Czytałeś?

Na począt­ku czerw­ca tra­wa wyra­sta już na tyle, że na podwó­rzu trze­ba ją sko­sić. Na polach sia­no­ko­sy są za tydzień–dwa. Ale przy obej­ściu nale­ży to zro­bić na począt­ku czerw­ca czy nawet pod koniec maja, żeby koło domu było schud­nie, a nie bady­le do samych okien.

Wła­śnie przy tym sprzą­ta­niu sia­na zasta­łem Wasy­la Hera­sy­miu­ka, kie­dy odwie­dzi­łem go po raz pierw­szy. Wasyl roz­rzu­cał sko­szo­ną tra­wę.

– Boże dopo­móż – przy­wi­ta­łem się.

– Dzię­ku­ję za dobre sło­wo – odpo­wie­dział Wasyl i wska­zał mi ław­kę w cie­niu, a sam kon­ty­nu­ował pra­cę, aż nie skoń­czył.

Mój tata przez całe życie pra­co­wał z drew­nem, bo cóż jesz­cze moż­na robić u nas w Bru­stu­rach? Jak doro­słem, też zaczą­łem. Gdy byłem mały, nie mogłem się docze­kać, aż naresz­cie będę mógł pra­co­wać przy tokar­ce. Toczyć pisan­ki i świecz­ni­ki. Zanim to nastą­pi­ło, tata prze­rzu­cił się na wyra­bia­nie hucul­skich drew­nia­ków. Wła­śnie wte­dy cie­szy­ły się naj­więk­szym popy­tem na noc­nym hur­to­wym baza­rze w Kutach. Robi­łem je, odkąd skoń­czy­łem czter­na­ście lat.

Dosta­wa­li­śmy suro­wiec w posta­ci buko­wych lub brzo­zo­wych kłód, któ­re następ­nie roz­pi­ło­wy­wa­li­śmy na kloc­ki o odpo­wied­niej gru­bo­ści. Albo kupo­wa­li­śmy od pro­du­cen­tów tra­lek wybra­ko­wa­ne pół­fa­bry­ka­ty. Do wyko­na­nia tral­ki potrzeb­ny jest metro­wy, a nawet dłuż­szy, kawa­łek drew­na bez żad­nych wad. Jeśli ma sęk albo pęk­nię­cie, nie nada­je się do tego. Za to na gał­ki do drew­nia­ków – jak naj­bar­dziej. Z takiej wadli­wej tral­ki moż­na wyciąć pięć–sześć pół­fa­bry­ka­tów. Otóż nie­raz z tatą zwra­ca­li­śmy się do pro­du­cen­tów tra­lek. Dosta­wa­li dzię­ki temu jakąś rekom­pen­sa­tę, a my – dobry mate­riał.

Tral­ki były wyra­bia­ne przez maj­strów w Kosma­czu, Szeszo­rach, Pro­ku­ra­wie. Aku­rat do nich wów­czas jeź­dził tata, aby się umó­wić. A przy oka­zji roz­mo­wy z pew­nym męż­czy­zną w Pro­ku­ra­wie dowie­dział się, że nie­opo­dal miesz­ka­ją rodzi­ce poety Wasy­la Hera­sy­miu­ka. On sam też nie­kie­dy przy­jeż­dża z Kijo­wa.

A z czym się poeta koja­rzy tacie? Ano z tym, że i jego syn oprócz tocze­nia sam też coś pisze. Otóż tak jak w daw­nych cza­sach rodzi­ce uma­wia­li się z mistrza­mi, żeby przy­ję­li ich dzie­ci na uczniów, tak samo mój tata umó­wił się z rodzi­ca­mi Hera­sy­miu­ka na audien­cję u ich syna.

Dzień czy dwa przed 7 czerw­ca 2007 roku usły­sza­łem tele­fon. Wasyl był w Pro­ku­ra­wie u rodzi­ców, zapra­szał.

