„Ja” należy do nas wszystkich

„Jeśli piszę o księ­ży­cu, / to dla­te­go, że jest” – dekla­ru­je Peter Giz­zi na począt­ku Żar­li­wej ele­gii, któ­ra uka­za­ła się w tłu­ma­cze­niu Kac­pra Bart­cza­ka nakła­dem wydaw­nic­twa Biblio­te­ki Ślą­skiej w Kato­wi­cach. Choć w pierw­szym odru­chu ta pozor­nie bła­ha uwa­ga może spra­wiać wra­że­nie, jak­by Ame­ry­ka­nin zastrze­gał sobie pra­wo do mówie­nia oczy­wi­sto­ści, do prze­mie­rza­nia utar­tych ście­żek i wywa­ża­nia daw­no wywa­żo­nych drzwi, w isto­cie w ten spo­sób już na wstę­pie sygna­li­zu­je on sze­reg zaj­mu­ją­cych go pro­ble­mów este­tycz­nych oraz filo­zo­ficz­nych. „Księ­życ”, „miłość”, „rana”, „śmierć”, „łzy”, „lustro” – autor zaprzę­ga do pra­cy całe lirycz­ne ima­gi­na­rium, w kolej­nych wer­sach wyzy­sku­jąc typo­we dla pie­śni żałob­nej moty­wy i topo­sy. Bo czy moż­na wyobra­zić sobie coś bar­dziej kon­wen­cjo­nal­nie poetyc­kie­go niż księ­życ wpi­sa­ny w ramy ele­gii? Cóż z tego – mógł­by rzec Giz­zi – sko­ro śmierć pozo­sta­wia nas wobec tych samych zgra­nych pro­ble­mów, tych samych zgra­nych uczuć, z któ­ry­mi tak­że język, tak­że wiersz i wyobraź­nia muszą się zmie­rzyć.

Wol­no argu­men­to­wać, że to wiel­kie sło­wa, hasła kie­ru­ją­ce czy­tel­nicz­ki i czy­tel­ni­ków ku porząd­ko­wi roman­tycz­ne­mu czy meta­fi­zycz­ne­mu, i po czę­ści fak­tycz­nie tak jest, ale jed­no­cze­śnie w Żar­li­wej ele­gii rów­nie istot­ny (nie istot­niej­szy, nie mniej istot­ny) oka­zu­je się wek­tor prze­ciw­ny. Twór­czość Giz­zie­go to bowiem poezja małych słów, takich jak „drze­wo”, „wzgó­rze” czy „dom”; słów, w któ­rych – jak mówił autor, powo­łu­jąc się na George’a Oppe­na – miesz­ka­my1. Przy czym, zaznacz­my to od razu, nie cho­dzi tu o jakąś for­mę tek­stu­ali­zmu spod zna­ku fran­cu­skiej teo­rii, skąd­inąd cenio­nej oneg­daj przez czo­ło­wych przed­sta­wi­cie­li gru­py poetyc­kiej Lan­gu­age, z któ­rą Giz­zi jest este­tycz­nie i śro­do­wi­sko­wo spo­wi­no­wa­co­ny. W koń­cu w przy­wo­ła­nym dwu­wer­sie autor, jak sam zauwa­ża, pisze o księ­ży­cu nie jako figu­rze lirycz­nej, nie jako ale­go­rii, tyl­ko dla­te­go, że tam – w zamiesz­ki­wa­nym przez nas języ­ku-domu; w doświad­cze­niu, któ­re­go eks­pli­ka­cję sta­no­wi wiersz; ale też w zasię­gu wzro­ku oso­by mówią­cej – księ­życ po pro­stu jest.

