Umarł epos, niech żyje epos! Wokół „Synastrii” Marcina Świątkowskiego

Umber­to Eco w Dopi­skach na mar­gi­ne­sie „Imie­nia róży” wyzna­je, że gdy oddał ręko­pis powie­ści do wydaw­nic­twa, zapro­po­no­wa­no mu skró­ce­nie pierw­szych stu stron jako zbyt nużą­cych i nader dro­bia­zgo­wych. Pisarz odmó­wił, argu­men­tu­jąc, że powol­ny rytm począt­ku utwo­ru ma na celu odwzo­ro­wy­wa­nie jed­no­staj­ne­go ryt­mu śre­dnio­wiecz­ne­go bene­dyk­tyń­skie­go opac­twa. Inny­mi sło­wy, pierw­sze sto stron Imie­nia róży ma cha­rak­ter pokut­ny, ini­cja­cyj­ny. Do klasz­to­ru moż­na wkro­czyć lub zatrzy­mać się jesz­cze u stóp wzgó­rza i zawró­cić.

Wyda­je się, że Mar­cin Świąt­kow­ski nie dość, że znał, to jesz­cze wziął sobie do ser­ca ten zamysł kon­struk­cyj­ny wło­skie­go pisa­rza. Jego Syna­stria rów­nież jest tek­stem obszer­nym, nasy­co­nym szcze­gó­łem oraz tem­pem odpo­wia­da­ją­cym raczej peł­nej reflek­sji śre­dnio­wiecz­nej piel­grzym­ce niż (po)nowoczesnemu chło­nię­ciu sie­cio­wych infor­ma­cji. Tak jak w arcy­po­wie­ści Eco rytm odbio­ru wyzna­cza­ją mono­ton­ne godzi­ny kano­nicz­ne rzą­dzą­ce klasz­tor­ny­mi mura­mi, tak w utwo­rze Świąt­kow­skie­go tem­po poszcze­gól­nych sekwen­cji fabu­lar­nych dyk­to­wa­ne jest przez tytu­ło­wą syna­strię – tech­ni­kę porów­ny­wa­nia ze sobą kosmo­gra­mów poszcze­gól­nych osób, dzię­ki któ­rej moż­li­we jest usta­le­nie rela­cji pomię­dzy nimi. Każ­dy powie­ścio­wy roz­dział roz­po­czy­na się od astro­lo­gicz­nej noty, krót­kie­go opi­su aktu­al­ne­go ukła­du pla­net, a następ­nie trak­tu­je o wyda­rze­niach nie­ja­ko pod­po­rząd­ko­wa­nych roz­miesz­cze­niu ciał nie­bie­skich w okre­ślo­nej chwi­li. Ich uło­że­nie jest tak­że meta­fo­rycz­nym komen­ta­rzem do powie­ścio­we­go „dzia­nia się” i to ono dyk­tu­je zło­żo­ną nar­ra­cyj­ną ryt­mi­kę. Wyda­wa­ło­by się, że wiel­ka tra­dy­cja epic­ka daw­no ode­szła w zapo­mnie­nie i w zasa­dzie nie jest obec­na w zakre­sie twór­czych zain­te­re­so­wań od począt­ku ubie­głe­go stu­le­cia. Sze­ro­ko rozu­mia­na awan­gar­da począt­ku wie­ku dia­me­tral­nie zmie­ni­ła hie­rar­chię war­to­ści, a w kon­se­kwen­cji rów­nież hie­rar­chię liczą­cych się kon­wen­cji lite­rac­kich. Moż­na by rzec, że epos, nazy­wa­ny tak­że poema­tem hero­icz­nym, tra­fił do lite­rac­kie­go czyść­ca. Nie­mniej zda­je się, że XXI wiek, w któ­rym inter­tek­stu­al­ne odnie­sie­nia sta­ły się fun­da­men­tem dzia­łań twór­czych, przy­wró­cił mu poprzed­nie waż­ne zna­cze­nie. Dowo­dem tego z pew­no­ścią jest naj­now­sza powieść Świąt­kow­skie­go.

