, a jed­no­cze­śnie powią­za­ne z prze­szło­ścią; pisar­stwo zaan­ga­żo­wa­ne (w takim rozu­mie­niu, jakie naro­dzi­ło się już w począt­kach lat 80. ubie­głe­go wie­ku na fali tak zwa­ne­go zwro­tu poli­tycz­ne­go huma­ni­sty­ki, lecz nadal nie­tra­cą­ce na waż­no­ści), udzie­la­ją­ce – jak nazwał to jeden z moich mistrzów Jacqu­es Der­ri­da – „odpo­wie­dzial­nej odpo­wie­dzi” na palą­ce pyta­nia świa­ta rze­czy­wi­ste­go. Autor Abor­cji i demo­kra­cji w swo­ich książ­kach i w innych tek­stach zawsze udzie­la tych odpo­wie­dzi odpo­wie­dzial­nie i nie­by­wa­le rze­tel­nie. Nie posłu­gu­je się pusto­sło­wiem, nie daje się uwo­dzić sche­ma­tom myślo­wym, nie mości się wygod­nie w „zamro­żo­nej rze­czy­wi­sto­ści opar­tej o ste­reo­ty­py i fik­sa­cje”, jak okre­śli­ła to zja­wi­sko fran­cu­ska filo­zof­ka femi­ni­stycz­na Hélène Cixo­us. Kościel­niak nie tyl­ko uważ­nie przy­glą­da się tej rze­czy­wi­sto­ści, lecz tak­że reagu­je na nią („reak­tyw­ność” to jeden z syno­ni­mów wspo­mnia­ne­go zwro­tu) z nie­zwy­kłą czuj­no­ścią, a przy tym wszyst­ko jest tu udo­ku­men­to­wa­ne i poprze­dzo­ne mrów­czą pra­cą archi­wi­sty, zasłu­gu­ją­cą na naj­wyż­szy podziw. Doro­bek tego auto­ra sta­no­wi dla mnie wręcz dosko­na­łe świa­dec­two waż­nej prze­mia­ny w men­tal­no­ści huma­ni­stów, któ­rą wie­le lat temu lapi­dar­nie opi­sał jeden z jej ame­ry­kań­skich rzecz­ni­ków: nawet, gdy w zaci­szu wła­sne­go gabi­ne­tu popi­jasz poran­ną kawę, roz­ko­szu­jąc się fra­zą angiel­skie­go poety meta­fi­zycz­ne­go, musisz wie­dzieć, że to też jest dzia­ła­nie poli­tycz­ne.

Prze­mia­na ta wyra­ża­ła się w przej­ściu od tra­dy­cyj­nie poj­mo­wa­ne­go kry­ty­cy­zmu (sku­pio­ne­go na samym dzie­le sztu­ki, lite­ra­tu­ry czy teatru) do kry­tycz­ne­go akty­wi­zmu, wycho­dzą­ce­go od pytań, w jaki spo­sób badacz, kry­tyk lite­rac­ki czy teatral­ny może się czyn­nie włą­czyć swo­im pisa­niem w kwe­stie poli­tycz­ne, w imię cze­go (lub prze­ciw cze­mu) się wypo­wia­da i jakie – kon­kret­ne – skut­ki wywo­łu­je to w sfe­rze publicz­nej. Nie pyta więc tyl­ko o to, jak dany tekst (wszel­kie­go rodza­ju) został ukształ­to­wa­ny, lecz o to, co (i z jakie­go powo­du) ów tekst ujaw­nia lub zata­ja, jakie for­my domi­na­cji lub prze­mo­cy zosta­ły w nim zapi­sa­ne i w czym prze­ja­wia się jego inge­ren­cja w „świat poza­tek­sto­wy”. Na fali zwro­tu poli­tycz­ne­go zmie­ni­ło się rów­nież tra­dy­cyj­ne rozu­mie­nie poli­ty­ki (jako doty­czą­ce – naj­ogól­niej – insty­tu­cji poli­tycz­nych), któ­rą prze­mia­no­wa­no wów­czas na „poli­tycz­ność” (the poli­ti­cal). Podob­nie, jak powią­za­ne z tym tra­dy­cyj­ne poję­cie ety­ki (teo­re­tycz­nej i uni­wer­sal­nej), nazwa­nej teraz dla odróż­nie­nia „etycz­no­ścią” (the ethi­cal), co mia­ło sygna­li­zo­wać zwrot w stro­nę moral­no­ści – prak­tycz­nej i indy­wi­du­al­nej. Nowa poli­tycz­ność ozna­cza­ła przede wszyst­kim uwraż­li­wie­nie na innych (płcio­wo, sek­su­al­nie, etnicz­nie, raso­wo, naro­do­wo), nie­miesz­czą­cych się w obo­wią­zu­ją­cych wzor­cach (toż­sa­mo­ścio­wych, patriar­chal­nych, hete­ro­nor­ma­tyw­nych) i wyma­zy­wa­nych z dys­kur­sów filo­zo­ficz­nych, lite­ra­tu­ro­znaw­czych, este­tycz­nych, kry­tycz­nych, socjo­lo­gicz­nych czy kul­tu­ro­znaw­czych. Naj­waż­niej­szym zada­niem sta­ło się teraz ujaw­nia­nie opre­syj­nych wobec nich dzia­łań wła­dzy skry­tej w sys­te­mach, dys­kur­sach, nar­ra­cjach i tek­stach, w myśl zna­ne­go kon­cep­tu „mikro­fi­zy­ki wie­dzy” Miche­la Foucaul­ta1. Dzię­ki temu piszą­cy zre­zy­gno­wa­li (bez nostal­gii) z dotych­cza­so­we­go „nar­cy­stycz­ne­go” cha­rak­te­ru swo­jej aktyw­no­ści, a w per­for­ma­tycz­nym duchu uczy­ni­li ją spraw­czą. Zwra­cam na to uwa­gę dla­te­go, że w mojej oce­nie prze­mia­ny te sta­no­wią naj­głęb­szy kon­tekst zwłasz­cza dwóch ostat­nich ksią­żek Kościel­nia­ka. Jego „kry­tycz­ny akty­wizm” wpi­su­je się – w spo­sób mery­to­rycz­ny i wywa­żo­ny – w owo nie nowe, lecz wciąż aktu­al­ne uję­cie poli­tycz­no­ści i prze­kła­da na upra­wia­ną przez nie­go kry­ty­kę (auten­tycz­nie) zaan­ga­żo­wa­ną.