Żar­li­wa ele­gia, nagro­dzo­na T.S. Eliot Pri­ze – naj­cie­kaw­szym chy­ba lau­rem dla poezji języ­ka angiel­skie­go – to już trze­cia książ­ka Giz­zie­go wyda­na w Pol­sce. W 2013 roku uka­zał się tom Imi­ta­cja życia i inne wier­sze w prze­kła­dzie Kac­pra Bart­cza­ka i Andrze­ja Sosnow­skie­go. Dopeł­nie­niem tego wybo­ru, w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze zawie­ra­ją­ce­go utwo­ry z wcze­śniej­szych zbio­rów poety, głów­nie z Some Valu­es of Land­sca­pe and Weather (2003) oraz The Outer­na­tio­na­le (2007), były opu­bli­ko­wa­ne w 2020 roku Pie­śni pro­go­we, przy­go­to­wa­ne już w cało­ści przez Bart­cza­ka. Czy­ta­ne obok sie­bie, oba te zbio­ry sta­no­wią odzwier­cie­dle­nie róż­nych okre­sów w twór­czo­ści Ame­ry­ka­ni­na i jako takie są anga­żu­ją­cym prze­wod­ni­kiem po jego poezji. Ponad­to zwłasz­cza Pie­śni pro­go­we – wynik uważ­nej lek­tu­ry całe­go dostęp­ne­go wów­czas tłu­ma­czo­wi kor­pu­su wier­szy Giz­zie­go – trak­to­wać wol­no jako mapę świa­to­po­glą­du arty­stycz­ne­go auto­ra Żar­li­wej ele­gii oraz cel­ny gest kry­tycz­ny Bart­cza­ka. Dla czy­tel­ni­ków wier­szy łódz­kie­go pisa­rza, któ­rzy mie­li do czy­nie­nia rów­nież z jego prze­kła­da­mi i ese­ja­mi, jest rze­czą wia­do­mą, że od lat za pomo­cą róż­nych środ­ków reali­zu­je on spój­ny pro­jekt este­tycz­ny i że nie­zwy­kle waż­ny­mi punk­ta­mi odnie­sie­nia w jego twór­czo­ści pozo­sta­ją poet­ki i poeci zwią­za­ni z gru­pą Lan­gu­age, głów­nie tłu­ma­cze­ni przez nie­go Char­les Bern­ste­in i Rae Arman­tro­ut, a tak­że ci orbi­tu­ją­cy nie­ja­ko wokół tej for­ma­cji, jak wła­śnie Giz­zi.

Mark Strand stwier­dził kie­dyś, że wszyst­kie wier­sze to ele­gie2. Gdy­by uwa­gę tę miał wygło­sić Giz­zi, powie­dział­by, jak sądzę, że wszyst­kie wier­sze to ele­gia (w licz­bie poje­dyn­czej). Oczy­wi­ście to nie przy­pa­dek, że nowo prze­ło­żo­na przez Bart­cza­ka książ­ka, mimo że skła­da się na nią sie­dem­na­ście utwo­rów, na pierw­szy rzut oka dość zróż­ni­co­wa­nych pod wzglę­dem tema­ty­ki i tonu, nosi tytuł wła­śnie Żar­li­wa ele­gia, a przez auto­ra bywa trak­to­wa­na – nie­co kontr­in­tu­icyj­nie – jako poemat. Nie­przy­pad­ko­wo też wła­śnie gatu­nek ele­gii – przez geno­lo­gów wywo­dzo­ny czę­sto od sta­ro­grec­kiej pie­śni żałob­nej – jest dla Giz­zie­go waż­nym wzor­cem. Zain­te­re­so­wa­nie pisa­rza języ­kiem bie­rze swój począ­tek wła­śnie w doświad­cze­niu żało­by. Kie­dy miał dwa­na­ście lat, jego ojciec zgi­nął w kata­stro­fie lot­ni­czej. Rok póź­niej Micha­el Giz­zi, rów­nież uzna­ny poeta, a wów­czas dwu­dzie­sto­trzy­let­ni brat przy­szłe­go auto­ra Żar­li­wej ele­gii, napi­sał wiersz Requ­iem in March, w któ­rym zna­la­zły się wer­sy: „jeśli to tyl­ko samo­lot się roz­bił / cze­mu nie wysze­dłeś z wra­ku?”3. To wła­śnie te sło­wa, rezo­nu­ją­ce z jego nie­wy­ra­żal­nym, jak sądził naj­młod­szy z bra­ci, doświad­cze­niem, otwo­rzy­ły mu oczy na moż­li­wo­ści poezji i języ­ka. Prze­ży­cie, któ­re odci­snę­ło na nim trwa­łe pięt­no, wpły­nę­ło tak­że na świa­to­po­gląd arty­stycz­ny Giz­zie­go:

Moja poezja od począt­ku do koń­ca odzwier­cie­dla to, kim jestem, cho­ciaż nie piszę wier­szy auto­bio­gra­ficz­nych. Skon­stru­owa­łem skład­nię i język, by zro­zu­mieć swo­je miej­sce w świe­cie. To było uczu­cie, jak­bym patrząc w roz­gwież­dżo­ne noc­ne nie­bo zdał sobie spra­wę, że jestem po pro­stu czę­ścią prze­past­nej, nie­sta­bil­nej, mno­żą­cej się nar­ra­cji, że nie jestem ani więk­szy, ani mniej­szy niż cokol­wiek inne­go: jestem w sam raz, dostro­jo­ny i połą­czo­ny z wie­lo­ścią oraz tajem­ni­cą4.

