Fantastyka karnawałowa – o „Mgle” Anny Brzezińskiej

Treść nigdy nie ratuje dzieła sztuki, podobnie jak złoto, z którego posąg został zrobiony, nie stanowi o jego wartości. O dziele sztuki stanowi bardziej forma niż treść, swej strukturze i budowie zawdzięcza ono piękno, którym promienieje. Na tym właśnie polega artyzm dzieła i tym powinna się zajmować krytyka.

— J. Ortega y Gasset, „Dehumanizacja sztuki i inne eseje”


Dobrej fabuły nie można wymyślić, trzeba ją przedestylować. Na dłuższą jednak metę, choćby się o tym nie mówiło, a nawet nie myślało, najtrwalszą wartością w pisarstwie jest styl, styl jest najcenniejszym walorem, w jaki autor może zainwestować swój czas. […] Cechy tej nie osiągnie się za cenę największych nawet wysiłków, ponieważ ten rodzaj stylu, jaki mam na myśli, jest wyrazem indywidualności, przede wszystkim więc trzeba mieć indywidualność, żeby móc dać jej wyraz.

— R. Chandler, „Mówi Chandler”

I

W 2025 roku Mgła Anny Brze­ziń­skiej zosta­ła wyróż­nio­na jed­ną z naj­waż­niej­szych nagród pol­skie­go śro­do­wi­ska fan­ta­stycz­ne­go przy­zna­wa­ną przez kry­ty­ków i oso­by zawo­do­wo zaj­mu­ją­ce się lite­ra­tu­rą – Nagro­dą Lite­rac­ką im. Jerze­go Żuław­skie­go. Suk­ces arty­stycz­ny potra­fi być jed­nak kapry­śny, ponie­waż mimo lau­rów dla tej pro­zy nie poja­wi­ły się żad­ne poważ­niej­sze jej omó­wie­nia. W lau­da­cji kapi­tu­ły czy­ta­my co praw­da o „umie­jęt­nym pro­wa­dze­niu opo­wie­ści”, „świet­nie skom­po­no­wa­nej histo­rii pew­ne­go mia­sta” czy „popi­sach wie­dzy autor­ki”, osta­tecz­nie jest to jed­nak pod­su­mo­wa­nie powierz­chow­ne – wię­cej w nim okrą­głych słów niż mery­to­rycz­ne­go komen­ta­rza1.

Powsta­łej luki nie wypeł­ni­li rów­nież recen­zen­ci bran­żo­wi, któ­rzy gre­mial­nie ska­pi­tu­lo­wa­li, wstrzy­mu­jąc się od ocen lub wyra­ża­jąc roz­cza­ro­wa­nie, że nie da się Mgły wtło­czyć w kon­wen­cjo­nal­ne ramy gatun­ko­we. Kry­ty­ka main­stre­amo­wa – mimo wyraź­nych aspi­ra­cji tej pro­zy do wyż­sze­go obie­gu arty­stycz­ne­go, prze­ja­wia­ją­cych się w sku­pie­niu na for­mie, języ­ku i meta­fo­rze – nie udzie­li­ła Brze­ziń­skiej kre­dy­tu zaufa­nia, prze­cho­dząc obok niej dość obo­jęt­nie, co nie­ste­ty nie­rzad­ko spo­ty­ka lite­ra­tu­rę z pogra­ni­cza, któ­rej nie spo­sób łatwo kon­cep­tu­ali­zo­wać.

Pomoc­nej dło­ni nie poda­li nawet czy­tel­ni­cy: choć Mgła zna­la­zła się na shor­tli­ście utwo­rów nomi­no­wa­nych do Nagro­dy Janu­sza A. Zaj­dla, wie­lu odbior­ców uzna­ło powieść za nad­mier­nie her­me­tycz­ną i ubo­gą fabu­lar­nie – potwier­dza­ją to obie­go­we opi­nie, dys­ku­sje na forach poświę­co­nych fan­ta­sty­ce oraz oce­ny publi­ko­wa­ne na popu­lar­nych por­ta­lach lite­rac­kich.

