Mira Michałowska – kobieta światowa

Aga­ta Napiór­ska: Pozna­łaś Mirę Micha­łow­ską oso­bi­ście?

Moni­ka Ksie­nie­wicz-Mil: Tak, w 1995 roku. W dzie­ciń­stwie czy­ta­łam jej książ­ki dla naj­młod­szych, a potem oglą­da­łam Woj­nę domo­wą, nakrę­co­ną według jej sce­na­riu­sza i na pod­sta­wie jej książ­ki, ta zaś w moim domu była czy­ta­na tyle razy, że odpa­da­ła okład­ka, choć może to wina sła­be­go w tam­tych cza­sach kle­ju. Poza tym w tele­wi­zji cią­gle lecia­ły powtór­ki tego seria­lu.

A jak doszło do wasze­go spo­tka­nia?

Byłam w liceum, dosta­łam zada­nie domo­we, żeby pójść na spo­tka­nie autor­skie. Wybra­łam się więc na spo­tka­nie z Mirą Micha­łow­ską. Pode­szłam do niej i powie­dzia­łam, że chcia­ła­bym dostać auto­graf mojej ulu­bio­nej pisar­ki, ale nie mam przy sobie żad­nej książ­ki. Spoj­rza­ła na mnie iro­nicz­nie i powie­dzia­ła, że jeśli bar­dzo chcę ten auto­graf, to mogę przyjść do niej do domu. Poszłam. Mam zdję­cie pamiąt­ko­we z tam­tych odwie­dzin. Od tego cza­su odwie­dza­łam ją wie­lo­krot­nie, a kie­dy poszłam na stu­dia, jesz­cze dłu­go ze sobą kore­spon­do­wa­ły­śmy.

Dla­cze­go po tylu latach od pozna­nia Miry Micha­łow­skiej pomy­śla­łaś o napi­sa­niu jej bio­gra­fii?

Na to zło­ży­ło się wie­le rze­czy. Kie­dyś zapy­ta­łam panie w mojej biblio­te­ce o książ­ki, któ­re nadal są czę­sto wypo­ży­cza­ne, cho­ciaż od daw­na nie były wzna­wia­ne. I oka­za­ło się, że są wśród nich książ­ki Miry. W 2018 roku pro­wa­dzi­łam dla jed­ne­go z por­ta­li polo­nij­nych kolum­nę pod tytu­łem Kobie­ta świa­to­wa. Napi­sa­łam tam o Mirze. Oka­za­ło się, że był to bar­dzo kli­kal­ny tekst na całym świe­cie; por­tal tłu­ma­czył arty­ku­ły nie tyl­ko na język angiel­ski, ale i na hisz­pań­ski. Póź­niej wysła­łam kon­spekt książ­ki o Mirze na jakiś kon­kurs, ale tego kon­kur­su nie wygra­łam. Nie­mniej po pan­de­mii poszłam z kon­spek­tem na warsz­ta­ty repor­ter­skie, poka­za­łam tekst pro­wa­dzą­cej je Syl­wii Fedor­czuk, a ta powie­dzia­ła, że muszę natych­miast wysłać pro­jekt do wydaw­nic­twa. Wte­dy mia­łam już spo­ro zgro­ma­dzo­nych mate­ria­łów, ponie­waż do tego cza­su zdą­ży­łam poznać synów Miry.

Gdy­byś musia­ła przy­go­to­wać bar­dzo zwię­złą not­kę bio­gra­ficz­ną Miry, co byś napi­sa­ła?

Napi­sa­ła­bym, że Mira two­rzy­ła saty­rycz­ne tek­sty, któ­re dały począ­tek wie­lu róż­nym publi­ka­cjom, pro­gra­mom, fil­mom; mię­dzy inny­mi wymie­ni­ła­bym pro­gram Tele-Echo czy serial Woj­na domo­wa.

Była także tłumaczką, która przekładała dość trudną pod względem języka literaturę – pierwsze książki Joan Didion czy niełatwą do przetłumaczenia prozę Gertrude Stein.

Jak widać, podej­mo­wa­ła się napraw­dę trud­nych prze­kła­dów. Była inte­lek­tu­alist­ką z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, a na doda­tek przy­jaź­ni­ła się z inny­mi waż­ny­mi posta­cia­mi kul­tu­ry, mię­dzy inny­mi z Fran­cisz­ką i Ste­fa­nem The­mer­so­na­mi. Zacho­wa­ła się ich kore­spon­den­cja.

Kie­dy pozna­łaś resz­tę twór­czo­ści Miry?

