Barbara Klicka: Czy dobrze pamiętam, że studiowałaś grafikę?
Jagoda Szelc: Ale to było nieporozumienie…
Dlaczego nieporozumienie? I w którym momencie zdecydowałaś się na film?
Studiowałam grafikę ze snobizmu – najtrudniej było się dostać na ten wydział. Byłam w tym fatalna. Grafik musi działać przede wszystkim według niezmiernie skomplikowanej, precyzyjnej instrukcji, w dodatku cały czas robić wokół siebie porządek. Pod koniec zaczęłam zajmować się litografią, która jest chyba najbardziej nieokiełznaną techniką. Kamień jest tak kapryśny, że nie wiesz nawet, dlaczego ci ta czy inna grafika nie wyszła. To było potworne, nie znosiłam tego. Ponadto w trakcie studiów okazało się, że wolę malarstwo, i właściwie czuję, jakbym skończyła wydział malarski, ponieważ znalazłam się w pracowni Nicole Nascova, wspaniałego malarza, z którym w trakcie przeglądów często rozmawiałam na przykład o sekwojach. Muszę jednak przyznać, że te procedury graficzne przeniesione do filmu bardzo mi pomogły. Mówię o dyscyplinie i precyzji oraz – niestety – o ciągłym porządkowaniu wszystkiego. To się ogromnie przydaje, ale nie mogłabym tego robić również dlatego, że to samotne zajęcie. Uwielbiam samotność, ale jest ona dla mnie szkodliwa, bo się w niej rozsiadam. Muszę uczyć się od innych. Słowem, byłabym głupsza, gdybym zajmowała się litografią. Litografie muszą robić osoby mądrzejsze.
Ale jednak przy robieniu filmów korzystasz ze swojego, niech ci będzie, malarskiego wykształcenia. Mam wrażenie, że w ogóle zaprzęgasz do swojej roboty wiele dziedzin, czy może jakości z innych porządków.
Wydaje mi się, że wszyscy tak mają, tylko decydują się na inny odruch.
Jak byś go nazwała?
Ty zdecydowałaś się na to, że będziesz ten podstawowy dla siebie odruch zapisywać za pomocą słów, ja wybrałam inne narzędzie, ale ty także w pewnym sensie robisz ujęcia. Ktoś w twoich tekstach idzie, podchodzi, otwiera, wchodzi, słyszy, odwraca się. Myślę, że poezji jest bliżej do filmu niż prozie. Pier Paolo Pasolini mówił, że poezja to obraz, znak. To tak jak ujęcia. Wiersze mają w sobie wszystkie elementy: wizualne, montażowe, dźwiękowe.
Montaż byłby tu pewnie kluczowy. Ale skoro sama przywołałaś poezję, to powiedz, proszę, coś więcej o swoich współpracach z osobami, które piszą wiersze.
Od zawsze czułam się analfabetką, więc potajemnie czytałam poezję. Długo wydawało mi się to nieprawdopodobnie pretensjonalne, pewnie właśnie dlatego, że czułam się analfabetką. Nigdy jednak nie fantazjowałam o pisaniu. Chociaż nieprawda; raz napisałam haiku i do dziś uważam, że jest dobre. Mogę ci nawet odczytać:
na letnim parkingu
zabijam muchę która
ma dzieci.
To moja pierwsza publikacja. Wrócę jednak do twojego pytania – od dawna współpracuję z różnymi poetkami i poetami, tyle że robię to bez ich wiedzy, we własnej głowie: trochę z Wisławą Szymborską, z Iloną Witkowską, z tobą, z Justyną Bargielską, z Tomaszem Bąkiem, z Konradem Górą i Tomaszem Pułką. Do Pułki zresztą ostatnio wróciłam. Nic z tych wierszy nie rozumiem. Są wspaniałe.
Powiedz, proszę, coś więcej o tym, co dzieje się między „nic nie rozumiem” a „są wspaniałe”. Doprecyzuję: jak to dla ciebie możliwe, że uznajesz coś za wspaniałe mimo niezrozumienia?