Jed­nym sło­wem: Mgła spa­ra­li­żo­wa­ła jaką­kol­wiek recep­cję kry­tycz­ną. A brak rze­tel­nej kry­ty­ki to uwiąd reflek­sji lite­rac­kiej i utra­ta szan­sy na uważ­ne czy­ta­nie, pole­mi­kę czy obra­nie odmien­nych per­spek­tyw inter­pre­ta­cyj­nych.

Dla­te­go chciał­bym wyrwać się z tego mara­zmu kry­tycz­ne­go i zapro­po­no­wać roz­wią­za­nie pozy­tyw­ne: postaw­my Mgłę w świe­tle reflek­to­rów. Zasta­nów­my się, jak tę powieść zin­ter­pre­to­wać. Jakie kry­te­ria wobec niej zasto­so­wać, a jakie odrzu­cić – i dla­cze­go? Gdzie szu­kać war­to­ści arty­stycz­nej książ­ki? W jaki spo­sób dotrzeć do esen­cji tej pro­zy? Co nam Mgła mówi, przed czym nas ostrze­ga, czym zachwy­ca, a czym nacie­szyć się nie daje? Jak to wszyst­ko jest zro­bio­ne i według jakich zasad dzia­ła? Dla­cze­go nagro­dzo­no wła­śnie tego typu utwór? Poszu­kaj­my takich pytań i odpo­wie­dzi, któ­re pomo­gą nam wnik­nąć w tę powieść jak naj­głę­biej.

II

Cit­tà di Sant’Angelo kona. Mrok okry­wa uli­cę, pło­mie­nie liżą kruż­gan­ki, a strach oraz ner­wo­wy śmiech nio­są się od Fur­ty Bani­tów przez kasz­tel i Bra­mę Rzeź­ni­czą aż po Klasz­tor św. Deoda­ty. Opo­wieść o schył­ku i cza­sach go poprze­dza­ją­cych czer­pie­my od bez­po­śred­nich świad­ków tego pro­ce­su, bez­i­mien­nych boha­te­rów prze­mie­rza­ją­cych wnę­trza obe­rży i kościel­ne zauł­ki, któ­rzy – zmie­rza­jąc od dygre­sji do dygre­sji – ocho­czo rela­cjo­nu­ją wszel­kie istot­ne zda­rze­nia. Przy sto­le, we wnę­trzu gospo­dy, wspo­mi­na­ją o synu mły­na­rza, męż­czyź­nie o imie­niu Dra­co, wyru­sza­ją­cym w tajem­ni­czą podróż poza mury mia­sta; kie­dy indziej plot­ku­ją o Bian­chich, wygna­nych nie­gdyś za here­zję i oszu­stwa na cłach, a dziś – jak gło­si plot­ka – spi­sku­ją­cych z armią cesa­rza Efra­ima; raczą rów­nież histo­ria­mi o tru­ci­ciel­ce Bene­det­cie, szy­dzą z patriar­chy i obma­wia­ją Prin­ci­pes­sę, cór­kę kasz­te­la­na. Ten, jak sami sie­bie nazy­wa­ją, „zakon opil­ców” fil­tru­je klu­czo­we z per­spek­ty­wy mia­sta wyda­rze­nia i za pośred­nic­twem mowy potocz­nej two­rzy mniej lub bar­dziej wia­ry­god­ny doku­ment roz­kła­du mia­sta.

Opo­wie­ści rzą­dzą się wła­sny­mi pra­wa­mi i spe­cy­ficz­nym ryt­mem: mean­dru­ją­cym, dygre­syj­nym, plot­kar­skim. Niko­go nie powin­ny więc dzi­wić sty­li­stycz­ne roz­bu­cha­nie, bogac­two fra­zy czy nagro­ma­dze­nie zdań cią­gną­cych się cały­mi stro­na­mi. To ten typ nar­ra­cji, w któ­rym płyn­ność tek­stu i dyna­mi­ka zda­rzeń wywo­łu­ją w czy­tel­ni­ku efekt mil­czą­ce­go ocze­ki­wa­nia, bowiem tak pero­ru­ją­cym mów­com się nie prze­ry­wa. Takich rela­cji się nie wstrzy­mu­je. Moż­na je albo chło­nąć, albo – jeśli zbyt nas nużą – w ciszy zre­zy­gno­wać z kolej­ne­go aktu. Nie zakłó­ca się jed­nak opo­wie­ści, kie­dy sły­szy się coś podob­ne­go:

Bie­gnie­my co tchu w pier­siach, prze­my­ka­my się przez sekret­ne furt­ki, dzie­dziń­ce, warzyw­ni­ki i dziu­ry w par­ka­nach, ska­cze­my po dachach domów i przy­bu­dó­wek, zna­my tu wszak wszyst­kie przej­ścia, ciem­ne zauł­ki i prze­smy­ki, do któ­rych nigdy nie tra­fia noc­ny ront, a za nami pło­nie Cit­tà di Sant’Angelo, z okien sypią się sprzę­ty, roz­szar­py­wa­ne pie­rzy­ny ronią bia­łe płat­ki, jakiś jed­no­no­gi sta­ruch zasta­wia się przed dwo­ma żoł­nie­rza­mi rybac­kim hakiem, ale zanim zdą­ży­my roz­po­znać, kim jest ten głu­piec, gębę zale­wa mu krew, tuż obok, w zauł­ku skrę­ca­ją­cym ostro w dół ku kościo­ło­wi Świę­te­go Calo­ge­ra, dzie­wecz­ka w nie­bie­ściuch­nej sukien­ce wyska­ku­je przez okno z dzie­cię­ciem w ramio­nach i nie, nie oglą­da­my się za nią, musi­my się stąd jak naj­spiesz­niej wydo­stać, nie spo­wol­ni nas ani gra­bież, ani miło­sier­dzie […]2.

Wtło­czyć Mgłę w ramy jed­nej z wie­lu powie­ści trak­tu­ją­cych o upad­ku mia­sta to jak zre­du­ko­wać Lor­da Jima Jose­pha Con­ra­da do aneg­do­ty o kata­stro­fie stat­ku albo stre­ścić Kosmos Witol­da Gom­bro­wi­cza jako wypra­wę boha­te­rów na zako­piań­ską wieś. Nie spo­sób o jaskraw­szą pomył­kę i więk­sze nie­po­ro­zu­mie­nie, zwłasz­cza że Brze­ziń­ska bar­dziej niż samą ago­nią zda­je się inte­re­so­wać poszu­ki­wa­niem języ­ka do jej opi­su. W myśl tego odczy­ta­nia Mgła jest pró­bą eks­plo­ro­wa­nia takiej for­my opo­wie­ści o upad­ku mia­sta oraz porząd­ku spo­łecz­no-sym­bo­licz­ne­go, któ­ra może oddać efe­me­rycz­ny cha­rak­ter prze­ka­zu ust­ne­go, kry­sta­li­zu­ją­ce­go okre­ślo­ną histo­rię. Jak powia­da jeden z nar­ra­to­rów: „dla­te­go tak trud­no wam to wszyst­ko wyja­śnić, bo co da się powie­dzieć o kwie­cie na pod­sta­wie kształ­tu, któ­ry zosta­nie wyku­ty w kamie­niu?”3.

Okładka książki „Mgła” Anny Brzezińskiej, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2024.
Anna Brzezińska, „Mgła”, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2024.

Jest więc Mgła reflek­sją nad tym, jak moż­na opo­wia­dać o ago­nii: cze­go jesz­cze nie powie­dzia­no, jakich struk­tur i form dotąd nie wyko­rzy­sta­no, aby uchwy­cić nad­da­tek este­tycz­ny, któ­re­go sam ciąg przy­czy­no­wo-skut­ko­wy danej histo­rii nigdy nie był­by w sta­nie wyczer­pać. W takich przy­pad­kach niu­an­se i dwu­znacz­no­ści posze­rza­ją pole inter­pre­ta­cji, a zara­zem utrud­nia­ją jed­no­znacz­ne zde­fi­nio­wa­nie opi­sy­wa­ne­go zja­wi­ska.

