Na Wschodzie nie widać końca

Aktu­al­na sytu­acja spo­łecz­na, poli­tycz­na i kul­tu­ro­wa pod­po­wia­da nam, że Zmierzch magów jest książ­ką napi­sa­ną nie­co „na ukos”. Daniel Muzy­czuk stwo­rzył tekst jed­no­cze­śnie histo­rio­zo­ficz­ny i nie­hi­sto­rio­zo­ficz­ny (balan­su­ją­cy na gra­ni­cy mię­dzy celo­wo­ścią a absur­dal­no­ścią dzie­jów), któ­ry z jed­nej stro­ny pro­wo­ku­je do poważ­ne­go zanie­po­ko­je­nia esen­cją cza­sów współ­cze­snych, a z dru­giej wzbu­dza rów­nie kry­tycz­ne reflek­sje nad nama­cal­ny­mi skut­ka­mi ide­olo­gii, anta­go­ni­zu­ją­cy­mi ową esen­cję.

Autor loku­je swo­ją nar­ra­cję w prze­strze­ni dzi­siej­sze­go kra­jo­bra­zu post­so­wiec­kie­go, sku­pia­jąc się przede wszyst­kim na Rosji i Pol­sce. Boha­te­ra­mi czy­ni inte­lek­tu­ali­stów o uspo­so­bie­niu arty­stycz­nym. Jego pro­ta­go­ni­ści wyko­nu­ją pra­cę umy­sło­wą pole­ga­ją­cą w rów­nym stop­niu na teo­re­ty­zo­wa­niu na temat zasta­nej rze­czy­wi­sto­ści i na urze­czy­wist­nia­niu fik­cji, kre­owa­niu nowej real­no­ści. Za motyw prze­wod­ni słu­ży mu z kolei osta­tecz­na klę­ska Związ­ku Radziec­kie­go i jej kon­se­kwen­cje, uwy­dat­nio­ne przez kul­tu­ro­wy pej­zaż blo­ku wschod­nie­go.

Dzie­ło Muzy­czu­ka to pro­jekt badaw­czy nie­zwy­kle odważ­nie, a więc tak­że ryzy­kow­nie naszpi­ko­wa­ny wza­jem­nie zno­szą­cy­mi się para­dok­sa­mi. Oczy­wi­ście chro­no­lo­gia zda­rzeń pro­wa­dzą­cych od śmier­ci pod­mio­tu radziec­kie­go do naro­dzin pod­mio­tu post­ko­mu­ni­stycz­no-neo­li­be­ral­ne­go sama pła­wi się w nie­skoń­czo­nych sprzecz­no­ściach. Na doda­tek pre­cy­zyj­na ana­li­za wspo­mnia­nych zda­rzeń (a ta doko­nu­je się na kolej­nych stro­nach Zmierz­chu…) dowo­dzi, że namysł nad rze­czo­ny­mi sprzecz­no­ścia­mi zosta­wia nas z sza­le­nie nie­kom­for­to­wą dia­lek­ty­ką bez syn­te­zy. Reflek­sja zaofe­ro­wa­na przez Muzy­czu­ka, zamiast domy­kać kon­tra­stu­ją­ce tezy spój­ną, racjo­nal­ną puen­tą, otwie­ra kolej­ne sce­na­riu­sze nega­cji, wrzu­ca­jąc odbior­cę w czy­tel­ni­cze nie­skoń­czo­no­ści o cha­rak­te­rze kon­tem­pla­cyj­nym.

Nie­zmier­nie wymow­ne jest to, że Muzy­czuk zaczy­na swo­je dzie­ło od eks­pli­ka­cji natu­ry para­noi. To, co sta­no­wi wstęp teo­re­tycz­ny do spek­ta­ku­lar­nej pod wzglę­dem obję­to­ści i tre­ści cało­ści, na kolej­nych stro­nach zosta­je prze­ku­te w inten­syw­ną prak­ty­kę. Wszyst­kie następ­ne roz­dzia­ły obfi­tu­ją w (nie)przypadkowe przy­pad­ki, syn­chro­nicz­no­ści i zbie­gi oko­licz­no­ści, któ­re autor rów­no­cze­śnie afir­mu­je i pod­wa­ża.