Mojego partnera bardzo śmieszą sytuacje, w których czyta mi coś na głos, na przykład poezję, i niemal natychmiast orzekam, że to coś jest albo gówniane, albo wspaniałe. Ubolewa nade mną, że mam do dyspozycji jedynie te dwa rozpoznania. Myślę, że jestem w sposób nieprawdopodobny niesprawiedliwa. Nie wiem, czy w ogóle interesuje mnie to, dlaczego sądzę, że coś jest beznadziejne albo piękne. Wydaje mi się jednak, że mam intuicję, że wiem, przynajmniej w pewnym sensie, kiedy wiersz jest szczery, a kiedy udaje coś, czym nie jest, jakby autor usiłował się wymądrzać. Na przykład Pułka był, moim zdaniem, tak wspaniały również dlatego, że całkowicie wypiął się na to, czy jego teksty są do czegoś podobne. Góra także to ma, choć może jest bardziej zdyscyplinowany i biegły, niż sam chciałby, żeby ludzie o tym wiedzieli. Wysoko go cenię i chciałabym być takim filmowcem, jakim poetą jest Góra. Małgorzata Lebda – choć nie wypada mi o niej mówić, bo aktualnie z nią pracuję – i Adam Kaczanowski również nie stają na palcach: uprawiają sobie poezję, która może być wszystkim. Bargielska to jest w ogóle jakiś inny łeb. Głupio mi mówić o tobie, kiedy z tobą rozmawiam, ale przecież zanim się poznałyśmy, zanim odkryłam, że jesteś moją kuzynką – ciebie także czytałam. Miałam poczucie, że to jest o wolności. Uwielbiam też poezję Witkowskiej. A co do tego miejsca między „nic nie rozumiem” a „jest to wspaniałe” – myślę, że każdy trochę tego miejsca szuka, chociaż ludzie raczej nie chcą się do tego przyznawać. Mnie się zdaje, że w próżni między „rozumiem” a „zachwyca mnie” pojawia się przestrzeń na ten zupełnie wyjątkowy wysiłek powodujący powstawanie nowych myśli.
Jeśli cię dobrze rozumiem, mówisz o tym momencie, zanim głowa weźmie, co jej. O niezapośredniczonym zachwycie.
Tak. Bo może w ogóle chodzi o to, żeby nie skamienieć. Mnie w tym pomaga bardziej poezja niż proza. Chodzi także chyba o pewien snus, sama wiesz; czasem dużo pracuję i mam tak mało czasu, niekiedy dosłownie kilka minut tuż przed zaśnięciem, czy raczej utratą przytomności, i wtedy dobrze sobie tak wierszem trochę rozewrzeć rzeczywistość, zakręcić ją sobie inaczej. To sprawia, że się w niej nie zamiera.
Powiedziałaś już kilka razy, że z poezji czerpiesz więcej niż z prozy, że to jest dla ciebie żywiej bijące źródełko. Ale jak właściwie te wiersze wpływają na język twoich filmów?
Coś mi się na ten temat tylko wydaje, bo mówienie o własnym języku zawsze jest, sama wiesz, trudne. Myślę, że w wierszach jest wszystko – od sytuacji czy obserwacji, od zasłyszanych dialogów, przez montaż po strukturę. Poezja ma też swoją specyficzną czasowość, może paradoksalnie w większej mierze uwolnioną niż proza. Czas jest interesującym zagadnieniem w filmie, ponieważ nikt do końca nie wie, jak on działa. Oczywiście różne osoby będą mówiły ci różne rzeczy, ale tak naprawdę nie wiemy, dlaczego coś jest za długie albo za krótkie. Można to sobie precyzyjnie planować, liczyć – Wojciech Has na przykład opracowywał swoje ujęcia z dokładnością do trzech sekund – i z jakiegoś powodu coś i tak może wydać się za długie albo za krótkie. To wynika z przebiegu całego filmu. Łatwiej ci będzie rozkoszować się panowaniem nad czasem w poezji, ponieważ masz kontrolę nad końcem wiersza, więc możesz go przedłużać, nie zmierzać do ostatniego wersu prostą drogą, możesz go sama taktować.
Czyli wiersz to raczej pojedyncze ujęcie, nad którym masz pełną kontrolę?
Często tak, na przykład w poezji Witkowskiej są takie mikroujęcia, a właściwie jednoujęciowe sceny. Ale na przykład wiersze Pułki są long take’ami, często jakby zbyt szybko zerwanymi. Jest pewien rodzaj ujęć, które nazywają się hot-cut. Chodzi o to, że kamera się czemuś przygląda i nagle jej spojrzenie się zrywa, zostawiając w głowie widza próżnię, wyobrażenie o tym, co mogłoby się stać. Często korzystają z tego twórcy horrorów. Pułka właśnie tak robił. Ty też tak robisz, moim zdaniem. Piszecie przerażająco.