Myśl Foucaul­ta i Der­ri­dy – głów­nych prze­wod­ni­ków zwro­tu poli­tycz­ne­go – naj­sil­niej widocz­na jest zarów­no w jego Ego­istach, jak i Abor­cji i demo­kra­cji, z czym rów­nież jest mi zde­cy­do­wa­nie po dro­dze. Tę dru­gą mia­nu­je on w pod­ty­tu­le „prze­ciw-histo­rią” (coun­ter-histo­ry), sygna­li­zu­jąc jej spe­cy­ficz­ną for­mu­łę histo­rio­gra­ficz­ną, zro­dzo­ną rów­nież w XX wie­ku. Pod­wa­ża­ła ona obo­wią­zu­ją­cy od sta­ro­żyt­no­ści model histo­rio­gra­fii tra­dy­cyj­nej, a jej ini­cja­to­rem był wła­śnie Foucault. Prze­ciw-histo­rii nie nale­ży jed­nak mylić (a czę­sto się to dzie­je) z mod­ną obec­nie „histo­rią prze­ciw-fak­tycz­ną” (coun­ter-fac­tu­al), któ­rej pod­sta­wą jest hipo­te­za: „co by było, gdy­by wszyst­ko poto­czy­ło się ina­czej?”, a więc two­rzą­cą fik­cyj­ną, przy­pusz­czal­ną wer­sję zda­rzeń dzie­jo­wych. Nar­ra­cja prze­ciw-histo­rycz­na – odwrot­nie niż prze­ciw-histo­ria – jest bar­dzo sil­nie umo­co­wa­na w rze­czy­wi­sto­ści, a jej zada­niem nie jest skon­stru­owa­nie histo­rii alter­na­tyw­nej do powszech­nie zna­nej, lecz rów­no­le­głej, oraz ujaw­nie­nie tego, co na pierw­szy rzut oka nie­wi­docz­ne; toczy się ona bowiem – by tak rzec – „pod pod­szew­ką” ofi­cjal­nie przy­ję­tej, któ­rą Frie­drich Nie­tz­sche, a za nim Foucault nazy­wa­li „histo­rią monu­men­tal­ną”. Ina­czej niż histo­ryk pra­wo­wier­ny, kie­ru­ją­cy się poży­tecz­ną podejrz­li­wo­ścią prze­ciw-histo­ryk nicu­je ją, odsła­nia­jąc rela­cje wie­dzy (histo­rycz­nej) i patro­nu­ją­cej jej wła­dzy i pod­da­jąc je przy tym ponow­nej reflek­sji. „Nie­po­koi” histo­rię monu­men­tal­ną, zmie­nia­jąc obraz wszyst­kie­go, co – jak nazwał to Der­ri­da – „zasty­głe w oczy­wi­sto­ściach”. Pod­wa­ża jej auto­ry­tet (i auto­ry­tar­ność), czy­li nada­ny jej przy­wi­lej wystę­po­wa­nia w roli poznaw­czej matry­cy obo­wią­zu­ją­cych prze­ko­nań. I w takim – źró­dło­wym – uję­ciu funk­cjo­nu­je wła­śnie prze­ciw-histo­ria w Abor­cji i demo­kra­cji Mar­ci­na Kościel­nia­ka.

Głów­ną meto­dą ana­li­zy sta­ła się tutaj odro­dzo­na przez Foucaul­ta nie­tz­sche­ań­ska gene­alo­gia, któ­rą fran­cu­ski filo­zof obja­śniał w klu­czo­wym dla tej kwe­stii ese­ju Nie­tz­sche. Gene­alo­gia. Histo­ria z koń­ca lat 70. XX wie­ku2. Meto­dę gene­alo­gicz­ną uznał on za narzę­dzie kry­tycz­ne słu­żą­ce dema­sko­wa­niu wła­dzy ukry­tej w pozor­nie neu­tral­nych (ide­olo­gicz­nie) sys­te­mach wie­dzy i moral­no­ści oraz wyka­zy­wa­niu krót­ko­wzrocz­no­ści ofi­cjal­ne­go mode­lu wie­dzy histo­rycz­nej. Model ten pod­da­wał kry­ty­ce na trzech pozio­mach, odpo­wia­da­ją­cych usta­no­wio­nym przez Pla­to­na modal­no­ściom histo­rii. Pierw­szy ozna­czał odrzu­ce­nie tema­ty­ki histo­rycz­nej jako tego, co już zna­ne. Dru­gi – dyso­cja­cję toż­sa­mo­ści (naro­do­wej lub etnicz­nej), czy­li „prze­ciw­sta­wie­nie się histo­rii jako cią­gło­ści lub tra­dy­cji”. Trze­ci, pod­wa­ża­ją­cy meta­fi­zycz­ną ideę jed­nej obiek­tyw­nej praw­dy – zakła­dał „prze­ciw­sta­wie­nie się histo­rii – pozna­niu”. W kon­klu­zji filo­zof stwier­dzał, że „cho­dzi mu o uczy­nie­nie z histo­rii cze­goś w rodza­ju anty­pa­mię­ci, a w ten spo­sób prze­kształ­ce­nie jej w zupeł­nie inną for­mę cza­su”.

