Byle nie story

Bar­ba­ra Klic­ka: Czy dobrze pamię­tam, że stu­dio­wa­łaś gra­fi­kę?

Jago­da Szelc: Ale to było nie­po­ro­zu­mie­nie…

Dla­cze­go nie­po­ro­zu­mie­nie? I w któ­rym momen­cie zde­cy­do­wa­łaś się na film?

Stu­dio­wa­łam gra­fi­kę ze sno­bi­zmu – naj­trud­niej było się dostać na ten wydział. Byłam w tym fatal­na. Gra­fik musi dzia­łać przede wszyst­kim według nie­zmier­nie skom­pli­ko­wa­nej, pre­cy­zyj­nej instruk­cji, w dodat­ku cały czas robić wokół sie­bie porzą­dek. Pod koniec zaczę­łam zaj­mo­wać się lito­gra­fią, któ­ra jest chy­ba naj­bar­dziej nie­okieł­zna­ną tech­ni­ką. Kamień jest tak kapry­śny, że nie wiesz nawet, dla­cze­go ci ta czy inna gra­fi­ka nie wyszła. To było potwor­ne, nie zno­si­łam tego. Ponad­to w trak­cie stu­diów oka­za­ło się, że wolę malar­stwo, i wła­ści­wie czu­ję, jak­bym skoń­czy­ła wydział malar­ski, ponie­waż zna­la­złam się w pra­cow­ni Nico­le Nasco­va, wspa­nia­łe­go mala­rza, z któ­rym w trak­cie prze­glą­dów czę­sto roz­ma­wia­łam na przy­kład o sekwo­jach. Muszę jed­nak przy­znać, że te pro­ce­du­ry gra­ficz­ne prze­nie­sio­ne do fil­mu bar­dzo mi pomo­gły. Mówię o dys­cy­pli­nie i pre­cy­zji oraz – nie­ste­ty – o cią­głym porząd­ko­wa­niu wszyst­kie­go. To się ogrom­nie przy­da­je, ale nie mogła­bym tego robić rów­nież dla­te­go, że to samot­ne zaję­cie. Uwiel­biam samot­ność, ale jest ona dla mnie szko­dli­wa, bo się w niej roz­sia­dam. Muszę uczyć się od innych. Sło­wem, była­bym głup­sza, gdy­bym zaj­mo­wa­ła się lito­gra­fią. Lito­gra­fie muszą robić oso­by mądrzej­sze.

Ale jed­nak przy robie­niu fil­mów korzy­stasz ze swo­je­go, niech ci będzie, malar­skie­go wykształ­ce­nia. Mam wra­że­nie, że w ogó­le zaprzę­gasz do swo­jej robo­ty wie­le dzie­dzin, czy może jako­ści z innych porząd­ków.

Wyda­je mi się, że wszy­scy tak mają, tyl­ko decy­du­ją się na inny odruch.

Jak byś go nazwa­ła?

Ty zde­cy­do­wa­łaś się na to, że będziesz ten pod­sta­wo­wy dla sie­bie odruch zapi­sy­wać za pomo­cą słów, ja wybra­łam inne narzę­dzie, ale ty tak­że w pew­nym sen­sie robisz uję­cia. Ktoś w two­ich tek­stach idzie, pod­cho­dzi, otwie­ra, wcho­dzi, sły­szy, odwra­ca się. Myślę, że poezji jest bli­żej do fil­mu niż pro­zie. Pier Paolo Paso­li­ni mówił, że poezja to obraz, znak. To tak jak uję­cia. Wier­sze mają w sobie wszyst­kie ele­men­ty: wizu­al­ne, mon­ta­żo­we, dźwię­ko­we.

Mon­taż był­by tu pew­nie klu­czo­wy. Ale sko­ro sama przy­wo­ła­łaś poezję, to powiedz, pro­szę, coś wię­cej o swo­ich współ­pra­cach z oso­ba­mi, któ­re piszą wier­sze.

