Kontury, ubytki

Od pre­mie­ry wyda­nej w 2024 roku przez Convi­vo Tyl­dy, debiu­tu poetyc­kie­go Ame­lii Żyw­czak (lau­re­at­ki Poło­wu Biu­ra Lite­rac­kie­go za rok 2022, któ­ra zaję­ła rów­nież III miej­sce w XXI edy­cji kon­kur­su „Zło­ty Śro­dek” im. Artu­ra Fry­za), mija­ją już pra­wie dwa lata, a książ­ka docze­ka­ła się ogra­ni­czo­nej licz­by omó­wień (zor­ga­ni­zo­wa­no tak­że tyl­ko kil­ka spo­tkań z autor­ką)1. Nie jest to wyjąt­ko­wa sytu­acja. Trze­ba przy­znać, że recep­cja Tyl­dy na tle odbio­ru innych debiu­tów wca­le nie pre­zen­tu­je się naj­go­rzej. W Pol­sce na lite­ra­tu­rę prze­zna­cza się śmiesz­nie niskie środ­ki2, wyga­sza­na jest dzia­łal­ność kolej­nych cza­so­pism, księ­garń oraz innych insty­tu­cji umoż­li­wia­ją­cych roz­mo­wę o lite­ra­tu­rze, ogra­ni­cza­na jest aktyw­ność publicz­nych pod­mio­tów zwią­za­nych z kul­tu­rą, na przy­kład biblio­tek, sta­no­wią­cych w małych ośrod­kach czę­sto jedy­ne miej­sce, w któ­rym moż­na orga­ni­zo­wać spo­tka­nia oko­ło­li­te­rac­kie. Wszyst­ko to spra­wia, że wie­le ksią­żek mniej popu­lar­nych twór­ców o nie­co skrom­niej­szym dorob­ku prze­cho­dzi bez echa, a w obli­czu tak inten­syw­nej wydaw­ni­czej aktyw­no­ści poetyc­kiej3 szan­se na dru­gie życie pomi­nię­tej publi­ka­cji z upły­wem cza­su sta­ją się coraz mniej­sze. Tyl­da jest debiu­tem cie­ka­wym i dla­te­go chcia­ła­bym przyj­rzeć się mu bli­żej.

Pierw­szą rze­czą, któ­ra przy­ku­wa tu uwa­gę, jest cia­ło. Naj­bar­dziej oczy­wi­stym ele­men­tem zwią­za­nym z cie­le­sno­ścią jest w Tyl­dzie motyw wzro­ku – począw­szy od okład­ki, na któ­rej mło­da dziew­czy­na, kie­ru­ją­ca spoj­rze­nie gdzieś nad linię wzro­ku, odcią­ga powie­kę i obna­ża lewą gał­kę oczną, przez powra­ca­ją­ce w kolej­nych wier­szach wzmian­ki o tym zmy­śle i pod­po­rząd­ko­wa­nym mu orga­nie (poe: „zawsze gdy na chwi­lę odwra­cam wzrok zaczy­na przę­dze­nie / moje­go swe­ter­ka”; rój: „łama­łam szczu­dła na któ­rych sta­ło oko”, świt: „zna­la­złam pod sobą kobie­tę leżą­cą na brzu­chu / wło­ży­ła źre­ni­cę w pęk­nię­cie gle­by”), skoń­czyw­szy na dwóch tek­stach (jed­nym i pół tek­stu?), w któ­rych (któ­rym?) istot­ną rolę odgry­wa rów­nież war­stwa mate­rial­na, typo­gra­ficz­na. Cho­dzi oczy­wi­ście o spazm – ucie­ka­ją­ca z kola­na rzep­ka roz­pa­da się tu na poje­dyn­cze lite­ry lub ich zbit­ki. Mam na myśli rów­nież umiesz­czo­ny dokład­nie w poło­wie książ­ki prze­ryw­nik, roz­kła­dów­kę, na któ­rej wid­nie­ją sło­wa „tu książ­ka / ma pępek”). Wła­śnie zna­cze­nie zmy­słu wzro­ku było w dotych­cza­so­wych recen­zjach naj­sil­niej eks­po­no­wa­ne. Ewe­li­na Ada­mik zazna­czy­ła to już w tytu­le swo­jej recen­zji (Fala nad okiem, „Kul­tu­ra Libe­ral­na” 2024, nr 16), Rafał Róże­wicz stwier­dził, że „[…] patrze­nie ini­cju­je doświad­cze­nie, choć jest ono ogra­ni­czo­ne do zasię­gu wzro­ku”4, a Jakub Skur­tys optycz­ność tomi­ku uznał za jed­ną z jego dwóch głów­nych osi5. Jed­nak­że już w samych przy­wo­ła­nych tu przy­kła­dach wier­szy i fraz ujaw­nia się soma­tycz­ność nie­pod­po­rząd­ko­wa­na oku­lo­cen­try­zmo­wi; słusz­nie zatem w swo­im tek­ście Skur­tys dopo­wia­da, że „patrze­nie jest tu całym pro­ce­sem egzy­sten­cjal­nym – jest umo­co­wa­ne w prze­strze­ni, nama­cal­ne i fizycz­ne, a cza­sem wręcz geo­gra­ficz­ne”6.

