Aktualna sytuacja społeczna, polityczna i kulturowa podpowiada nam, że Zmierzch magów jest książką napisaną nieco „na ukos”. Daniel Muzyczuk stworzył tekst jednocześnie historiozoficzny i niehistoriozoficzny (balansujący na granicy między celowością a absurdalnością dziejów), który z jednej strony prowokuje do poważnego zaniepokojenia esencją czasów współczesnych, a z drugiej wzbudza równie krytyczne refleksje nad namacalnymi skutkami ideologii, antagonizującymi ową esencję.
Autor lokuje swoją narrację w przestrzeni dzisiejszego krajobrazu postsowieckiego, skupiając się przede wszystkim na Rosji i Polsce. Bohaterami czyni intelektualistów o usposobieniu artystycznym. Jego protagoniści wykonują pracę umysłową polegającą w równym stopniu na teoretyzowaniu na temat zastanej rzeczywistości i na urzeczywistnianiu fikcji, kreowaniu nowej realności. Za motyw przewodni służy mu z kolei ostateczna klęska Związku Radzieckiego i jej konsekwencje, uwydatnione przez kulturowy pejzaż bloku wschodniego.
Dzieło Muzyczuka to projekt badawczy niezwykle odważnie, a więc także ryzykownie naszpikowany wzajemnie znoszącymi się paradoksami. Oczywiście chronologia zdarzeń prowadzących od śmierci podmiotu radzieckiego do narodzin podmiotu postkomunistyczno-neoliberalnego sama pławi się w nieskończonych sprzecznościach. Na dodatek precyzyjna analiza wspomnianych zdarzeń (a ta dokonuje się na kolejnych stronach Zmierzchu…) dowodzi, że namysł nad rzeczonymi sprzecznościami zostawia nas z szalenie niekomfortową dialektyką bez syntezy. Refleksja zaoferowana przez Muzyczuka, zamiast domykać kontrastujące tezy spójną, racjonalną puentą, otwiera kolejne scenariusze negacji, wrzucając odbiorcę w czytelnicze nieskończoności o charakterze kontemplacyjnym.
Niezmiernie wymowne jest to, że Muzyczuk zaczyna swoje dzieło od eksplikacji natury paranoi. To, co stanowi wstęp teoretyczny do spektakularnej pod względem objętości i treści całości, na kolejnych stronach zostaje przekute w intensywną praktykę. Wszystkie następne rozdziały obfitują w (nie)przypadkowe przypadki, synchroniczności i zbiegi okoliczności, które autor równocześnie afirmuje i podważa.
Widmo dopiero co umarłego komunizmu łączy się tu z serią mikro- i makrokatastrof. Załamanie nerwowe i/lub (?) spirytualne oświecenie Zbigniewa Sajnóga, lidera legendarnej formacji performatywnej Totart, łączy się z zatonięciem promu „Jan Heweliusz”. Absurdalny rosyjski projekt multimedialny Lenin był grzybem wiąże się z zafascynowanymi magią i anarchizmem Aleksandrem Duginem oraz Eduardem Limonowem. Sfabrykowanie wydobycia zwłok Witkacego spaja się z nekrorealizmem, czyli leningradzkim ruchem oczarowanych ekranowym turpizmem i turpizmem filmowców. Z kolei wszystkie te rozwidlające się ścieżki prowadzą ku tragedii smoleńskiej i wojnie w Ukrainie.
Widmo komunizmu, które (tak jak chciałby tego Karol Marks) niezmiennie krąży nad Europą, odgrywa w Zmierzchu magów rolę podwójnego agenta – uniwersalnego znaczącego i pustego znaczącego. Pierwszy model narracyjny zakłada, że unoszący się nad współczesnością upiór komunistyczny rzeczywiście porządkuje strukturę ideologiczną naszej codzienności. W kontekście polskim wyjaśnia on posttransformacyjną ideologiczną trajektorię między innymi wspomnianego już Sajnóga, a także redaktora naczelnego pisma „bruLion” Roberta Tekielego i na przykład kultowego (nie bójmy się tego słowa!) poety Marcina Świetlickiego.