Co zro­bi­łem – wydru­ko­wa­łem swo­je wier­sze. Zło­ży­łem je do tecz­ki. Tecz­kę do wor­ka. Wsia­dłem na rower i – do Pro­ku­ra­wy. Dzień był robo­czy, w środ­ku tygo­dnia, ale co tam robo­ta, sko­ro mam takie spo­tka­nie!

Moje Bru­stu­ry to jest przed­ostat­nia wieś. Dalej jest jesz­cze Sze­pit, któ­ry kie­dyś był przy­siół­kiem Bru­stu­rów, za Sze­pi­tem są góry. Gre­hit. Czar­no­hor­ski grzbiet. Zmie­rza­łem więc do naj­więk­sze­go poety Kar­pat, Hera­sy­miu­ka, do Pro­ku­ra­wy – z gór, z wyso­kich poło­nin.

Dopływ rzeki Pistynki w Brusturach. Fot. W. Karpiuk.
Dopływ rzeki Pistynki w Brusturach. Fot. W. Karpiuk.

W świę­to czy w nie­dzie­lę bar­dzo lubi­łem jeź­dzić na rowe­rze. Zni­ka­łem z domu na całe godzi­ny, jeź­dzi­łem po Bru­stu­rach czy do Pro­ku­ra­wy albo do Kosma­cza, tam zaczy­nał się odci­nek rów­ne­go asfal­tu, na któ­rym moż­na było wresz­cie cie­szyć się szyb­ką jaz­dą. Dobrze wie­dzia­łem, jak się dostać do cen­trum Pro­ku­ra­wy. Naj­pierw przez Bru­stu­ry w dół głów­ną dro­gą do koń­ca, aż cha­ty nie zaczną się prze­rze­dzać. Póki cha­ty nie znik­ną wca­le, zosta­ną tyl­ko chasz­cze. Wów­czas stro­my zjazd w dół do rzecz­ki Pistyn­ki. Tam aku­rat zle­wa­ją się dwie rze­ki – Bru­stur­ka i Kosmacz­ka. Dalej most i stro­my pod­jazd. Trze­ba zsiąść z rowe­ru i go pchać. A kie­dy jesteś na górze, to już Pro­ku­ra­wa. Jesz­cze dwa kilo­me­try i oto głów­ny punkt orien­ta­cyj­ny – klub w cen­trum. Za klu­bem jest ulicz­ka. Trze­ba w nią wejść, potem od razu na pra­wo. Jesz­cze parę­dzie­siąt metrów i po lewej będzie bra­ma na podwó­rze Hera­sy­miu­ków. W głę­bi cha­ta, nad nią na wznie­sie­niu cer­kiew.

Wasyl Herasymiuk w pobliżu domu rodziców, sierpień 2026. Fot. W. Karpiuk.
Wasyl Herasymiuk w pobliżu domu rodziców, sierpień 2026. Fot. W. Karpiuk.

Łatwo było to zna­leźć. A koło cha­ty Wasyl Hera­sy­miuk aku­rat roz­sy­pu­je tra­wę.

– Boże dopo­móż – witam go.

– Dzię­ku­ję za dobre sło­wo – odpo­wie­dział Wasyl i wska­zał mi ław­kę w cie­niu, a sam kon­ty­nu­ował pra­cę, aż nie skoń­czył.

Cze­go naj­bar­dziej chcia­łem, to usły­szeć opi­nię o moich wier­szach. Spe­cjal­nie wybra­łem takie, w któ­rych jest wię­cej Huculsz­czy­zny. Wyda­wa­ło mi się, że zosta­ną naj­le­piej ode­bra­ne. Nato­miast z wier­szy tam­te­go cza­su tyl­ko te zosta­ły.

kie­dy nad­cho­dzi ten czas
sta­re Hucuł­ki
scho­dzą z ope­tek
i idą
na naj­wyż­szy pagó­rek
odchrzą­ku­jąc
reszt­ki tego, co utra­co­ne 

Wasyl przy­niósł krze­sło i usiadł naprze­ciw mnie. Podał kawę. Chcia­łem, by pod­pi­sał mi się na swo­im zbio­rze Była taka zie­mia. On nato­miast poda­ro­wał mi swo­ją Paproć, wyda­ną rok wcze­śniej, któ­ra uka­za­ła się z oka­zji jego pięć­dzie­sią­tych uro­dzin. Wte­dy tego nie powie­dzia­łem, ale dzień naszej zna­jo­mo­ści i poda­ro­wa­nie Papro­ci mia­ły miej­sce w dniu moich dzie­więt­na­stych uro­dzin. Data auto­gra­fu zawsze mi o tym przy­po­mi­na.