Wzrok zde­cy­do­wa­nie jest tu waż­ny – już w wier­szu otwie­ra­ją­cym zbiór, zaty­tu­ło­wa­nym hal­ka, czy­ta­my, że pod­miot­ka patrzy na por­no­gra­ficz­ny baner. Wła­śnie owa por­no­gra­ficz­ność bane­ru „docią­ża”, jak się zda­je, zmysł wzro­ku (bar­dziej niż sam cza­sow­nik), por­no­gra­fia bowiem jest medium przede wszyst­kim wizu­al­nym7, una­ocz­nia­ją­cym cia­ło i jego dzia­ła­nie z per­spek­tyw wcze­śniej nie­moż­li­wych do osią­gnię­cia, obna­ża­ją­cym to, co dotąd było zakry­wa­ne. Na samym począt­ku książ­ki zatem pod­miot­ka sty­ka się z „wul­gar­nym” obra­zem. Dla­te­go nie zarzu­cam dotych­cza­so­wym recen­zen­tom błęd­ne­go odczy­ta­nia Tyl­dy, ale – by ująć rzecz meta­fo­rycz­nie – upo­mi­nam się o resz­tę cia­ła.

Bo w książ­ce Żyw­czak jest go znacz­nie wię­cej, nawet jeśli uwzględ­ni­my wyłącz­nie seman­ty­kę utwo­rów – jen­ga: „sły­szę oddech zzia­ja­nych zwie­rząt. fala zamie­nia się w parę, para / zamie­nia się w rosę i pokry­wa mój kark”; dreszcz: „pomarsz­czo­ne pal­ce sku­bią / pió­ra […] // dym opusz­cza płu­co”; leżę na falach: „a na brze­gu czło­wiek chce objąć sobą okrą / doty­ka zdar­tych łok­ci”. To zale­d­wie kil­ka frag­men­tów z wie­lu, w któ­rych uwi­dacz­nia się sku­pie­nie nie na wzro­ku, ale na doty­ku lub nie­okre­ślo­nej, nie­zor­ga­ni­zo­wa­nej cie­le­sno­ści. Nie popeł­nij­my błę­du – wzrok jest tu tyl­ko jed­ną z funk­cji cia­ła.