Ele­gia – w licz­bie poje­dyn­czej – nie jest więc w wypad­ku Giz­zie­go tyl­ko for­mą lite­rac­ką o okre­ślo­nej tra­dy­cji, ale rów­nież kosmicz­nym chó­rem, owym mno­żą­cym się i nie­mie­rzal­nym post­se­ku­lar­nym abso­lu­tem. Autor Pie­śni pro­go­wych przy­po­mi­na w tym tak­że innych współ­cze­snych „ele­gi­ków” języ­ka angiel­skie­go, się­ga­ją­cych do tra­dy­cji moder­ni­stycz­nej po moder­ni­zmie: choć­by Anne Car­son i jej Dekre­ację czy For­re­sta Gan­de­ra i Bądź bli­sko lub Podwo­jo­ne życie. (Skąd­inąd war­to zwró­cić uwa­gę na tra­dy­cję roman­tycz­ną, na któ­rą obo­je wymie­nie­ni prze­ze mnie pisa­rze powo­łu­ją się w swo­jej twór­czo­ści – Car­son na Emi­ly Dic­kin­son, Gan­der na Wal­ta Whit­ma­na – oraz zbież­ność tych tra­dy­cji z prak­ty­ką pisar­ską same­go Giz­zie­go). Prze­ło­żo­ne przez Bart­cza­ka wier­sze for­mal­nie i tema­tycz­nie, dzię­ki odpo­wied­nim kon­struk­cjom skła­dnio­wym i traf­ne­mu dobo­ro­wi słów, wykra­cza­ją dale­ce poza poetyc­ki opis jed­nost­ko­we­go prze­ży­cia, tak­że doświad­cze­nia żało­by. Trze­ba pamię­tać bowiem o tym, że ele­gia – wbrew obie­go­wym sko­ja­rze­niom – nie jest i nigdy nie była gatun­kiem zare­zer­wo­wa­nym dla wyra­ża­nia żalu oraz tęsk­no­ty. W lite­ra­tu­rze sta­ro­żyt­nej Gre­cji two­rzo­no ele­gie mię­dzy inny­mi bie­siad­ne, pasto­ral­ne, poli­tycz­ne, wojen­ne i mito­lo­gicz­ne; ele­gia rzym­ska za spra­wą Owi­diu­szo­wych Amo­rów czy Sztu­ki kocha­nia koja­rzo­na dziś jest z kolei przede wszyst­kim z tema­ty­ką ero­tycz­ną i fry­wol­no­ścią. Dzie­ła te mia­ły spro­wa­dzić na Nazo­na karę w posta­ci doży­wot­nie­go wygna­nia z cen­trum impe­rium do dale­kie­go Tomis, gdzie powsta­ły kolej­ne dwa zbio­ry ele­gii, zawie­ra­ją­ce utwo­ry w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze o cha­rak­te­rze bła­gal­nym, pochwal­nym lub dwor­skim. Jeśli do tego kata­lo­gu doło­ży­my tra­dy­cję anglo­sa­ską, do któ­rej w posło­wiu odsy­ła Bart­czak – od Joh­na Donne’a po Joh­na Mil­to­na – to oka­że się, że histo­rycz­nie ele­gia obej­mo­wa­ła całe spek­trum tema­tów zwią­za­nych z codzien­no­ścią oraz z doświad­cze­nia­mi naj­sil­niej na tę codzien­ność wpły­wa­ją­cy­mi.

Wra­cam do afo­ry­zmu Stran­da i uwag poczy­nio­nych przez Giz­zie­go: ele­gię w tym uję­ciu rozu­mieć wol­no wła­śnie jako ów kosmicz­ny chór, w któ­ry pod­miot włą­cza się w pro­ce­sie kre­acji lub też – by ponow­nie odnieść się do Car­son i roz­pi­sa­ne­go przez nią poję­cia Simo­ne Weil – dekre­acji, czy­li, w uprosz­cze­niu, nie­moż­li­we­go w prak­ty­ce zane­go­wa­nia „ja” i sca­le­nia się z czymś więk­szym, abso­lut­nym (w tek­stach Weil – z Bogiem; w twór­czo­ści Car­son – z języ­kiem). W wywia­dzie Giz­zi mówił:

„Ja” nale­ży do nas wszyst­kich. […] Zaimek, któ­ry ze sobą dzie­li­my, to rana nabrzmia­ła ogro­mem świa­do­mo­ści histo­rycz­nej. Kie­dy go uży­wa­my, mówi przez nie­go tak wie­le spo­krew­nio­nych gło­sów. Język jest więk­szy ode mnie, jest ode mnie star­szy. Język we mnie nie żyje – my wszy­scy żyje­my w nim5.

