Kamil Kawalec: W okresie od 2021 do 2025 roku w twojej twórczości zaszła wyraźna zmiana – to czas, w którym, jak się zdaje, zredefiniowałeś swoje podejście do języka i poezji. Obserwujemy rozszczelnienie frazy, która w dwóch pierwszych książkach była bardziej oniryczna, ale też minimalistyczna, wręcz ascetyczna. Potem zaczęły się pojawiać elipsy, jukstapozycje, zdania rozbite, które chyba stają się twoim podstawowym narzędziem poetyckim. Czy to była świadoma decyzja czy raczej efekt wewnętrznego dryfu, który dopiero później nazwałeś zmianą?
Szymon Bira: Nie było chyba jednej cezury czy przesunięcia, w odniesieniu do których mógłbym powiedzieć: „o, tutaj, tak…”. Zgadzam się natomiast, że ta poetyka „doprowadziła się” wtedy do pewnej przemiany. Mocno osadzasz pytanie w ramach czasowych. To ciekawe. Pewnie powinienem odpowiedzieć, że nie pamiętam [śmiech], ale faktycznie trzy ostatnie książki tytułowane cyferkami [3,5, 1,1, 5 – K.K.] różnią się wyraźnie od drugiej i od debiutu. Czy coś się wydarzyło w moim życiu, czy coś jednoznacznie na to wpłynęło? Nie. Pewnie nie. Po prostu myślę, że byłem już trochę zmęczony tym, co powstało w drugiej książce. Doszedłem do jakiejś pustki, do pustostanu, z którego należało uciekać (nie było już żadnych szans, żeby cokolwiek tam się jeszcze wydarzyło). W moim przypadku ten oniryzm, te fantomowe nimfetki, plastyczne obrazki, rwane wizje, jakieś takie różne fin de siècle’owe inspiracje młodzieńcze po prostu się wyczerpały. To wszystko było piękne, ale na swój sposób wydmuszkowe, co podsumował uroczo Jakub Skurtys: „mityczne sarenki przeszły na taśmy produkcyjne”. [śmiech] Zgoda, przeszły.
Czy można powiedzieć, że po opublikowaniu dwóch pierwszych książek nastąpił moment ciszy – okres nie tyle twórczego milczenia, ile intensywnego czytania, zanurzenia się w literaturze, w jej językach, frazach, dykcjach? Czy był to czas, w którym głębiej wszedłeś w pole literackie, nie tylko jako autor, ale też jako czytelnik, słuchacz, obserwator? Jak kształtowało się wtedy twoje zainteresowanie literaturą? Czy pamiętasz konkretne impulsy, nazwiska, teksty, które cię prowadziły? I jeśli zestawić tamten moment z twoim obecnym nastawieniem – czy widzisz wyraźne przesunięcia, zmiany, może nawet przewartościowania?
Mój proces czytania był zawsze dość intensywny. Tylko że wtedy zmieniłem program i wektory tego czytania. Dostroiłem je sobie. Zacząłem interesować się nowymi dla mnie rzeczami w literaturze, może przestałem też bać się poetyk i wątków, które do tej pory mnie drażniły i obok których dotąd przechodziłem obojętnie. To takie wychodzenie poza swoje ramy, poza dobrze przećwiczone układy. Zacząłem intensywnie wietrzyć wszystkie możliwe pokoje. Przedpokoje. Kuchnie. Wiesz, mogło być też tak, że po prostu poszedłem do pracy, skończyłem tę całą zabawę w akademię i edukację i to życiowo sporo zweryfikowało [śmiech].
W jaki sposób odnosisz się do twórczości Adama Wiedemanna? Pytam, ponieważ Wiedemann blurbuje twoją najnowszą książkę. Wcześniej był Darek Foks.
