O rzeczywistości odbitej w języku

Kamil Kawa­lec: W okre­sie od 2021 do 2025 roku w two­jej twór­czo­ści zaszła wyraź­na zmia­na – to czas, w któ­rym, jak się zda­je, zre­de­fi­nio­wa­łeś swo­je podej­ście do języ­ka i poezji. Obser­wu­je­my roz­sz­czel­nie­nie fra­zy, któ­ra w dwóch pierw­szych książ­kach była bar­dziej oni­rycz­na, ale też mini­ma­li­stycz­na, wręcz asce­tycz­na. Potem zaczę­ły się poja­wiać elip­sy, juk­sta­po­zy­cje, zda­nia roz­bi­te, któ­re chy­ba sta­ją się two­im pod­sta­wo­wym narzę­dziem poetyc­kim. Czy to była świa­do­ma decy­zja czy raczej efekt wewnętrz­ne­go dry­fu, któ­ry dopie­ro póź­niej nazwa­łeś zmia­ną?

Szy­mon Bira: Nie było chy­ba jed­nej cezu­ry czy prze­su­nię­cia, w odnie­sie­niu do któ­rych mógł­bym powie­dzieć: „o, tutaj, tak…”. Zga­dzam się nato­miast, że ta poety­ka „dopro­wa­dzi­ła się” wte­dy do pew­nej prze­mia­ny. Moc­no osa­dzasz pyta­nie w ramach cza­so­wych. To cie­ka­we. Pew­nie powi­nie­nem odpo­wie­dzieć, że nie pamię­tam [śmiech], ale fak­tycz­nie trzy ostat­nie książ­ki tytu­ło­wa­ne cyfer­ka­mi [3,5, 1,1, 5 – K.K.] róż­nią się wyraź­nie od dru­giej i od debiu­tu. Czy coś się wyda­rzy­ło w moim życiu, czy coś jed­no­znacz­nie na to wpły­nę­ło? Nie. Pew­nie nie. Po pro­stu myślę, że byłem już tro­chę zmę­czo­ny tym, co powsta­ło w dru­giej książ­ce. Dosze­dłem do jakiejś pust­ki, do pusto­sta­nu, z któ­re­go nale­ża­ło ucie­kać (nie było już żad­nych szans, żeby cokol­wiek tam się jesz­cze wyda­rzy­ło). W moim przy­pad­ku ten oni­ryzm, te fan­to­mo­we nim­fet­ki, pla­stycz­ne obraz­ki, rwa­ne wizje, jakieś takie róż­ne fin de siècle’owe inspi­ra­cje mło­dzień­cze po pro­stu się wyczer­pa­ły. To wszyst­ko było pięk­ne, ale na swój spo­sób wydmusz­ko­we, co pod­su­mo­wał uro­czo Jakub Skur­tys: „mitycz­ne saren­ki prze­szły na taśmy pro­duk­cyj­ne”. [śmiech] Zgo­da, prze­szły.

Czy moż­na powie­dzieć, że po opu­bli­ko­wa­niu dwóch pierw­szych ksią­żek nastą­pił moment ciszy – okres nie tyle twór­cze­go mil­cze­nia, ile inten­syw­ne­go czy­ta­nia, zanu­rze­nia się w lite­ra­tu­rze, w jej języ­kach, fra­zach, dyk­cjach? Czy był to czas, w któ­rym głę­biej wsze­dłeś w pole lite­rac­kie, nie tyl­ko jako autor, ale też jako czy­tel­nik, słu­chacz, obser­wa­tor? Jak kształ­to­wa­ło się wte­dy two­je zain­te­re­so­wa­nie lite­ra­tu­rą? Czy pamię­tasz kon­kret­ne impul­sy, nazwi­ska, tek­sty, któ­re cię pro­wa­dzi­ły? I jeśli zesta­wić tam­ten moment z two­im obec­nym nasta­wie­niem – czy widzisz wyraź­ne prze­su­nię­cia, zmia­ny, może nawet prze­war­to­ścio­wa­nia?