Wid­mo dopie­ro co umar­łe­go komu­ni­zmu łączy się tu z serią mikro- i makro­ka­ta­strof. Zała­ma­nie ner­wo­we i/lub (?) spi­ry­tu­al­ne oświe­ce­nie Zbi­gnie­wa Saj­nó­ga, lide­ra legen­dar­nej for­ma­cji per­for­ma­tyw­nej Totart, łączy się z zato­nię­ciem pro­mu „Jan Hewe­liusz”. Absur­dal­ny rosyj­ski pro­jekt mul­ti­me­dial­ny Lenin był grzy­bem wią­że się z zafa­scy­no­wa­ny­mi magią i anar­chi­zmem Alek­san­drem Dugi­nem oraz Edu­ar­dem Limo­no­wem. Sfa­bry­ko­wa­nie wydo­by­cia zwłok Wit­ka­ce­go spa­ja się z nekro­re­ali­zmem, czy­li lenin­gradz­kim ruchem ocza­ro­wa­nych ekra­no­wym tur­pi­zmem i tur­pi­zmem fil­mow­ców. Z kolei wszyst­kie te roz­wi­dla­ją­ce się ścież­ki pro­wa­dzą ku tra­ge­dii smo­leń­skiej i woj­nie w Ukra­inie.

Wid­mo komu­ni­zmu, któ­re (tak jak chciał­by tego Karol Marks) nie­zmien­nie krą­ży nad Euro­pą, odgry­wa w Zmierz­chu magów rolę podwój­ne­go agen­ta – uni­wer­sal­ne­go zna­czą­ce­go i puste­go zna­czą­ce­go. Pierw­szy model nar­ra­cyj­ny zakła­da, że uno­szą­cy się nad współ­cze­sno­ścią upiór komu­ni­stycz­ny rze­czy­wi­ście porząd­ku­je struk­tu­rę ide­olo­gicz­ną naszej codzien­no­ści. W kon­tek­ście pol­skim wyja­śnia on post­trans­for­ma­cyj­ną ide­olo­gicz­ną tra­jek­to­rię mię­dzy inny­mi wspo­mnia­ne­go już Saj­nó­ga, a tak­że redak­to­ra naczel­ne­go pisma „bru­Lion” Rober­ta Tekie­le­go i na przy­kład kul­to­we­go (nie bój­my się tego sło­wa!) poety Mar­ci­na Świe­tlic­kie­go.

Spi­ri­tus movens gdań­skiej gru­py Totart naj­pierw kom­pul­syw­nie two­rzy i współ­two­rzy sur­re­ali­stycz­ną lite­ra­tu­rę oraz performance’y wymie­rzo­ne w realia PRL-owskie­go sys­te­mu, a następ­nie wraz z nadej­ściem III RP dozna­je obja­wie­nia, porzu­ca dotych­cza­so­we arty­stycz­ne życie, pali swo­je dzie­ła, ucie­ka od swo­ich współ­to­wa­rzy­szy i dołą­cza do nie­sław­nej sek­ty „Nie­bo”. Z kolei Robert Tekie­li od 1987 do 1999 roku wyda­je „bru­Lion”. Cza­so­pi­smo roz­po­czy­na swój barw­ny żywot jako lite­rac­ki perio­dyk „trze­cie­go obie­gu” (pro­jekt nie­par­tyj­ny, ale rów­nież nie­so­li­dar­no­ścio­wy). W Pol­sce bal­ce­ro­wi­czow­skiej stop­nio­wo ucie­ka od pro­zy oraz poezji ku ana­li­zom mło­dzie­żo­wej kontr­kul­tu­ry i wresz­cie wień­czy dzia­łal­ność nume­rem poświę­co­nym książ­ce Jana Paw­ła II.