Tak, wcześniej byli: Darek Foks i Justyna Bargielska. Jeszcze wcześniej Marcin Sendecki. W moim przypadku te nazwiska w ogóle ciekawie się krzyżują. Pytasz mnie o Wiedemanna w ogóle? O moje doświadczenia czytelnicze? On mógłby być w pewnym sensie symbolem tej cezurki. Pamiętam, że Tomek Pułka kazał mi czytać Kalipso, mówiąc, że jeśli chcę zrozumieć, o co chodzi w polskiej poezji współczesnej, to to jest właśnie idealny adres. Pamiętam, jak siedzieliśmy nad Wisłą, byłem wtedy dopiero po Świetle…, jeszcze przed Podręcznikiem… I pamiętam, jak mówiłem Tomkowi, że tego nie da się czytać, że to poezja o sikaniu, piciu piwa, o jakichś tam dziwnych doświadczeniach. Język Wiedemanna był w dużej mierze prozaiczny, „życiowy”, tak go zapamiętałem z Kalipso. Chyba po prostu (w pewnym sensie dzięki Pułce) dorosłem, bo później szybko się okazało, że to właśnie Kalipso całkowicie mi „siadło”, a w dodatku zmyło ze mnie sporo tych wszystkich mdłych, okrągłych zdań/obrazków. Trochę podobnie było z Drobne! Drobne! Edwarda Pasewicza. Najpierw „WTF?”, a potem, po kilkakrotnej lekturze: „No łaał! To tak też można?!”.
Mamy więc wpływy, mamy przejście – od fraz debiutanckich przez pierwsze książki aż po moment, w którym następuje wyraźna zmiana. I w tej zmianie zostajesz na dłużej, rozpisując ją na cykl trzech książek. Widać w nich powracające motywy, frazy, rytmy – czy to w 3,5, czy w 1,1, czy w 5. Do jakiego stopnia ten akt powracania jest świadomy? I w jakiej mierze wynika z czerpania – z czegoś, z jakiegoś wewnętrznego źródła, może z lektur, może z doświadczenia? Czy potrafisz nazwać miejsce, z którego te powroty się wyłaniają?
Faktycznie w ostatniej książce, w 5, są chyba dwa takie ewidentne trawersy, przecięcia, o których nawet teraz myślę sobie czule, cieplutko, z półuśmiechem. Lubię je. To jest utwór z jabłkami, nawiązujący do utworu z ananasami w poprzedniej książce, czyli w 1,1. I to jest absolutnie, myślę, czytelne – o to mi też chodziło. A drugiego przecięcia… już nie pamiętam, pewnie zaraz mi się przypomni [śmiech]. Może coś filmowego?
W rozmowie z Kamilem Galusem wspominasz, że książki 3,5, 1,1 i 5 tworzą pewien zamknięty cykl – są względem siebie ustawione, domknięte, może nawet zestrojone. W jakim sensie są domknięte? Czy chodzi o strukturę, temat, język, a może o coś bardziej intuicyjnego? I czy w tym domknięciu jest miejsce na ciąg dalszy? Czy możemy się spodziewać kolejnej książki, która będzie miała tytuł składający się ze słów? Czy już wyprztykałeś się ze wszystkich numerów?
Te tytuły to już jest jakaś pieczęć, prawda? Tak, tak, chodzi i chodziło o wszystko, co wymieniasz. O stylistykę, temat, frazę, jakąś tam intelektualną spójność. Wątki intertekstualne, mniej lub bardziej czytelne gierki, przeskoki. Więc tak, jak najbardziej, zgoda. Jeśli natomiast pytasz mnie o ciąg dalszy, to nie wiem, co ci odpowiedzieć. Teraz piszę coś zupełnie innego pod względem objętości i formy. Czy będą kolejne cyferki? Zobaczymy.
Czy chciałbyś wskazać kilka swoich tekstów, które sam postrzegasz jako intertekstualne?