Potem sie­dzie­li­smy przez pewien czas i czy­ta­li­śmy. Zda­je się, Wasyl zro­zu­miał, że mło­dy talent musi usły­szeć opi­nię tu i teraz. Być może mia­łem wyry­te na twa­rzy to ocze­ki­wa­nie. Albo on nie chciał odkła­dać, żeby nie musieć wra­cać do tego póź­niej.

W każ­dym razie był cie­pły let­ni dzień, w pro­mie­niach sło­necz­nych błysz­cza­ły kopu­ły cer­kwi, w tych samych pro­mie­niach pach­nia­ła i schła świe­żo sko­szo­na tra­wa. Śpie­wa­ły ptasz­ki. Było mi dobrze, czu­łem eks­cy­ta­cję. Wasyl czy­tał moje wydru­ko­wa­ne wier­sze, ja jego Paproć. Kątem oka obser­wo­wa­łem jego reak­cję. Chy­ba mu się podo­ba­ło.

Po lek­tu­rze usły­sza­łem krót­ką recen­zję: „jest lepiej, niż ocze­ki­wa­łem”. Potem roz­ma­wia­li­śmy dłu­go, może godzi­nę czy dłu­żej. Była to roz­mo­wa, kie­dy prze­waż­nie słu­cha­łem i nie­kie­dy o coś pyta­łem.

Dosta­łem pochwa­łę i wspar­cie, któ­rych potrze­bo­wa­łem; odkry­łem bli­ski i wiel­ki świat tek­stów hucul­skich, o któ­rym nie mia­łem poję­cia; pozna­łem bar­dzo waż­ną dla mnie oso­bę – same­go Wasy­la.

Dzie­lił się histo­ria­mi rodzin­ny­mi, epi­zo­da­mi z życia pisar­skie­go, egzy­sten­cjal­ny­mi i moral­ny­mi reflek­sja­mi. Był bez­kom­pro­mi­so­wy wobec kom­pro­mi­sów i iro­nicz­ny wobec sie­bie same­go. To wszyst­ko mia­ło olbrzy­mi wpływ na mój świa­to­po­gląd.

Po tym spo­tka­niu nastą­pi­ły kolej­ne. Popro­si­łem, by dzwo­nił, kie­dy będzie przy­jeż­dżać z Kijo­wa do Pro­ku­ra­wy, i Wasyl dzwo­nił.

– Czo­łem, imien­ni­ku! – witał się.

Koty Wasyla Herasymiuka. Fot. W. Karpiuk.
Koty Wasyla Herasymiuka. Fot. W. Karpiuk.

W roz­mo­wach nie­raz brzmia­ło pyta­nie: „Czy­ta­łeś?”. Doty­czy­ło róż­nych wiel­kich tek­stów hucul­skich, któ­re dopie­ro odkry­wa­łem. Zawsze czu­łem się głu­pio, ale nie mia­łem inne­go wyj­ścia, niż się przy­znać, że jesz­cze nie czy­ta­łem. Nato­miast w cią­gu następ­nych kil­ku mie­się­cy – nad­ra­bia­łem.

„Czy­ta­łeś Tara­sa Mel­ny­czu­ka?” – zapy­tał na jed­nym z pierw­szych spo­tkań.