Oba zda­rze­nia nie­ja­ko zosta­ją pod­su­mo­wa­ne przez arty­stycz­ny byt Mar­ci­na Świe­tlic­kie­go. Poety, któ­ry upra­wia sztu­kę skraj­nie indy­wi­du­ali­stycz­ną, eks­po­nu­ją­cą doświad­cze­nie jed­nost­ko­we, nie­za­leż­ne, mniej lub bar­dziej świa­do­mie ewo­ku­ją­ce arche­typ neo­li­be­ral­ne­go self-made mana.

Saj­nóg i Tekie­li pre­zen­tu­ją się jako uwi­kła­ni w zro­dzo­ny na PRL-owskiej zie­mi anty­ko­mu­nizm. Utoż­sa­mia­ją swo­ją dzia­łal­ność, wal­kę o wol­ność przez sztu­kę, z kon­te­sta­cją sys­te­mu „real­ne­go socja­li­zmu”. Domyśl­nie pra­gną więc wyjść poza uto­pię sowiec­ką i pognać w kie­run­ku uto­pii kapi­ta­li­stycz­nej. Nie­mniej w pew­nym momen­cie oka­zu­je się, że reali­za­cja pro­jek­tu kapi­ta­li­stycz­ne­go jawi się rów­nie, a może nawet bar­dziej despo­tycz­nie. Wte­dy obu kon­te­sta­to­rów opa­no­wu­je nie­chcia­ny duch komu­ni­zmu, czy­li natu­ral­na mani­fe­sta­cja anta­go­ni­zmu wobec reżi­mu Kapi­ta­łu. Pró­bu­ją oni zjeść ciast­ko i mieć ciast­ko, wsku­tek cze­go wybie­ra­ją komu­ni­ta­ryzm reli­gij­ny. Saj­nóg zacho­wu­je jesz­cze namiast­kę eto­su kontr­kul­tu­ro­we­go i zaczy­na przy­go­dę z sek­tą, a Tekie­li od razu wpa­da w obję­cia kon­ser­wa­tyw­ne­go kato­li­cy­zmu. Osta­tecz­nie ten pierw­szy tak­że lądu­je na podob­nym tery­to­rium świa­to­po­glą­do­wym.

Świe­tlic­ki, któ­re­go od począt­ku zupeł­nie nie inte­re­su­je sztu­ka zaan­ga­żo­wa­na ani jaka­kol­wiek socjo­po­li­tycz­na trans­gre­sja, wcho­dzi w nową rze­czy­wi­stość w jesz­cze gład­szy spo­sób. Pierw­sze poetyc­kie kro­ki sta­wiał wpraw­dzie w latach 80., lecz w prze­ci­wień­stwie do Saj­nó­ga i Tekie­le­go nie jest arty­stą anty­ko­mu­ni­stycz­nym, lecz nie­ko­mu­ni­stycz­nym. Inny­mi sło­wy, nie tyle aktyw­nie bun­tu­je się prze­ciw panu­ją­ce­mu ustro­jo­wi, ile bytu­je gdzieś obok nie­go. Jest samo­dziel­nym „czwar­tym obie­giem”, nie­za­in­te­re­so­wa­nym żad­ną ze stron bary­ka­dy, piszą­cym wier­sze „spry­wa­ty­zo­wa­ne”. W epo­ce kapi­ta­li­stycz­nej wid­mo PRL-owskie­go komu­ni­zmu nie pcha go więc w ostat­ni moż­li­wy komu­ni­ta­ryzm, jakim jest wspól­no­ta reli­gij­na. Jako twór­ca wsob­ny i osob­ny cele­bru­je naj­bar­dziej neo­li­be­ral­ną z cnót – ide­olo­gię apo­li­tycz­no­ści. Two­rzy lite­ra­tu­rę codzien­no­ści ucie­ka­ją­cej od wiel­kich ide­olo­gicz­nych haseł, w wywia­dzie mówi, że „gło­su­je na swo­ją dziew­czy­nę i psa, nie poli­ty­ków”. Jeśli już zaglą­da w otchłań dys­kur­su publicz­ne­go, to jedy­nie po to, by zażar­to­wać, że wybor­cy PiS nie mają poczu­cia humo­ru.