Pewnie, z chęcią, nie mam już z tym żadnego problemu. Może kiedyś miałem większy – kiedyś chyba chciałem, żeby to było bardziej pochowane. 3,5 zaczyna się od swego rodzaju baśni, wciąż lubię ten utwór, jest taki opisowy, plastyczny – to przecięcie z Opowieściami kosmikomicznymi Itala Calvina (chłopiec wchodzący z łodzi po drabinie na księżyc). Myślę, że to czytelne. Tam w ogóle jest dużo OuLiPo, jeśli dobrze pamiętam, to w co najmniej dwóch miejscach pojawia się jeszcze Życie instrukcja obsługi Georges’a Pereca. W samym już motcie znajdziesz przecinkę z A statek płynie Federica Felliniego, tylko w wersji nieco bardziej katastroficznej. Jest tu zatem dużo gry, linków między tekstem i filmem. Im później natomiast [dwa ostatnie tomy, łącznie z 5 – K.K.], tym realniej, mroczniej się robi. W 1,1 jest dużo z Achille’a Mbembego, [Nekropolityka, Polityka wrogości – K.K.], te wątki przemocy wracają w 5, podbite na przykład filmem Dahomej, tekstem publicystycznym Anny Niedźwiedź, Chamstwem Kacpra Pobłockiego czy Grą w rasy Przemysława Wielgosza. Jak sam widzisz, tych rzutów i tropów jest całkiem sporo w moich cyferkowych tomach. Uprzedzając pytanie o „inspiracje”, od razu mogę ci powiedzieć, że potrafię się mocno podjarać, podbić innym tekstem literackim czy publicystycznym. Oj, mocno! [śmiech]
Jaki jest twój stosunek do spotkań autorskich i recenzji twoich książek?
Lubię recenzje, szczególnie te dobre. A mówiąc poważnie: to, co inni chcą i potrafią dostrzec w moich tekstach, co w nich znajdują dla siebie, jest szalenie interesujące. To kompletnie niebywałe uczucie, którego doświadczam, gdy mogę to potem przeczytać. Pamiętam, że dostałem w życiu jedną negatywną recenzję. Mocno to przeżyłem. Między wydaniem Podręcznika Królowej a 3,5 w czasopiśmie „Lampa” pojawiła się recenzja Podręcznika…, której autorem był Paweł Kozioł. Dwie rzeczy musimy sobie jasno powiedzieć. Po pierwsze, wychowałem się na „Lampie” Pawła Dunina-Wąsowicza. Przez kilka lat czytałem każdą wydrukowaną literę w tym magazynie. Zachowałem wszystkie numery, mam je w Bytomiu, u rodziców. Dla mnie była to rzecz formacyjna, wtedy totalna świeżość. Żulczyk, Masłowska, Nahacz, Karpowicz, Drotkiewicz, Dziewit, Rajmer – ale też poetycko, na przykład Szpindler, chyba po raz pierwszy natknąłem się tam też na Cyranowicz. W „Lampie” po raz pierwszy widziałem również prace Waliszewskiej. Po drugie, Paweł Kozioł. Jedna z najciekawszych, moim zdaniem, wówczas poetyk w Polsce. Totalnie konsekwentna, chłodna, formalna, wręcz mechaniczna jazda po obrazach, zdaniach. Mam i przeczytałem o nim wszystko, co wydał ówczesny Staromiejski Dom Kultury w Warszawie. No i teraz clue. Zjebkę dostaję (ale taką serio zjebkę) od Pawła Kozioła właśnie w „Lampie”. W środku każdego numeru była rozkładówka, gdzie ukazywały się recenzje poetyckie. Jadę tramwajem z Katowic do Bytomia [prawdopodobnie wówczas linia 41 – K.K.]. Otwieram ten środek i… Przy okazji debiutu w tej samej „Lampie” Krzysztof Fiołek mocno mnie rozpieścił recenzją mojego debiutanckiego tomu. Pamiętam, że po recenzji Fiołka chodziłem dumny jak pawisko. No to po drugiej [autorstwa Pawła Kozioła – K.K.] potrzebowałem chwili, żeby się pozbierać. W sumie nigdy o tym nikomu nie opowiadałem.
Ale odrzuciłeś tę recenzję czy ją odchorowałeś?
Dobre pytanie. Pamiętam ten tramwaj. Rozglądałem się „po ludziach” i zastanawiałem, czy nikt przypadkiem nie czyta tego razem ze mną… Dostałem tak zwaną poetycką bęckę, taką z krwi i kości, ale ostatecznie chyba mnie to wzmocniło.