Widać to cho­ciaż­by na przy­kła­dzie imma­nent­nej dycho­to­mii zawar­tej w Mgle: dwie nar­ra­cje – jed­na pro­wa­dzo­na przez „brac­two puste­go trzo­sa i zapa­dłe­go brzu­cha”, przy­glą­da­ją­ce się roz­pa­do­wi Cit­tà di Sant’Angelo, dru­ga z per­spek­ty­wy Dra­co­na, wygnań­ca-wybrań­ca, podró­żu­ją­ce­go, by zabić smo­ka; dwa pla­ny cza­so­we – teraź­niej­szy i prze­szły; dwie loka­cje – miej­ska i pod­miej­ska; dwa porząd­ki sym­bo­licz­ne, opi­su­ją­ce to, co ofi­cjal­ne i nie­ofi­cjal­ne; dwie praw­dy o micie zało­ży­ciel­skim mia­sta. A wresz­cie – dwu­znacz­ność tytu­ło­wej mgły, o któ­rej czy­ta­my, że „[w niej – red.] wszy­scy jeste­śmy sobie rów­ni”4, że to wła­śnie ona skry­wa kra­inę obfi­to­ści, gdzie „pły­nie dzie­więć rzek, jed­na jest peł­na słod­kie­go mio­du, dru­gą cie­cze twar­dy i płyn­ny cukier, trze­cia wzbie­ra ambro­zją, a czwar­ta nek­ta­rem”5. Z mgły wyła­nia­ją się jed­nak demo­ny6, lęgną się w niej dia­bel­stwa7, co wię­cej, jest ona sym­bo­lem kłam­stwa oraz ambi­wa­len­cji, ponie­waż to z niej ponoć wynu­rzył się legen­dar­ny Gueri­no, pogrom­ca smo­ka i postać z mitu zało­ży­ciel­skie­go8.

To roz­sz­cze­pie­nie sen­sów, nie­przej­rzy­stość i ekwi­li­bry­sty­ka języ­ko­wa wyda­ją się przy­czy­ną, dla któ­rej tak trud­no o powszech­nie pozy­tyw­ną recep­cję Mgły. Autor­ka zda­je się drwić z ocze­ki­wań czy­tel­ni­ka, zmu­sza go do wysił­ku inter­pre­ta­cyj­ne­go i do bacz­nej uwa­gi. Unie­moż­li­wia rów­nież fabu­lar­no-przy­go­do­wą wykład­nię, tak cha­rak­te­ry­stycz­ną i zara­zem domyśl­ną dla kon­wen­cji lite­ra­tu­ry fan­ta­stycz­nej. Wresz­cie, podob­nie jak nie­gdyś twór­cy nouve­au roman, wymu­sza zmia­nę lite­rac­ko-odbior­cze­go para­dyg­ma­tu. Jak­by tego było mało, spra­wę dodat­ko­wo kom­pli­ku­je fakt, że Brze­ziń­ska, odci­na­jąc się od pul­po­wych tra­dy­cji, się­ga po zupeł­nie odmien­ny klucz odczy­tań, o czym świad­czy sze­reg nawią­zań do Bach­ti­now­skiej kon­cep­cji kar­na­wa­li­za­cji.

III

Nawią­za­nie do kar­na­wa­łu odby­wa­ją­ce­go się za mura­mi Cit­tà di Sant’Angelo poja­wia się już na samym począt­ku opo­wie­ści. To wła­śnie pod­czas hulasz­czych zabaw roz­po­czy­na się histo­ria syna mły­na­rza, któ­ry za swo­je nie­cne wybry­ki zosta­je ska­za­ny na karę chło­sty, zamie­nio­ną nie­co póź­niej na wygna­nie. To rów­nież tej nocy pięk­na Mona Giu­lia zosta­je okrzyk­nię­ta narze­czo­ną Pana Kar­na­wa­łu, co na krót­ką chwi­lę pozwa­la jej „stać się potęż­niej­szą od kasz­te­la­na, potęż­niej­szą od wszyst­kich wiel­kich panów, patriar­chów, ryce­rzy i same­go cesa­rza Efra­ima”9 – i co spra­wia, że oca­le­nie nie­szczę­sne­go boha­te­ra jest moż­li­we. Choć sam kar­na­wał w powie­ści trwa krót­ko, wykre­owa­na wów­czas rze­czy­wi­stość wyzna­cza klucz do odczy­ta­nia całe­go utwo­ru.

