W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Herito”
Najnowsze wydanie magazynu „Herito” zostało w całości poświęcone miejscom granicznym w Europie Środkowej, które w pewnym sensie stały się świadkami, a także ofiarami przemian. Poszukując tropów literackich, w pierwszej kolejności sięgnęłyśmy po tekst Macieja Czerwińskiego Mitteleuropa Mediterranea? Adriatycki poliptyk.
Prezentację trudnej historii wschodniego wybrzeża Adriatyku autor rozpoczyna od opisu pomnika Gabriela d’Annunzia znajdującego się na jednej z ulic Triestu. Włoski poeta, a równocześnie skrajnie prawicowy polityk, którego sposób przemawiania do tłumów naśladował sam Benito Mussolini, siedzi na murku pochylony nad książką. Odkąd rzeźba pojawiła się w przestrzeni publicznej, wywołuje oburzenie ze względu na nacjonalistyczne poglądy pisarza, a także jego działalność na rzecz przyłączenia do Włoch Dalmacji, według niego pochopnie i bez przelewania krwi oddanej Chorwatom.
„Mimo próby narzucenia mu wizerunku poety i intelektualisty w Chorwacji i Słowenii został zapamiętany jako uosobienie negacji słowiańskości wschodniego wybrzeża Adriatyku, symbol włoskich pretensji terytorialnych, piewca nienawiści” – pisze Czerwiński. Autor przypomina również odwrotną sytuację, kiedy to w Pałacu Dioklecjana w Splicie stanął ogromny posąg Grzegorza z Ninu (w czasie drugiej wojny światowej został przeniesiony za Złotą Bramę). Postawienie tej rzeźby, przez Chorwatów uznawanej za symbol ich wielowiekowej obecności w Dalmacji, Włosi odebrali jako akt dewastacji harmonijnego piękna antycznej budowli przez prymitywnych Słowian i Bałkańczyków.
Pomnik Grzegorza z Ninu odsłonięto w Splicie w 1929 roku. Figura Gabriela d’Annunzia przysiadła na murku w Trieście w 2020 roku. Jak widać, czasy się zmieniły, lecz animozje targające przygranicznymi obszarami wciąż pozostają – i nie dotyczą wyłącznie rzeźb. Na polu literackim owe napięcia i różnorodność są reprezentowane przez Enza Bettizę i Nedjeljka Fabria, którym Maciej Czerwiński poświęcił osobne rozdziały swojego tekstu. Do wakacyjnych wycieczek jeszcze daleko, ale zanim wyruszymy w podróż, z pewnością warto sięgnąć do tego artykułu!
*
Miastem granicznym jest także Szczecin, o którym pisze historyk Eryk Krasucki w tekście Szczecin pod ciężarem mitów. Autor, analizując powojenną historię miejscowości, podkreśla, że było to „miasto niekochane, ptak z jednym skrzydłem, miasto widmo, miasto niedokończone, miasto cynicznej grabieży i rozboju, miasto z przetrąconym kręgosłupem”.
O Szczecinie po wojnie zaczęto mówić z jednej strony jako o głębokiej prowincji, do której trudno dojechać, a z drugiej jako o polskim najbardziej zachodnioeuropejskim mieście, wysuniętym najdalej na zachód kraju. Tę dychotomię pogłębiało sytuowanie na przeciwległym biegunie Kresów Wschodnich, traktowanych z większą przychylnością, należną ziemiom utraconym. Pisał o tym Zbigniew Rokita w książce Odrzania. Podróż po ziemiach odzyskanych. Eryk Krasucki tak komentuje publikację laureata Nagrody Literackiej „Nike”:
pragnieniem [autora – red.] było uświadomienie Wiślanii oraz Wiślan, czyli centrum i jego mieszkańców, o istnieniu fascynującego miejsca tuż obok. W dalszej perspektywie chciał połączyć Polskę w jeden organizm i odciąć narodową uwagę od Zabużanii. Misja okazała się bezskuteczna, bo jednym gestem, jedną książką, nawet gdy tak zmysłowo pisze się o Szczecinie lub Gorzowie, stanu rzeczy zmienić nie można.