Nie ozna­cza­ło to jed­nak, że prze­ciw-histo­ryk zamie­rza oba­lić histo­rię monu­men­tal­ną i znisz­czyć pamięć kul­tu­ro­wą. Eks­plo­ru­je on nato­miast ich „pobo­cza”, chcąc zachwiać fun­da­men­ta­mi – „roz­spo­ić je” (jak mógł­by dodać Der­ri­da) i „roz­sz­czel­nić” – jak z kolei traf­nie nazwa­ła tę czyn­ność Joan­na Kra­kow­ska w tytu­le ese­ju poświę­co­ne­go Kościel­nia­ko­wym Ego­istom3, w któ­rym (rów­nie traf­nie) dostrze­gła kieł­ko­wa­nie tego zamy­słu już we wcze­śniej­szych jego książ­kach. Moż­na to też uznać za tele­gra­ficz­ny skrót meto­do­lo­gii zasto­so­wa­nej przez nie­go tak­że w Abor­cji i demo­kra­cji.

Pora jed­nak zapy­tać: jaki cel przy­świe­ca tak rozu­mia­nej nar­ra­cji prze­ciw-histo­rycz­nej? Zgod­nie ze wspo­mnia­ną wcze­śniej ideą „poli­tycz­no­ści” jest to – jak twier­dził nie­oce­nio­ny Foucault – wydo­by­wa­nie na powierzch­nię nie­wi­docz­nych w ogól­nie przy­ję­tym (nie tyl­ko powierzch­nio­wym, lecz i powierz­chow­nym) oglą­dzie spo­so­bów „ujarz­mia­nia” (asu­je­tis­se­ment) oraz „dys­cy­pli­no­wa­nia” innych, usta­wicz­nie pod­da­wa­nych „grze domi­na­cji”. Prze­ciw-histo­ryk opo­wia­da zatem o prze­szło­ści z per­spek­ty­wy ludzi mar­gi­na­li­zo­wa­nych lub wyklu­cza­nych przez obo­wią­zu­ją­ce nar­ra­cje histo­rycz­ne, pisa­ne zwy­kle z punk­tu widze­nia zwy­cięz­ców. Przyj­mu­jąc per­spek­ty­wę zwy­cię­żo­nych czy prze­gra­nych, któ­rych głos był dotąd nie­sły­szal­ny, wydo­by­wa on z ukry­cia histo­rię wypar­tą (stłu­mio­ną przez tę „monu­men­tal­ną”), ujaw­nia­jąc przy tym jej znacz­nie mniej chlub­ne, a nawet mrocz­ne obli­cze. Idąc dalej tro­pem freu­dow­skim, war­to zwró­cić uwa­gę na to, co być może naj­waż­niej­sze – rów­nież dla Kościel­nia­ka. Foucaul­tow­ska gene­alo­gia (zatem prze­ciw-histo­ria) doty­ka­ła (a „doty­ka­nie” wyda­je mi się tu naj­bar­dziej sto­sow­nym okre­śle­niem) przede wszyst­kim pro­ble­mów rela­cji wła­dzy i cia­ła, cze­go naj­lep­szym świa­dec­twem jest jego Histo­ria sek­su­al­no­ści z 1976 roku. Cie­le­sność i sek­su­al­ność zosta­ły tutaj uzna­ne za sfe­rę, w któ­rej wła­dza (zarów­no insty­tu­cjo­nal­na, jak i sym­bo­licz­na) szcze­gól­nie inten­syw­nie pra­gnie spra­wo­wać nad­zór nad jed­nost­ką, pod­da­jąc ją usta­wicz­nej kon­tro­li. Ana­li­zu­jąc roz­bu­do­wa­ne wokół tej dome­ny dys­kur­sy (na przy­kład medycz­ny czy sek­su­olo­gicz­ny), filo­zof skru­pu­lat­nie wyłu­ski­wał z nich te miej­sca, w któ­rych wie­dza histo­rycz­na wytwa­rza to, co następ­nie przyj­mu­je się jako natu­ral­ne, a co – w isto­cie – było od zawsze usta­na­wia­ne, narzu­ca­ne i pod­po­rząd­ko­wy­wa­ne wyra­fi­no­wa­nej (bo nie­wi­docz­nej) opre­sji. W pro­jek­cie Foucaul­ta zada­niem prze­ciw-histo­rii było zatem nie tyl­ko owo „oży­wie­nie” histo­rii ofi­cjal­nej, lecz rów­nież przy­wró­ce­nie cia­łu i sek­su­al­no­ści należ­ne­go im miej­sca w uni­wer­sum spo­łecz­nym i kul­tu­ro­wym. I oba te zada­nia Abor­cja i demo­kra­cja Kościel­nia­ka zre­ali­zo­wa­ła z nad­dat­kiem.