Choć sto­su­nek Giz­zie­go do „ja” jest wyso­ce nie­jed­no­znacz­ny – zna­czą­co róż­ny od pra­gnie­nia Weil, by powró­cić do świa­tło­ści – i opar­ty na mode­lu ago­ni­stycz­nym, sko­ja­rze­nie z fran­cu­ską filo­zof­ką nie jest bynaj­mniej pustym zabie­giem reto­rycz­nym: w jed­nym z wcze­snych tomów auto­ra Żar­li­wej ele­gii znaj­du­je­my naocz­ny ślad jego lek­tur i inspi­ra­cji myślą Weil, w prze­ło­żo­nym przez Bart­cza­ka i zamiesz­czo­nym w Pie­śniach pro­go­wych wier­szu Zaczy­nam sło­wa­mi Simo­ne Weil, któ­ry czy­tam mię­dzy inny­mi wła­śnie jako wykład­nię dekre­acji:

Żaden czas nie jest lep­szy niż to, co teraz, gdy stra­ci­li­śmy wszyst­ko.
Co nie zna­czy, że deszcz, któ­ry pada
w jakimś odchy­le­niu, ze zmien­ną pręd­ko­ścią, jest bez celu
lub pla­nu.
Wszyst­ko, co obec­ne teraz, pod­le­ga stra­cie w cza­sie, zgod­nie
z pra­wa­mi fizy­ki rze­czy odmie­nia­ją się,
kie­dy tra­ci­my z oczu jakieś teraz,
kie­dy z wszyst­kie­go nie zosta­je nic. Nic obec­ne­go
we wszyst­kim, co kocha­my6.

Okładka książki Petera Gizzi’ego pod tytułem „Żarliwa elegia”.
Peter Gizzi, „Żarliwa elegia”, tłum. Kacper Bartczak, Katowice: Biblioteka Śląska, 2025.

To poezja jeśli nie dekre­acji, to na pew­no współ­uczest­nic­twa. Osta­tecz­nie prze­cież, mimo że poezję Giz­zie­go defi­nio­wać moż­na jako rodzaj opo­ru wobec zewnę­trza, to jed­no­cze­śnie twór­ca ten – zauwa­ża Bart­czak – testu­je na sobie for­mę rady­kal­ne­go otwar­cia7, w Żar­li­wej ele­gii, będą­cej na naj­bar­dziej jaw­nym pozio­mie namy­słem nad tema­tem śmier­ci, ciszy oraz fizy­ki życia pośmiert­ne­go, być może bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Z tego też powo­du ele­gia abso­lut­na, w któ­rą Ame­ry­ka­nin włą­cza się swo­im zbio­rem-poema­tem, obej­mu­je całe spek­trum tona­cji, tema­tów i emo­cji. Wbrew przy­wo­ła­nej w tytu­le przy­na­leż­no­ści gatun­ko­wej, koja­rzą­cej się z poety­ką medy­ta­cyj­ną lub bła­gal­ną, jest to bowiem książ­ka eklek­tycz­na: wier­sze Giz­zie­go bywa­ją kon­tem­pla­cyj­ne, żałob­ne, poszu­ku­ją­ce, wręcz wytłu­mio­ne, ale rów­no­wa­żą to – rów­nież obec­ną w tytu­ło­wym oksy­mo­ro­nie – żar­li­wo­ścią (oryg. Fier­ce, „dzi­ki”, „zaja­dły”, „wście­kły”): gnie­wem, rado­ścią, eks­ta­zą, ero­ty­ką czy wresz­cie otwar­ciem na mate­rial­ną obec­ność świa­ta, jak na przy­kład w tek­ście Eks­ta­tycz­na radość w warian­tach:

cho­ciaż cho­dzi zapew­ne o to, żeby zoba­czyć cię tań­czą­cą nago

 

to cho­dzi też o nie­bo­skłon i Mah­le­ra, któ­re­go dźwięk docie­ra do dziec­ka z roz­my­tej dali

 

cho­ciaż smu­tek zapew­ne nie odpusz­cza, a muzy­ka przy­no­si ulgę w cze­lu­ściach nocy prze­świe­tlo­nej neo­nem

 

cho­ciaż blask grzej­ni­ka zapew­ne o trze­ciej nad ranem, kie­ru­nek docie­kań, pamiąt­ka, sygna­tu­ra słoń­ca

 

o! łoże z pogu­bio­nych spi­nek, dys­ku­sji, wody,
łoże ze śmie­chu, cię­tych ripost, zaschnię­tej krwi,
łoże z cedro­wych gałę­zi, stru­żek świa­tła, muzy­ki przed­mio­tów.