Dobrze, ale współprace z osobami piszącymi wiersze zdarzały ci się nie tylko w wyobraźni. Porozmawiajmy o tych rzeczywistych spotkaniach i o tym, co z nich wynikło. Z Iloną Witkowską spotkałaś się przy realizacji etiudy Jeśli długo będziesz siedzieć w ciszy, przyjdą do ciebie inne zwierzęta, która stanowi część filmu Erotica 2022.
Pracowało mi się z nią wspaniale, co wcale nie jest takie oczywiste. Sama mam olbrzymie wymagania, a również Ilona, przynajmniej tak mi się wydaje, nie nadaje się do współpracy z każdym. To po prostu nie jest ten typ osoby. Scenariusz napisałyśmy w trzy dni. Zaproponowałam jej udział w tym projekcie i poprosiłam, żeby przysłała mi jakąś propozycję. Sądziłam, muszę przyznać, że mi napisze linearne story. Tymczasem Ilona wysłała mi coś, co było takim jakby niedowierszem, po prostu kawałkami wierszy. Napisała, że to są szkice. Nie wiedziałam, jak od niej wydobędę jakąś historię. Specyfika Erotiki… polegała też na tym, że wszystkie reżyserki pracowały z pisarkami. Dlatego w pierwszym momencie pomyślałam, że popełniłam błąd. Siedziałam, pamiętam, i myślałam, jak mam Witkowskiej wytłumaczyć, żeby nie była Witkowską i dostarczyła mi story. A potem usiadłam jeszcze raz przed tymi kawałkami i zrozumiałam, że oczywiście tam jest historia, że ona mi ją podarowała i że o mały włos skompromitowałabym się przed Iloną. Ta współpraca z Witkowską świadczy dla mnie o tym, że tradycyjnie rozumiane story jest nieważne. Naprawdę nieważne. Ktoś kiedyś powiedział, że jest raptem siedem historii, które cały czas opowiada się na nowo. I faktycznie mamy cztery konflikty. Ja versus ja, ja versus antagonista, ja versus społeczeństwo czy grupa, ja versus los. Nie ma więcej konfliktów. To jest w jakimś sensie banalne. Natomiast to, co jest rdzeniem filmu, w ogóle nie leży w historii, którą ten film opowiada.
A gdzie?
Wszędzie poza nią. Teraz cały kapitalistyczny świat panicznie orientuje się na te historie. Ludzie nie mają, przynajmniej w mojej ocenie, rozpoznania, że No Country for Old Men nie jest filmem o seryjnym mordercy, że nie o to w nim chodzi. W ogóle to nie jest o tym. Witkowska wtedy dała mi atmosferę. Nie mówię o atmosferze w tym sensie, w jakim tworzy ją na przykład scenografia. Kiedy czytałam jej tekst, miałam poczucie, że w tych słowach jest narastający niepokój, ten rodzaj niepokoju, który przychodzi tuż przed wielką mobilizacją. Był tam – pamiętam – fragment, w którym narratorka patrzy na pająka na swoim balkonie i myśli, że musi go uratować przed burzą.
Właśnie ten fragment zamieniłaś w scenę na balkonie, na który pada toksyczny, żrący deszcz…
Zaczęłam rozkodowywać to, co dała mi Witkowska, i dostrzegłam zapisany tam olbrzymi lęk kogoś, kto ma wrażenie, że jest całkowicie bezsilny, że absolutnie nic nie zdoła zrobić. Każde działanie tej osoby jest śmieszne, a zarazem wzniosłe, ponieważ jest gestem obrony wobec świata, przed którym nie da się obronić. Drugą myślą, która mnie naszła, kiedy zaczęłam to rozkodowywać, było to, że ta narratorka zasadniczo nie potrafi przeżywać rozkoszy. To było oczywiście niezmiernie ciekawe w kontekście Erotiki… Bo rzeczywiście – czy w świecie, który jest światem na granicy obumarcia, można przeżywać rozkosz? Jak miałoby to być możliwe, czy to wypada, czy ciało, na przykład z poczucia zagrożenia albo przyzwoitości, blokuje odczuwanie rozkoszy? Później pojechałam do Sokołowska pracować z Iloną i muszę przyznać, że naprawdę nikt nie ma tak wyczulonego słuchu jak poetki na to, w jaki sposób ludzie mówią. Nikt nigdy nie będzie mieć. Dlatego, że wy jesteście podsłuchiwaczkami, złodziejaszkami. Wyobrażam sobie, że prozaicy zatapiają się w jakichś annałach, sczytują, wertują, nażerają się tych historii i później produkują. A poeci, moim zdaniem, to są kleptomani, wiesz, tacy uliczni kleptomani. I dlatego w pewnym sensie mają trochę większy kontakt z tym, z czego sama żrę najbardziej, czyli z naturalizmem i jednocześnie z tajemnicą. Jedno bez drugiego jest trochę ulatującym balonem, musisz to do czegoś przywiązać, na przykład do tego, co przed chwilą podsłuchałaś. Wracam jednak do tematu: Ilona wtedy potwornie przeżywała stratę swojego psa, Warszawy.