Spiritus movens gdańskiej grupy Totart najpierw kompulsywnie tworzy i współtworzy surrealistyczną literaturę oraz performance’y wymierzone w realia PRL-owskiego systemu, a następnie wraz z nadejściem III RP doznaje objawienia, porzuca dotychczasowe artystyczne życie, pali swoje dzieła, ucieka od swoich współtowarzyszy i dołącza do niesławnej sekty „Niebo”. Z kolei Robert Tekieli od 1987 do 1999 roku wydaje „bruLion”. Czasopismo rozpoczyna swój barwny żywot jako literacki periodyk „trzeciego obiegu” (projekt niepartyjny, ale również niesolidarnościowy). W Polsce balcerowiczowskiej stopniowo ucieka od prozy oraz poezji ku analizom młodzieżowej kontrkultury i wreszcie wieńczy działalność numerem poświęconym książce Jana Pawła II.
Oba zdarzenia niejako zostają podsumowane przez artystyczny byt Marcina Świetlickiego. Poety, który uprawia sztukę skrajnie indywidualistyczną, eksponującą doświadczenie jednostkowe, niezależne, mniej lub bardziej świadomie ewokujące archetyp neoliberalnego self-made mana.
Sajnóg i Tekieli prezentują się jako uwikłani w zrodzony na PRL-owskiej ziemi antykomunizm. Utożsamiają swoją działalność, walkę o wolność przez sztukę, z kontestacją systemu „realnego socjalizmu”. Domyślnie pragną więc wyjść poza utopię sowiecką i pognać w kierunku utopii kapitalistycznej. Niemniej w pewnym momencie okazuje się, że realizacja projektu kapitalistycznego jawi się równie, a może nawet bardziej despotycznie. Wtedy obu kontestatorów opanowuje niechciany duch komunizmu, czyli naturalna manifestacja antagonizmu wobec reżimu Kapitału. Próbują oni zjeść ciastko i mieć ciastko, wskutek czego wybierają komunitaryzm religijny. Sajnóg zachowuje jeszcze namiastkę etosu kontrkulturowego i zaczyna przygodę z sektą, a Tekieli od razu wpada w objęcia konserwatywnego katolicyzmu. Ostatecznie ten pierwszy także ląduje na podobnym terytorium światopoglądowym.
Świetlicki, którego od początku zupełnie nie interesuje sztuka zaangażowana ani jakakolwiek socjopolityczna transgresja, wchodzi w nową rzeczywistość w jeszcze gładszy sposób. Pierwsze poetyckie kroki stawiał wprawdzie w latach 80., lecz w przeciwieństwie do Sajnóga i Tekielego nie jest artystą antykomunistycznym, lecz niekomunistycznym. Innymi słowy, nie tyle aktywnie buntuje się przeciw panującemu ustrojowi, ile bytuje gdzieś obok niego. Jest samodzielnym „czwartym obiegiem”, niezainteresowanym żadną ze stron barykady, piszącym wiersze „sprywatyzowane”. W epoce kapitalistycznej widmo PRL-owskiego komunizmu nie pcha go więc w ostatni możliwy komunitaryzm, jakim jest wspólnota religijna. Jako twórca wsobny i osobny celebruje najbardziej neoliberalną z cnót – ideologię apolityczności. Tworzy literaturę codzienności uciekającej od wielkich ideologicznych haseł, w wywiadzie mówi, że „głosuje na swoją dziewczynę i psa, nie polityków”. Jeśli już zagląda w otchłań dyskursu publicznego, to jedynie po to, by zażartować, że wyborcy PiS nie mają poczucia humoru.
Natomiast wedle narracji alternatywnej widmo komunizmu jest jedynie rodzajem wymówki symbolicznej – upiorem dziejów w pewien sposób pozytywnym, czyli motywującym akcję, nie negację. Tu warto wspomnieć: w 1994 roku powstaje Partia Narodowo-Bolszewicka. Projekt wspierają tuzy rosyjskiego życia intelektualnego. Liderem zostaje pisarz Eduard Limonow, a szeregi ugrupowania zasilają lub będą zasilać między innymi wzięty filozof Aleksandr Dugin czy legendarny muzyk punkowy Jegor Letow. Formacja funkcjonuje według zasad forsowanego przez Muzyczuka dyskursu paranoicznego – łączy to, co niemożliwe do połączenia, i mnoży wątpliwości dotyczące swoich rzeczywistych intencji.