Tak napraw­dę to wte­dy, kie­dy zaczę­łam pisać jej bio­gra­fię. Szyb­ko jed­nak oka­za­ło się, że jako nasto­lat­ka zaczy­ty­wa­łam się w tłu­ma­czo­nych przez nią książ­kach, na przy­kład autor­stwa Shir­ley Jack­son czy Sylvii Plath. Dzię­ki lek­tu­rze wspo­mnia­nych ksią­żek prze­ko­na­łam się, że w tych tłu­ma­cze­niach jest wię­cej humo­ru niż w ory­gi­na­łach. Poza tym Mira była ogrom­nie cynicz­na. Tak mówił o niej Marian Eile – nie potra­fi­ła pisać poważ­nie, nawet jeśli bar­dzo się wysi­la­ła. Mia­ła już taki cha­rak­ter, odzna­cza­ła się nie­zwy­kłą inte­li­gen­cją i cię­tym dow­ci­pem, któ­re osła­nia­ły ją przed wspo­mnie­niem jej tra­gicz­nych doświad­czeń.

Jej dow­cip nie wszyst­kim przy­padł do gustu. Zresz­tą nie tyl­ko dow­cip, ale tak­że pocho­dze­nie i sta­tus mate­rial­ny. Spo­ro piszesz o dono­sach na Micha­łow­skich. Musia­łaś dużo nasie­dzieć się w IPN.

Takich dono­sów były tysią­ce. Dono­si­li pra­cow­ni­cy amba­sa­dy, sąsie­dzi, zna­jo­mi. Ludziom nie podo­ba­ło się, jakim Micha­łow­scy jeź­dzi­li autem, co jedli, gdzie miesz­ka­li. To wszyst­ko wyda­wa­ło się zbyt luk­su­so­we jak na panu­ją­ce wów­czas w Pol­sce warun­ki. Część teczek znisz­czo­no, mimo to i tak spo­ro zosta­ło. Spraw­dza­łam tak­że bry­tyj­skie i ame­ry­kań­skie tecz­ki, gdy kore­spon­do­wa­łam z CIA. Stąd wiem, że wszyst­kie oskar­że­nia pod adre­sem Miry o bycie kobie­tą szpie­giem są naj­praw­do­po­dob­niej zwy­czaj­nym aktem anty­se­mi­ty­zmu. Wie­le osób nie zno­si­ło tej amba­sa­dor­skiej pary. „Jakaś Żydów­ka będzie nam dawa­ła azyl” – mówio­no. We wspo­mnia­nych dono­sach pisa­no na przy­kład, że Micha­łow­ska wyglą­da­ła jak oso­ba obca kla­so­wo.

Czy­ta­łam two­ją książ­kę i zasta­na­wia­łam się, jak Micha­łow­ska znaj­do­wa­ła czas na wszyst­kie te rze­czy, któ­re robi­ła. Z pew­no­ścią mia­ła ADHD, a być może tak­że z powo­du bez­sen­no­ści zyski­wa­ła wię­cej cza­su na pra­cę.

Rów­nież się nad tym zasta­na­wia­łam. Była prze­cież mamą dwój­ki dzie­ci, jako żona amba­sa­do­ra mia­ła mnó­stwo obo­wiąz­ków towa­rzy­skich, co wie­czór musia­ła wraz z mężem gdzieś bywać! A ile ona przy tym pisa­ła, tłu­ma­czy­ła, rela­cjo­no­wa­ła. Niby nie inte­re­so­wa­ła się poli­ty­ką, ale kie­dy jej mąż zosta­wiał jakiś roz­grze­ba­ny tekst poli­tycz­ny, potra­fi­ła samo­dziel­nie dopi­sać zakoń­cze­nie.

Okładka książki Moniki Kniesiewicz-Mil pod tytułem „Mira. Kobieta światowa. Opowieść o Mirze Michałowskiej”.
Monika Kniesiewicz-Mil, „Mira. Kobieta światowa. Opowieść o Mirze Michałowskiej”, Warszawa: W.A.B., 2025.

Ponad­to wie­le cza­su i ener­gii poświę­ca­ła na pisa­nie listów i nawią­zy­wa­nie zna­jo­mo­ści cho­ciaż­by z auto­ra­mi ksią­żek, któ­re chcia­ła prze­tłu­ma­czyć. Dziś powie­dzie­li­by­śmy, że tak napraw­dę była nie tyl­ko tłu­macz­ką, ale tak­że redak­tor­ką ini­cju­ją­cą.