Mówisz o precyzji, o tym, że warsztat poetycki oparty na cięciach, na skrupulatnym montażu, jest dla ciebie równie istotny jak sama fraza. Wracając do 5 – na okładce widzimy język, a właściwie język wychodzący z mózgu. Niektórzy powiedzą, że to małż lub coś innego, ale ten język – jako akcesorium poetyckie – wydaje się już nieco przaśny, może nawet ironiczny. Czy ten obraz był dla ciebie znaczący? Czy miał stanowić komentarz do samego aktu mówienia, pisania, czy może był tylko wizualnym żartem, który z czasem nabrał ciężaru symbolicznego?
Chcesz być następnym Pawłem Koziołem? [śmiech]
Nie wiem, ale chciałem powiedzieć, że ten język jest twoim intencjonalnym wejściem do narzędzi poetyckich i osadzenia podmiotu lirycznego w strukturze wiersza. Powiedzmy, że jest broszką, za pomocą której sygnalizujesz swoją dbałość o to, co dzieje się w twoich utworach.
Okej, już łapię. To, co mówisz, brzmi fajnie. Język i cała okładka nie oznaczają jednak wynalezienia prochu na nowo. To częściowo zagranie bezpośrednie, kawa na ławę. Robimy w języku – walimy cię nim w łeb na okładce. Czyli: rzeczy proste. Ale wykonanie, rozegranie tego – tej prostoty – przez Karolinę Wiśniewską przyniosło rezultat w postaci, moim zdaniem, produktu, obiektu dość czarownego. Ponoć działa [śmiech]. Zachęcam do weryfikacji organoleptycznej.
Jak to odnosi się do intencjonalizmu i tego, że twoja poezja jest bardzo mocno osadzona formalnie? Operujesz wyraźnym konstruktem, wyprzedzasz moje pytania dotyczące niektórych zabiegów czy motywów, których użyłeś, i dobrze wiesz, w jaki sposób i gdzie one grają. Nie jest tak, że korzystasz z narzędzi nieświadomie albo że piszesz w sposób rozluźniający pole interpretacji tekstów poetyckich w stronę afektywnego odczytu?
Precyzja jest dla mnie ważnym określeniem, jeśli chodzi o pisanie.
Tak, ale mam wrażenie, że precyzja dotyczy innej sfery. Kiedy mówimy o precyzji, odnosimy się do wyczucia języka oraz użycia narzędzi poetyckich do budowania frazy. Z kolei mówiąc o intencjonalizmie, skupiamy się na metodzie i podejściu do pisania.
Yyy! [śmiech]
W rozmowie z Kamilem Galusem powiedziałeś, że w 5 przede wszystkim chodzi o fazę, dryf, zawrót głowy. Co miałeś na myśli?
To powiedział Kamil Galus. Brzmiało fajnie, więc się zgodziłem. Ale już na poważnie: wiesz, jeśli rozumiemy dryf jako zmianę kierunku przez jakąś formę przypadkową, losową, to nie bardzo mi to jednak pasuje. Mam wrażenie, że wektory 5 są najmocniej obrane i napięte ze wszystkich moich tomów. Nie tracimy kursu. Czasu. Mamy tyle zajęć, obowiązków i bodźców, że gdy już się spotykamy, to proszę (jako czytelnik również!), nie marnujmy tego czasu. „Piątka” [tom 5 – K.K.] miała być precyzyjna. Wynikło to też pewnie z dość krótkiej formy tych utworów (w sumie nie wiem, co z czego bardziej wynika, a właściwie co wynika jako pierwsze), pewnego ich zbicia, sprasowania, skondensowania. „Powiedzmy sobie coś i niech to się zgadza”. Na resztę szkoda energii, czasu. Mojego i czytelników. Zawrót głowy kojarzy mi się z filmem Hitchcocka [śmiech]. Ale wróćmy do kwestii wywiadu z Kamilem Galusem – to jedna z ciekawszych rozmów o „Piątce”, jaką do tej pory mi zaproponowano!
Jest to też kurs, który można obserwować w twojej twórczości już od tomu 3,5. Obrałeś jakiś kierunek.
Nie podobał ci się Podręcznik królowej, książka „sprzed kursu”, co?
[śmiech]. Podręcznik królowej mi się podobał. Ale w tej samej rozmowie wspominałeś też, że 5 ma być książką inną, prostszą. Co to znaczy?