„Teatr Lalek”
„Wiele osób nie lubi klaunów. Niektórzy się ich boją. Często kojarzą się z rubasznym, prostackim humorem i rozmazanym makijażem” – tak zaczyna swój artykuł O klaunie, który nie robi cyrków Lena Alberska. Następnie dodaje, że dlatego w teatrze klaun nie miał lekko i długo spotykał się jedynie z uprzejmym, ale zdystansowanym zainteresowaniem. Korzenie tego stanu rzeczy tkwiły zapewne jeszcze w czasach, kiedy klauni występowali w cyrkach, a ludzi wchodzących w skład zespołów cyrkowych uznawano za artystów gorszej kategorii.
Współcześnie postrzeganie figury klauna uległo zmianie. Alberska przytacza różne techniki klauningu, opisane w pracach teoretycznych Uty Hagen, Davida Mameta czy Alexa Bella, i dowodzi, że figura ta, jeśli zostanie wprowadzona do teatru młodego widza z całym jej bagażem kulturowym, staje się obecnie pretekstem do szczerej i bezpośredniej rozmowy. Warto dodać: rozmowy przebiegającej w dobrej atmosferze, ponieważ „klaun teatralny ożywa tylko wtedy, gdy wzbudza zainteresowanie, i umiera, gdy je traci”.
Alberska dostrzega także terapeutyczną rolę bohatera artykułu, istotną w kontekście współczesnych teorii szczęśliwego życia. Ściągający maskę klaun zachęca widzów do tego, żeby zrobili to samo i zmierzyli się z rzeczywistością, która przynosi tak dobrze mu znane porażki. Autorka, podążając za myślą zawartą w książce Ludzie nieznaczni. Taktyki przetrwania Agnieszki Daukszy, stwierdza, że porażka może być twórczym i inspirującym doświadczeniem:
Zatem klaun reprezentuje cechy obecnie cenione w życiu w ogóle, nie tylko scenicznym. Afirmuje postawę sprowadzającą się do życia w zgodzie na to, kim jesteśmy, a także bycia szczerym wobec samego siebie i otoczenia.
*
Czym jest teatr przedmiotu? Czy musi być odgrywany wyłącznie na scenie? Czy może być praktyką twórczą, a równocześnie praktyką przeżywania codzienności, celebrowania jej? Na te pytania odpowiada Filip Jaśkiewicz w napisanym w nietypowej formie manifeście. Autor jest twórcą Small Things Travel Agency, najmniejszego biura podróży na świecie. W ofercie biura znajdują się wyprawy, których celem jest zabawa i przyjemność.
Z Filipem Jaśkiewiczem można umówić się w Warszawie, gdzie organizuje on swoje nietypowe wycieczki. Na spotkanie przynosi ze sobą „przewodników”, czyli małe figurki przedstawiające hipopotama, świnkę, antylopę albo yeti. Wręcza je uczestnikom wyprawy razem z materiałem dramaturgicznym, który może stać się jej osią. Później dodaje, że łączy ludzi i przedmioty we wspólnym odkrywaniu świata, i zapewnia:
[…] zaczynają dziać się rzeczy, jakich nie da się przewidzieć. Będziecie odkrywać, zaskakiwać się, wkurzać, chodzić, skakać, dokumentować, a także robić miliony innych rzeczy wyjątkowych dla waszej osobowości i waszego przewodnika.
O tym, jak tego typu działania sprawdzają się w praktyce, trzeba przekonać się na własnej skórze. Ale już sam tekst założycielski, w którym świnka opowiada, czym fioletowa wata może być dla człowieka, a czym dla lwa przewodnika, zachęca do wzięcia udziału w tym nieoczywistym performansie.