Wymie­nia­ła kore­spon­den­cję z pra­wie wszyst­ki­mi auto­ra­mi, któ­rych tek­sty tłu­ma­czy­ła. Nie­ste­ty nie uda­ło mi się dotrzeć do listów, któ­re pisa­ła do Joan Didion, a podob­no jest ich oko­ło trzy­dzie­stu. Ale jestem na dobrej dro­dze. Te jej listy do auto­rów były bar­dzo oso­bi­ste. Poza tym pozy­ski­wa­ła zagra­nicz­ne tytu­ły dla pol­skich wydaw­nictw. Mia­ła sze­ro­kie kon­tak­ty na pol­skim ryn­ku książ­ki, mię­dzy inny­mi dzię­ki przy­jaź­ni z Ire­ną Szy­mań­ską, legen­dar­ną redak­tor­ką Czy­tel­ni­ka. Jak widać, nie była typo­wą żoną amba­sa­do­ra, któ­ra by jedy­nie sie­dzia­ła i pach­nia­ła. Nie tyl­ko pra­co­wa­ła, ale też nie­ustan­nie komuś poma­ga­ła i coś zała­twia­ła. Przed­sta­wia­ła sobie ludzi, łączy­ła jed­nych z dru­gi­mi, zna­ła wszyst­kich, była wiel­ce sza­no­wa­na w śro­do­wi­sku.

Mówi­ła, że tłu­macz musi w zasa­dzie stwo­rzyć książ­kę od nowa.

Te sło­wa świad­czą o jej pre­kur­sor­stwie. Poza tym była nie­zwy­kle płod­ną tłu­macz­ką. Mąż Miry, amba­sa­dor, miał mniej­szy dochód niż ona, jeśli pod­su­mo­wać wszyst­kie jej zle­ce­nia. Zresz­tą nie zara­bia­ła jedy­nie w zło­tów­kach, w Sta­nach Zjed­no­czo­nych wyda­ła tak­że książ­kę Nobo­dy Told Me How. Opo­wia­da ona o tym, jak przy­bysz­ka z komu­ni­stycz­nej Pol­ski uczy­ła się pra­cy w ame­ry­kań­skiej amba­sa­dzie i jak wyglą­da­ło życie żony dyplo­ma­ty.

Do „Prze­kro­ju” pisa­ła głów­nie pod pseu­do­ni­mem Maria Zien­ta­ro­wa. I to ile!

Ale pod­pi­sy­wa­ła się tak­że jako Sio­stry Rojek. Pisa­ła napraw­dę bar­dzo dużo, nie­raz po kil­ka arty­ku­łów do nume­ru. Marian Eile wie­dział, że zawsze może na nią liczyć. Uwiel­biam jej felie­to­ny z cyklu Drob­ne ustro­je – prze­za­baw­ne histo­rie z życia mat­ki na obczyź­nie. I oczy­wi­ście Woj­nę domo­wą – ten serial wciąż świet­nie się oglą­da, mimo że od jego powsta­nia upły­nę­ło tyle lat. A były prze­cież jesz­cze książ­ki dla nasto­lat­ków i dla dzie­ci. W latach 90. XX wie­ku Mira pisa­ła do „Two­je­go Sty­lu” i do „Fili­pin­ki”. Pió­ro odło­ży­ła dopie­ro parę lat przed śmier­cią, kie­dy jej mąż zacho­ro­wał na depre­sję, a następ­nie zmarł. To zda­rzy­ło się w 2007 roku.

Straszne było również to, że kiedy sama umierała, wciąż nie miała pojęcia, jak zginęli jej brat i rodzice. Dopiero później jej syn dowiedział się, że obydwoje stracili życie w gettach – ojciec w warszawskim, matka w łódzkim.

Jak było z wąt­ka­mi żydow­ski­mi w jej bio­gra­fii? Ukry­wa­ła swo­je pocho­dze­nie?

Nie tyle ukry­wa­ła, ile mil­cza­ła na ten temat. Nigdy nie opo­wia­da­ła, że pocho­dzi z Łodzi, nie poda­wa­ła panień­skie­go nazwi­ska Zan­del. Niko­mu nie mówi­ła, że jej rodzi­na zgi­nę­ła pod­czas Zagła­dy. W doku­men­tach w rubry­ce „wyzna­nie” wpi­sy­wa­ła jed­nak: „moj­że­szo­we”. W Nowym Jor­ku obra­ca­ła się w śro­do­wi­sku żydow­skim, przy­jaź­ni­ła się na przy­kład ze Ste­fa­nem Arskim, po powro­cie do War­sza­wy zresz­tą też.

A dla­cze­go zaczę­to ją nazy­wać pol­ską Matą Hari?