Książ­ce tej, napi­sa­nej w duchu histo­rio­gra­ficz­ne­go nar­ra­ty­wi­zmu (w myśl któ­re­go prze­szłość nie jest obiek­tyw­na, lecz skon­stru­owa­na), patro­nu­je jed­nak nie tyl­ko meto­da gene­alo­gicz­na (w wer­sji foucaul­tow­skiej czy now­szej, na przy­kład Joan Wal­lach Scott), lecz tak­że wpro­wa­dzo­na przez filo­zo­fa (w Arche­olo­gii wie­dzy z 1969 roku) meto­da arche­olo­gicz­na. W myśl jego poglą­dów źródła/dokumenty histo­rycz­ne nie dostar­cza­ją jedy­nie infor­ma­cji, lecz są „obja­wa­mi ogól­nej struk­tu­ry sys­te­mu”, w ramach któ­re­go powo­ła­no je do życia i któ­re­go cele reali­zu­ją. A wów­czas te pozor­nie nie­win­ne – pozor­nie neu­tral­ne ide­olo­gicz­nie i obiek­tyw­ne – źró­dła rów­nież odsła­nia­ją swo­je dru­gie i bynaj­mniej nie­idyl­licz­ne obli­cze. Kościel­niak posłu­żył się tutaj też kate­go­rią dys­kur­su w uję­ciu bli­skim pro­po­zy­cji Foucaul­ta, czy­li „odno­szą­cą się do prak­tyk, któ­re w spo­sób per­for­ma­tyw­ny usta­na­wia­ją rze­czy­wi­stość, a zara­zem same są wytwo­rem oraz świa­dec­twem obo­wią­zu­ją­cych w danym polu kul­tu­ro­wym norm”, a tak­że prze­for­mu­ło­wa­nym przez nie­go (i Der­ri­dę) kon­cep­tem „archi­wum”, zry­wa­ją­cym z nada­ną mu przez tra­dy­cyj­ną histo­rio­gra­fię ideą sta­tycz­ne­go „depo­zy­tu doku­men­tów” gro­ma­dzą­cych wie­dzę histo­rycz­ną, a w zamian pre­zen­tu­ją­cym uję­cie dyna­micz­ne – jako tak­że struk­tu­ry dys­kur­syw­nej wytwa­rza­ją­cej ową wie­dzę (i pamięć) nie na pod­sta­wie fak­tów (któ­rych sta­tus i tak jest moc­no wąt­pli­wy), lecz ich repre­zen­ta­cji.

Pozwo­li­łam sobie na ten nie­co przy­dłu­gi wstęp teo­re­tycz­ny, by wska­zać punkt wyj­ścia Abor­cji i demo­kra­cji, ozna­czyć jej ramy meto­do­lo­gicz­ne i una­ocz­nić głę­bo­kie pod­ło­że eto­su badaw­cze­go jej auto­ra, któ­ry tak bar­dzo podzi­wiam. Wszak to Foucault napo­mi­nał rów­nież we wspo­mnia­nym ese­ju (za Nie­tz­schem), że meto­da gene­alo­gicz­na wyma­ga „wie­lu uło­żo­nych w sto­sy mate­ria­łów, dro­bia­zgo­wej wie­dzy, cier­pli­wo­ści” i „zapal­czy­wo­ści w eru­dy­cji”. Cytu­jąc pisma nie­miec­kie­go filo­zo­fa, doda­wał on, że meto­da ta nie musi „wzno­sić swo­ich cyklo­po­wych budow­li” z „uszczę­śli­wia­ją­cych i ośle­pia­ją­cych błę­dów”, lecz z „prawd nie­po­zor­nych” i „zna­le­zio­nych za pomo­cą ści­słej meto­dy”. Praw­dy, któ­re tak cier­pli­wie, dro­bia­zgo­wo i meto­dycz­nie odsła­nia Kościel­niak w swo­ich książ­kach, mogą się rów­nież wyda­wać „nie­po­zor­ne”, lecz – by się­gnąć raz jesz­cze do Foucaul­ta – to wła­śnie one zdol­ne są oży­wić zmu­mi­fi­ko­wa­ną histo­rię monu­men­tal­ną i „odtwo­rzyć sys­te­my ujarz­mia­nia”. I rów­nież tę lek­cję autor Abor­cji i demo­kra­cji odro­bił celu­ją­co.

Do roz­wo­ju nur­tu prze­ciw-histo­rycz­ne­go ukie­run­ko­wa­ne­go na przy­wra­ca­nie gło­su innym przy­czy­nił się jed­nak nie tyl­ko wspo­mnia­ny zwrot poli­tycz­ny, lecz tak­że – ści­śle z nim powią­za­ny – odwrót od „myśli Toż­sa­mo­ści” i przej­ście na stro­nę „myśli Inno­ści” na grun­cie filo­zo­fii pono­wo­cze­snej, w czym zarów­no Foucault, jak i Der­ri­da ode­gra­li pierw­szo­pla­no­we role. I jeśli głów­nym celem wszyst­kich tych prze­mian mia­ły być nie tyl­ko dekla­ra­cje teo­re­tycz­ne, lecz rów­nież ich wcie­le­nie w prak­ty­kę pisar­ską, to Kościel­niak jest dla mnie wręcz wzor­co­wym przy­kła­dem reali­za­to­ra tego zada­nia, z czym – jako admi­ra­tor­ce pono­wo­cze­sno­ści i jej kon­se­kwen­cji dla myśle­nia – jest mi oczy­wi­ście naj­bar­dziej po dro­dze. W Abor­cji i demo­kra­cji owa inność przy­bra­ła kon­kret­ną postać: pol­skiej kobie­ty, na mocy tra­dy­cji (nie tyl­ko zresz­tą rodzi­mej, lecz wła­śnie filo­zo­ficz­nej) mar­gi­na­li­zo­wa­nej zarów­no w sfe­rach: spo­łecz­nej, poli­tycz­nej, kul­tu­ro­wej i sym­bo­licz­nej, jak i – rzecz jasna – w dys­kur­sie pol­skiej histo­rii „monu­men­tal­nej”.