„Piątka” w ogóle jest pierwszą książką, w której w pewnym sensie zebrałem utwory napisane w tym okresie. To 1,1, ostatnia książka, była poniekąd koncept-albumem pisanym na jednym tchu. Bez tchu. Tutaj mamy „2000–2024” jako pieczątkę już na pierwszej stronie. Z tego zbioru Agata Puwalska, redaktorka tomu, zrobiła piękną mozaikę, amalgamat, który stał się dla mnie czymś nowym, świeżym. Ale czuję, że odpowiadam ci jak polityk. Ty pytasz o jedno, a ja opowiadam „na drugie”, które już dobrze znam i lubię. Co do prostoty – nie wiem, może po raz pierwszy po prostu mówię, momentami, już tak zupełnie bezpośrednio? A. B. C. Boli. Lubię. Nie lubię. Spierdalaj.
Przy czym nie są to wiersze zebrane.
Nie, nie, zebrane nie. Chociaż w zasadzie: no jak nie? Wszystkie książki z wierszami to wiersze jakoś tam zebrane… [śmiech]
A jak jest z odniesieniami do konkretnych sytuacji z rzeczywistości, które przejawiają się w wierszach? Czy twoja poezja oddaje momenty bezpośrednio zaczerpnięte z życia? Napisałeś wiersz o powodzi, wiersz o wojnie na Ukrainie, wiersz zakorzeniony w twojej historii, w znajomościach.
Wiesz, tu jednak trochę rzucasz hasłami. Wiersz o powodzi, o wojnie, o rozbitych związkach. Jeśli będziemy poruszali się w takiej zero-jedynkowej skali, czytelnik pomyśli, że to czysto opisowe, publicystyczne „życie na gorąco”. Tymczasem próbuję jednak jakoś to ogrywać – jęzorem sterczącym z okładki. Bez filtrów, szminek, przynajmniej dla mnie, no way. Nie chciałbym tego stracić, wygubić po drodze. Tutaj widzę siłę, napęd literatury. Takiej literatury sam też poszukuję. Możesz pisać o najprostszych faktach z życia na gorąco (super), ale jakoś mi to dopraw, poukładaj, przefiltruj, podrasuj. Ta sztuczność języka oddaje mi paradoksalnie jakąś jego dziwną energię, zaletę, frajdę. To dla mnie bardzo ważne. Ale tak, zgoda – mamy w „Piątce” wiersze o skutkach powodzi, o agresji Rosji na Ukrainę czy o związkach, w których byłem.
Rzeczywistość – no właśnie, co zrobić z rzeczywistością? W którym momencie możemy stwierdzić, że przechwytujemy ją przez filtr poetyckości, przez formę, operację na języku i semantyce? Co jest realne, a co nierealne? W twojej poezji korzystasz z technik zawłaszczania sensów, stosujesz wycinki z mowy potocznej, zasłyszane frazy i konstruujesz z nich… co? Inną rzeczywistość czy rzeczywistość odbitą w języku poety? Czy to gest dokumentalny, czy raczej konstrukcyjny?
Ciekawa jest ta kwestia gestów – jak to opisujesz. Stawiam na remiks tych gestów z naciskiem na gest konstrukcyjny (więc żaden remis)! Przy czym gest dokumentalny wymusza, napędza tutaj w pewnym sensie tę prostotę.
Ale w jakim sensie? Gdzie jest ta prostota? Gdzie można ją znaleźć? Biorę na warsztat jeden z wierszy z 5: „sosik od palców / w górę, technicznie / nie do ujęcia”. I dalej: „w domku mrozik, ktoś / śpiewa, dusi się”. Wiem, że to jest proste, ale co z tą prostotą stało się po drodze?
Czego nie rozumiesz? [śmiech] W sumie super, że przytoczyłeś ten tekst. Kiedyś opublikował go „Znak”, więc musi być czytelny [śmiech]. To utwór o bardzo długim związku, który się zakończył. O tym, co robi ciało, co dzieje się z ciałem, w jakiej sytuacji znajduje się to ciało, kiedy po wieloletnim przebywaniu z innym ciałem nagle zostaje ono samo w mieszkaniu. Sosik od palców w górę – jesteś w tym cały, mój drogi, uwalony od palców „po górę” właśnie. I nie zmyjesz tego w pięć ani w piętnaście dni. Musisz się z tym poukładać. Sosik jest fajny, bo jest taki lepki od razu, kiedy go wypowiadasz, jest obrazowy [śmiech].