Zna­łem to imię. Może usły­sza­łem je na szkol­nych lek­cjach z lite­ra­tu­ry ojczy­stych stron. Jed­nak wier­sze, któ­re tam czy­ta­li­śmy, nie zro­bi­ły na mnie wra­że­nia. Nie zosta­ły we mnie. Nato­miast opo­wieść Wasy­la o Tara­sie brzmia­ła magicz­nie. Co naj­mniej jeden dobrze znał dru­gie­go, byli w kon­tak­cie, i Wasyl dzie­lił się wła­snym odbio­rem Tara­sa tak czło­wie­ka, jak poety. W oby­dwu wymia­rach był to czło­wiek sil­ny, wyra­zi­sty, cza­sem czu­ły i wraż­li­wy, nie­kie­dy pro­wo­ka­cyj­ny i atrak­cyj­ny.

chcę patrzeć
na ludzi
z taką czu­ło­ścią
z jaką patrzę
na zwie­rząt­ka
czy na glo­ny

lecz ludzie ostrzą
sie­kie­ry

I ja sta­ję się
drze­wem

Pod­czas wrę­cze­nia mu Nagro­dy im. Szew­czen­ki Taras zaczął swo­ją mowę sło­wa­mi: „Pro­szę wstać, Sąd idzie!”. W ten spo­sób przy­po­mi­nał o „wię­zie­niu naro­dów”, któ­re wła­śnie się roz­pa­dło, i o sowiec­kich repre­sjach, któ­re go dotknę­ły.

Po raz pierw­szy Taras został aresz­to­wa­ny 24 stycz­nia 1972 roku. W tam­tym roku repre­sjo­no­wa­no ponad set­kę przed­sta­wi­cie­li inte­li­gen­cji ukra­iń­skiej. Po raz dru­gi – w kwiet­niu 1979, na pod­sta­wie sfa­bry­ko­wa­nej spra­wy kar­nej. Mie­dzy poby­ta­mi w wię­zie­niu i po nich nie mógł zna­leźć pra­cy jako dzien­ni­karz, ponie­waż miał wyrok – było to typo­we cie­mię­że­nie sys­te­mu. Jeśli żył jako bez­ro­bot­ny, to był prze­śla­do­wa­ny wła­śnie z tego powo­du. Przez kil­ka mie­się­cy pra­co­wał w bry­ga­dzie dro­go­wej, kładł asfalt na odcin­ku dro­gi Pistyń–Szepit – przez Szeszo­ry, Pro­ku­ra­wę, Bru­stu­ry.

Droga z Prokurawy do Brustur. Fot. W. Karpiuk.
Droga z Prokurawy do Brustur. Fot. W. Karpiuk.

Kie­dy wresz­cie Ukra­ina sta­ła się nie­pod­le­gła i w roku 1992 demo­kra­tycz­ne wła­dze chcia­ły odzna­czyć naj­bar­dziej pora­nio­nych przez sys­tem radziec­ki lite­ra­tów, w gro­nie aż dzie­wię­ciu lau­re­atów zna­lazł się i Taras Mel­ny­czuk.

„Wstać! Sąd idzie!” – zaczął Taras i, jak mówią, kil­ka osób nawet wsta­ło. A on cią­gnął dalej, wygła­sza­jąc treść wyro­ku, na mocy któ­re­go został ska­za­ny.

Zna­na jest też aneg­do­ta z jego inne­go wystą­pie­nia publicz­ne­go, któ­re mia­ło miej­sce nie­wie­le póź­niej, już w Iwa­no-Fran­kow­sku. Taras, jako świe­ży lau­re­at nagro­dy im. Szew­czen­ki, miał wie­czór autor­ski w domu naro­do­wym. Tro­chę się spóź­nił i kie­dy wybiegł zdy­sza­ny na sce­nę, z fla­ko­nu, któ­ry stał na sto­le, wyjął kwia­ty i napił się z nie­go wody. Póź­niej… prze­pro­sił kwia­ty, że pod­pił ich poży­wie­nie.

Fot. W. Karpiuk.
Fot. W. Karpiuk.