Na doda­tek seman­ty­ka jest wyłącz­nie jed­ną z funk­cji wier­sza. Cie­le­sność tek­stów Żyw­czak obja­wia się nie tyl­ko w ich tre­ści, ale rów­nież w for­mie. Sama archi­tek­tu­ra książ­ki nabie­ra cech ana­to­micz­nych (za przy­kład niech posłu­ży cen­tral­na roz­kła­dów­ka, wska­zu­ją­ca pępek). Ponad­to uwa­gę zwra­ca język Tyl­dy, jego swo­isty rytm, któ­ry rozu­miem – na pod­sta­wie usta­leń Ada­ma Dziad­ka – nie tyl­ko jako metrum, ale i jako układ powra­ca­ją­cych gło­sek i zesta­wień dźwię­ko­wych. W książ­ce Żyw­czak rytm ów two­rzą wie­lo­krot­ne ali­te­ra­cje (dreszcz, chy­ba rekor­dzi­sta pod wzglę­dem licz­by wystą­pień tego środ­ka sty­li­stycz­ne­go: „gęsi w piw­ni­cy pomarsz­czo­ne pal­ce sku­bią / pió­ra pies wska­ku­je”), prze­rzut­nie (mdło­ści: „jest marzec, to zna­czy czas kwia­tów, któ­re wie­dzą, czym są two­je / dło­nie”), roz­zie­wy („roz­my­ślam / w niej o owa­dzie”) i eufo­nie. Pod tym kątem pisa­nie Żyw­czak przy­po­mi­na twór­czość Mar­le­ny Nie­miec, rów­nież na wskroś cie­le­sną, osa­dza­ją­cą się w cie­le czy­tel­ni­ków poprzez poetyc­ko prze­pra­co­wa­ny rytm języ­ka. Żyw­czak dzie­li­ła­by z Nie­miec tak­że do pew­ne­go stop­nia powra­ca­ją­cą atmos­fe­rę nie­po­ko­ju, ner­wo­wo­ści, oba­wy o nie­pew­ną przy­szłość (m: „plo­tłam war­ko­cze z two­ich wło­sów licząc / że po dro­dze wymy­ślę czym je zwią­zać na koń­cach”; obiad: „nakry­wasz do sto­łu / ziar­na sypią się jak wszy”; rój: „będę się mar­twić gdy ząb spo­tka pest­kę”).

Rolę cia­ła uwy­pu­kla w koń­cu jed­na z bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nych fraz tomi­ku, pocho­dzą­ca z wier­sza pin­giel z dziad­kiem: „nie lubię grać w sza­chy bo nie mają kost­ki któ­rą moż­na skrę­cić”. Fak­tycz­nie bowiem cia­ło w książ­ce Żyw­czak, wraz z jego sta­na­mi roz­pię­ty­mi mię­dzy ruchem a spo­czyn­kiem – co naj­le­piej obra­zu­je dru­gi utwór w tomi­ku, mdło­ści, z juk­sta­po­zy­cją koły­ski-nie­ba-karu­ze­li oraz owa­da w bursz­ty­nie, „dla któ­re­go bez­ruch jest for­mą uzna­nia” – cały czas pod­le­ga kil­ku prze­pla­ta­ją­cym się i wią­żą­cym ze sobą nawza­jem dzia­ła­niom, rene­go­cju­ją­cym jego kształt i for­mę rela­cji ze świa­tem.

Okładka tomu wierszy Amelii Żywczak pod tytułem „Tylda”.
Amelia Żywczak, „Tylda”, Warszawa: Convivo, 2024.