W 5 na pierwszy plan wysuwa się pewnego rodzaju przezroczystość – czytelność, klarowność, ale też, mam wrażenie, rodzaj zgrywy. Puszczanie oka do czytelnika, gest autoreferencyjny, który nie tyle rozbraja, ile prowokuje. Czy ta przezroczystość jest dla ciebie strategią formalną, czy raczej próbą wyjścia poza język, poza konstrukcję? Czy traktujesz ją jako narzędzie komunikacji, czy może jako sposób na podważenie samego aktu pisania? I czy owo puszczanie oka jest próbą zbliżenia się do czytelnika, czy raczej ma na celu jego delikatne zmylenie?
Przyznaję się do puszczania oka.
Czerpiesz ze zwykłego życia – to ma być prosta książka, oparta na codzienności, na przechwytywaniu zasłyszanych fraz, na gestach językowych, które pojawiają się mimochodem. Zastanawiają mnie dwie konfiguracje, o które chciałbym cię zapytać. Pierwsza to układ: mózg–język, język–intelekt. Sytuacja, w której podmiot jest w drodze, w ruchu poznawczym: widzę–rozumiem–mówię. Druga to konfiguracja bardziej rozproszona, oparta na wypisywaniu tego, co się zdarzyło, na losowości, w której podmiot zostaje zanurzony. Czy te dwa porządki – konstrukcyjny i afektywny – współistnieją w twojej poezji? Czy któryś z nich dominuje, czy może właśnie ich napięcie buduje strukturę tekstu?
Yyyyy! [śmiech] Afekt z konstruktem. Hmm. W sumie: ciekawe!
Cały czas próbuję cię zapytać o życie, o sytuacje, jak by to powiedzieć, poezjotwórcze. W jakim stopniu interesuję cię one ontologicznie? Jakie są? Jak wpływają na ciebie, na język?
Wróćmy do tej zgrabnej krzyżówki – remiksu konstruktu z dokumentem. Dokument rozumiałbym właśnie (albo też) tak jak wspomnianą wcześniej sytuację sosikową. Czyli żyćko, mnie się wydarzyło, wydarza, ja pamiętam, doświadczam. To dorzućmy sobie jeszcze do tego mocne dopalanie się tekstem, tekstami innych. Trochę już powiedziałem o tych lekturach.
To również sytuacja, w której czytelnik, wyłapując tego rodzaju ludzkie doświadczenia ujęte w tekście, jest w stanie zbliżyć się troszeczkę do poetyki, do autora, do całego konstruktu książki, a tym samym się z nią oswoić, znaleźć w niej coś dla siebie, coś ludzkiego. Jakub Famulski w recenzji opublikowanej w „Zakładzie” pisze, że podmiot 5 wypowiada się z perspektywy doświadczenia, przemyca do poetyckiej opowieści fragmenty życia, co – w ujęciu nostalgicznym – mogłoby zostać odczytane jako lekkie „dziadowanie”. Ale może – powiedz mi, czy się mylę – bliższa jest ci postawa, w której podmiot wyraża się przez akceptację stanu rzeczy? Czy to jest gest afirmacji – zrozumienia porządku, w którym funkcjonujemy, i próby włączenia tego porządku do struktury wiersza?