Kar­na­wał repre­zen­tu­je tak zwa­ną dru­gą kul­tu­rę, prze­ciw­sta­wia­ną kul­tu­rze ofi­cjal­nej, zarów­no świec­kiej, jak i sakral­nej. Jest to świę­to, w któ­re­go trak­cie lud może swo­bod­nie drwić z hie­rar­chicz­ne­go porząd­ku wła­dzy, z kon­we­nan­sów, codzien­nych obo­wiąz­ków oraz powin­no­ści spo­łecz­nych. Nie­gdyś satur­na­lia two­rzy­ły prze­strzeń do wyśmie­wa­nia bóstw i roz­po­wszech­nia­nia obe­lży­wych mitów, co poza cza­sem świą­tecz­ne­go roz­prę­że­nia nie było tole­ro­wa­ne. Kar­na­wał jawi się więc jako swo­ista stre­fa bufo­ro­wa, roz­ła­do­wu­ją­cy napię­cia spo­łecz­ne okres zawie­sze­nia ofi­cjal­ne­go porząd­ku, dni sym­bo­licz­nej dys­pen­sy od prze­strze­ga­nia powszech­nie obo­wią­zu­ją­cych zasad, norm moral­nych. Jak pisze Mar­cin Kowal­czyk:

W śre­dnio­wie­czu i w rene­san­sie czło­wiek pro­wa­dził pew­ne­go rodza­ju „podwój­ne życie”. Przez więk­szą część roku żył i pra­co­wał w świe­cie, by tak rzec, ofi­cjal­nym i poważ­nym, sank­cjo­no­wa­nym przez kul­tu­rę kościel­ną oraz feu­dal­ny układ spo­łecz­ny. Jed­nak ist­nia­ły okre­sy w roku (razem oko­ło trzy mie­sią­ce), kie­dy świa­to­po­glą­do­wi ofi­cjal­ne­mu prze­ciw­sta­wio­no cały boga­ty świat form i prze­ja­wów „ludo­wej kul­tu­ry śmie­chu”. Świę­to rozu­mia­ne jest tutaj nie tyl­ko jako czas odpo­czyn­ku, lecz przede wszyst­kim jako „dru­gie życie” ludu, mają­ce wyż­szy, ide­olo­gicz­ny sens uto­pij­ną rów­ność i obfi­tość, a tak­że śmierć i odro­dze­nie10.

Stąd we Mgle frag­men­ty takie jak ten:

[…] wokół pło­ną pochod­nie, pan­ny wiru­ją dooko­ła ognisk, koły­szą się nawet pan­ny mądre i głu­pie na kate­dral­nym por­ta­lu, przed Duomo skwier­czą here­ty­cy, dopraw­dy, kar­na­wa­ło­wa noc jest ogrom­na niczym cały świat, nie da się jej ogar­nąć ani prze­mie­rzyć […]11.