Na kartach Zmierzchu magów to osobliwe przedsięwzięcie wydaje się na wskroś postmodernistyczne. Ideologicznie Muzyczuk opowiada się za fuzją radykalnego socjalizmu z równie radykalnym nacjonalizmem, mającym wyrażać się w pełni dzięki polityce imperialistycznej. Posługuje się jednak emblematami zestawionymi zgodnie z logiką czysto neoliberalną, według której komunizm i nazizm są traktowane synonimicznie (sierp i młot wpisane we flagę budzącą skojarzenia z III Rzeszą).
Muzyczuk portretuje tak zwanych nacboli jako aktywistów na rzecz praw symboli znaczących-nieznaczących. W przedstawicielach tej grupy widzi producentów semiotyki Wielkiego Niczego; prowokacyjnego gestu trywializowania skrajności przez ironię po to, żeby ukradkiem przejść do strategii postironicznej, czyli egzystować w zawieszeniu między żartem a powagą. Ten szpagat ideologiczny zdaje się wpływać na wszystko dzięki temu, że pozornie nie ma wpływu na nic. Niebezpieczeństwo nacbolowego dowcipu stanowi swoisty rewers słynnego skeczu Monty Pythona o „najzabawniejszym żarcie na świecie”. W gagu brytyjskich komików tytułowy żart wywołuje śmiech tak spektakularny, że aż morderczy. W przypadku „limonowców” mamy natomiast do czynienia z dowcipem o zgoła odwrotnej charakterystyce. Jest równie morderczy, lecz nie dzięki śmiertelnemu komizmowi, a śmiertelnej powadze.
Fundamenty politycznych happeningów Partii Narodowo-Bolszewickiej to estetyczna fuzja komunistyczno-nazistowska oraz ideologia nacjonalistycznego imperializmu. Obydwie wskutek neoliberalnego uproszczenia dyskursywnego umacniają swoje znaczenie dzięki logice wyparcia. Traktowani zarówno w samej Rosji, jak i w odbiorze globalnym jako marginalni, kontrkulturowi wywrotowcy, nacbole znikają z radaru dyskursu publicznego. Putinowskie imperium od 2005 roku utrzymuje status partii jako podmiotu oficjalnie nielegalnego. Z kolei głównonurtowe media globalnej północy nie wspominają o niej w ogóle (z wyjątkiem sporadycznych publikacji na temat Aleksandra Dugina), banalizując postać byłego członka formacji i przedstawiając go jako figurę polityczną trzeciego planu.
W swojej analizie Muzyczuk nakreśla obraz dekonstruujący to, co przedstawili nam Pythoni. Postmodernistyczność narodowych bolszewików automatycznie sytuuje ich w rejestrach błazeńskich. Można więc pokusić się o następujące stwierdzenie: najnowszy skecz Monty Pythona opowiada o putinowskiej Rosji, która nabrała Zachód, ponieważ sprawiła, że wyznawcy dzisiejszego demokratycznego neoliberalizmu uwierzyli w znikomość „limonowców”.
Partia Narodowo-Bolszewicka z wielką sprawnością oszukuje, że oszukuje. Zachodnim podmiotom ukazuje się skryta za kotarą ironii, gdzie z ukrycia knuje postironiczne strategie o absolutnie materialnych konsekwencjach. Jej żarty-nieżarty na temat nacjonalizmu oraz imperializmu stanowią zaplecze teoretyczne usprawiedliwiające „przymus aneksu” patronujący inwazji na Ukrainę. W putinowskich antykapitalistycznych narracjach o „zgniłym Zachodzie” spod znaku NATO i Unii Europejskiej możemy z kolei dostrzec nacbolową retorykę czystej formy, czyli wykorzystanie oryginalnych komunistycznych i/lub socjalistycznych haseł w celu legitymizacji polityki ekspansji. Ramię w ramię z „rewolucjonistyczną” konwencją antyliberalną idzie poststalinowska konwencja „antyfaszystowska”, materializująca się w opowieści o „denazyfikacyjnym” ataku na Ukrainę.
Paranoiczny dyskurs Muzyczuka jest więc tragikomicznym gestem na miarę naszych czasów. Jego metoda przywodzi na myśl schizoanalizę Gilles’a Deleuze’a i Félixa Guattariego. Słynny duet francuskich filozofów, znany między innymi z publikacji Anty-Edyp czy Tysiąc plateau, postrzega mechanizmy dominującego systemu kapitalistycznego przez pryzmat logiki schizofrenicznej. Podążając za swoją tezą, obaj myśliciele stwierdzają, że nieracjonalność zastanego porządku można zinterpretować i wreszcie zdemontować jedynie implozywnie – wykorzystując przeciwko niemu jego własną nieracjonalność.