W poszu­ki­wa­niu przy­kła­dów mógł on się­gnąć do wie­lu róż­nych obsza­rów życia i zwią­za­nych z nimi pro­ble­mów, lecz pod­jął (nad wyraz słusz­nie) kwe­stię naj­bar­dziej pod tym wzglę­dem new­ral­gicz­ną, a przy tym symp­to­ma­tycz­ną, czy­li – rodzi­mej posta­wy wobec abor­cji. Pod­dał wiwi­sek­cji czas histo­rycz­ny w pre­cy­zyj­nie wyzna­czo­nym prze­dzia­le, od 1956 do 1993 roku. Czy­li od chwi­li, gdy przy­ję­to Usta­wę o warun­kach dopusz­czal­no­ści prze­ry­wa­nia cią­ży, przy­zwa­la­ją­cą na abor­cję na żąda­nie, do momen­tu, w któ­rej moż­li­wość tę ogra­ni­czo­no jedy­nie do trzech wyjąt­ków: zagro­że­nia zdro­wia i życia kobie­ty, przy­pad­ku cią­ży będą­cej wyni­kiem czy­nu zabro­nio­ne­go (na przy­kład gwał­tu czy kazi­rodz­twa) oraz cią­ży nio­są­cej ze sobą wyso­kie praw­do­po­do­bień­stwo cięż­kie­go i nie­od­wra­cal­ne­go uszko­dze­nia pło­du. Kościel­nia­ko­wi nie cho­dzi­ło jed­nak o kro­ni­kar­ską rekon­struk­cję usta­wo­daw­stwa abor­cyj­ne­go, choć – jak już wspo­mnia­łam – jego książ­ka zawie­ra wręcz impo­nu­ją­cy mate­riał źró­dło­wy. W zgo­dzie z zało­że­nia­mi nar­ra­cji prze­ciw-histo­rycz­nej opo­wie­dział on dwie róż­ne i nie­zbież­ne ze sobą histo­rie. Pierw­sza (ofi­cjal­na czy „monu­men­tal­na”), kon­stru­owa­na z per­spek­ty­wy patriar­chal­nej i obej­mu­ją­ca nie­co dłuż­szy okres (od koń­ca dru­giej woj­ny świa­to­wej do 1989 roku), to „opo­wieść o try­um­fal­nym pocho­dzie pol­skie­go spo­łe­czeń­stwa do demo­kra­cji”. Dru­ga (1956‒1993) nato­miast – two­rzo­na z per­spek­ty­wy kobiet – jest opi­sem „drog[i] wiodąc[ej] od wol­no­ści do sys­te­mo­wej prze­mo­cy pań­stwa nie­świec­kie­go”. Pierw­sza doty­czy zatem chwa­leb­ne­go szla­ku pro­wa­dzą­ce­go pol­skie spo­łe­czeń­stwo w stro­nę prze­mian demo­kra­tycz­nych i wol­no­ści, dru­ga – mniej chlub­na – trak­tu postę­pu­ją­ce­go znie­wo­le­nia kobiet. Dzię­ki temu naj­now­sza histo­ria Pol­ski ujaw­nia owo dru­gie obli­cze, w któ­rym ceną pro­ce­sów trans­for­ma­cyj­nych oka­zu­je się pozba­wie­nie kobiet ich praw, a to, co w nie­mal powszech­nym mnie­ma­niu walo­ry­zo­wa­ne pozy­tyw­nie, obja­wia swo­ją nega­tyw­ną, mrocz­ną stro­nę. Kościel­niak poka­zał to wręcz labo­ra­to­ryj­nie, jed­nak jego roz­po­zna­nie doma­ga się jesz­cze krót­kie­go komen­ta­rza.

Klu­czo­wą rolę autor Abor­cji i demo­kra­cji przy­pi­sał tutaj pol­skie­mu Kościo­ło­wi kato­lic­kie­mu, ze wzglę­du na mariaż, jaki nawią­za­ły z nim już w latach 70. ubie­głe­go wie­ku śro­do­wi­ska opo­zy­cyj­ne. Jak traf­nie pisze Kościel­niak, pierw­sza Soli­dar­ność (z lat 1980‒1981) ufun­do­wa­ła się na pod­ło­żu war­to­ści chrze­ści­jań­skich, a w związ­ku z tym nie­sub­or­dy­na­cja pol­skie­go spo­łe­czeń­stwa wobec wła­dzy komu­ni­stycz­nej sta­ła się jed­no­cze­śnie pro­ce­sem postę­pu­ją­cej sub­or­dy­na­cji wobec Kościo­ła, zaj­mu­ją­ce­go w kwe­stii abor­cji – jak wia­do­mo – zde­cy­do­wa­ne sta­no­wi­sko. Przy­pi­sy­wa­na Kościo­ło­wi zasłu­ga dele­gi­ty­mi­za­cji komu­ni­stycz­nej wła­dzy nad spo­łe­czeń­stwem pocią­gnę­ła za sobą legi­ty­mi­za­cję jego „wła­dzy jako pod­mio­tu upraw­nio­ne­go do wyzna­cza­nia reguł życia spo­łecz­ne­go”, a w ten spo­sób histo­ria pierw­sza „wtrą­ci­ła się” w dru­gą. Żeby jed­nak była jasność – Kościel­niak nie pró­bu­je zdys­kre­dy­to­wać roli insty­tu­cji kościel­nej w dzie­le pol­skiej trans­for­ma­cji; pod­kre­śla, że już „kapi­tał spo­łecz­ny, jakim dys­po­no­wał w Pol­sce Ludo­wej Kościół, czy­nił go jedy­ną real­ną siłą, z któ­rą komu­ni­ści musie­li się liczyć – i tak­że dla­te­go opo­zy­cja szu­ka­ła w nim sojusz­ni­ka”.