Nato­miast wedle nar­ra­cji alter­na­tyw­nej wid­mo komu­ni­zmu jest jedy­nie rodza­jem wymów­ki sym­bo­licz­nej – upio­rem dzie­jów w pewien spo­sób pozy­tyw­nym, czy­li moty­wu­ją­cym akcję, nie nega­cję. Tu war­to wspo­mnieć: w 1994 roku powsta­je Par­tia Naro­do­wo-Bol­sze­wic­ka. Pro­jekt wspie­ra­ją tuzy rosyj­skie­go życia inte­lek­tu­al­ne­go. Lide­rem zosta­je pisarz Edu­ard Limo­now, a sze­re­gi ugru­po­wa­nia zasi­la­ją lub będą zasi­lać mię­dzy inny­mi wzię­ty filo­zof Alek­sandr Dugin czy legen­dar­ny muzyk pun­ko­wy Jegor Letow. For­ma­cja funk­cjo­nu­je według zasad for­so­wa­ne­go przez Muzy­czu­ka dys­kur­su para­no­icz­ne­go – łączy to, co nie­moż­li­we do połą­cze­nia, i mno­ży wąt­pli­wo­ści doty­czą­ce swo­ich rze­czy­wi­stych inten­cji.

Na kar­tach Zmierz­chu magów to oso­bli­we przed­się­wzię­cie wyda­je się na wskroś post­mo­der­ni­stycz­ne. Ide­olo­gicz­nie Muzy­czuk opo­wia­da się za fuzją rady­kal­ne­go socja­li­zmu z rów­nie rady­kal­nym nacjo­na­li­zmem, mają­cym wyra­żać się w peł­ni dzię­ki poli­ty­ce impe­ria­li­stycz­nej. Posłu­gu­je się jed­nak emble­ma­ta­mi zesta­wio­ny­mi zgod­nie z logi­ką czy­sto neo­li­be­ral­ną, według któ­rej komu­nizm i nazizm są trak­to­wa­ne syno­ni­micz­nie (sierp i młot wpi­sa­ne we fla­gę budzą­cą sko­ja­rze­nia z III Rze­szą).

Okładka książki Daniela Muzyczuka pod tytułem „Zmierzch magów”.
Daniel Muzyczuk, „Zmierzch magów”, Warszawa: Krytyka Polityczna, 2025.

Muzy­czuk por­tre­tu­je tak zwa­nych nacbo­li jako akty­wi­stów na rzecz praw sym­bo­li zna­czą­cych-nie­zna­czą­cych. W przed­sta­wi­cie­lach tej gru­py widzi pro­du­cen­tów semio­ty­ki Wiel­kie­go Nicze­go; pro­wo­ka­cyj­ne­go gestu try­wia­li­zo­wa­nia skraj­no­ści przez iro­nię po to, żeby ukrad­kiem przejść do stra­te­gii post­iro­nicz­nej, czy­li egzy­sto­wać w zawie­sze­niu mię­dzy żar­tem a powa­gą. Ten szpa­gat ide­olo­gicz­ny zda­je się wpły­wać na wszyst­ko dzię­ki temu, że pozor­nie nie ma wpły­wu na nic. Nie­bez­pie­czeń­stwo nacbo­lo­we­go dow­ci­pu sta­no­wi swo­isty rewers słyn­ne­go ske­czu Mon­ty Pytho­na o „naj­za­baw­niej­szym żar­cie na świe­cie”. W gagu bry­tyj­skich komi­ków tytu­ło­wy żart wywo­łu­je śmiech tak spek­ta­ku­lar­ny, że aż mor­der­czy. W przy­pad­ku „limo­now­ców” mamy nato­miast do czy­nie­nia z dow­ci­pem o zgo­ła odwrot­nej cha­rak­te­ry­sty­ce. Jest rów­nie mor­der­czy, lecz nie dzię­ki śmier­tel­ne­mu komi­zmo­wi, a śmier­tel­nej powa­dze.