Oma­wia­jąc na łamach „Dwu­ty­go­dni­ka” Pie­śni pro­go­we, Łukasz Żurek słusz­nie zauwa­żył, że Bart­czak doce­nia gru­pę Lan­gu­age „przede wszyst­kim za for­mal­no-poli­tycz­ną czuj­ność”, a „przy oka­zji nowych tłu­ma­czeń […] zda­je się okrą­żać zasad­ni­czy pro­blem dla swo­jej dzia­łal­no­ści poetyc­kiej. Pyta bowiem, czy współ­cze­sny wiersz może utrzy­my­wać kon­takt z poli­tycz­ną teraź­niej­szo­ścią i jed­no­cze­śnie posia­dać swo­ją wła­sną prze­strzeń, zor­ga­ni­zo­wa­ną według reguł, któ­re nie były­by zewnętrz­ne wobec nie­go”8. I rze­czy­wi­ście, jeśli czy­tać tek­sty pomiesz­czo­ne w Imi­ta­cji życia… oraz Pie­śniach pro­go­wych w tej per­spek­ty­wie, Giz­zi oka­zu­je się poetą psy­cho­po­li­tycz­nym, loku­ją­cym swój pod­miot na gra­ni­cy mię­dzy jed­nost­ko­wym gło­sem a wszech­ogar­nia­ją­cym zewnę­trzem, któ­re ów głos tłu­mi, mię­dzy wiel­ki­mi a mały­mi sło­wa­mi. Wszyst­kie te uwa­gi nie prze­sta­ją być w mocy w odnie­sie­niu do Żar­li­wej ele­gii (zwra­ca na to uwa­gę tak­że Bart­czak w ostat­nim aka­pi­cie swo­je­go posło­wia), jed­nak mniej wię­cej od poprzed­nie­go zbio­ru wier­szy Giz­zie­go – zaty­tu­ło­wa­ne­go Now It’s Dark (2020) – dostrze­gal­ny jest sub­tel­ny dryf ku wnę­trzu, tak jak­by punkt cięż­ko­ści w poezji Ame­ry­ka­ni­na prze­su­nął się nie­co bli­żej „ja”. Jed­no­cze­śnie nie zna­czy to w żad­nej mie­rze, że now­sze utwo­ry nawią­zu­ją do tra­dy­cji auto­bio­gra­ficz­nej czy kon­fe­syj­nej.

„Sub­tel­ny dryf? Nie­co bli­żej? Jaka to róż­ni­ca?” – mógł­by ktoś zapy­tać. Sam autor pod­czas spo­tka­nia we Wro­cła­wiu mówił, że tem­pe­ra­tu­ra i spo­sób obra­zo­wa­nia w jego wier­szach pozo­sta­ją nie­zmien­nie takie same, pół­żar­tem, pół­se­rio przed­sta­wia­jąc to jako zarzut wobec wła­snej twór­czo­ści. W wypad­ku pre­cy­zyj­nie pomy­śla­ne­go świa­to­po­glą­du poetyc­kie­go Ame­ry­ka­ni­na owo „nie­co” sta­no­wi jed­nak istot­ną zmia­nę. Rze­czy­wi­ście, choć nie ma tutaj rewo­lu­cji este­tycz­nej czy filo­zo­ficz­nej, w cza­sie lek­tu­ry Żar­li­wej ele­gii mam wra­że­nie, że czy­tam wier­sze zna­czą­co róż­ne od tych, któ­re znam z wcze­śniej­szych ksią­żek Giz­zie­go i ich pol­skich tłu­ma­czeń. I to pomi­mo tego, że sta­no­wią one prze­dłu­że­nie dotych­cza­so­we­go pro­jek­tu twór­cze­go auto­ra, zwłasz­cza zbio­ru Now It’s Dark, któ­re­go ostat­ni utwór, zaty­tu­ło­wa­ny Ship of Sta­te, znaj­du­je bez­po­śred­ni ciąg dal­szy w arcy­dziel­nym (tak w ory­gi­nal­ne, jak w prze­kła­dzie) tek­ście Zważ­cie na ranę (oryg. Con­si­der the Wound), zamy­ka­ją­cym Żar­li­wą ele­gię. Jeśli więc moja recen­zja może stać się jed­no­cze­śnie ape­lem do tłu­ma­cza, życzył­bym sobie, żeby rodzi­mi odbior­cy otrzy­ma­li prze­kład całe­go zbio­ru, a przy­naj­mniej Ship of Sta­te. Wów­czas nawią­za­nia – utka­ne przede wszyst­kim za pomo­cą cza­sow­ni­ka con­si­der, w tytu­le wier­sza odda­ne­go jako „zważ­cie” – mogły­by wybrzmieć tak­że w pol­sz­czyź­nie.