Za pro­ble­ma­tycz­ne autor uzna­je jed­nak wpły­wy, któ­re wykro­czy­ły dale­ko poza peł­nio­ną przez Kościół wyzwo­li­ciel­ską misję. For­mu­łu­je to zresz­tą bar­dzo cel­nie – w duchu freu­dow­skim – zwra­ca­jąc uwa­gę na fakt, że na fali tej misji Kościół został „obsa­dzo­ny w roli nad-ja pol­skie­go spo­łe­czeń­stwa”. Istot­nie – zgod­nie z mecha­ni­zma­mi, o któ­rych pisał ojciec psy­cho­ana­li­zy w swo­jej kon­cep­cji nad-jaź­ni – wpły­wy Kościo­ła ule­gły „uwew­nętrz­nie­niu”, sta­jąc się inte­gral­nym skład­ni­kiem „apa­ra­tu psy­chicz­ne­go” Pola­ków (jeśli użyć jego ter­mi­nu) pod­po­rząd­ko­wa­ne­go peł­nio­nej przez nie­go funk­cji regu­la­tyw­no-naka­zo­wej, co rzecz jasna wywo­ła­ło okre­ślo­ne skut­ki w sfe­rze poli­tycz­nej, spo­łecz­nej, kul­tu­ro­wej i oby­cza­jo­wej.

Nie tyl­ko jed­nak ów „apa­rat psy­chicz­ny”, lecz rów­nież pol­ska toż­sa­mość ukształ­to­wa­na w taki spo­sób przez anty­ko­mu­ni­stycz­ną opo­zy­cję (oraz przez spo­łe­czeń­stwo, w więk­szo­ści wszak iden­ty­fi­ku­ją­ce się z kato­li­cy­zmem) przy­bra­ła postać spój­ną z war­to­ścia­mi chrze­ści­jań­ski­mi, uzna­ny­mi za powszech­nie obo­wią­zu­ją­ce. A z punk­tu widze­nia tej toż­sa­mo­ści „zabi­ja­nie nie­na­ro­dzo­nych” było nie­do­pusz­czal­ne. W opty­ce auto­ra Abor­cji i demo­kra­cji usta­wa o nie­mal cał­ko­wi­tym zaka­zie abor­cji z 1993 roku była więc kon­se­kwen­cją uzy­ska­nej przez Kościół kato­lic­ki jesz­cze przed rokiem 1989 domi­nu­ją­cej pozy­cji w rodzi­mym uni­wer­sum sym­bo­licz­nym i wyzna­czo­ne­go przez tę insty­tu­cję wzor­ca toż­sa­mo­ścio­we­go („praw­dzi­we­go Pola­ka”), defi­nio­wa­ne­go poprzez akcep­ta­cję usta­no­wio­nych przez Kościół war­to­ści. Skru­pu­lat­nie opi­su­jąc cały ten pro­ces wni­ka­nia anty­abor­cyj­nej ide­olo­gii kato­lic­kiej w świa­do­mość Pola­ków, Kościel­niak daje jasno do zro­zu­mie­nia, że pod tym wzglę­dem histo­ria nie mogła poto­czyć się ina­czej. By znów posłu­żyć się języ­kiem Foucaul­ta: kon­se­kwent­nie i od daw­na wypra­co­wy­wa­ny „sys­tem ujarz­mia­nia” i „dys­cy­pli­no­wa­nia” kobiet (zwłasz­cza ich cie­le­sno­ści i sek­su­al­no­ści) musiał zebrać sto­sow­ne żni­wo. Wzra­sta­ją­ca hege­mo­nia „para­dyg­ma­tu kato­lic­kie­go” (jak go okre­śla Kościel­niak), u któ­rej gene­zy tkwi­ło uzna­nie Kościo­ła za naj­bar­dziej sku­tecz­ny front opo­ru wobec komu­ni­zmu, nie mogła nie pocią­gnąć za sobą ofia­ry z praw kobiet. W oce­nie auto­ra trans­for­ma­cja ustro­jo­wa w naszym kra­ju ozna­cza­ła więc „nie zmierzch, ale urze­czy­wist­nie­nie dotych­cza­so­we­go porząd­ku pol­skiej kul­tu­ry, poprzez wpro­wa­dze­nie Kościo­ła i tzw. war­to­ści chrze­ści­jań­skich w krwio­bieg pol­skie­go życia publicz­ne­go jako jego fun­da­men­tal­nej zasa­dy”.

