„Jeśli piszę o księżycu, / to dlatego, że jest” – deklaruje Peter Gizzi na początku Żarliwej elegii, która ukazała się w tłumaczeniu Kacpra Bartczaka nakładem wydawnictwa Biblioteki Śląskiej w Katowicach. Choć w pierwszym odruchu ta pozornie błaha uwaga może sprawiać wrażenie, jakby Amerykanin zastrzegał sobie prawo do mówienia oczywistości, do przemierzania utartych ścieżek i wyważania dawno wyważonych drzwi, w istocie w ten sposób już na wstępie sygnalizuje on szereg zajmujących go problemów estetycznych oraz filozoficznych. „Księżyc”, „miłość”, „rana”, „śmierć”, „łzy”, „lustro” – autor zaprzęga do pracy całe liryczne imaginarium, w kolejnych wersach wyzyskując typowe dla pieśni żałobnej motywy i toposy. Bo czy można wyobrazić sobie coś bardziej konwencjonalnie poetyckiego niż księżyc wpisany w ramy elegii? Cóż z tego – mógłby rzec Gizzi – skoro śmierć pozostawia nas wobec tych samych zgranych problemów, tych samych zgranych uczuć, z którymi także język, także wiersz i wyobraźnia muszą się zmierzyć.
Wolno argumentować, że to wielkie słowa, hasła kierujące czytelniczki i czytelników ku porządkowi romantycznemu czy metafizycznemu, i po części faktycznie tak jest, ale jednocześnie w Żarliwej elegii równie istotny (nie istotniejszy, nie mniej istotny) okazuje się wektor przeciwny. Twórczość Gizziego to bowiem poezja małych słów, takich jak „drzewo”, „wzgórze” czy „dom”; słów, w których – jak mówił autor, powołując się na George’a Oppena – mieszkamy1. Przy czym, zaznaczmy to od razu, nie chodzi tu o jakąś formę tekstualizmu spod znaku francuskiej teorii, skądinąd cenionej onegdaj przez czołowych przedstawicieli grupy poetyckiej Language, z którą Gizzi jest estetycznie i środowiskowo spowinowacony. W końcu w przywołanym dwuwersie autor, jak sam zauważa, pisze o księżycu nie jako figurze lirycznej, nie jako alegorii, tylko dlatego, że tam – w zamieszkiwanym przez nas języku-domu; w doświadczeniu, którego eksplikację stanowi wiersz; ale też w zasięgu wzroku osoby mówiącej – księżyc po prostu jest.
Żarliwa elegia, nagrodzona T.S. Eliot Prize – najciekawszym chyba laurem dla poezji języka angielskiego – to już trzecia książka Gizziego wydana w Polsce. W 2013 roku ukazał się tom Imitacja życia i inne wiersze w przekładzie Kacpra Bartczaka i Andrzeja Sosnowskiego. Dopełnieniem tego wyboru, w przeważającej mierze zawierającego utwory z wcześniejszych zbiorów poety, głównie z Some Values of Landscape and Weather (2003) oraz The Outernationale (2007), były opublikowane w 2020 roku Pieśni progowe, przygotowane już w całości przez Bartczaka. Czytane obok siebie, oba te zbiory stanowią odzwierciedlenie różnych okresów w twórczości Amerykanina i jako takie są angażującym przewodnikiem po jego poezji. Ponadto zwłaszcza Pieśni progowe – wynik uważnej lektury całego dostępnego wówczas tłumaczowi korpusu wierszy Gizziego – traktować wolno jako mapę światopoglądu artystycznego autora Żarliwej elegii oraz celny gest krytyczny Bartczaka. Dla czytelników wierszy łódzkiego pisarza, którzy mieli do czynienia również z jego przekładami i esejami, jest rzeczą wiadomą, że od lat za pomocą różnych środków realizuje on spójny projekt estetyczny i że niezwykle ważnymi punktami odniesienia w jego twórczości pozostają poetki i poeci związani z grupą Language, głównie tłumaczeni przez niego Charles Bernstein i Rae Armantrout, a także ci orbitujący niejako wokół tej formacji, jak właśnie Gizzi.