Z jed­nej stro­ny zatem cze­goś mu cały czas uby­wa, coś tra­ci, coś się szczer­bi, wypa­da lub wyle­wa (hal­ka: „myśla­łam o ojcu / pamię­tasz jak szu­kał żebra?”; spazm: „ucie­ka z kola­na rz e  pk   a”; jen­ga: „war­stwa / chud­nie jak pod­my­wa­ny klif, odsła­nia nerw na dnie zęba”; por. rze­ka: „w ska­le była dziu­ra zanim przy­szłam?”), coś jest dziu­ra­we, wybra­ko­wa­ne (jen­ga: „dziu­ry w siat­ce mają śred­ni­cę pęche­rzy w kościach”; pin­giel z dziad­kiem: „ja beł­ko­czę dia­ste­mą ty beł­ko­czesz bra­kiem trój­ki”). Towa­rzy­szy temu cały zakres doty­ku, od „mizia­nia łyd­ki wło­skiem” (poe) po zdzie­ra­nie i ście­ra­nie (prze­cze­sy­wa­ła tygo­dnio­we wło­sy: „mówi ście­ra­jąc ze sto­łu czer­wo­ny”). Z dru­giej stro­ny jest to cia­ło, któ­re­go rucho­me gra­ni­ce (plan wyciecz­ki: „dia­li­za jest dobra, więc prze­rzu­cę bobry do innej tamy”) są raz kon­tu­ro­wa­ne, obry­so­wy­wa­ne (dal ma nasz kościec: „zakręt będzie obłym bio­drem”), innym razem w peł­ni się z nim zle­wa­ją (roz­mo­wa: „uło­ży­łaś się na linii środ­ka jak hory­zont”) lub zupeł­nie tra­cą kon­tur (plan wyciecz­ki: „zapo­mi­nam o ciem­ni, świa­tło zja­da kon­tur”; roz­sz­czel­nie­nie: „przez pół­tran­spa­rent­ną tkan­kę prze­ni­ka pro­mień”). Cały ten wachlarz prze­mian, kon­struk­cji, dekon­struk­cji i rekon­struk­cji cia­ła i jego oto­cze­nia, ocie­ra­nie się, ście­ra­nie, wycie­ra­nie skła­da­ją się na cią­głe nego­cjo­wa­nie gra­nic, orga­ni­zo­wa­nie prze­pły­wów mate­rii lub ich cię­cie – być może dla­te­go wzmian­ko­wa­ny powy­żej nie­po­kój nie jest przy­tła­cza­ją­co pesy­mi­stycz­ny. Wła­śnie w tym wąt­ku widzę naj­cie­kaw­szą stro­nę Tyl­dy: w mapo­wa­niu poru­szeń linii demar­ka­cyj­nej (któ­ra w rezul­ta­cie sta­je się raczej pasem niż pro­stą), oddzie­la­ją­cej wnętrze–zewnętrze, i tere­nów przy­le­głych, w odno­to­wy­wa­niu momen­tów roz­sz­czel­nie­nia punk­tów kon­tro­l­nych (świa­tło nowej huty: „obu­dzi nas sie­kacz / prze­sta­nie być chwa­stem // mię­dzy dzią­słem a war­gą tęże­ją chwa­sty”).

Co znaj­du­je się po dru­giej stro­nie pasa gra­nicz­ne­go? To, co nie­ludz­kie – choć sądzę, że trud­no było­by okre­ślić per­spek­ty­wę wier­szy Żyw­czak jako eko­po­etyc­ką, świat bowiem jest tu nie tyle eko­sys­te­mem, ile ukła­dem ruchów, bodź­ców i doświad­czeń. War­to zwró­cić uwa­gę na poja­wia­ją­ce się w tomi­ku zwie­rzę­ta oraz spo­sób, w jaki pod­miot­ka lub inne oso­by zbli­ża­ją się do tego, co nie­ludz­kie: przez nego­cja­cję opi­sa­nej powy­żej gra­ni­cy (dal ma nasz kościec: „przy­wią­za­li­śmy zwie­rzę­ta do słup­ków gra­nicz­nych”; rano łowi­łeś ryby: „ukła­dasz cia­ło w kształt sta­ro­rze­cza”; m: „bydło ocie­ra się o płot / myśl o wyj­ściu jest wspól­na” czy w koń­cu naj­bar­dziej dobit­ne: „jestem domiesz­ką, […] / pęk­nię­tą uszczel­ką, przez któ­rą zbie­ga­ją dzi­kie zwie­rzę­ta” z ostat­nie­go wier­sza). Sur­re­al­ny język, na któ­ry zwró­co­no uwa­gę w dotych­cza­so­wej recep­cji, przy­wo­łu­jąc przy tym nazwi­ska Salva­do­ra Dale­go i Luisa Buñu­ela (w tym kon­tek­ście wspo­mniał­bym jesz­cze o Georges’u Bataille’u), pozwa­la Żyw­czak w cie­ka­wy spo­sób zesta­wiać kolej­ne obra­zy i rekwi­zy­ty, prze­cho­dzić od jed­ne­go obiek­tu czy ukła­du obiek­tów do kolej­ne­go. Roz­my­wa­nie gra­nic mię­dzy wnę­trzem a zewnę­trzem oraz zlo­ka­li­zo­wa­nie cia­ła o dyna­micz­nych kon­tu­rach wśród owych prze­pły­wów bodź­ców umoż­li­wia­ją tym moc­niej­sze wybrzmie­nie fra­zy: „jesteś istot­na jak kosmos, czy­li nic i wszyst­ko” (***).