Mój pro­ces czy­ta­nia był zawsze dość inten­syw­ny. Tyl­ko że wte­dy zmie­ni­łem pro­gram i wek­to­ry tego czy­ta­nia. Dostro­iłem je sobie. Zaczą­łem inte­re­so­wać się nowy­mi dla mnie rze­cza­mi w lite­ra­tu­rze, może prze­sta­łem też bać się poetyk i wąt­ków, któ­re do tej pory mnie draż­ni­ły i obok któ­rych dotąd prze­cho­dzi­łem obo­jęt­nie. To takie wycho­dze­nie poza swo­je ramy, poza dobrze prze­ćwi­czo­ne ukła­dy. Zaczą­łem inten­syw­nie wie­trzyć wszyst­kie moż­li­we poko­je. Przed­po­ko­je. Kuch­nie. Wiesz, mogło być też tak, że po pro­stu posze­dłem do pra­cy, skoń­czy­łem tę całą zaba­wę w aka­de­mię i edu­ka­cję i to życio­wo spo­ro zwe­ry­fi­ko­wa­ło [śmiech].

W jaki spo­sób odno­sisz się do twór­czo­ści Ada­ma Wie­de­man­na? Pytam, ponie­waż Wie­de­mann blur­bu­je two­ją naj­now­szą książ­kę. Wcze­śniej był Darek Foks.

Tak, wcze­śniej byli: Darek Foks i Justy­na Bar­giel­ska. Jesz­cze wcze­śniej Mar­cin Sen­dec­ki. W moim przy­pad­ku te nazwi­ska w ogó­le cie­ka­wie się krzy­żu­ją. Pytasz mnie o Wie­de­man­na w ogó­le? O moje doświad­cze­nia czy­tel­ni­cze? On mógł­by być w pew­nym sen­sie sym­bo­lem tej cezur­ki. Pamię­tam, że Tomek Puł­ka kazał mi czy­tać Kalip­so, mówiąc, że jeśli chcę zro­zu­mieć, o co cho­dzi w pol­skiej poezji współ­cze­snej, to to jest wła­śnie ide­al­ny adres. Pamię­tam, jak sie­dzie­li­śmy nad Wisłą, byłem wte­dy dopie­ro po Świe­tle…, jesz­cze przed Pod­ręcz­ni­kiem… I pamię­tam, jak mówi­łem Tom­ko­wi, że tego nie da się czy­tać, że to poezja o sika­niu, piciu piwa, o jakichś tam dziw­nych doświad­cze­niach. Język Wie­de­man­na był w dużej mie­rze pro­za­icz­ny, „życio­wy”, tak go zapa­mię­ta­łem z Kalip­so. Chy­ba po pro­stu (w pew­nym sen­sie dzię­ki Puł­ce) doro­słem, bo póź­niej szyb­ko się oka­za­ło, że to wła­śnie Kalip­so cał­ko­wi­cie mi „sia­dło”, a w dodat­ku zmy­ło ze mnie spo­ro tych wszyst­kich mdłych, okrą­głych zdań/obrazków. Tro­chę podob­nie było z Drob­ne! Drob­ne! Edwar­da Pase­wi­cza. Naj­pierw „WTF?”, a potem, po kil­ka­krot­nej lek­tu­rze: „No łaał! To tak też moż­na?!”.

Mamy więc wpły­wy, mamy przej­ście – od fraz debiu­tanc­kich przez pierw­sze książ­ki aż po moment, w któ­rym nastę­pu­je wyraź­na zmia­na. I w tej zmia­nie zosta­jesz na dłu­żej, roz­pi­su­jąc ją na cykl trzech ksią­żek. Widać w nich powra­ca­ją­ce moty­wy, fra­zy, ryt­my – czy to w 3,5, czy w 1,1, czy w 5. Do jakie­go stop­nia ten akt powra­ca­nia jest świa­do­my? I w jakiej mie­rze wyni­ka z czer­pa­nia – z cze­goś, z jakie­goś wewnętrz­ne­go źró­dła, może z lek­tur, może z doświad­cze­nia? Czy potra­fisz nazwać miej­sce, z któ­re­go te powro­ty się wyła­nia­ją?