Mark Strand stwierdził kiedyś, że wszystkie wiersze to elegie2. Gdyby uwagę tę miał wygłosić Gizzi, powiedziałby, jak sądzę, że wszystkie wiersze to elegia (w liczbie pojedynczej). Oczywiście to nie przypadek, że nowo przełożona przez Bartczaka książka, mimo że składa się na nią siedemnaście utworów, na pierwszy rzut oka dość zróżnicowanych pod względem tematyki i tonu, nosi tytuł właśnie Żarliwa elegia, a przez autora bywa traktowana – nieco kontrintuicyjnie – jako poemat. Nieprzypadkowo też właśnie gatunek elegii – przez genologów wywodzony często od starogreckiej pieśni żałobnej – jest dla Gizziego ważnym wzorcem. Zainteresowanie pisarza językiem bierze swój początek właśnie w doświadczeniu żałoby. Kiedy miał dwanaście lat, jego ojciec zginął w katastrofie lotniczej. Rok później Michael Gizzi, również uznany poeta, a wówczas dwudziestotrzyletni brat przyszłego autora Żarliwej elegii, napisał wiersz Requiem in March, w którym znalazły się wersy: „jeśli to tylko samolot się rozbił / czemu nie wyszedłeś z wraku?”3. To właśnie te słowa, rezonujące z jego niewyrażalnym, jak sądził najmłodszy z braci, doświadczeniem, otworzyły mu oczy na możliwości poezji i języka. Przeżycie, które odcisnęło na nim trwałe piętno, wpłynęło także na światopogląd artystyczny Gizziego:
Moja poezja od początku do końca odzwierciedla to, kim jestem, chociaż nie piszę wierszy autobiograficznych. Skonstruowałem składnię i język, by zrozumieć swoje miejsce w świecie. To było uczucie, jakbym patrząc w rozgwieżdżone nocne niebo zdał sobie sprawę, że jestem po prostu częścią przepastnej, niestabilnej, mnożącej się narracji, że nie jestem ani większy, ani mniejszy niż cokolwiek innego: jestem w sam raz, dostrojony i połączony z wielością oraz tajemnicą4.
Elegia – w liczbie pojedynczej – nie jest więc w wypadku Gizziego tylko formą literacką o określonej tradycji, ale również kosmicznym chórem, owym mnożącym się i niemierzalnym postsekularnym absolutem. Autor Pieśni progowych przypomina w tym także innych współczesnych „elegików” języka angielskiego, sięgających do tradycji modernistycznej po modernizmie: choćby Anne Carson i jej Dekreację czy Forresta Gandera i Bądź blisko lub Podwojone życie. (Skądinąd warto zwrócić uwagę na tradycję romantyczną, na którą oboje wymienieni przeze mnie pisarze powołują się w swojej twórczości – Carson na Emily Dickinson, Gander na Walta Whitmana – oraz zbieżność tych tradycji z praktyką pisarską samego Gizziego). Przełożone przez Bartczaka wiersze formalnie i tematycznie, dzięki odpowiednim konstrukcjom składniowym i trafnemu doborowi słów, wykraczają dalece poza poetycki opis jednostkowego przeżycia, także doświadczenia żałoby. Trzeba pamiętać bowiem o tym, że elegia – wbrew obiegowym skojarzeniom – nie jest i nigdy nie była gatunkiem zarezerwowanym dla wyrażania żalu oraz tęsknoty. W literaturze starożytnej Grecji tworzono elegie między innymi biesiadne, pastoralne, polityczne, wojenne i mitologiczne; elegia rzymska za sprawą Owidiuszowych Amorów czy Sztuki kochania kojarzona dziś jest z kolei przede wszystkim z tematyką erotyczną i frywolnością. Dzieła te miały sprowadzić na Nazona karę w postaci dożywotniego wygnania z centrum imperium do dalekiego Tomis, gdzie powstały kolejne dwa zbiory elegii, zawierające utwory w przeważającej mierze o charakterze błagalnym, pochwalnym lub dworskim. Jeśli do tego katalogu dołożymy tradycję anglosaską, do której w posłowiu odsyła Bartczak – od Johna Donne’a po Johna Miltona – to okaże się, że historycznie elegia obejmowała całe spektrum tematów związanych z codziennością oraz z doświadczeniami najsilniej na tę codzienność wpływającymi.
Wracam do aforyzmu Stranda i uwag poczynionych przez Gizziego: elegię w tym ujęciu rozumieć wolno właśnie jako ów kosmiczny chór, w który podmiot włącza się w procesie kreacji lub też – by ponownie odnieść się do Carson i rozpisanego przez nią pojęcia Simone Weil – dekreacji, czyli, w uproszczeniu, niemożliwego w praktyce zanegowania „ja” i scalenia się z czymś większym, absolutnym (w tekstach Weil – z Bogiem; w twórczości Carson – z językiem). W wywiadzie Gizzi mówił:
„Ja” należy do nas wszystkich. […] Zaimek, który ze sobą dzielimy, to rana nabrzmiała ogromem świadomości historycznej. Kiedy go używamy, mówi przez niego tak wiele spokrewnionych głosów. Język jest większy ode mnie, jest ode mnie starszy. Język we mnie nie żyje – my wszyscy żyjemy w nim5.