Jestem prze­ko­na­ny, że dla Bart­cza­ka te sub­tel­ne prze­su­nię­cia – rów­nież na ogól­niej­szym pozio­mie – były widocz­ne, sko­ro wbrew swo­im wcze­śniej­szym prak­ty­kom trans­la­tor­skim zde­cy­do­wał się zapre­zen­to­wać w prze­kła­dzie całą Żar­li­wą ele­gię w jej pier­wot­nym ukła­dzie, nie zaś wybór z kolej­ne­go okre­su twór­czo­ści Giz­zie­go. W wypad­ku książ­ki tak pre­cy­zyj­nie sple­cio­nej wyda­je mi się to decy­zją wię­cej niż słusz­ną. Mam zresz­tą wra­że­nie – co kil­ka­krot­nie pod­kre­śla­łem już w róż­nych miej­scach – że zbyt rzad­ko otrzy­mu­je­my w Pol­sce książ­ki tłu­ma­czo­ne w cało­ści, w kształ­cie odda­ją­cym zamie­rze­nia auto­rek i auto­rów. Ten stan rze­czy zmie­nia się dopie­ro od nie­daw­na, mię­dzy inny­mi za spra­wą tomów wyda­nych w ostat­nich latach przez takie ofi­cy­ny, jak Karak­ter, Kon­tent, Loka­tor, Osso­li­neum czy Współ­by­cie, a teraz tak­że Biblio­te­ka Ślą­ska w Kato­wi­cach.

 

1 „There’s a Maje­sty to Grief”. T.S. Eliot Poetry Pri­ze Win­ner Peter Giz­zi, inte­rview by R. Dasti­dar, „The Guar­dian”, 17.01.2025, onli­ne: theguardian.com/books/2025/jan/17/ts-eliot-prize-winner-peter-gizzi-poet-fierce-elegy [dostęp: 27.01.2026].

2 Zwra­ca na to uwa­gę James O’Connor w recen­zji: „Fier­ce Ele­gy” by Peter Giz­zi, „Harvard Review”, 2.05.2025, onli­ne: harvardreview.org/book-review/fierce-elegy/ [dostęp: 27.01.2026].

3 Cyt. za: First Loves, Remem­be­red. Peter Giz­zi on Micha­el Gizzi’s poem „Requ­iem in March”, onli­ne: poetrysociety.org/poems-essays/first-loves-remembered/first-loves-remembered-peter-gizzi-on-michael-gizzi [dostęp: 27.01.2026]. Jeśli nie zazna­czo­no ina­czej, cyto­wa­ne frag­men­ty prze­ło­żył K. Porę­ba.

4 Tam­że.

5 „There’s a Maje­sty to Grief”

6 P. Giz­zi, Pie­śni pro­go­we, tłum. K. Bart­czak, Poznań: Woje­wódz­ka Biblio­te­ka Publicz­na i Cen­trum Kul­tu­ry w Pozna­niu, 2020, s. 8.

7 Por. K. Bart­czak, Odzy­skać głos – poezja w cza­sach śmier­ci demo­kra­cji [w:] P. Giz­zi, Pie­śni pro­go­we, s. 89.

8 Ł. Żurek, Wyob­co­wa­ny Pino­kio, nie­ist­nie­ją­cy Fanel­li, „Dwu­ty­go­dnik” 2020, nr 297, onli­ne: dwutygodnik.com/artykul/9291-wyobcowany-pinokio-nieistniejacy-fanelli.html [dostęp: 27.01.2026].

Karol Poręba

– redaktor, tłumacz, krytyk literacki.

więcej →

Fallback Avatar

– amerykański poeta i eseista.

więcej →

Powiązane teksty