Od zawsze czu­łam się anal­fa­bet­ką, więc pota­jem­nie czy­ta­łam poezję. Dłu­go wyda­wa­ło mi się to nie­praw­do­po­dob­nie pre­ten­sjo­nal­ne, pew­nie wła­śnie dla­te­go, że czu­łam się anal­fa­bet­ką. Nigdy jed­nak nie fan­ta­zjo­wa­łam o pisa­niu. Cho­ciaż nie­praw­da; raz napi­sa­łam haiku i do dziś uwa­żam, że jest dobre. Mogę ci nawet odczy­tać:

na let­nim par­kin­gu
zabi­jam muchę któ­ra
ma dzie­ci.

To moja pierw­sza publi­ka­cja. Wró­cę jed­nak do two­je­go pyta­nia – od daw­na współ­pra­cu­ję z róż­ny­mi poet­ka­mi i poeta­mi, tyle że robię to bez ich wie­dzy, we wła­snej gło­wie: tro­chę z Wisła­wą Szym­bor­ską, z Ilo­ną Wit­kow­ską, z tobą, z Justy­ną Bar­giel­ską, z Toma­szem Bąkiem, z Kon­ra­dem Górą i Toma­szem Puł­ką. Do Puł­ki zresz­tą ostat­nio wró­ci­łam. Nic z tych wier­szy nie rozu­miem. Są wspa­nia­łe.

Powiedz, pro­szę, coś wię­cej o tym, co dzie­je się mię­dzy „nic nie rozu­miem” a „są wspa­nia­łe”. Dopre­cy­zu­ję: jak to dla cie­bie moż­li­we, że uzna­jesz coś za wspa­nia­łe mimo nie­zro­zu­mie­nia?

Moje­go part­ne­ra bar­dzo śmie­szą sytu­acje, w któ­rych czy­ta mi coś na głos, na przy­kład poezję, i nie­mal natych­miast orze­kam, że to coś jest albo gów­nia­ne, albo wspa­nia­łe. Ubo­le­wa nade mną, że mam do dys­po­zy­cji jedy­nie te dwa roz­po­zna­nia. Myślę, że jestem w spo­sób nie­praw­do­po­dob­ny nie­spra­wie­dli­wa. Nie wiem, czy w ogó­le inte­re­su­je mnie to, dla­cze­go sądzę, że coś jest bez­na­dziej­ne albo pięk­ne. Wyda­je mi się jed­nak, że mam intu­icję, że wiem, przy­naj­mniej w pew­nym sen­sie, kie­dy wiersz jest szcze­ry, a kie­dy uda­je coś, czym nie jest, jak­by autor usi­ło­wał się wymą­drzać. Na przy­kład Puł­ka był, moim zda­niem, tak wspa­nia­ły rów­nież dla­te­go, że cał­ko­wi­cie wypiął się na to, czy jego tek­sty są do cze­goś podob­ne. Góra tak­że to ma, choć może jest bar­dziej zdy­scy­pli­no­wa­ny i bie­gły, niż sam chciał­by, żeby ludzie o tym wie­dzie­li. Wyso­ko go cenię i chcia­ła­bym być takim fil­mow­cem, jakim poetą jest Góra. Mał­go­rza­ta Leb­da – choć nie wypa­da mi o niej mówić, bo aktu­al­nie z nią pra­cu­ję – i Adam Kacza­now­ski rów­nież nie sta­ją na pal­cach: upra­wia­ją sobie poezję, któ­ra może być wszyst­kim. Bar­giel­ska to jest w ogó­le jakiś inny łeb. Głu­pio mi mówić o tobie, kie­dy z tobą roz­ma­wiam, ale prze­cież zanim się pozna­ły­śmy, zanim odkry­łam, że jesteś moją kuzyn­ką – cie­bie tak­że czy­ta­łam. Mia­łam poczu­cie, że to jest o wol­no­ści. Uwiel­biam też poezję Wit­kow­skiej. A co do tego miej­sca mię­dzy „nic nie rozu­miem” a „jest to wspa­nia­łe” – myślę, że każ­dy tro­chę tego miej­sca szu­ka, cho­ciaż ludzie raczej nie chcą się do tego przy­zna­wać. Mnie się zda­je, że w próż­ni mię­dzy „rozu­miem” a „zachwy­ca mnie” poja­wia się prze­strzeń na ten zupeł­nie wyjąt­ko­wy wysi­łek powo­du­ją­cy powsta­wa­nie nowych myśli.