Grunt do tej dia­gno­zy przy­go­to­wał w swo­jej wcze­śniej­szej książ­ce Ego­iści. Trze­cia dro­ga w kul­tu­rze pol­skiej lat 80. (2018), w któ­rej pod­jął się mię­dzy inny­mi opi­sa­nia reli­gij­ne­go eto­su Soli­dar­no­ści i jego kon­se­kwen­cji. Wska­zy­wał tu domi­nu­ją­cą rolę kato­li­cy­zmu w pol­skiej kul­tu­rze, bada­jąc jego wpły­wy na usta­le­nie i utrwa­le­nie się sym­bo­licz­ne­go porząd­ku rze­czy­wi­sto­ści oraz na for­mo­wa­nie się wyobraź­ni kul­tu­ro­wej Pola­ków. Dostrze­gał je – jak słusz­nie zauwa­ży­ła Iwo­na Kurz w recen­zji wydaw­ni­czej – „tam, gdzie się ich nie spo­dzie­wa­my”, jako coś w rodza­ju „usta­wie­nia domyśl­ne­go” pol­skiej for­ma­cji kul­tu­ro­wej, wypro­wa­dzo­ne­go z dzie­dzic­twa soli­dar­no­ścio­we­go. Poru­sza­jąc się tutaj pomię­dzy bie­gu­na­mi binar­nej opo­zy­cji „reżim komu­ni­stycz­ny – pro­ka­to­lic­ka Soli­dar­ność”, sku­pił się on jed­nak na wybra­nych prak­ty­kach arty­stycz­nych i kul­tu­ro­wych lat 80., któ­re się poza tą opo­zy­cją ulo­ko­wa­ły, a tym samym stwo­rzy­ły tytu­ło­wą „trze­cią dro­gę” (nazwa­ną przez nie­go „Kul­tu­rą Zrzu­ty”). Zain­te­re­so­wa­nych poglą­da­mi Kościel­nia­ka na ten temat odsy­łam do tej rów­nie zna­ko­mi­tej książ­ki, tutaj chcę jedy­nie zwró­cić uwa­gę na stra­te­gię, któ­rą w niej zasto­so­wał, ponie­waż ana­lo­gicz­na poja­wi­ła się w Abor­cji i demo­kra­cji. Wybrał on bowiem to, co zdol­ne było – tym razem uży­ję języ­ka Der­ri­dy – tę opo­zy­cję zde­kon­stru­ować. Albo inny­mi sło­wy: wpu­ścił swe­go rodza­ju „wiru­sa” w utrwa­lo­ny duali­stycz­ny sys­tem, któ­ry w wizji usank­cjo­no­wa­nej przez histo­rię ofi­cjal­ną pozor­nie funk­cjo­no­wał bez zarzu­tu, lecz „zaka­żo­ny” przez dekon­struk­cjo­ni­stę, zaczął nie­do­ma­gać. Dzię­ki temu mógł zade­mon­stro­wać (na pierw­szy rzut oka nie­wi­docz­ną) kru­chość owej „cyklo­po­wej budow­li”, o któ­rej wspo­mi­nał Foucault. Wręcz zna­ko­mi­cie wcie­lił zatem w życie to, co twór­ca dekon­struk­cji okre­ślił wdzięcz­nym mia­nem lla­bi­li­té – czy­li wpra­wie­niem sys­te­mu w „chwiej­ność”, a przez to pod­wa­żył go znacz­nie efek­tyw­niej, niż gdy­by pod­dał go po pro­stu (jak to nazy­wa Der­ri­da) „kry­ty­ce fron­tal­nej”.

W oma­wia­nej książ­ce rolę tego – excu­sez le mot – „wiru­sa” wpusz­czo­ne­go w utrwa­lo­ną opo­zy­cję: komu­ni­stycz­ny reżim – anty­ko­mu­ni­stycz­ny sprze­ciw, ode­gra­ła spra­wa kobie­ca. Za spra­wą „kwe­stii abor­cji”, a ści­ślej – ode­bra­nia kobie­tom pra­wa do decy­do­wa­nia o niej, Kościel­niak sil­nie zachwiał uzna­ną (i nobi­li­to­wa­ną) wizją demo­kra­cji – tego tak istot­ne­go kom­po­nen­tu naj­now­szej (monu­men­tal­nej) histo­rii Pol­ski. Per­spek­ty­wa prze­ciw-histo­rycz­na zosta­ła w ten spo­sób pusz­czo­na w ruch, bo oka­za­ło się, że świe­tla­ny szlak wio­dą­cy ku demo­kra­cji ma „pod pod­szew­ką” łama­nie praw kobiet. Żeby jed­nak – znów – była jasność: nie wypo­wia­da się on tutaj prze­ciw­ko demo­kra­cji, lecz jedy­nie „roz­sz­czel­nia” jej skost­nia­ły wize­ru­nek. Nie sta­je też po stro­nie abor­cji, lecz optu­je za tym, by usank­cjo­no­wa­na legi­sla­cyj­nie decy­zja o niej przy­słu­gi­wa­ła tym, któ­rych zarów­no sam zabieg, jak i jego skut­ki doty­czą bez­po­śred­nio, nie zaś tym arbi­tral­nie uzur­pu­ją­cym sobie pra­wo do dys­po­no­wa­nia nie swo­im życiem i nie swo­im cia­łem i sta­ra­ją­cym się je w ten spo­sób „ujarz­mić”.