„Notatnik Literacki”
Redakcja „Notatnika Literackiego” bierze na warsztat herstorie – opowiedziane z różnych perspektyw i przepuszczone przez filtr odmiennych wrażliwości. Jednym z głosów jest tekst Renaty Lis Zamiast kwiatów na grób Marii Janion (przedruk artykułu z „Polityki” 2020, nr 38), napisany po śmierci tej wybitnej historyczki idei i literaturoznawczyni, a prywatnie również mentorki Lis. Czy powracanie do myśli i dziedzictwa Marii Janion ma sens? Wartość zamieszczonego w czasopiśmie eseju sprawia, że to pytanie staje się retoryczne. Choć punkt widzenia autorki jest subiektywny – Lis była studentką, a nawet, jak sama wyznaje, ulubienicą Janion – to klucz, którym się ona posługuje, interpretując teksty literaturoznawczyni, otwiera przed czytelnikiem przestrzeń uniwersalnych wartości związanych z dorobkiem słynnej badaczki. Siłą Janion była jej postawa. Autorka Niesamowitej Słowiańszczyzny nie ukrywała się przed światem w swoim gabinecie, chciała poddawać idee próbie i wprowadzać je w życie – zarówno społeczne, jak i polityczne. Do tego zachęcała także swoich studentów i studentki. Jej wszechstronność i różnorodne zainteresowania badawcze (Janion zajmowała się między innymi problematyką mitów narodowych: bohaterstwa, militaryzmu, kultu cierpienia; studiami o antysemityzmie i Zagładzie, romantyzmie, słowiańszczyźnie, kobietach i odmieńcach) wpływały na sposób postrzegania polskiej literatury – jako silnej, nowoczesnej i wyrażającej odważną myśl. Ponoć literaturoznawczyni potrafiła dostrzec w ludziach potencjał, którego istnienia oni sami nie podejrzewali. Podobnie podchodziła do literatury – w rozszyfrowywaniu jej sensów wybiegała znacznie dalej niż przeważająca część czytelników. Jak pisze Lis:
[Janion – red.] chciała, żebyśmy stali się pełnymi ludźmi – żeby nasze dusze były szerokie, wolne od nacjonalizmu i mesjańskiego sadomasochizmu, wylatujące ponad poziomy obskurantyzmu i uprzedzeń.
*
Przykład z innego rejestru, ale również wart poznania, to tekst Małgorzaty Żarów Nakameguro/Topaz. Jest to proza przyciągająca uwagę już od pierwszych momentów lektury – zarówno dzięki warstwie językowej, jak i fabularnej. Wchodzimy w świat bohaterki, która bez celu, z niejasnym poczuciem oderwania, nieprzystawania do doświadczanej rzeczywistości wędruje po tokijskiej dzielnicy. Kobieta „[n]ie jest stąd. Jest tu przelotnie; w zasadzie sama kwestia bycia pozostaje podejrzana”, jak czytamy w pierwszym zdaniu opowiadania. Historia pozornie prosta: postać dryfuje w codzienności, stara się oswoić przestrzeń obcego miasta. Na swojej drodze spotyka inną dziewczynę, „wyplutą przez automat z napojami”. Coś, co miało być słodkim płynem w różowej kanciastej butelce, okazuje się raczej kimś. Ten moment to jednak tylko błysk narracji jakby z innego porządku, surrealistyczny uskok, ponieważ zaraz później wracamy do zwyczajności i normalnego biegu spraw, w którym bohaterki kontynuują swoją włóczęgę. Mimo to owa zwyczajność nas uwodzi, miasto nabiera cielesności i zagarnia naszą uwagę. Podążając za bohaterką, wkraczamy w przestrzeń, gdzie wąskie okna budynków mrużą do nas oczy, duchy karmione są kadzidłem i melonową oranżadą, a dwunastometrowe mieszkalne klitki od kolorowej i głośnej sygnalizacji świetlnej oddziela jedynie warstwa mlecznej szyby. Balansując między jawą a snem, oglądamy świat, w którym gumowe pierogi na zamek błyskawiczny, butelka wody w kształcie Tokyo Tower i falujące w listopadowym świetle ulice wyznaczają kolejne punkty oniryczno-realistycznej wędrówki.