Jeśli cię dobrze rozu­miem, mówisz o tym momen­cie, zanim gło­wa weź­mie, co jej. O nie­za­po­śred­ni­czo­nym zachwy­cie.

Tak. Bo może w ogó­le cho­dzi o to, żeby nie ska­mie­nieć. Mnie w tym poma­ga bar­dziej poezja niż pro­za. Cho­dzi tak­że chy­ba o pewien snus, sama wiesz; cza­sem dużo pra­cu­ję i mam tak mało cza­su, nie­kie­dy dosłow­nie kil­ka minut tuż przed zaśnię­ciem, czy raczej utra­tą przy­tom­no­ści, i wte­dy dobrze sobie tak wier­szem tro­chę roze­wrzeć rze­czy­wi­stość, zakrę­cić ją sobie ina­czej. To spra­wia, że się w niej nie zamie­ra.

Powie­dzia­łaś już kil­ka razy, że z poezji czer­piesz wię­cej niż z pro­zy, że to jest dla cie­bie żywiej biją­ce źró­deł­ko. Ale jak wła­ści­wie te wier­sze wpły­wa­ją na język two­ich fil­mów?

Coś mi się na ten temat tyl­ko wyda­je, bo mówie­nie o wła­snym języ­ku zawsze jest, sama wiesz, trud­ne. Myślę, że w wier­szach jest wszyst­ko – od sytu­acji czy obser­wa­cji, od zasły­sza­nych dia­lo­gów, przez mon­taż po struk­tu­rę. Poezja ma też swo­ją spe­cy­ficz­ną cza­so­wość, może para­dok­sal­nie w więk­szej mie­rze uwol­nio­ną niż pro­za. Czas jest inte­re­su­ją­cym zagad­nie­niem w fil­mie, ponie­waż nikt do koń­ca nie wie, jak on dzia­ła. Oczy­wi­ście róż­ne oso­by będą mówi­ły ci róż­ne rze­czy, ale tak napraw­dę nie wie­my, dla­cze­go coś jest za dłu­gie albo za krót­kie. Moż­na to sobie pre­cy­zyj­nie pla­no­wać, liczyć – Woj­ciech Has na przy­kład opra­co­wy­wał swo­je uję­cia z dokład­no­ścią do trzech sekund – i z jakie­goś powo­du coś i tak może wydać się za dłu­gie albo za krót­kie. To wyni­ka z prze­bie­gu całe­go fil­mu. Łatwiej ci będzie roz­ko­szo­wać się pano­wa­niem nad cza­sem w poezji, ponie­waż masz kon­tro­lę nad koń­cem wier­sza, więc możesz go prze­dłu­żać, nie zmie­rzać do ostat­nie­go wer­su pro­stą dro­gą, możesz go sama tak­to­wać.

Czy­li wiersz to raczej poje­dyn­cze uję­cie, nad któ­rym masz peł­ną kon­tro­lę?

Czę­sto tak, na przy­kład w poezji Wit­kow­skiej są takie mikro­uję­cia, a wła­ści­wie jed­no­uję­cio­we sce­ny. Ale na przy­kład wier­sze Puł­ki są long take’ami, czę­sto jak­by zbyt szyb­ko zerwa­ny­mi. Jest pewien rodzaj ujęć, któ­re nazy­wa­ją się hot-cut. Cho­dzi o to, że kame­ra się cze­muś przy­glą­da i nagle jej spoj­rze­nie się zry­wa, zosta­wia­jąc w gło­wie widza próż­nię, wyobra­że­nie o tym, co mogło­by się stać. Czę­sto korzy­sta­ją z tego twór­cy hor­ro­rów. Puł­ka wła­śnie tak robił. Ty też tak robisz, moim zda­niem. Pisze­cie prze­ra­ża­ją­co.