Powie­ścio­wa fabu­ła osa­dzo­na zosta­je na zie­miach Oksy­ta­nii w trak­cie wojen albi­geń­skich, zwa­nych rów­nież kru­cja­tą katar­ską. Głów­ne­go boha­te­ra, Jerze­go z Mon­to­liu, pozna­je­my, gdy jest jesz­cze dziec­kiem. Obser­wu­je­my, jak chło­piec szko­li się na gierm­ka u boku szla­chet­ne­go pana de Lau­rac, pozna­je rycer­skie rze­mio­sło, sta­cza pierw­szy poje­dy­nek, wyru­sza na woj­nę, prze­ży­wa pierw­sze oblę­że­nie. Na pierw­szy rzut oka moż­na więc odnieść wra­że­nie, że czy­tel­nik ma do czy­nie­nia z mode­lo­wą wręcz poety­ką epo­su rycer­skie­go. Ale: istot­na jest per­spek­ty­wa. Przede wszyst­kim kon­wen­cja ta opie­ra się w dużej mie­rze na kato­lic­kiej wizji świa­ta. Wywie­dzio­ne z niej utwo­ry, jak Pieśń o Rolan­dzie, Orland sza­lo­ny, Jero­zo­li­ma wyzwo­lo­na czy Pan Gawen i Zie­lo­ny Rycerz, opo­wia­da­ją o jed­no­ści wia­ry i wła­dzy, zero-jedyn­ko­wym podzia­le na dobrych chrze­ści­jan i złych nie­wier­nych, a tak­że o wyraź­nie upo­rząd­ko­wa­nym eto­sie służ­by, kolej­no: Bogu, kró­lo­wi oraz damie ser­ca. Tym­cza­sem w oma­wia­nej powie­ści autor opi­su­je śro­do­wi­sko here­tyc­kie. Katha­roi, czy­li kata­rzy lub albi­gen­si, byli duali­stycz­nym ruchem reli­gij­nym dzia­ła­ją­cym od XI do XIII wie­ku w Połu­dnio­wej Fran­cji i Pół­noc­nych Wło­szech. Prze­ciw­sta­wia­li się ustro­jo­wi feu­dal­ne­mu oraz hie­rar­chii kościel­nej, gło­sząc prze­ko­na­nie o wro­dzo­nym złu świa­ta mate­rial­ne­go, któ­rym rzą­dzi okrut­ny bóg, uzna­jąc wyłącz­nie świat ducho­wy za ten praw­dzi­wy, nale­żą­cy do dobre­go boga. Woj­ny trak­to­wa­li jako zło, gło­si­li ideę ubó­stwa, odrzu­ca­li wszyst­ko, co mate­rial­ne. Przez Kościół kato­lic­ki zosta­li uzna­ni za here­ty­ków, a rosną­ce repre­sje dopro­wa­dzi­ły do zani­ku ruchu. Nie może więc dzi­wić, że dotąd nigdy nie spo­tka­li­by­śmy się z żad­nym pozy­tyw­nym boha­te­rem katar­skim na kar­tach żad­ne­go ze zna­nych nam epo­sów. Co wię­cej, żad­nym powo­dem do wsty­du nie jest tak­że usły­szeć po raz pierw­szy o samym ruchu w trak­cie lek­tu­ry Syna­strii.

Okładka książki Marcina Świątkowskiego pod tytułem „Synastria”.
Marcin Świątkowski, „Synastria”, Kraków: Wydawnictwo Sine Qua Non, 2025.

Jerzy wycho­wu­je się więc w kul­tu­rze asce­tycz­nej, nie­uzna­ją­cej prze­mo­cy, anty­ma­te­rial­nej i kwe­stio­nu­ją­cej war­tość świa­ta docze­sne­go. Raj­mund, ojciec głów­ne­go boha­te­ra, tak zapla­no­wał przy­szłość Jerze­go oraz dwóch jego bra­ci, żeby zawsze pozo­sta­li poza czuj­nym wzro­kiem inkwi­zy­cji. Tak więc Raj­mund, młod­szy brat, zajął się han­dlem, Piotr został wyświę­co­ny na kato­lic­kie­go kapła­na, Jerzy zaś nauczył się wła­dać mie­czem. Nale­ży tutaj zazna­czyć, że pro­ta­go­ni­sta opi­sy­wa­ny jest jako czło­wiek pro­sty, raczej nie­zbyt lot­ny, za to szcze­ry, ufny i hono­ro­wy. Nie­szcze­gól­nie orien­tu­je się w poli­tycz­nych i wyzna­nio­wych zawi­ło­ściach, wła­ści­wie spra­wy tego rodza­ju chy­ba nie­zbyt obcho­dzą mło­de­go ryce­rza. To dobrze pomy­śla­na kom­po­zy­cja, dzię­ki któ­rej czy­tel­nik wraz z Jerzym może zyski­wać coraz to nowe infor­ma­cje natu­ry reli­gij­nej, histo­rycz­nej czy też etycz­nej. Nie jest rów­nież nie­ska­zi­tel­nym ryce­rzem, co zosta­je zazna­czo­ne już w pierw­szych sce­nach tej opo­wie­ści. Pod­czas swo­jej pierw­szej potycz­ki Jerzy otrzy­mu­je moc­ny cios w gło­wę i czę­ścio­wo tra­ci słuch, w rezul­ta­cie owa przy­pa­dłość towa­rzy­szy mu przez całą powieść. W ten spo­sób pisarz sub­tel­nie sygna­li­zu­je odmien­ność swo­je­go boha­te­ra, jego „inność”. Mode­lo­wy heros z kart epo­pei powi­nien prze­cież być w peł­ni spraw­ny, bez jakich­kol­wiek wad. Pre­zen­to­wa­ny czy­tel­ni­ko­wi epos jest jed­nak dzie­łem usta­wio­nym w samym środ­ku gabi­ne­tu luster.