W filmie też umiera pies Warszawa…
No, właśnie. Napisałyśmy to, tak jak mówiłam, w trzy dni. W jakimś sensie było dla mnie zaskoczeniem, że zrobiłyśmy to w takiej zgodzie, w takim porywie. To była jedna z najprzyjemniejszych jak dotąd moich współprac. Czułam się takim jakby majtkiem, który sprząta kajuty, myje pokłady, porządkuje i tak naprawdę jest nieprawdopodobnie potrzebny. A Witkowska była, tak bym powiedziała, „pijanym” kapitanem.
Porozmawiajmy teraz o twoim kolejnym reżyserskim kontakcie z literaturą, czyli o spektaklu teatralnym pod tytułem Maszyna, którego podstawą była Kolonia karna Franza Kafki.
To był mój debiut w teatrze. Poniekąd o tym wiedziałam, ale dopiero w praktyce okazało się, jak inna jest to reżyseria. Myślę, że w sumie przeszłam to dobrze, bo mam znaczne zdolności adaptacyjne, ale doświadczenie mierzenia się z tą różnicą było nieprawdopodobne. W dodatku – jestem przekonana – materia, którą się zajmujemy, silnie wpływa na sam proces twórczy. Jeśli robisz Kolonię karną, to jest duże ryzyko, że zrobi ci się z tego kolonia karna w samym procesie pracy z ludźmi. Wspaniały zespół, z którym pracowałam nad tym spektaklem, współtworzył jego treść, ale pierwotnym impulsem było dla mnie to, że na początku tak zwanych czarnych protestów Julia Holewińska trafiła do więzienia. Pamiętam swoją wściekłość, kiedy trafiła do tego pierdla, i myśl, że chcę w jej teatrze opowiedzieć o maszynie, która służy do torturowania kobiet. Była taka praca na Biennale w Wenecji – niezwykle dla mnie inspirująca instalacja Sun Yuan i Peng Yu pod tytułem I Can’t Help Myself, poświęcona maszynie, która zagarnia pod siebie krew. Mnie jakoś najbardziej interesowała właśnie ta instalacyjna część spektaklu, chciałam dosłownie stworzyć obiekt. Koniec końców jednak zadzwoniłam do Marty Keil, opowiedziałam jej o pomyśle, zaproponowałam, żeby była dramaturżką, na co odpowiedziała, że jej się to kojarzy z Kolonią karną Kafki. Przyznam także, że lubiłam seminaria w Austriackim Forum Kultury1, podczas których czytaliście Kafkę. Sama też uczestniczyłam w tych spotkaniach, chociaż anonimowo. Podsłuchiwałam, rozumiesz, z boku te wasze rozmowy, i to było dla mnie naprawdę formacyjne doświadczenie: słuchać was, jak rozmawiacie o Kafce. Było to wspaniałe. Właśnie tak się zaczęło. Wymyśliłam, powiedziałabym, tę maszynę. Czyli wiedziałam, że to będzie urządzenie, które ma torturować aktorkę na scenie – cały czas, bez końca. Wiedziałam też, że to ma być urządzenie akustyczne, które ją przenika dźwiękiem, jak broń soniczna, ale ta warstwa soniczna to tak naprawdę tekst i słowa, które kobietom cały czas opowiadamy. Czyli to była taka, powiedziałabym, maszynka do tępienia odruchów podmiotowych. Aktorzy wymyślali kontekst tych scen, oczywiście razem ze mną i z Martą Keil.
Wiem skądinąd, że napisałaś też sporo adaptacji. Możesz o tym mówić?
Nieszczególnie. Ale tak, napisałam bardzo dużo adaptacji książek. Raz nawet napisałam doskonałą adaptację dość średniej książki i do tej pory mi żal, że nie udało się zrealizować tego filmu. Nie wiem dokładnie, z czego to wynika, ale łatwiej adaptuje się literaturę klasy B. Chyba chodzi o to, że trzeba mieć jakiś rodzaj zdrowej arogancji czy po prostu decyzyjności, kiedy pisze się tekst. Książka nie może cię zanadto onieśmielać. Całe szczęście, że Peter Handke sam zrobił filmy na podstawie swojej prozy, ponieważ naprawdę nie wiem, kto dałby radę zmierzyć się z jego książkami. Może powinno tak być, może pisarze powinni sami portretować swoje historie. Chociaż wydaje mi się także, że byliby tym znudzeni.