Dobrze, ale współ­pra­ce z oso­ba­mi piszą­cy­mi wier­sze zda­rza­ły ci się nie tyl­ko w wyobraź­ni. Poroz­ma­wiaj­my o tych rze­czy­wi­stych spo­tka­niach i o tym, co z nich wyni­kło. Z Ilo­ną Wit­kow­ską spo­tka­łaś się przy reali­za­cji etiu­dy Jeśli dłu­go będziesz sie­dzieć w ciszy, przyj­dą do cie­bie inne zwie­rzę­ta, któ­ra sta­no­wi część fil­mu Ero­ti­ca 2022.

Pra­co­wa­ło mi się z nią wspa­nia­le, co wca­le nie jest takie oczy­wi­ste. Sama mam olbrzy­mie wyma­ga­nia, a rów­nież Ilo­na, przy­naj­mniej tak mi się wyda­je, nie nada­je się do współ­pra­cy z każ­dym. To po pro­stu nie jest ten typ oso­by. Sce­na­riusz napi­sa­ły­śmy w trzy dni. Zapro­po­no­wa­łam jej udział w tym pro­jek­cie i popro­si­łam, żeby przy­sła­ła mi jakąś pro­po­zy­cję. Sądzi­łam, muszę przy­znać, że mi napi­sze line­ar­ne sto­ry. Tym­cza­sem Ilo­na wysła­ła mi coś, co było takim jak­by nie­do­wier­szem, po pro­stu kawał­ka­mi wier­szy. Napi­sa­ła, że to są szki­ce. Nie wie­dzia­łam, jak od niej wydo­bę­dę jakąś histo­rię. Spe­cy­fi­ka Ero­ti­ki… pole­ga­ła też na tym, że wszyst­kie reży­ser­ki pra­co­wa­ły z pisar­ka­mi. Dla­te­go w pierw­szym momen­cie pomy­śla­łam, że popeł­ni­łam błąd. Sie­dzia­łam, pamię­tam, i myśla­łam, jak mam Wit­kow­skiej wytłu­ma­czyć, żeby nie była Wit­kow­ską i dostar­czy­ła mi sto­ry. A potem usia­dłam jesz­cze raz przed tymi kawał­ka­mi i zro­zu­mia­łam, że oczy­wi­ście tam jest histo­ria, że ona mi ją poda­ro­wa­ła i że o mały włos skom­pro­mi­to­wa­ła­bym się przed Ilo­ną. Ta współ­pra­ca z Wit­kow­ską świad­czy dla mnie o tym, że tra­dy­cyj­nie rozu­mia­ne sto­ry jest nie­waż­ne. Napraw­dę nie­waż­ne. Ktoś kie­dyś powie­dział, że jest rap­tem sie­dem histo­rii, któ­re cały czas opo­wia­da się na nowo. I fak­tycz­nie mamy czte­ry kon­flik­ty. Ja ver­sus ja, ja ver­sus anta­go­ni­sta, ja ver­sus spo­łe­czeń­stwo czy gru­pa, ja ver­sus los. Nie ma wię­cej kon­flik­tów. To jest w jakimś sen­sie banal­ne. Nato­miast to, co jest rdze­niem fil­mu, w ogó­le nie leży w histo­rii, któ­rą ten film opo­wia­da.

A gdzie?

Wszę­dzie poza nią. Teraz cały kapi­ta­li­stycz­ny świat panicz­nie orien­tu­je się na te histo­rie. Ludzie nie mają, przy­naj­mniej w mojej oce­nie, roz­po­zna­nia, że No Coun­try for Old Men nie jest fil­mem o seryj­nym mor­der­cy, że nie o to w nim cho­dzi. W ogó­le to nie jest o tym. Wit­kow­ska wte­dy dała mi atmos­fe­rę. Nie mówię o atmos­fe­rze w tym sen­sie, w jakim two­rzy ją na przy­kład sce­no­gra­fia. Kie­dy czy­ta­łam jej tekst, mia­łam poczu­cie, że w tych sło­wach jest nara­sta­ją­cy nie­po­kój, ten rodzaj nie­po­ko­ju, któ­ry przy­cho­dzi tuż przed wiel­ką mobi­li­za­cją. Był tam – pamię­tam – frag­ment, w któ­rym nar­ra­tor­ka patrzy na pają­ka na swo­im bal­ko­nie i myśli, że musi go ura­to­wać przed burzą.