Fak­tycz­nie w ostat­niej książ­ce, w 5, są chy­ba dwa takie ewi­dent­ne tra­wer­sy, prze­cię­cia, o któ­rych nawet teraz myślę sobie czu­le, cie­plut­ko, z pół­u­śmie­chem. Lubię je. To jest utwór z jabł­ka­mi, nawią­zu­ją­cy do utwo­ru z ana­na­sa­mi w poprzed­niej książ­ce, czy­li w 1,1. I to jest abso­lut­nie, myślę, czy­tel­ne – o to mi też cho­dzi­ło. A dru­gie­go prze­cię­cia… już nie pamię­tam, pew­nie zaraz mi się przy­po­mni [śmiech]. Może coś fil­mo­we­go?

W roz­mo­wie z Kami­lem Galu­sem wspo­mi­nasz, że książ­ki 3,5, 1,15 two­rzą pewien zamknię­ty cykl – są wzglę­dem sie­bie usta­wio­ne, domknię­te, może nawet zestro­jo­ne. W jakim sen­sie są domknię­te? Czy cho­dzi o struk­tu­rę, temat, język, a może o coś bar­dziej intu­icyj­ne­go? I czy w tym domknię­ciu jest miej­sce na ciąg dal­szy? Czy może­my się spo­dzie­wać kolej­nej książ­ki, któ­ra będzie mia­ła tytuł skła­da­ją­cy się ze słów? Czy już wyprzty­ka­łeś się ze wszyst­kich nume­rów?

Te tytu­ły to już jest jakaś pie­częć, praw­da? Tak, tak, cho­dzi i cho­dzi­ło o wszyst­ko, co wymie­niasz. O sty­li­sty­kę, temat, fra­zę, jakąś tam inte­lek­tu­al­ną spój­ność. Wąt­ki inter­tek­stu­al­ne, mniej lub bar­dziej czy­tel­ne gier­ki, prze­sko­ki. Więc tak, jak naj­bar­dziej, zgo­da. Jeśli nato­miast pytasz mnie o ciąg dal­szy, to nie wiem, co ci odpo­wie­dzieć. Teraz piszę coś zupeł­nie inne­go pod wzglę­dem obję­to­ści i for­my. Czy będą kolej­ne cyfer­ki? Zoba­czy­my.

Czy chciał­byś wska­zać kil­ka swo­ich tek­stów, któ­re sam postrze­gasz jako inter­tek­stu­al­ne?

Pew­nie, z chę­cią, nie mam już z tym żad­ne­go pro­ble­mu. Może kie­dyś mia­łem więk­szy – kie­dyś chy­ba chcia­łem, żeby to było bar­dziej pocho­wa­ne. 3,5 zaczy­na się od swe­go rodza­ju baśni, wciąż lubię ten utwór, jest taki opi­so­wy, pla­stycz­ny – to prze­cię­cie z Opo­wie­ścia­mi kosmi­ko­micz­ny­mi Ita­la Calvi­na (chło­piec wcho­dzą­cy z łodzi po dra­bi­nie na księ­życ). Myślę, że to czy­tel­ne. Tam w ogó­le jest dużo OuLi­Po, jeśli dobrze pamię­tam, to w co naj­mniej dwóch miej­scach poja­wia się jesz­cze Życie instruk­cja obsłu­gi Georges’a Pere­ca. W samym już mot­cie znaj­dziesz prze­cin­kę z A sta­tek pły­nie Fede­ri­ca Fel­li­nie­go, tyl­ko w wer­sji nie­co bar­dziej kata­stro­ficz­nej. Jest tu zatem dużo gry, lin­ków mię­dzy tek­stem i fil­mem. Im póź­niej nato­miast [dwa ostat­nie tomy, łącz­nie z 5 – K.K.], tym real­niej, mrocz­niej się robi. W 1,1 jest dużo z Achille’a Mbem­be­go, [Nekro­po­li­ty­ka, Poli­ty­ka wro­go­ści – K.K.], te wąt­ki prze­mo­cy wra­ca­ją w 5, pod­bi­te na przy­kład fil­mem Daho­mej, tek­stem publi­cy­stycz­nym Anny Niedź­wiedź, Cham­stwem Kac­pra Pobłoc­kie­go czy Grą w rasy Prze­my­sła­wa Wiel­go­sza. Jak sam widzisz, tych rzu­tów i tro­pów jest cał­kiem spo­ro w moich cyfer­ko­wych tomach. Uprze­dza­jąc pyta­nie o „inspi­ra­cje”, od razu mogę ci powie­dzieć, że potra­fię się moc­no pod­ja­rać, pod­bić innym tek­stem lite­rac­kim czy publi­cy­stycz­nym. Oj, moc­no! [śmiech]

Jaki jest twój sto­su­nek do spo­tkań autor­skich i recen­zji two­ich ksią­żek?