Nie wspominając już o tym, że mogłyby to być rzeczy nienadające się do oglądania.
Więc właśnie, mogłoby to obnażać ich ukrytą grafomanię. I jest jeszcze tak, że nie każdą książkę da się przerobić na film. I nie każdą – na Boga! – trzeba. Ale oczywiście – ludzie będą próbować. Było parę tego rodzaju skandalicznych adaptacji. Ale było również kilka nieprawdopodobnie udanych. Na przykład Wuthering Heights Andrei Arnold. To jedno z najbardziej udanych takich przedsięwzięć.
Pracujesz teraz nad filmem opartym na prozie Małgorzaty Lebdy. Możesz opowiedzieć o tym coś więcej?
Nie lubię rozmawiać o rzeczach, których jeszcze nie ma, więc nie. Już miałam parę falstartów. Spytaj mnie, proszę, następnym razem.
Zgoda. Porozmawiajmy zatem o Twoich zrealizowanych już filmach, zwłaszcza o Wieży. Jasnym Dniu i Monumencie. Twoje filmy nie dają się łatwo zakwalifikować gatunkowo, trudno mi się jednak oprzeć wrażeniu, że masz nieodparty pociąg do konwencji grozy.
Ludzie dawno temu nazwali gatunkiem to coś, wokół czego oscyluje emocja, którą przede wszystkim zainteresowany jest reżyser. Osobiście faktycznie jestem, czy może kiedyś byłam, zainteresowana lękiem. Kiedy tak sama siebie analizowałam czy podsumowywałam złośliwie, to między innymi przypomniałam sobie pewną historię: w dzieciństwie przed zaśnięciem czytano mi straszne opowieści dla dorosłych. Chodziło o wprowadzenie mnie w stan takiego lęku, żebym przestała się wiercić i na przykład nie wybierała się już do pokoju brata. Miałam przestać się ruszać z przerażenia. Moje historie były próbą zorganizowania się wokół tej emocji. Muszę przyznać, że ona mnie już zaczyna opuszczać. Wytworzyłam ją sobie, ucieleśniłam, obejrzałam i okazało się, że jednak nie będę do końca życia o niej opowiadać. To Roland Barthes powiedział, że kto czyta książkę raz, zawsze czyta to samo. W takim sensie, że gdy dokonasz już analizy siebie jako obiektu ileś tam razy, to w końcu masz ten wynik i możesz się przesunąć i opracować coś innego. Natomiast pierwostan wyglądał tak: straszono mnie przed zaśnięciem po to, żebym była nieporuszona. A energia jest wszystkim poza bezruchem.
To powiedz jeszcze tylko, proszę, o swoim podstawowym narzędziu, za pomocą którego budujesz grozę. Sama tę twoją technikę – zwłaszcza w Wieży… – nazwałabym roboczo dziurawieniem realizmu.
Wiesz, to jest trochę o tym, jak pokazać zmorę. Twój bohater może o niej tylko opowiadać, ale jeśli robi to tak, jak trzeba, wówczas widz zaczyna odczuwać jej obecność, choć przecież wcale jej nie pokazujesz. Jest taka scena w Wieży…, bardzo ją lubię: po jakiejś kłótni całkiem opanowany facet wychodzi do kuchni i pije wodę. I trochę jakby za długo to robi, jakoś tak nadmiarowo. Coś się od tego przekrzywia, jakby pęka. W świecie jest również mnóstwo takich pęknięć. Pamiętam przerażonego mężczyznę, który reanimował kobietę na chodniku i śpiewał Stayin’ Alive Bee Gees. Na kursie pierwszej pomocy uczą cię, żeby śpiewać i zachować dobry rytm. To jest dla mnie właśnie przykład takiego dziwnego pęknięcia.
1 Mowa o seminariach z serii Literatura austriacka i psychoanaliza zainicjowanych przez Agnieszkę Borkiewicz dla Austriackiego Forum Kultury, a prowadzonych przez Ewę Modzelewską-Kossowską i Adama Lipszyca. W latach 2021–2022 poświęcone były twórczości Franza Kafki i ze względu na obostrzenia covidowe odbywały się online.