Choć stosunek Gizziego do „ja” jest wysoce niejednoznaczny – znacząco różny od pragnienia Weil, by powrócić do światłości – i oparty na modelu agonistycznym, skojarzenie z francuską filozofką nie jest bynajmniej pustym zabiegiem retorycznym: w jednym z wczesnych tomów autora Żarliwej elegii znajdujemy naoczny ślad jego lektur i inspiracji myślą Weil, w przełożonym przez Bartczaka i zamieszczonym w Pieśniach progowych wierszu Zaczynam słowami Simone Weil, który czytam między innymi właśnie jako wykładnię dekreacji:
Żaden czas nie jest lepszy niż to, co teraz, gdy straciliśmy wszystko.
Co nie znaczy, że deszcz, który pada
w jakimś odchyleniu, ze zmienną prędkością, jest bez celu
lub planu.
Wszystko, co obecne teraz, podlega stracie w czasie, zgodnie
z prawami fizyki rzeczy odmieniają się,
kiedy tracimy z oczu jakieś teraz,
kiedy z wszystkiego nie zostaje nic. Nic obecnego
we wszystkim, co kochamy6.
To poezja jeśli nie dekreacji, to na pewno współuczestnictwa. Ostatecznie przecież, mimo że poezję Gizziego definiować można jako rodzaj oporu wobec zewnętrza, to jednocześnie twórca ten – zauważa Bartczak – testuje na sobie formę radykalnego otwarcia7, w Żarliwej elegii, będącej na najbardziej jawnym poziomie namysłem nad tematem śmierci, ciszy oraz fizyki życia pośmiertnego, być może bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Z tego też powodu elegia absolutna, w którą Amerykanin włącza się swoim zbiorem-poematem, obejmuje całe spektrum tonacji, tematów i emocji. Wbrew przywołanej w tytule przynależności gatunkowej, kojarzącej się z poetyką medytacyjną lub błagalną, jest to bowiem książka eklektyczna: wiersze Gizziego bywają kontemplacyjne, żałobne, poszukujące, wręcz wytłumione, ale równoważą to – również obecną w tytułowym oksymoronie – żarliwością (oryg. Fierce, „dziki”, „zajadły”, „wściekły”): gniewem, radością, ekstazą, erotyką czy wreszcie otwarciem na materialną obecność świata, jak na przykład w tekście Ekstatyczna radość w wariantach:
chociaż chodzi zapewne o to, żeby zobaczyć cię tańczącą nago
to chodzi też o nieboskłon i Mahlera, którego dźwięk dociera do dziecka z rozmytej dali
chociaż smutek zapewne nie odpuszcza, a muzyka przynosi ulgę w czeluściach nocy prześwietlonej neonem
chociaż blask grzejnika zapewne o trzeciej nad ranem, kierunek dociekań, pamiątka, sygnatura słońca
o! łoże z pogubionych spinek, dyskusji, wody,
łoże ze śmiechu, ciętych ripost, zaschniętej krwi,
łoże z cedrowych gałęzi, strużek światła, muzyki przedmiotów.
Omawiając na łamach „Dwutygodnika” Pieśni progowe, Łukasz Żurek słusznie zauważył, że Bartczak docenia grupę Language „przede wszystkim za formalno-polityczną czujność”, a „przy okazji nowych tłumaczeń […] zdaje się okrążać zasadniczy problem dla swojej działalności poetyckiej. Pyta bowiem, czy współczesny wiersz może utrzymywać kontakt z polityczną teraźniejszością i jednocześnie posiadać swoją własną przestrzeń, zorganizowaną według reguł, które nie byłyby zewnętrzne wobec niego”8. I rzeczywiście, jeśli czytać teksty pomieszczone w Imitacji życia… oraz Pieśniach progowych w tej perspektywie, Gizzi okazuje się poetą psychopolitycznym, lokującym swój podmiot na granicy między jednostkowym głosem a wszechogarniającym zewnętrzem, które ów głos tłumi, między wielkimi a małymi słowami. Wszystkie te uwagi nie przestają być w mocy w odniesieniu do Żarliwej elegii (zwraca na to uwagę także Bartczak w ostatnim akapicie swojego posłowia), jednak mniej więcej od poprzedniego zbioru wierszy Gizziego – zatytułowanego Now It’s Dark (2020) – dostrzegalny jest subtelny dryf ku wnętrzu, tak jakby punkt ciężkości w poezji Amerykanina przesunął się nieco bliżej „ja”. Jednocześnie nie znaczy to w żadnej mierze, że nowsze utwory nawiązują do tradycji autobiograficznej czy konfesyjnej.