Mira bar­dzo się wyróż­nia­ła, nie tyl­ko pod wzglę­dem uro­dy, ale tak­że sty­lu i ele­gan­cji. Zarzu­ca­no jej licz­ne roman­se, choć nie ma po nich śla­du. Bez­pie­ka z pew­no­ścią by je wytro­pi­ła. W tecz­kach są za to dowo­dy na dwa poza­mał­żeń­skie związ­ki Micha­łow­skie­go. Roman­se, owszem, Mira mia­ła, ale w poprzed­nim mał­żeń­stwie, jako żona Zło­tow­skie­go. Spo­ty­ka­ła się wte­dy choć­by ze Ste­fa­nem Arskim. Micha­łow­scy byli cały czas na pod­słu­chu. Nie przej­mo­wa­li się tym jed­nak, ponie­waż wie­dzie­li, że para­sol ochron­ny nad amba­sa­do­rem roz­ło­żył Adam Rapac­ki, mini­ster spraw zagra­nicz­nych, nad Mirą zaś – ówcze­sny pre­mier Józef Cyran­kie­wicz, któ­ry bar­dzo ją lubił. Zresz­tą brat Niny Andrycz, żony Cyran­kie­wi­cza, pod­czas woj­ny wal­czył praw­do­po­dob­nie w tym samym bata­lio­nie co brat Miry. Poszu­ki­wa­nie bra­ci zbli­ży­ło do sie­bie obie kobie­ty.

Czy poza szcze­gó­ła­mi doty­czą­cy­mi jej pocho­dze­nia jakiś wątek z jej życia pozo­stał dla cie­bie tajem­ni­cą?

Chcia­ła­bym się dowie­dzieć, jak napraw­dę wyglą­da­ły jej mło­dość w Łodzi i rela­cja z Zeno­nem Klisz­ką. Wia­do­mo, że doszło do roman­su, nie znam jed­nak szcze­gó­łów.

Za co naj­bar­dziej cenisz Mirę Micha­łow­ską teraz, kie­dy wiesz o niej tak dużo?

Za dzia­łal­ność pisar­ską i saty­rycz­ną, za pro­zę. A naj­bar­dziej cenię Prze­pra­węNad jezio­rem Luga­no, czy­li dwa tek­sty, w któ­rych autor­ka z wiel­ką dys­kre­cją mie­rzy się z Zagła­dą.

Jak dłu­go i jak inten­syw­nie pra­co­wa­łaś nad tą książ­ką? Ile cza­su poświę­ci­łaś na pisa­nie, a ile na pra­cę badaw­czą?

Samo pisa­nie trwa­ło krót­ko, parę mie­się­cy, za to tekst popra­wia­łam i reda­go­wa­łam ponad rok. Pra­ca badaw­cza zaję­ła mi parę lat – czy­ta­nie kore­spon­den­cji i pro­wa­dze­nie kwe­rend cią­gnę­ły się mie­sią­ca­mi. Odwie­dzi­łam wie­le archi­wów, od IPN począw­szy, przez archi­wa Mia­sta War­sza­wy, Gdań­ska, Łodzi, Archi­wum Akt Nowych, Archi­wum Lite­ra­tu­ry, a skoń­czyw­szy na kil­ku­dzie­się­ciu archi­wach polo­nij­nych, ame­ry­kań­skich, żydow­skich, bry­tyj­skich.

Mówi­łaś, że Mira poma­ga­ła ludziom. Czy tobie oso­bi­ście tak­że w czymś pomo­gła?

Na pew­no wzmoc­ni­ła moją pew­ność sie­bie i prze­ko­na­ła mnie, że powin­nam zara­biać na życie pisa­niem. Jed­nym sło­wem: pchnę­ła mnie na stu­dia dzien­ni­kar­skie. Poza tym wymy­śli­ła, że muszę iść do Jac­ka Kuro­nia po pie­nią­dze, któ­rych wte­dy nie mia­łam. Dzię­ki wspar­ciu finan­so­we­mu Kuro­nia skoń­czy­łam kurs dzien­ni­kar­ski pod okiem ame­ry­kań­skich spe­cja­li­stów.

Myślisz, że była­by zado­wo­lo­na z tego, że powsta­ła jej bio­gra­fia?

Myślę, że ukrę­ci­ła­by mi łeb za to, że odwa­ży­łam się grze­bać w jej życiu pry­wat­nym, któ­re tak skrzęt­nie ukry­wa­ła. Ale mimo to zde­cy­do­wa­łam się na napi­sa­nie tej książ­ki, ponie­waż uwa­żam, że współ­cze­sny świat powi­nien poznać tę nie­tu­zin­ko­wą kobie­tę.

– dziennikarka i pisarka.

więcej →

Monika Ksieniewicz-Mil

– dziennikarka i specjalistka od komunikacji.

więcej →

Mira Michałowska

– tłumaczka, dziennikarka, pisarka.

więcej →

Powiązane teksty