Wła­śnie ten frag­ment zamie­ni­łaś w sce­nę na bal­ko­nie, na któ­ry pada tok­sycz­ny, żrą­cy deszcz…

Zaczę­łam roz­ko­do­wy­wać to, co dała mi Wit­kow­ska, i dostrze­głam zapi­sa­ny tam olbrzy­mi lęk kogoś, kto ma wra­że­nie, że jest cał­ko­wi­cie bez­sil­ny, że abso­lut­nie nic nie zdo­ła zro­bić. Każ­de dzia­ła­nie tej oso­by jest śmiesz­ne, a zara­zem wznio­słe, ponie­waż jest gestem obro­ny wobec świa­ta, przed któ­rym nie da się obro­nić. Dru­gą myślą, któ­ra mnie naszła, kie­dy zaczę­łam to roz­ko­do­wy­wać, było to, że ta nar­ra­tor­ka zasad­ni­czo nie potra­fi prze­ży­wać roz­ko­szy. To było oczy­wi­ście nie­zmier­nie cie­ka­we w kon­tek­ście Ero­ti­ki… Bo rze­czy­wi­ście – czy w świe­cie, któ­ry jest świa­tem na gra­ni­cy obumar­cia, moż­na prze­ży­wać roz­kosz? Jak mia­ło­by to być moż­li­we, czy to wypa­da, czy cia­ło, na przy­kład z poczu­cia zagro­że­nia albo przy­zwo­ito­ści, blo­ku­je odczu­wa­nie roz­ko­szy? Póź­niej poje­cha­łam do Soko­łow­ska pra­co­wać z Ilo­ną i muszę przy­znać, że napraw­dę nikt nie ma tak wyczu­lo­ne­go słu­chu jak poet­ki na to, w jaki spo­sób ludzie mówią. Nikt nigdy nie będzie mieć. Dla­te­go, że wy jeste­ście pod­słu­chi­wacz­ka­mi, zło­dzie­jasz­ka­mi. Wyobra­żam sobie, że pro­za­icy zata­pia­ją się w jakichś anna­łach, sczy­tu­ją, wer­tu­ją, naże­ra­ją się tych histo­rii i póź­niej pro­du­ku­ją. A poeci, moim zda­niem, to są klep­to­ma­ni, wiesz, tacy ulicz­ni klep­to­ma­ni. I dla­te­go w pew­nym sen­sie mają tro­chę więk­szy kon­takt z tym, z cze­go sama żrę naj­bar­dziej, czy­li z natu­ra­li­zmem i jed­no­cze­śnie z tajem­ni­cą. Jed­no bez dru­gie­go jest tro­chę ula­tu­ją­cym balo­nem, musisz to do cze­goś przy­wią­zać, na przy­kład do tego, co przed chwi­lą pod­słu­cha­łaś. Wra­cam jed­nak do tema­tu: Ilo­na wte­dy potwor­nie prze­ży­wa­ła stra­tę swo­je­go psa, War­sza­wy.

W fil­mie też umie­ra pies War­sza­wa…

No, wła­śnie. Napi­sa­ły­śmy to, tak jak mówi­łam, w trzy dni. W jakimś sen­sie było dla mnie zasko­cze­niem, że zro­bi­ły­śmy to w takiej zgo­dzie, w takim pory­wie. To była jed­na z naj­przy­jem­niej­szych jak dotąd moich współ­prac. Czu­łam się takim jak­by majt­kiem, któ­ry sprzą­ta kaju­ty, myje pokła­dy, porząd­ku­je i tak napraw­dę jest nie­praw­do­po­dob­nie potrzeb­ny. A Wit­kow­ska była, tak bym powie­dzia­ła, „pija­nym” kapi­ta­nem.