„Epea”
Coś nie działa Kingi Sabak to historia opowiedziana w pewnym sensie na jednym wdechu. Przestrzeń trasy kurierskiej, wokół której zostaje zbudowana fabuła tekstu, charakteryzują nerwowość i pośpiech. Rzeczywistość zdezelowanego auta, szwankującego urządzenia do skanowania paczek, niedziałającego prawego kierunkowskazu i telefonu wydającego z siebie co chwilę niecierpliwe dźwięki przytłacza swoją intensywnością, choć główna postać, kurierka, wydaje się zaimpregnowana na całą tę niewygodę. Ów kontrast, zderzenie chaosu zewnętrznych bodźców ze spokojem (czy raczej rezygnacją?) bohaterki, wyznacza ton narracji i wyraźnie wpływa na lekturę. Jakby tego było mało, akcja, rozpisana na zaledwie kilku stronach, toczy się latem, w upale – pot, klejące się do ciała ciuchy i zmęczenie wgryzają się w naszą świadomość powoli, ale uparcie. Mimowolnie chcemy strzepnąć z siebie tę nieprzyjemną warstwę, uciec od natrętnych i niewygodnych myśli, które nastręczają się przez rozsiane w tekście, tworzone jakby mimochodem refleksje bohaterki. To swego rodzaju punkty zatrzymania w rozedrganej narracji – migawki opowiadające o samotności starszych ludzi, ich minionych „złotych latach”, obezwładniającym ich zmęczeniu i właściwej im obojętności, która niekiedy jest sposobem na przetrwanie. Nosimy w sobie te obrazy długo po lekturze, a zastosowany pod koniec opowiadania przez autorkę zabieg (oczywiście nie zdradzamy szczegółów!) sprawia, że jeszcze intensywniej doświadczamy wspomnianego stanu, który choć niewygodny, sprzyja głębokiemu namysłowi.
*
W nieregularniku „Epea” wydawanym przez Książnicę Podlaską w Białymstoku znajdziemy również esej Krzysztofa Katkowskiego Problem. Tekst jest analizą twórczości katalońskiego poety Joana Vinyoliego i Pladevalla (1914–1984), nietłumaczonej do tej pory na język polski. Vinyoli, samouk w dziedzinie literatury, kształcił się w dziedzinie nauk handlowych, a od szesnastego roku życia do emerytury związany był z wydawnictwem Labor. Przekładał na kataloński utwory Rainera Marii Rilkego, Johanna Wolfganga Goethego, Friedricha Hölderlina – to właśnie z niemieckiego romantyzmu i symbolizmu czerpał inspirację twórczą. Ostatecznie Vinyoli wypracował swoją wrażliwość i poetykę, uciekł w stronę codzienności, choć w pewnym sensie stale balansował między transcendencją a zwyczajnością. Według Katkowskiego można go czytać jako transcendentalnego banalistę. Niezależnie od tego, jakie kategorie czy nazewnictwo przyjmiemy, bez wątpienia podczas lektury tekstów Vinyoliego poruszamy się między przestrzenią, w której „lepiej umrzeć w spalonym lesie niż stać w wierzby cieniu”, „fosforyzującego morza, gdzie rodzi się wielka burza”, a sferą drążenia bez końca „skorupy własnego mózgu”, powtarzania tych samych słów „nad co to większymi otchłaniami”. Kreacja i destrukcja, aktywizm i bierność, wyrafinowana percepcja i celowy banalizm – Vinyola żongluje wspomnianymi postawami bez szkody dla samych tekstów. Ostatecznie jego deklaracja: „Nie wiem, dokąd idę, wiem tylko, że zmierzam ku nie-rzeczy”, nadaje kierunek interpretacjom wierszy i paradoksalnie przynosi pewien rodzaj uspokojenia.
https://epea.pl/numer/nr-022025–15/
https://ksiaznicapodlaska.pl/pl/epea/archwium-numerow/epea-pismo-literackie-nr-22025–15.html