„Zbliżanie się do siebie”, „po ludzku” – okej, zgoda. Pasuje mi to. I pewnie tutaj nam też wybija znowu „prostota” 5, o której rozmawialiśmy. Rozumiem cię, ale chyba jednak nie o taką akceptację chodzi. W „Piątce” jest wciąż dużo gniewu. „Piątkę” gniew w pewnym sensie napędza, nastraja. To nie filtr akceptacji podsuwa jej wątki. Nie inaczej było z ostatnimi dwiema książkami, szczególnie z „gorylem”, ostatnią książką, 1,1. Lubię to słowo. Nie bunt, wkurw, nie złość, nie frustracja. Gniew. Mocna rzecz. Biblijna niemal. Poświęcam mu, gniewowi, nawet utwór w 1,1. Pada tam fraza: „Czy potrafisz się jeszcze gniewać? […] Rychło się stopisz – ale się gniewaj”. Czy jakoś tak [śmiech]. Myślę, że nie zabraknie też gniewu w mojej kolejnej książce. Jeśli natomiast rozumiesz akceptację jako pewien wgląd w siebie, akceptację tego, co tam znajdujesz, co przeżyłeś, na co masz wpływ, a co dzieje się niezależnie od ciebie, no to okej, trochę już „podmiotowi” udało się w ostatnich latach przepracować „siebie”. Ale z tym pogodzeniem się ze światem w „Piątce” byłbym mocno ostrożny.
No właśnie – może to także gest wpuszczenia własnej mikrohistorii? Podczas spotkania premierowego #10 numeru „Zakładu” w White Hole we Wrocławiu Sonia Nowacka pytała cię o wątki związane ze śląską tożsamością. Czy ten temat – lokalny, osobisty, zakorzeniony – jest dla ciebie istotny w kontekście budowania podmiotu lirycznego? Czy śląskość, z całym jej kulturowym i językowym zapleczem, stanowi dla ciebie punkt odniesienia, czy raczej tło, które czasem się ujawnia, a czasem znika? I czy mikrohistoria – ta prywatna, zasłyszana, przeżyta – może być narzędziem poetyckim, które pozwala zbliżyć się do czytelnika nie przez uniwersalność, ale przez konkret?
To „tło” podłożyłem w 5 po raz pierwszy. Sam musiałem mu się dokładnie poprzyglądać, wymacać je, wyczuć. I tu chyba znowu wracamy do tej prostoty, dojrzałości… Należy jednak podkreślić, że nie jest to w żadnym wypadku książka „śląska”. Fakt, pojawia się tutaj minitryptyk, który sięga do mojego dzieciństwa spędzonego na Górnym Śląsku. Ale to co innego. Na przykład bezkarnie darło się ryja przez pół dnia na placu pod kamienicą, wśród bloków, nie oznaczając tego darcia ryja co pięć minut na Instagramie. Kompletnie nie patrząc na to, kto jest z jakiego domu, ile kasy mają jego starzy. Z dzisiejszej perspektywy – prehistoria. I widzisz, tutaj znowu miksują się doświadczenia moje, tak zwane życiowe, z lataniem po tekstach. Bo utwór Z połyskiem [jeden z tryptyku – K.K.] w ogóle by nie powstał, gdybym nie wychowywał się w Bytomiu, ale nie powstałby też, gdyby nie reportaż Agaty Listoś-Kostrzewy Ballada o śpiącym lwie. Co ciekawe, reportaż ten jest próbą spojrzenia na Bytom z punktu widzenia kogoś zupełnie z zewnątrz. Więc nie brakuje, Kamilu, w „Piątce” tak zwanych prywat, o które mnie podszczypujesz co chwila. A zobaczysz dopiero, co będzie w powieści [śmiech].
Masz na myśli nadchodzący dramat Lipiec?
Nie, nie. To jeszcze coś innego. Mówię o powieści. Podpisałem już na nią nawet umowę. Niestety światło dzienne w tym przypadku to jeszcze mocno odległy termin. Pewnie w grę wchodzi dopiero koniec 2026 lub 2027 roku. Tam to dopiero pogrzebałem sobie w przeszłości. Oj! Będzie też intensywnie językowo. Jeden ze znanych wydawców odrzucił tę powieść, odpisując tylko w mejlu: „Za gęsto”. Tak mi się to spodobało, że dumam jeszcze, czy go nie poprosić o wrzucenie tego „za gęsto” na blurb.
Czy masz już w głowie tytuł?
Mam już tytuł na papierze! Oczywiście ci go nie zdradzę (jeszcze nie). Będzie to jedno, krótkie słowo. Na cztery litery.
Cztery, dobrze. Czwórki jeszcze nie było w serii. Może jednak jakaś podpowiedź?
Tam żadnej czwórki nie będzie. Tylko jedno słowo. Składające się z czterech liter.