Fun­da­men­ty poli­tycz­nych hap­pe­nin­gów Par­tii Naro­do­wo-Bol­sze­wic­kiej to este­tycz­na fuzja komu­ni­stycz­no-nazi­stow­ska oraz ide­olo­gia nacjo­na­li­stycz­ne­go impe­ria­li­zmu. Oby­dwie wsku­tek neo­li­be­ral­ne­go uprosz­cze­nia dys­kur­syw­ne­go umac­nia­ją swo­je zna­cze­nie dzię­ki logi­ce wypar­cia. Trak­to­wa­ni zarów­no w samej Rosji, jak i w odbio­rze glo­bal­nym jako mar­gi­nal­ni, kontr­kul­tu­ro­wi wywro­tow­cy, nacbo­le zni­ka­ją z rada­ru dys­kur­su publicz­ne­go. Puti­now­skie impe­rium od 2005 roku utrzy­mu­je sta­tus par­tii jako pod­mio­tu ofi­cjal­nie nie­le­gal­ne­go. Z kolei głów­no­nur­to­we media glo­bal­nej pół­no­cy nie wspo­mi­na­ją o niej w ogó­le (z wyjąt­kiem spo­ra­dycz­nych publi­ka­cji na temat Alek­san­dra Dugi­na), bana­li­zu­jąc postać byłe­go człon­ka for­ma­cji i przed­sta­wia­jąc go jako figu­rę poli­tycz­ną trze­cie­go pla­nu.

W swo­jej ana­li­zie Muzy­czuk nakre­śla obraz dekon­stru­ują­cy to, co przed­sta­wi­li nam Pytho­ni. Post­mo­der­ni­stycz­ność naro­do­wych bol­sze­wi­ków auto­ma­tycz­nie sytu­uje ich w reje­strach bła­zeń­skich. Moż­na więc poku­sić się o nastę­pu­ją­ce stwier­dze­nie: naj­now­szy skecz Mon­ty Pytho­na opo­wia­da o puti­now­skiej Rosji, któ­ra nabra­ła Zachód, ponie­waż spra­wi­ła, że wyznaw­cy dzi­siej­sze­go demo­kra­tycz­ne­go neo­li­be­ra­li­zmu uwie­rzy­li w zni­ko­mość „limo­now­ców”.

Par­tia Naro­do­wo-Bol­sze­wic­ka z wiel­ką spraw­no­ścią oszu­ku­je, że oszu­ku­je. Zachod­nim pod­mio­tom uka­zu­je się skry­ta za kota­rą iro­nii, gdzie z ukry­cia knu­je post­iro­nicz­ne stra­te­gie o abso­lut­nie mate­rial­nych kon­se­kwen­cjach. Jej żar­ty-nie­żar­ty na temat nacjo­na­li­zmu oraz impe­ria­li­zmu sta­no­wią zaple­cze teo­re­tycz­ne uspra­wie­dli­wia­ją­ce „przy­mus anek­su” patro­nu­ją­cy inwa­zji na Ukra­inę. W puti­now­skich anty­ka­pi­ta­li­stycz­nych nar­ra­cjach o „zgni­łym Zacho­dzie” spod zna­ku NATO i Unii Euro­pej­skiej może­my z kolei dostrzec nacbo­lo­wą reto­ry­kę czy­stej for­my, czy­li wyko­rzy­sta­nie ory­gi­nal­nych komu­ni­stycz­nych i/lub socja­li­stycz­nych haseł w celu legi­ty­mi­za­cji poli­ty­ki eks­pan­sji. Ramię w ramię z „rewo­lu­cjo­ni­stycz­ną” kon­wen­cją anty­li­be­ral­ną idzie post­sta­li­now­ska kon­wen­cja „anty­fa­szy­stow­ska”, mate­ria­li­zu­ją­ca się w opo­wie­ści o „dena­zy­fi­ka­cyj­nym” ata­ku na Ukra­inę.