To jed­nak, co inte­re­su­je nas we Mgle, nie spro­wa­dza się do poje­dyn­cze­go wyda­rze­nia, lecz do prze­sy­ce­nia całej powie­ści kul­tu­rą kar­na­wa­łu, a więc do prze­nie­sie­nia naj­bar­dziej repre­zen­ta­tyw­nych dla tego obrzę­du zja­wisk na grunt lite­ra­tu­ry. To wła­śnie owo kar­na­wa­ło­we świa­to­od­czu­wa­nie, opi­sa­ne przez Micha­iła Bach­ti­na w Pro­ble­mach poety­ki Dosto­jew­skie­go, pozwa­la zin­ter­pre­to­wać porzą­dek sym­bo­licz­ny, w któ­rym osa­dzo­na zosta­ła książ­ka Brze­ziń­skiej. For­ma zawią­zu­je tu komi­ty­wę z tre­ścią. Fami­liar­no-jar­marcz­ny cha­rak­ter opo­wie­ści prze­sta­je być arbi­tral­nym wybo­rem, a sta­je się logicz­ną kon­se­kwen­cją roz­po­ście­ra­nej meta­fo­ry. Dygre­syj­na nar­ra­cja ide­al­nie nada­je się do pod­trzy­my­wa­nia atmos­fe­ry roz­chwia­nia i nie­sta­ło­ści, prze­sy­co­nej iro­nicz­no-kpiar­skim komen­ta­rzem. Nar­ra­cja pierw­szo­oso­bo­wa i per­spek­ty­wa boha­te­rów, zanu­rzo­nych w wirze wyda­rzeń, traf­nie odda­ją zatar­cie gra­ni­cy mię­dzy rola­mi uczest­ni­ka i obser­wa­to­ra całe­go spek­ta­klu. Pijac­kie baj­du­rze­nia i zda­nia cią­gną­ce się kilo­me­tra­mi odzwier­cie­dla­ją sto­pie­nie się poszcze­gól­nych epi­zo­dów w jeden ciąg zda­rzeń. Tym samym kar­na­wa­ło­wa logi­ka oka­zu­je się nie­odzow­nym ele­men­tem spa­ja­ją­cym całą powieść w war­stwie struk­tu­ral­nej, a co za tym idzie – umoż­li­wia­ją­cym odbior­cy odna­le­zie­nie klu­czo­wych dla utwo­ru punk­tów orien­ta­cyj­nych. Tak jak trud­no dziś wyobra­zić sobie inter­pre­ta­cję 49 idzie pod mło­tek Tho­ma­sa Pyn­cho­na w ode­rwa­niu od dys­kur­su post­mo­der­ni­stycz­ne­go lub odczy­ta­nie powie­ści Cza­sa­mi wiel­ka chęt­ka Kena Keseya z pomi­nię­ciem Freu­dow­skiej psy­cho­ana­li­zy, tak nie spo­sób oddzie­lić kate­go­rii kar­na­wa­ło­wo­ści od Mgły.

Kie­dy zwró­ci­my już uwa­gę na wszyst­kie te ele­men­ty, zasad­ne sta­nie się pyta­nie: jaki wywie­ra­ją one wpływ na wymiar arty­stycz­ny książ­ki? Zamy­ka­jąc opo­wieść o upad­ku mia­sta w ramach kar­na­wa­ło­we­go postrze­ga­nia świa­ta, Brze­ziń­ska istot­nie mody­fi­ku­je tra­dy­cyj­ny sens kar­na­wa­łu. Histo­rycz­nie celem tego obrzę­du nie było bowiem wyłącz­nie usta­na­wia­nie opo­zy­cji wobec ofi­cjal­nej kul­tu­ry. Peł­nił on rów­nież funk­cję tera­peu­tycz­ną, dzia­ła­jąc jako swo­isty kata­li­za­tor emo­cji i fru­stra­cji spo­łecz­nych. W książ­ce Brze­ziń­skiej o żad­nej tera­pii nie może być jed­nak mowy. Cit­tà di Sant’Angelo nawie­dza bowiem kar­na­wał mrocz­ny i zde­wa­lu­owa­ny, prze­kra­cza­ją­cy wła­sne gra­ni­ce oraz wymy­ka­ją­cy się spod kon­tro­li wsku­tek roz­ma­itych wyda­rzeń poli­tycz­nych i spo­łecz­nych.

Brze­ziń­ska nie pró­bu­je przed­sta­wiać domknię­te­go, cyklicz­ne­go mode­lu kar­na­wa­łu, uwzględ­nia­ją­ce­go ele­ment resty­tu­cji, w któ­rym po okre­sie śmie­chu nastę­pu­je powrót do daw­nych war­to­ści lub usta­no­wie­nie nowych. Zamiast tego otrzy­mu­je­my obraz roz­pa­du i entro­pii – mia­sta, histo­rii, obrzę­du, mitu zało­ży­ciel­skie­go, wspól­no­ty, a w pew­nym sen­sie tak­że samej opo­wie­ści:

[…] tuż przed śmier­cią czas bowiem nik­nie i się roz­pły­wa, jak­by go nigdy nie było, nie respek­tu­je­my już pór modli­twy, pra­cy oraz snu i wie­le innych rze­czy rów­nież tra­ci na zna­cze­niu […], a my wszy­scy zrów­na­ni pijań­stwem i roz­pa­czą, zaraz się będzie­my kle­pać po ple­cach, maj­stro­wie zaofe­ru­ją nam swo­je cór­ki za żony i pusz­czą warsz­ta­ty w dzier­ża­wę…12

IV

Mgła w swo­jej zło­żo­no­ści odsła­nia przy­naj­mniej kil­ka istot­nych kwe­stii. Poka­zu­je, jak w nowo­cze­sny i satys­fak­cjo­nu­ją­cy lite­rac­ko spo­sób wyko­rzy­sty­wać ele­men­ty fan­ta­stycz­ne do two­rze­nia lite­ra­tu­ry o ambi­cjach arty­stycz­nych, jak w obrę­bie fan­ta­sty­ki kon­stru­ować histo­rie i meta­fo­ry wykra­cza­ją­ce poza sche­ma­ty przy­go­do­we, jak prze­su­wać akcen­ty i napi­sać powieść, w któ­rej głów­ny­mi boha­te­ra­mi są mia­sto, język oraz nar­ra­cja, a nie posta­cie bez­po­śred­nio obec­ne na kar­tach książ­ki. Uświa­da­mia rów­nież, że tego rodza­ju tek­sty wyma­ga­ją od odbior­cy uwa­gi i że wyj­ście poza przy­zwy­cza­je­nia inter­pre­ta­cyj­ne jest potrzeb­ne, by móc czer­pać peł­ną satys­fak­cję z lek­tu­ry. Wresz­cie una­ocz­nia, jak nie­zbęd­na dla śro­do­wi­ska fan­ta­stycz­ne­go jest kry­ty­ka lite­rac­ka, ponie­waż to, do cze­go przy­zwy­cza­iła nas tra­dy­cyj­na gatun­ko­wo recep­cja, nie zapew­nia narzę­dzi do opi­su tego typu twór­czo­ści.

Mgła obna­ży­ła wciąż wypie­ra­ny sła­by punkt śro­do­wi­ska fan­ta­stycz­ne­go. Śro­do­wi­ska, któ­re z jed­nej stro­ny wyka­zu­je skłon­ność do narze­ka­nia na jakość publi­ko­wa­nych ksią­żek, ich ide­olo­gi­za­cję (szcze­gól­nie na ryn­ku anglo­sa­skim) oraz wtór­ność kon­cep­tu­al­ną, co samo w sobie sta­no­wi prze­jaw zdro­we­go kry­ty­cy­zmu, z dru­giej zaś ręka­mi i noga­mi bro­ni się przed trak­to­wa­niem lite­ra­tu­ry jako gałę­zi sztu­ki, wraz z całym wachla­rzem kry­te­riów este­tycz­nych słu­żą­cych do jej oce­ny. Tego typu powie­ści nie da się wyczer­pu­ją­co opi­sać za pomo­cą czte­rech „zaklęć”, powta­rza­nych niczym man­try i odmie­nia­nych przez wszyst­kie przy­pad­ki: pomy­słu, akcji, fabu­ły, boha­te­ra. Nie jest to jed­nak wina same­go śro­do­wi­ska ani kon­kret­nych jed­no­stek, lecz sku­tek nie­do­sta­tecz­nej obec­no­ści kul­tu­ry lite­rac­kiej i kry­tycz­nej w jego obrę­bie. Sytu­acji nie popra­wia rów­nież fakt, że nawet docie­kli­wy czy­tel­nik nie ma moż­li­wo­ści zapo­zna­nia się z jaką­kol­wiek opi­nią lub recen­zją uza­sad­nia­ją­cą wybór kapi­tu­ły Nagro­dy Lite­rac­kiej im. Jerze­go Żuław­skie­go. W ten spo­sób war­to­ścio­we książ­ki tra­fia­ją w próż­nię, a ich auto­rzy nie są w sta­nie wyrwać się ze spi­ra­li nega­tyw­nych opi­nii opar­tych na nie­po­ro­zu­mie­niach.