Pod­czas kolej­ne­go wyjaz­du do nasze­go mia­sta powia­to­we­go – Koso­wa – wstą­pi­łem do „Pro­swi­ty”, gdzie sprze­da­wa­no tro­chę ksią­żek miej­sco­wych auto­rów. Mia­łem szczę­ście, zna­la­złem tam rów­nież trzy­to­mo­we wyda­nie Mel­ny­czu­ka. Ono sta­ło się moją lek­tu­rą na naj­bliż­sze mie­sią­ce. Ta poezja zro­bi­ła na mnie takie wra­że­nie, że już na jesie­ni, gdy wró­ci­łem do zajęć uni­wer­sy­tec­kich w Iwa­no-Fran­kiw­sku i zazna­ja­mia­łem się z lokal­ny­mi śro­do­wi­ska­mi lite­rac­ki­mi, sam nie­raz pyta­łem innych: Czy­ta­łeś Tara­sa Mel­ny­czu­ka?

Póź­niej dzia­ła­łem wię­cej. Zaczą­łem orga­ni­zo­wać festi­wal „Pokro­wa” im. Tara­sa Mel­ny­czu­ka, żeby zwró­cić na nie­go uwa­gę, bo wyda­wa­ło mi się, że jest bar­dzo sła­bo zna­ny, a wszy­scy powin­ni o nim sły­szeć. Wresz­cie dzia­łal­ność ta zosta­ła wyna­gro­dzo­na: odna­la­złem jego nie­zna­ne ręko­pi­sy.

W latach mię­dzy aresz­to­wa­nia­mi i po dru­gim z nich Mel­ny­czuk pro­wa­dził dość swo­bod­ny styl życia. Pomiesz­ki­wał po kil­ka tygo­dni czy mie­się­cy u przy­ja­ciół w róż­nych mia­stach i wsiach Ukra­iny. Tam pisał i nie­raz zosta­wiał to, co napi­sał. W dużych ilo­ściach.

Pew­ne­go let­nie­go dnia zadzwo­nił do mnie wydaw­ca z Iwa­no-Fran­kow­ska Wasyl Iwa­nocz­ko z zapro­sze­niem do redak­cji. Miesz­ka­łem wów­czas w hoste­lu koło jezio­ra. Wło­ży­łem san­da­ły, wsia­dłem na rower i pomkną­łem. Już kwa­drans póź­niej mia­łem w ręku skarb – gru­bą tecz­kę z ręko­pi­sa­mi Mel­ny­czu­ka. Iwa­nocz­ko zapro­sił mnie, bym ziden­ty­fi­ko­wał pismo. Nie jestem gra­fo­lo­giem, ale to pismo roz­po­zna­łem. Oka­za­ło się, że ktoś przy­niósł tę tecz­kę, pro­po­nu­jąc jej sprze­daż. Praw­do­po­dob­nie był to pośred­nik dzia­ła­ją­cy na zle­ce­nie sta­re­go przy­ja­cie­la Mel­ny­czu­ka chcą­ce­go tro­chę zaro­bić. W każ­dym razie po moim potwier­dze­niu Iwa­nocz­ko zna­lazł potrzeb­ne środ­ki i wyku­pił ręko­pi­sy. A kil­ka lat póź­niej z jesz­cze jed­nym poetą pocho­dzą­cym ze Smod­nej koło Koso­wa, Myro­sła­wem Łaju­kiem, wyda­li­śmy je jako oddziel­ny tomik. Kie­dy pre­zen­to­wa­li­śmy go w Win­ni­cy, pod­szedł kolej­ny męż­czy­zna i powie­dział, że jego ojciec przy­jaź­nił się z Mel­ny­czu­kiem i że poeta zosta­wił u nie­go część swe­go archi­wum. W ten spo­sób wyda­li­śmy dru­gi tomik.