Poet­ka nie­ustan­nie prze­pla­ta nakre­ślo­ne powy­żej wąt­ki, jak sama pisze w dal ma nasz kościec: „utkam war­gi żeby kie­dyś utkać sło­wo / i gdy sta­nie przed nami splot jego skó­ra będzie mięk­ka”). Skó­ra splo­tu Tyl­dy zde­cy­do­wa­nie jest mięk­ka, a zara­zem solid­na.

 

1 Jed­no z nich mia­ła przy­jem­ność popro­wa­dzić niżej pod­pi­sa­na w listo­pa­dzie 2025 roku. Zapis trans­mi­sji znaj­du­je się na youtube’owym kana­le Spół­dziel­ni Ogni­wo: https://www.youtube.com/watch?v=nH7-j96ZE_o [dostęp: 21.03.2026].

2 Jak dono­si Unia Lite­rac­ka, w 2026 roku Mini­ster­stwo Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Naro­do­we­go prze­zna­czy na lite­ra­tu­rę zale­d­wie czte­ry milio­ny zło­tych – mniej niż jeden pro­cent całe­go budże­tu pro­gra­mo­we­go.

3 Według rapor­tu Ruch wydaw­ni­czy w licz­bach (t. 79) w 2024 roku w Pol­sce wyda­no tysiąc sie­dem­set czte­ry tomy poetyc­kie. Auto­rzy rapor­tu odno­to­wu­ją, że jak­kol­wiek nie jest to wynik rekor­do­wy (w latach 2018–2019 wyno­sił ponad dwa tysią­ce), to rok­rocz­na licz­ba publi­ka­cji jest sta­bil­na.

4 R. Róże­wicz, Naj­gor­sze ska­le­cze­nia to prze­cież te drob­ne, „ele­Wa­tor” 2024, nr 3–4, s. 141.

5 J. Skur­tys, Raport ze staj­ni Augia­sza, czy­li pod­su­mo­wa­nie debiu­tów poetyc­kich 2024, „Mały For­mat” 2025, nr 3–4, onli­ne: https://malyformat.com/2025/05/raport-ze-stajni-augiasza-czyli-podsumowanie-debiutow-poetyckich-2024/ [dostęp: 21.03.2026].

6 Kry­tyk jed­nak przy­zna­je pry­mat spoj­rze­niu, co w tym wypad­ku wyda­je mi się chy­bio­ne. Przy­naj­mniej w tej jed­nej kwe­stii znacz­nie bli­żej mi do pro­po­zy­cji Mar­ka Olszew­skie­go, któ­ry w swo­jej recen­zji stwier­dza, że „ich [przy­wo­ła­nych wcze­śniej frag­men­tów wier­szy i wymie­nio­nych przez Żyw­czak zja­wisk – M.M.] pier­wot­nym źró­dłem jest soma­ty­ka”. M. Olszew­ski, Wyobraź sobie, „Nowe Książ­ki” 2024, nr 7–8, s. 89.

7 W celu uprosz­cze­nia pomi­jam tu oczy­wi­ście inne aspek­ty audio­wi­zu­al­ne czy dźwię­ko­we jako dru­go­rzęd­ne wobec wie­lo­krot­nie pod­kre­śla­ne­go w pra­cach na ten temat wzro­ku.

Michał Memeszewski, fot. ze zbiorów autora

– osoba poetycka, redaktorsko-korektorska, krytyczna i wielozadaniowa.

więcej →

Fallback Avatar

– poetka.

więcej →

Powiązane teksty

26.04.2026
Recenzje

„Hjem”, czyli o dającej nadzieję współegzystencji ludzi i nieludzi na Północy

Tytułowe słowo „hjem” w języku norweskim oznacza dom rozumiany jako siedlisko czy przystań. Wybór tytułu można uznać za trafny, bo książka przywodzi na myśl pamiętnik z miejsca, które zarówno dla autorki, jak i obserwowanych przez nią postaci (ludzi i nieludzi) rzeczywiście oznacza coś więcej niż adres – o książce Ilony Wiśniewskiej pisze Dagmara Tomczyk.