Poroz­ma­wiaj­my teraz o two­im kolej­nym reży­ser­skim kon­tak­cie z lite­ra­tu­rą, czy­li o spek­ta­klu teatral­nym pod tytu­łem Maszy­na, któ­re­go pod­sta­wą była Kolo­nia kar­na Fran­za Kaf­ki.

To był mój debiut w teatrze. Ponie­kąd o tym wie­dzia­łam, ale dopie­ro w prak­ty­ce oka­za­ło się, jak inna jest to reży­se­ria. Myślę, że w sumie prze­szłam to dobrze, bo mam znacz­ne zdol­no­ści adap­ta­cyj­ne, ale doświad­cze­nie mie­rze­nia się z tą róż­ni­cą było nie­praw­do­po­dob­ne. W dodat­ku – jestem prze­ko­na­na – mate­ria, któ­rą się zaj­mu­je­my, sil­nie wpły­wa na sam pro­ces twór­czy. Jeśli robisz Kolo­nię kar­ną, to jest duże ryzy­ko, że zro­bi ci się z tego kolo­nia kar­na w samym pro­ce­sie pra­cy z ludź­mi. Wspa­nia­ły zespół, z któ­rym pra­co­wa­łam nad tym spek­ta­klem, współ­two­rzył jego treść, ale pier­wot­nym impul­sem było dla mnie to, że na począt­ku tak zwa­nych czar­nych pro­te­stów Julia Hole­wiń­ska tra­fi­ła do wię­zie­nia. Pamię­tam swo­ją wście­kłość, kie­dy tra­fi­ła do tego pier­dla, i myśl, że chcę w jej teatrze opo­wie­dzieć o maszy­nie, któ­ra słu­ży do tor­tu­ro­wa­nia kobiet. Była taka pra­ca na Bien­na­le w Wene­cji – nie­zwy­kle dla mnie inspi­ru­ją­ca insta­la­cja Sun Yuan i Peng Yu pod tytu­łem I Can’t Help Myself, poświę­co­na maszy­nie, któ­ra zagar­nia pod sie­bie krew. Mnie jakoś naj­bar­dziej inte­re­so­wa­ła wła­śnie ta insta­la­cyj­na część spek­ta­klu, chcia­łam dosłow­nie stwo­rzyć obiekt. Koniec koń­ców jed­nak zadzwo­ni­łam do Mar­ty Keil, opo­wie­dzia­łam jej o pomy­śle, zapro­po­no­wa­łam, żeby była dra­ma­turż­ką, na co odpo­wie­dzia­ła, że jej się to koja­rzy z Kolo­nią kar­ną Kaf­ki. Przy­znam tak­że, że lubi­łam semi­na­ria w Austriac­kim Forum Kul­tu­ry1, pod­czas któ­rych czy­ta­li­ście Kaf­kę. Sama też uczest­ni­czy­łam w tych spo­tka­niach, cho­ciaż ano­ni­mo­wo. Pod­słu­chi­wa­łam, rozu­miesz, z boku te wasze roz­mo­wy, i to było dla mnie napraw­dę for­ma­cyj­ne doświad­cze­nie: słu­chać was, jak roz­ma­wia­cie o Kaf­ce. Było to wspa­nia­łe. Wła­śnie tak się zaczę­ło. Wymy­śli­łam, powie­dzia­ła­bym, tę maszy­nę. Czy­li wie­dzia­łam, że to będzie urzą­dze­nie, któ­re ma tor­tu­ro­wać aktor­kę na sce­nie – cały czas, bez koń­ca. Wie­dzia­łam też, że to ma być urzą­dze­nie aku­stycz­ne, któ­re ją prze­ni­ka dźwię­kiem, jak broń sonicz­na, ale ta war­stwa sonicz­na to tak napraw­dę tekst i sło­wa, któ­re kobie­tom cały czas opo­wia­da­my. Czy­li to była taka, powie­dzia­ła­bym, maszyn­ka do tępie­nia odru­chów pod­mio­to­wych. Akto­rzy wymy­śla­li kon­tekst tych scen, oczy­wi­ście razem ze mną i z Mar­tą Keil.