W Zmierzchu magów mamy do czynienia z bardzo podobną konstatacją. Paranoiczność definiująca postsowieckie jestestwo jest absolutnie odporna na perspektywę zdroworozsądkową. Rzeczony trzeźwy ogląd został bowiem skutecznie przez nią przechwycony. Polscy i rosyjscy kontrkulturowcy, których opętało widmo komunizmu, traktują paranoję jako rodzaj kompasu ideologicznego. Polscy i rosyjscy politycy, którzy rozszerzają artystowskie i/lub artystyczne mikrofantazje (mikrodowcipy, mikroironie), przeobrażając je w potężne makronarracje, przykrywają realne terytorium paranoiczną topografią, scalając jedno z drugim w groteskową, lecz boleśnie prawdziwą spójność.
Muzyczuk opowiada o produkcji sztuki jako produkcji spisków. O kulturze wytwarzającej schizofreniczne łańcuchy znaczeń, które wpisane w postmodernistyczną strategię unicestwienia wielkich narracji, paradoksalnie nadają rzeczonym narracjom jeszcze realniejszą postać.
Odpowiedzią na upowszechnienie się, a przez to urzeczywistnienie postsowieckiego dyskursu paranoicznego nigdy nie będzie więc kontrdyskurs oświeceniowy. Kulturowe uprawomocnienie teorii esencjonalności etyki konserwatywnej, „denazyfikacji” Ukrainy czy domniemanego zamachu w Smoleńsku samo w sobie prezentuje się „racjonalnie”, a więc: precyzyjnie wyjaśnia otaczającą nas rzeczywistość. Podjęcie problemu z pozycji logicznej argumentacji jest skazane na porażkę, ponieważ tego rodzaju krytyka cementuje tezę strony przeciwnej o protekcjonalności „progresywistycznego” myślenia. Jest to rodzaj taktyki, który co prawda zadowoli jeden obóz, lecz nie przekona do siebie nikogo z obozu przeciwnego.
Lektura Zmierzchu magów sugeruje więc (sam autor nie przekazuje tego wprost), że w tej sytuacji konieczne jest podjęcie ryzyka „pełnego zanurzenia”. Kontynuując myśl Roberta Antona Wilsona o tym, że „wszystkie teorie spiskowe są prawdziwe”, można by rzec: krytyk dyskursu paranoicznego ma obowiązek traktować konspiracyjne narracje jeszcze poważniej niż promotor tego dyskursu. Nie dość, że powinien przestać je trywializować, to jeszcze ma zacząć je wręcz eksplorować, i to głębiej niż proponenci, z którymi polemizuje.
Tu znów wracamy do problemu zasygnalizowanego na samym początku. Niemożność sformułowania skutecznej racjonalnej odpowiedzi na nieracjonalność postsowieckich dyskursów prowadzi nas do immersji, która z kolei prowadzi do niekomfortowego poczucia „niedomknięcia”. Żeby rzeczywiście wejść w polemikę ze wspomnianymi narracjami, należy nawiązać z nimi ekstremalnie bliską relację. Żeby ta relacja zaowocowała wartościową analizą, trzeba zaś zupełnie intencjonalnie zagubić się w sieci zwielokrotnionych negacji i paradoksów.
Ostatecznie, chcąc nie chcąc, doprowadzamy do triumfu dyskursu neoliberalnego, czyli naturalnie wyprodukowanego przekonania o tym, że antynacbolowy tok myślenia jest w pewien groteskowy sposób lustrzanym odbiciem nacbolowego toku myślenia. Wyjście z tego impasu jest możliwe jedynie dzięki jeszcze radykalniejszej immersji, dotknięciu samego dna otchłani wzajemnie znoszących się sprzeczności. Dopiero wtedy dochodzimy do konkluzji, lecz w istocie wcale do niej nie dochodzimy, ponieważ z tej wręcz ezoterycznej pozycji właściwie nie sposób kogokolwiek przekonać, a więc w powszechnej świadomości – zatriumfować.