Jakiej więc kry­ty­ki potrze­bu­ją książ­ki podob­ne do Mgły? Uważ­nej, sku­pio­nej na tym, co nie zosta­ło prze­ka­za­ne wprost. Docie­kli­wej w śle­dze­niu cią­gów przy­czy­no­wo-skut­ko­wych oraz zawar­tych w nich idei, a zara­zem nie­tra­cą­cej z pola widze­nia tego, co dzie­je się na pozio­mie języ­ka, ponie­waż to wła­śnie on sta­no­wi fun­da­ment twór­czo­ści lite­rac­kiej. Jak pisał Jan Gon­do­wicz: „lite­ra­tu­ra nie skła­da się z idei, tyl­ko ze słów, ze zdań i z aka­pi­tów”13. Kry­ty­ki, któ­ra uzna­je, że for­ma może być wła­ści­wą tre­ścią i któ­ra potra­fi inter­pre­to­wać tek­sty zgod­nie z tym prze­ko­na­niem, a w razie potrze­by prze­ko­nu­ją­co tę stra­te­gię obro­nić. Kry­ty­ki czuj­nej i zdol­nej odróż­nić to, co dla danej opo­wie­ści jest przy­god­ne, od tego, co pozo­sta­je fun­da­men­tal­nie zro­śnię­te z jej struk­tu­rą. Wresz­cie – swo­bod­nie mean­dru­ją­cej mię­dzy nawią­za­nia­mi gatun­ko­wy­mi a tro­pa­mi kul­tu­ro­wy­mi i otwar­tej na fakt, że lite­ra­tu­ra nie wyczer­pu­je swo­ich moż­li­wo­ści w samym prze­ka­zy­wa­niu infor­ma­cji przy­ozdo­bio­nych w stroj­ne fata­łasz­ki intry­gi. Dla Mgły i fan­ta­sty­ki podob­ne­go rodza­ju ist­nie­nie takiej kry­ty­ki jest abso­lut­nie nie­zbęd­ne.

 

1 Z całą lau­da­cją moż­na zapo­znać się na stro­nie inter­ne­to­wej Nagro­dy Lite­rac­kiej im. Jerze­go Żuław­skie­go, onli­ne: https://www.nagroda-zulawskiego.pl/salon-zulawskiego/eseje-i-opracowania/laudacja-dla-powiesci-mgla-anny-brzezinskiej [dostęp: 26.08.2026].

2 A. Brze­ziń­ska, Mgła, Kra­ków: Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, 2024, s. 148.

3 Tam­że, s. 184.

4 Tam­że, s. 107.

5 Tam­że, s. 49.

6 Tam­że, s. 35.

7 Tam­że, s. 93.

8 Tam­że, s. 106.

9 Tam­że, s. 24–25.

10 M. Kowal­czyk, Tyr­mand kar­na­wa­ło­wy, Kra­ków: Uni­ver­si­tas, 2008, s. 20.

11 A. Brze­ziń­ska, Mgła, s. 51.

12 Tam­że, s. 117.

13 Cyt. za: Z. Zale­ska, Prze­ję­zy­cze­nie. Roz­mo­wy o prze­kła­dzie, Woło­wiec: Wydaw­nic­two Czar­ne, 2026, s. 352.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

30.08.2026 Hiperteksty

Raj według Rogera Robinsona

Robinson nie mógł pamiętać wielkich nadziei pokolenia Windrush, nie mógł dzielić wielkiego rozczarowania, gdy rzeczywistość nie dorównała fantazji. A jednak taki był pierwszy z rajów, który odcisnął się na jego prozach poetyckich i wierszach z tomu Przenośny raj – o tomie Rogera Robinsona pisze Izabela Poręba.

28.08.2026 Recenzje

Kiedy zanikają pazury w „Powinnościach”

Napięcie między zmianą a pragnieniem stałości okazuje się jednym z najważniejszych tematów wierszy Adón. Nie chodzi przy tym wyłącznie o tożsamość kobiecą, lecz także o doświadczenie życia w rzeczywistości, która nieustannie wymusza na nas kolejne przeobrażenia – o tomie Powinności Pilar Adón pisze Olga Rembielińska.