Wiem skąd­inąd, że napi­sa­łaś też spo­ro adap­ta­cji. Możesz o tym mówić?

Nie­szcze­gól­nie. Ale tak, napi­sa­łam bar­dzo dużo adap­ta­cji ksią­żek. Raz nawet napi­sa­łam dosko­na­łą adap­ta­cję dość śred­niej książ­ki i do tej pory mi żal, że nie uda­ło się zre­ali­zo­wać tego fil­mu. Nie wiem dokład­nie, z cze­go to wyni­ka, ale łatwiej adap­tu­je się lite­ra­tu­rę kla­sy B. Chy­ba cho­dzi o to, że trze­ba mieć jakiś rodzaj zdro­wej aro­gan­cji czy po pro­stu decy­zyj­no­ści, kie­dy pisze się tekst. Książ­ka nie może cię zanad­to onie­śmie­lać. Całe szczę­ście, że Peter Hand­ke sam zro­bił fil­my na pod­sta­wie swo­jej pro­zy, ponie­waż napraw­dę nie wiem, kto dał­by radę zmie­rzyć się z jego książ­ka­mi. Może powin­no tak być, może pisa­rze powin­ni sami por­tre­to­wać swo­je histo­rie. Cho­ciaż wyda­je mi się tak­że, że byli­by tym znu­dze­ni.

Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że mogły­by to być rze­czy nie­na­da­ją­ce się do oglą­da­nia.

Więc wła­śnie, mogło­by to obna­żać ich ukry­tą gra­fo­ma­nię. I jest jesz­cze tak, że nie każ­dą książ­kę da się prze­ro­bić na film. I nie każ­dą – na Boga! – trze­ba. Ale oczy­wi­ście – ludzie będą pró­bo­wać. Było parę tego rodza­ju skan­da­licz­nych adap­ta­cji. Ale było rów­nież kil­ka nie­praw­do­po­dob­nie uda­nych. Na przy­kład Wuthe­ring Heights Andrei Arnold. To jed­no z naj­bar­dziej uda­nych takich przed­się­wzięć.

Pra­cu­jesz teraz nad fil­mem opar­tym na pro­zie Mał­go­rza­ty Leb­dy. Możesz opo­wie­dzieć o tym coś wię­cej?

Nie lubię roz­ma­wiać o rze­czach, któ­rych jesz­cze nie ma, więc nie. Już mia­łam parę fal­star­tów. Spy­taj mnie, pro­szę, następ­nym razem.

Zgo­da. Poroz­ma­wiaj­my zatem o Two­ich zre­ali­zo­wa­nych już fil­mach, zwłasz­cza o Wie­ży. Jasnym DniuMonu­men­cie. Two­je fil­my nie dają się łatwo zakwa­li­fi­ko­wać gatun­ko­wo, trud­no mi się jed­nak oprzeć wra­że­niu, że masz nie­od­par­ty pociąg do kon­wen­cji gro­zy.