Kościel­niak z wręcz chi­rur­gicz­ną pre­cy­zją „wyko­nał” (jeśli odwo­łać się tym razem do języ­ka per­for­ma­ty­ki) dokład­nie to, co zade­kla­ro­wał i sfor­mu­ło­wał: „wydo­był coś, co zosta­ło ukry­te”, „odzy­skał stłu­mio­ną lub prze­ina­czo­ną wie­dzę” i „odczy­tał praw­dę zapie­czę­to­wa­ną”. A jeśli Nie­tz­sche w Nie­wcze­snych roz­wa­ża­niach histo­rię „monu­men­tal­ną” utoż­sa­mił z odzy­ski­wa­niem „wiel­kich chwil” po to, by móc je utrwa­lić i zatrzy­mać „w wiecz­nej teraź­niej­szo­ści”, to moż­na powie­dzieć, że prze­ciw-histo­rycz­na książ­ka Kościel­nia­ka zatrzy­ma­ła te chwi­le, któ­re mogą się nie wyda­wać aż tak wiel­kie (jak na przy­kład wal­ka o wol­ność i demo­kra­cję), jed­nak bez wąt­pie­nia zasłu­gu­ją na odzy­ska­nie i utrwa­le­nie. W przy­wo­ła­nym wcze­śniej ese­ju Nie­tz­sche. Gene­alo­gia. Histo­ria Foucault doda­wał do tego porów­na­nie, któ­re wyda­je mi się cen­ne – zwłasz­cza w per­spek­ty­wie wpi­sa­nia adap­ta­cji Abor­cji i demo­kra­cji w pla­ny reper­tu­aru Naro­do­we­go Teatru Sta­re­go w Kra­ko­wie. Fran­cu­ski filo­zof stwier­dzał mia­no­wi­cie, że w „teatrze” histo­rii „monu­men­tal­nej” „wysta­wia się zawsze tę samą sztu­kę”, gene­alo­gia nato­miast (a zatem prze­ciw-histo­ria) jest „wkro­cze­niem sił na sce­nę, ich wtar­gnię­ciem, prze­sko­kiem zza kulis w sam śro­dek teatru, z przy­na­leż­nym im wigo­rem i mło­dzień­czo­ścią”. Jestem prze­ko­na­na, że książ­ka Mar­ci­na Kościel­nia­ka w peł­ni zasłu­gu­je na taką wła­śnie wer­sję sce­nicz­ną i gorą­co temu przed­się­wzię­ciu kibi­cu­ję.

Dia­gno­za auto­ra Abor­cji i demo­kra­cji jest jed­nak nie tyl­ko otwie­ra­ją­ca, lecz tak­że wyso­ce pesy­mi­stycz­na. W fina­le zauwa­ża on, że opi­sy­wa­ny przez nie­go pro­ces nadal trwa i ma się cał­kiem dobrze: „łama­nie praw kobiet przez zaostrze­nie zaka­zu abor­cji w 2020 roku wpi­su­je się w model pol­skiej demo­kra­cji, wypra­co­wa­ny na szla­ku «pol­skiej dro­gi do wol­no­ści». W 2024 roku wciąż pozo­sta­je­my na tej dro­dze”.

Ale opo­wieść o pol­skim usta­wo­daw­stwie abor­cyj­nym to wszak nie tyl­ko „histo­ria mrocz­ne­go pod­dań­stwa”, bo jej istot­ne uzu­peł­nie­nie – jak słusz­nie zauwa­ża autor za Foucaul­tem – sta­no­wi „histo­ria jed­no­cze­snej bliź­nia­czej dekla­ra­cji praw i wojen” 4. Tą war­stwą histo­rycz­ną w Abor­cji i demo­kra­cji nie zajął się w peł­ni świa­do­mie, odkła­da­jąc jej omó­wie­nie do cza­su przy­go­to­wa­nia kolej­nej książ­ki, któ­ra – w zapo­wie­dzi – nie będzie mówi­ła o wła­dzy, insty­tu­cjo­nal­nej prze­mo­cy czy demon­ta­żu naro­do­wych mitów, lecz przy­nie­sie pisa­ną z per­spek­ty­wy „her­sto­rycz­nej” nar­ra­cję o nie­po­słu­szeń­stwie, opo­rze i o femi­ni­stycz­nym „akty­wi­zmie na rzecz praw kobiet, plu­ra­li­zmu i świec­kie­go pań­stwa”.

Nie będę ukry­wać, że bar­dzo na tę książ­kę cze­kam. Jestem abso­lut­nie pew­na, że po raz kolej­ny w wie­lu kwe­stiach zgo­dzę się z prze­my­śle­nia­mi Mar­ci­na Kościel­nia­ka.

 

1 Szcze­gó­ło­wo opi­sa­łam ten pro­ces w książ­ce Dekon­struk­cja, poli­ty­ka i per­for­ma­ty­ka (2013).

2 W tomie: M. Foucault, Filo­zo­fia. Histo­ria. Poli­ty­ka. Wybór pism, tłum. D. Lesz­czyń­ski, L. Rasiń­ski, Warszawa‒Wrocław 2000. Wszyst­kie cyta­ty wyko­rzy­sta­ne w niniej­szym tek­ście pocho­dzą z tego wyda­nia.

3 J. Kra­kow­ska, Roz­sz­czel­nia­nie, „Dia­log” 2019, nr 10.

4 Tym razem z jak­że wymow­nie w kon­tek­ście jego wywo­dów zaty­tu­ło­wa­ne­go zbio­ru: M. Foucault, Trze­ba bro­nić spo­łe­czeń­stwa. Wykła­dy w Col­lège de Fran­ce, 1976, tłum. M. Kowal­ska, War­sza­wa 1998.

Anna Burzyńska, fot. ze zbiorów autorki.

– prof. dr hab. na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

więcej →

Marcin Kościelniak, fot. Jakub Szafrański

– kulturoznawca, teatrolog, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego.

więcej →

Powiązane teksty

26.04.2026
Recenzje

„Hjem”, czyli o dającej nadzieję współegzystencji ludzi i nieludzi na Północy

Tytułowe słowo „hjem” w języku norweskim oznacza dom rozumiany jako siedlisko czy przystań. Wybór tytułu można uznać za trafny, bo książka przywodzi na myśl pamiętnik z miejsca, które zarówno dla autorki, jak i obserwowanych przez nią postaci (ludzi i nieludzi) rzeczywiście oznacza coś więcej niż adres – o książce Ilony Wiśniewskiej pisze Dagmara Tomczyk.