Para­no­icz­ny dys­kurs Muzy­czu­ka jest więc tra­gi­ko­micz­nym gestem na mia­rę naszych cza­sów. Jego meto­da przy­wo­dzi na myśl schi­zo­ana­li­zę Gilles’a Deleuze’a i Féli­xa Guat­ta­rie­go. Słyn­ny duet fran­cu­skich filo­zo­fów, zna­ny mię­dzy inny­mi z publi­ka­cji Anty-Edyp czy Tysiąc pla­te­au, postrze­ga mecha­ni­zmy domi­nu­ją­ce­go sys­te­mu kapi­ta­li­stycz­ne­go przez pry­zmat logi­ki schi­zo­fre­nicz­nej. Podą­ża­jąc za swo­ją tezą, obaj myśli­cie­le stwier­dza­ją, że nie­ra­cjo­nal­ność zasta­ne­go porząd­ku moż­na zin­ter­pre­to­wać i wresz­cie zde­mon­to­wać jedy­nie implo­zyw­nie – wyko­rzy­stu­jąc prze­ciw­ko nie­mu jego wła­sną nie­ra­cjo­nal­ność.

W Zmierz­chu magów mamy do czy­nie­nia z bar­dzo podob­ną kon­sta­ta­cją. Para­no­icz­ność defi­niu­ją­ca post­so­wiec­kie jeste­stwo jest abso­lut­nie odpor­na na per­spek­ty­wę zdro­wo­roz­sąd­ko­wą. Rze­czo­ny trzeź­wy ogląd został bowiem sku­tecz­nie przez nią prze­chwy­co­ny. Pol­scy i rosyj­scy kontr­kul­tu­row­cy, któ­rych opę­ta­ło wid­mo komu­ni­zmu, trak­tu­ją para­no­ję jako rodzaj kom­pa­su ide­olo­gicz­ne­go. Pol­scy i rosyj­scy poli­ty­cy, któ­rzy roz­sze­rza­ją arty­stow­skie i/lub arty­stycz­ne mikro­fan­ta­zje (mikro­dow­ci­py, mikro­iro­nie), prze­obra­ża­jąc je w potęż­ne makro­nar­ra­cje, przy­kry­wa­ją real­ne tery­to­rium para­no­icz­ną topo­gra­fią, sca­la­jąc jed­no z dru­gim w gro­te­sko­wą, lecz bole­śnie praw­dzi­wą spój­ność.

Muzy­czuk opo­wia­da o pro­duk­cji sztu­ki jako pro­duk­cji spi­sków. O kul­tu­rze wytwa­rza­ją­cej schi­zo­fre­nicz­ne łań­cu­chy zna­czeń, któ­re wpi­sa­ne w post­mo­der­ni­stycz­ną stra­te­gię uni­ce­stwie­nia wiel­kich nar­ra­cji, para­dok­sal­nie nada­ją rze­czo­nym nar­ra­cjom jesz­cze real­niej­szą postać.

Odpo­wie­dzią na upo­wszech­nie­nie się, a przez to urze­czy­wist­nie­nie post­so­wiec­kie­go dys­kur­su para­no­icz­ne­go nigdy nie będzie więc kontr­dy­skurs oświe­ce­nio­wy. Kul­tu­ro­we upra­wo­moc­nie­nie teo­rii esen­cjo­nal­no­ści ety­ki kon­ser­wa­tyw­nej, „dena­zy­fi­ka­cji” Ukra­iny czy domnie­ma­ne­go zama­chu w Smo­leń­sku samo w sobie pre­zen­tu­je się „racjo­nal­nie”, a więc: pre­cy­zyj­nie wyja­śnia ota­cza­ją­cą nas rze­czy­wi­stość. Pod­ję­cie pro­ble­mu z pozy­cji logicz­nej argu­men­ta­cji jest ska­za­ne na poraż­kę, ponie­waż tego rodza­ju kry­ty­ka cemen­tu­je tezę stro­ny prze­ciw­nej o pro­tek­cjo­nal­no­ści „pro­gre­sy­wi­stycz­ne­go” myśle­nia. Jest to rodzaj tak­ty­ki, któ­ry co praw­da zado­wo­li jeden obóz, lecz nie prze­ko­na do sie­bie niko­go z obo­zu prze­ciw­ne­go.