„Subtelny dryf? Nieco bliżej? Jaka to różnica?” – mógłby ktoś zapytać. Sam autor podczas spotkania we Wrocławiu mówił, że temperatura i sposób obrazowania w jego wierszach pozostają niezmiennie takie same, półżartem, półserio przedstawiając to jako zarzut wobec własnej twórczości. W wypadku precyzyjnie pomyślanego światopoglądu poetyckiego Amerykanina owo „nieco” stanowi jednak istotną zmianę. Rzeczywiście, choć nie ma tutaj rewolucji estetycznej czy filozoficznej, w czasie lektury Żarliwej elegii mam wrażenie, że czytam wiersze znacząco różne od tych, które znam z wcześniejszych książek Gizziego i ich polskich tłumaczeń. I to pomimo tego, że stanowią one przedłużenie dotychczasowego projektu twórczego autora, zwłaszcza zbioru Now It’s Dark, którego ostatni utwór, zatytułowany Ship of State, znajduje bezpośredni ciąg dalszy w arcydzielnym (tak w oryginalne, jak w przekładzie) tekście Zważcie na ranę (oryg. Consider the Wound), zamykającym Żarliwą elegię. Jeśli więc moja recenzja może stać się jednocześnie apelem do tłumacza, życzyłbym sobie, żeby rodzimi odbiorcy otrzymali przekład całego zbioru, a przynajmniej Ship of State. Wówczas nawiązania – utkane przede wszystkim za pomocą czasownika consider, w tytule wiersza oddanego jako „zważcie” – mogłyby wybrzmieć także w polszczyźnie.
Jestem przekonany, że dla Bartczaka te subtelne przesunięcia – również na ogólniejszym poziomie – były widoczne, skoro wbrew swoim wcześniejszym praktykom translatorskim zdecydował się zaprezentować w przekładzie całą Żarliwą elegię w jej pierwotnym układzie, nie zaś wybór z kolejnego okresu twórczości Gizziego. W wypadku książki tak precyzyjnie splecionej wydaje mi się to decyzją więcej niż słuszną. Mam zresztą wrażenie – co kilkakrotnie podkreślałem już w różnych miejscach – że zbyt rzadko otrzymujemy w Polsce książki tłumaczone w całości, w kształcie oddającym zamierzenia autorek i autorów. Ten stan rzeczy zmienia się dopiero od niedawna, między innymi za sprawą tomów wydanych w ostatnich latach przez takie oficyny, jak Karakter, Kontent, Lokator, Ossolineum czy Współbycie, a teraz także Biblioteka Śląska w Katowicach.
1 „There’s a Majesty to Grief”. T.S. Eliot Poetry Prize Winner Peter Gizzi, interview by R. Dastidar, „The Guardian”, 17.01.2025, online: theguardian.com/books/2025/jan/17/ts-eliot-prize-winner-peter-gizzi-poet-fierce-elegy [dostęp: 27.01.2026].
2 Zwraca na to uwagę James O’Connor w recenzji: „Fierce Elegy” by Peter Gizzi, „Harvard Review”, 2.05.2025, online: harvardreview.org/book-review/fierce-elegy/ [dostęp: 27.01.2026].
3 Cyt. za: First Loves, Remembered. Peter Gizzi on Michael Gizzi’s poem „Requiem in March”, online: poetrysociety.org/poems-essays/first-loves-remembered/first-loves-remembered-peter-gizzi-on-michael-gizzi [dostęp: 27.01.2026]. Jeśli nie zaznaczono inaczej, cytowane fragmenty przełożył K. Poręba.
4 Tamże.
5 „There’s a Majesty to Grief”…
6 P. Gizzi, Pieśni progowe, tłum. K. Bartczak, Poznań: Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Kultury w Poznaniu, 2020, s. 8.
7 Por. K. Bartczak, Odzyskać głos – poezja w czasach śmierci demokracji [w:] P. Gizzi, Pieśni progowe, s. 89.
8 Ł. Żurek, Wyobcowany Pinokio, nieistniejący Fanelli, „Dwutygodnik” 2020, nr 297, online: dwutygodnik.com/artykul/9291-wyobcowany-pinokio-nieistniejacy-fanelli.html [dostęp: 27.01.2026].