Taras Mel­ny­czuk uro­dził się w Uto­ro­pach. Wła­śnie od tej wsi w naszym hucul­skim kosow­skim regio­nie zaczy­na­ją się góry, jeśli jedziesz tam od stro­ny Koło­myi. Tędy zawsze jadę, gdy wybie­ram się w gości do rodzi­ców w Bru­stu­rach. I choć są dale­ko, góry już widać. Tutaj, w Uto­ro­pach, we wsi Tara­sa Mel­ny­czu­ka. On, jak Szew­czen­ko, też zapo­wie­dział, by go pocho­wać na górze – w rodzin­nym obej­ściu w uro­czy­sku Mal­ce­wo. Opo­dal do tej pory stoi nie­do­bu­do­wa­na cha­ta, któ­rą zaczął wzno­sić na począt­ku lat 90., ale nie dokoń­czył. Zmarł w 1995. W cza­sie festi­wa­lu pamię­ci Mel­ny­czu­ka nie­raz odwie­dza­li­śmy jego grób. Ci, któ­rzy go zna­li, wspo­mi­na­li go. Ci, co nie zna­li – pozna­wa­li. Bywał tam i Wasyl Hera­sy­miuk.

Nowa książka Wasyla Herasymiuka. Fot. W. Karpiuk.
Nowa książka Wasyla Herasymiuka. Fot. W. Karpiuk.

Pyta­nie: „Czy czy­ta­łeś?” zada­wał nie tyl­ko o Mel­ny­czu­ku. Od nie­go w swo­im cza­sie dowie­dzia­łem się o Petrze Sze­ke­ry­ku-Dony­ko­wie i Onu­frym Man­czu­ku. Teraz pra­cu­ję nad wyda­niem jesz­cze jed­ne­go, pra­wie zapo­mnia­ne­go auto­ra z Pisty­nia, Wasy­la Kosty­niu­ka.

Tyle tego jest!

Na począt­ku sierp­nia pla­nu­ję znów odwie­dzić podwó­rze Wasy­la w Pro­ku­ra­wie. Posie­dzieć na ław­ce w cie­niu, zanim roz­sy­pie sierp­nio­wy odrost tra­wy. Posłu­chać pta­ków i gospo­da­rza. Pew­nie znów zada pyta­nie: „Czy czy­ta­łeś?” i poda­ru­je mi jakieś nowe odkry­cie. Ja nato­miast wyko­rzy­stam oka­zję i wezmę auto­graf, bo aku­rat kil­ka tygo­dni temu uka­zał się nowy tomik jego wier­szy Nerw Mogu­ra.

Wypły­nę­li z nie­biań­skich toni
i minę­li się.
Może strą­ce­ni z nie­bios
powró­ci­li
tej chwi­li
na sierp­nio­wym tle
spa­da­ją­cych gwiazd
w sierp­nio­wym mie­ście,
gdzie tyl­ko chwi­la,
jed­na chwi­la
dla nas na zie­mi,
a bez niej
nie ma wiecz­no­ści.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Wasyl Herasymiuk w pobliżu domu rodziców, sierpień 2026. Fot. W. Karpiuk. Koty Wasyla Herasymiuka. Fot. W. Karpiuk. Nowa książka Wasyla Herasymiuka. Fot. W. Karpiuk. Dopływ rzeki Pistynki w Brusturach. Fot. W. Karpiuk. Fot. W. Karpiuk. Fot. W. Karpiuk. Droga z Prokurawy do Brustur. Fot. W. Karpiuk.

Czytaj także

06.09.2026 Hiperteksty

Karuzela z morderstwami

Narracja powieści jest polifoniczna, rozciągnięta w czasie na piętnaście lat i podzielona pomiędzy Kingston, Montego Bay, Miami i Nowy Jork, a mimo że niemal bez przerwy ktoś kogoś morduje i wszyscy mówią do nas naraz, nie mamy poczucia zagubienia: rządzi nią żelazna dyscyplina – o Krótkiej historii siedmiu zabójstw Marlona Jamesa pisze Elżbieta Bińczycka-Gacek.

04.09.2026 Prasówka

Prasówka (4 września 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego zapraszamy do lektury piątkowego przeglądu prasy kulturalnej.

03.09.2026 Laba

Monciak–Lizbona–Brasilia–Maputo. Maraton, który daje radę

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych, rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy reportaż Zofii Ulańskiej z Festiwalu Literacki Sopot 2026.