Powieść wypeł­nia­ją zabie­gi meta­tek­stu­al­ne, świad­czą­ce o eru­dy­cji auto­ra i peł­nym opa­no­wa­niu języ­ka kon­wen­cji. Dowo­dzi tego już sama kon­struk­cja świa­ta przed­sta­wio­ne­go. Moż­na go oczy­wi­ście przy­po­rząd­ko­wać do sze­ro­ko rozu­mia­nych fan­ta­stycz­nych never­lan­dów, lecz na takiej samej zasa­dzie, na jakiej mit artu­riań­ski sta­je się rdze­niem lite­ra­tu­ry fan­ta­stycz­nej w ogó­le i jako taki wpi­su­je się w więk­szość kla­sycz­nych powie­ści tego nur­tu. Syna­stria jest „ule­pio­na z lite­ra­tu­ry”, jej świat to świat epo­su, a tym samym zawie­ra wszyst­ko, cze­go wyma­ga mor­fo­lo­gia gatun­ku. Przy­kła­do­wo gdy Jerzy wraz z inny­mi ryce­rza­mi natra­fia w lesie na amfis­be­nę, dwu­gło­we­go jasz­czu­ra wiel­ko­ści konia, nie jest to tłu­ma­czo­ne w żaden spo­sób odmien­no­ścią świa­ta, w któ­rym egzy­stu­ją boha­te­ro­wie. To wła­śnie świat epo­su, czy­li świat, w któ­rym natra­fić moż­na na potwo­ry i demo­ny, a za ochro­nę przed klą­twą nie­przy­ja­cie­la nale­ży zapła­cić cza­ro­dziej­ce skarb­cem peł­nym sre­bra. Inny­mi sło­wy, podróż Jerze­go, któ­ra ma na celu ochro­nę jego przy­ja­cie­la Guy, ostat­nie­go wyświę­co­ne­go katha­roi, jest rów­no­cze­śnie podró­żą przez róż­ne wyznacz­ni­ki kon­struk­cyj­ne epo­pei rycer­skiej. Oraz, nale­ży dodać, uda­ne pró­by ich prze­ła­ma­nia.

Tak więc nie­kie­dy posta­cie nie­mal kwe­stio­nu­ją swój epic­ki sta­tus i zacho­wu­ją się odmien­nie niż te zna­ne nam z kart kla­sycz­nych dzieł. Naj­lep­szym tego przy­kła­dem jest postę­po­wa­nie cza­ro­dziej­ki Lau­ry, któ­ra z cza­sem zdo­by­wa samo­świa­do­mość god­ną posta­ci utwo­rów skraj­nie post­mo­der­ni­stycz­nych. Sam Jerzy pod wzglę­dem wia­ry przy­po­mi­na nie­co Don Kicho­ta, cho­dzi zwłasz­cza o jego ufność w sły­sza­ne od naj­młod­szych lat opo­wie­ści o dziel­nych rycer­zach. Tym­cza­sem rze­czy­wi­stość woj­ny oka­zu­je się rze­czy­wi­sto­ścią amal­ga­ma­to­wą, z jed­nej stro­ny peł­ną magicz­nych odnie­sień, z dru­giej zaś wery­stycz­ną, bru­tal­ną, pra­gną­cą kolej­nych ofiar. Do krań­ca dekon­struk­cji epo­su docho­dzi­my w fina­le opo­wie­ści, któ­ry osta­tecz­nie pozba­wia czy­tel­ni­ka wszel­kich złu­dzeń na temat „baśnio­wo­ści” powie­ścio­wej prze­strze­ni. War­to tak­że dodać parę słów o sty­li­za­cji zasto­so­wa­nej na kar­tach Syna­strii. Świąt­kow­ski w peł­ni rozu­mie, co ozna­cza­ją pew­ne ter­mi­ny (jak choć­by „sygna­ły daw­no­ści”, „poczu­cie histo­rycz­ne­go odda­le­nia”), i tak umie­jęt­nie kon­stru­uje zda­nia, żeby wyda­wa­ły się „wyso­kie”, odpo­wied­nio dozu­je archa­izmy oraz into­nu­je wypo­wie­dzi poszcze­gól­nych boha­te­rów. Dla­te­go cały czas odno­si­my wra­że­nie, że czy­ta­my utwór spi­sa­ny pió­rem ano­ni­mo­we­go tru­ba­du­ra. Moż­na by rzec, że powieść ta jest mode­lo­wym połą­cze­niem rycer­skiej epo­pei ze współ­cze­sną powie­ścią histo­rycz­ną. Było­by to jed­nak ogra­ni­cza­ją­ce, ponie­waż Syna­stria aż mie­ni się od naj­róż­niej­szych zna­czeń.

 

– pisarz, doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Katedrze Polskiej Literatury Współczesnej i Krytyki Literackiej UKSW.

więcej →

– prozaik, kiedyś krytyk literacki.

więcej →

Powiązane teksty

13.01.2026
Recenzje

W gorsecie z emocji. Zespalanie światów według Maxa Blechera

Wierzę, że spotkanie z prozą Blechera pozostawia w nas głęboki ślad, dotykając naszych największych atawistycznych lęków – tych związanych z chorobą, samotnością, śmiercią. Równocześnie skłania nas do refleksji nad tym, jak korzystać z życia i mimo wszystko dążyć do względnego dobrostanu – o Dziełach zebranych Maxa Belchera pisze Olga Bartosiewicz-Nikolaev.