Ludzie daw­no temu nazwa­li gatun­kiem to coś, wokół cze­go oscy­lu­je emo­cja, któ­rą przede wszyst­kim zain­te­re­so­wa­ny jest reży­ser. Oso­bi­ście fak­tycz­nie jestem, czy może kie­dyś byłam, zain­te­re­so­wa­na lękiem. Kie­dy tak sama sie­bie ana­li­zo­wa­łam czy pod­su­mo­wy­wa­łam zło­śli­wie, to mię­dzy inny­mi przy­po­mnia­łam sobie pew­ną histo­rię: w dzie­ciń­stwie przed zaśnię­ciem czy­ta­no mi strasz­ne opo­wie­ści dla doro­słych. Cho­dzi­ło o wpro­wa­dze­nie mnie w stan takie­go lęku, żebym prze­sta­ła się wier­cić i na przy­kład nie wybie­ra­ła się już do poko­ju bra­ta. Mia­łam prze­stać się ruszać z prze­ra­że­nia. Moje histo­rie były pró­bą zor­ga­ni­zo­wa­nia się wokół tej emo­cji. Muszę przy­znać, że ona mnie już zaczy­na opusz­czać. Wytwo­rzy­łam ją sobie, ucie­le­śni­łam, obej­rza­łam i oka­za­ło się, że jed­nak nie będę do koń­ca życia o niej opo­wia­dać. To Roland Bar­thes powie­dział, że kto czy­ta książ­kę raz, zawsze czy­ta to samo. W takim sen­sie, że gdy doko­nasz już ana­li­zy sie­bie jako obiek­tu ileś tam razy, to w koń­cu masz ten wynik i możesz się prze­su­nąć i opra­co­wać coś inne­go. Nato­miast pier­wo­stan wyglą­dał tak: stra­szo­no mnie przed zaśnię­ciem po to, żebym była nie­po­ru­szo­na. A ener­gia jest wszyst­kim poza bez­ru­chem.

To powiedz jesz­cze tyl­ko, pro­szę, o swo­im pod­sta­wo­wym narzę­dziu, za pomo­cą któ­re­go budu­jesz gro­zę. Sama tę two­ją tech­ni­kę – zwłasz­cza w Wie­ży… – nazwa­ła­bym robo­czo dziu­ra­wie­niem reali­zmu.

Wiesz, to jest tro­chę o tym, jak poka­zać zmo­rę. Twój boha­ter może o niej tyl­ko opo­wia­dać, ale jeśli robi to tak, jak trze­ba, wów­czas widz zaczy­na odczu­wać jej obec­ność, choć prze­cież wca­le jej nie poka­zu­jesz. Jest taka sce­na w Wie­ży…, bar­dzo ją lubię: po jakiejś kłót­ni cał­kiem opa­no­wa­ny facet wycho­dzi do kuch­ni i pije wodę. I tro­chę jak­by za dłu­go to robi, jakoś tak nad­mia­ro­wo. Coś się od tego prze­krzy­wia, jak­by pęka. W świe­cie jest rów­nież mnó­stwo takich pęk­nięć. Pamię­tam prze­ra­żo­ne­go męż­czy­znę, któ­ry reani­mo­wał kobie­tę na chod­ni­ku i śpie­wał Stay­in’ Ali­ve Bee Gees. Na kur­sie pierw­szej pomo­cy uczą cię, żeby śpie­wać i zacho­wać dobry rytm. To jest dla mnie wła­śnie przy­kład takie­go dziw­ne­go pęk­nię­cia.

 

1 Mowa o semi­na­riach z serii Lite­ra­tu­ra austriac­ka i psy­cho­ana­li­za zaini­cjo­wa­nych przez Agniesz­kę Bor­kie­wicz dla Austriac­kie­go Forum Kul­tu­ry, a pro­wa­dzo­nych przez Ewę Modze­lew­ską-Kos­sow­ską i Ada­ma Lip­szy­ca. W latach 2021–2022 poświę­co­ne były twór­czo­ści Fran­za Kaf­ki i ze wzglę­du na obostrze­nia covi­do­we odby­wa­ły się onli­ne.

– reżyserka.

więcej →

– pisarka. 

więcej →

Powiązane teksty

04.04.2026
Rozmowy

Język odgrywa istotną rolę w odczłowieczaniu. Percival Everett jest tego świadomy

Percival Everett, świadomy magicznej mocy języka, posługuje się nim jako bronią, co jest naturalne, bo polem bitwy jest tu fikcja literacka. Słowo staje się narzędziem wymierzania sprawiedliwości, gdyż nie można w tej sprawie liczyć na naturę, Boga ani historię. Pozostaje trzymać się magii języka – mówi Tomasz Macios, tłumacz Drzew, w rozmowie z Amelią Sarnowską.