Lek­tu­ra Zmierz­chu magów suge­ru­je więc (sam autor nie prze­ka­zu­je tego wprost), że w tej sytu­acji koniecz­ne jest pod­ję­cie ryzy­ka „peł­ne­go zanu­rze­nia”. Kon­ty­nu­ując myśl Rober­ta Anto­na Wil­so­na o tym, że „wszyst­kie teo­rie spi­sko­we są praw­dzi­we”, moż­na by rzec: kry­tyk dys­kur­su para­no­icz­ne­go ma obo­wią­zek trak­to­wać kon­spi­ra­cyj­ne nar­ra­cje jesz­cze poważ­niej niż pro­mo­tor tego dys­kur­su. Nie dość, że powi­nien prze­stać je try­wia­li­zo­wać, to jesz­cze ma zacząć je wręcz eks­plo­ro­wać, i to głę­biej niż pro­po­nen­ci, z któ­ry­mi pole­mi­zu­je.

Tu znów wra­ca­my do pro­ble­mu zasy­gna­li­zo­wa­ne­go na samym począt­ku. Nie­moż­ność sfor­mu­ło­wa­nia sku­tecz­nej racjo­nal­nej odpo­wie­dzi na nie­ra­cjo­nal­ność post­so­wiec­kich dys­kur­sów pro­wa­dzi nas do immer­sji, któ­ra z kolei pro­wa­dzi do nie­kom­for­to­we­go poczu­cia „nie­do­mknię­cia”. Żeby rze­czy­wi­ście wejść w pole­mi­kę ze wspo­mnia­ny­mi nar­ra­cja­mi, nale­ży nawią­zać z nimi eks­tre­mal­nie bli­ską rela­cję. Żeby ta rela­cja zaowo­co­wa­ła war­to­ścio­wą ana­li­zą, trze­ba zaś zupeł­nie inten­cjo­nal­nie zagu­bić się w sie­ci zwie­lo­krot­nio­nych nega­cji i para­dok­sów.

Osta­tecz­nie, chcąc nie chcąc, dopro­wa­dza­my do trium­fu dys­kur­su neo­li­be­ral­ne­go, czy­li natu­ral­nie wypro­du­ko­wa­ne­go prze­ko­na­nia o tym, że anty­nac­bo­lo­wy tok myśle­nia jest w pewien gro­te­sko­wy spo­sób lustrza­nym odbi­ciem nacbo­lo­we­go toku myśle­nia. Wyj­ście z tego impa­su jest moż­li­we jedy­nie dzię­ki jesz­cze rady­kal­niej­szej immer­sji, dotknię­ciu same­go dna otchła­ni wza­jem­nie zno­szą­cych się sprzecz­no­ści. Dopie­ro wte­dy docho­dzi­my do kon­klu­zji, lecz w isto­cie wca­le do niej nie docho­dzi­my, ponie­waż z tej wręcz ezo­te­rycz­nej pozy­cji wła­ści­wie nie spo­sób kogo­kol­wiek prze­ko­nać, a więc w powszech­nej świa­do­mo­ści – zatrium­fo­wać.

Łukasz Krajnik

– wykładowca, dziennikarz, konsument popkultury.

więcej →

Fallback Avatar

– kurator i krytyk sztuki.

więcej →

Powiązane teksty