Lubię recen­zje, szcze­gól­nie te dobre. A mówiąc poważ­nie: to, co inni chcą i potra­fią dostrzec w moich tek­stach, co w nich znaj­du­ją dla sie­bie, jest sza­le­nie inte­re­su­ją­ce. To kom­plet­nie nie­by­wa­łe uczu­cie, któ­re­go doświad­czam, gdy mogę to potem prze­czy­tać. Pamię­tam, że dosta­łem w życiu jed­ną nega­tyw­ną recen­zję. Moc­no to prze­ży­łem. Mię­dzy wyda­niem Pod­ręcz­ni­ka Kró­lo­wej3,5 w cza­so­pi­śmie „Lam­pa” poja­wi­ła się recen­zja Pod­ręcz­ni­ka…, któ­rej auto­rem był Paweł Kozioł. Dwie rze­czy musi­my sobie jasno powie­dzieć. Po pierw­sze, wycho­wa­łem się na „Lam­pie” Paw­ła Duni­na-Wąso­wi­cza. Przez kil­ka lat czy­ta­łem każ­dą wydru­ko­wa­ną lite­rę w tym maga­zy­nie. Zacho­wa­łem wszyst­kie nume­ry, mam je w Byto­miu, u rodzi­ców. Dla mnie była to rzecz for­ma­cyj­na, wte­dy total­na świe­żość. Żul­czyk, Masłow­ska, Nahacz, Kar­po­wicz, Drot­kie­wicz, Dzie­wit, Raj­mer – ale też poetyc­ko, na przy­kład Szpin­dler, chy­ba po raz pierw­szy natkną­łem się tam też na Cyra­no­wicz. W „Lam­pie” po raz pierw­szy widzia­łem rów­nież pra­ce Wali­szew­skiej. Po dru­gie, Paweł Kozioł. Jed­na z naj­cie­kaw­szych, moim zda­niem, wów­czas poetyk w Pol­sce. Total­nie kon­se­kwent­na, chłod­na, for­mal­na, wręcz mecha­nicz­na jaz­da po obra­zach, zda­niach. Mam i prze­czy­ta­łem o nim wszyst­ko, co wydał ówcze­sny Sta­ro­miej­ski Dom Kul­tu­ry w War­sza­wie. No i teraz clue. Zjeb­kę dosta­ję (ale taką serio zjeb­kę) od Paw­ła Kozio­ła wła­śnie w „Lam­pie”. W środ­ku każ­de­go nume­ru była roz­kła­dów­ka, gdzie uka­zy­wa­ły się recen­zje poetyc­kie. Jadę tram­wa­jem z Kato­wic do Byto­mia [praw­do­po­dob­nie wów­czas linia 41 – K.K.]. Otwie­ram ten śro­dek i… Przy oka­zji debiu­tu w tej samej „Lam­pie” Krzysz­tof Fio­łek moc­no mnie roz­pie­ścił recen­zją moje­go debiu­tanc­kie­go tomu. Pamię­tam, że po recen­zji Fioł­ka cho­dzi­łem dum­ny jak pawi­sko. No to po dru­giej [autor­stwa Paw­ła Kozio­ła – K.K.] potrze­bo­wa­łem chwi­li, żeby się pozbie­rać. W sumie nigdy o tym niko­mu nie opo­wia­da­łem.

Ale odrzu­ci­łeś tę recen­zję czy ją odcho­ro­wa­łeś?

Dobre pyta­nie. Pamię­tam ten tram­waj. Roz­glą­da­łem się „po ludziach” i zasta­na­wia­łem, czy nikt przy­pad­kiem nie czy­ta tego razem ze mną… Dosta­łem tak zwa­ną poetyc­ką bęc­kę, taką z krwi i kości, ale osta­tecz­nie chy­ba mnie to wzmoc­ni­ło.

Mówisz o pre­cy­zji, o tym, że warsz­tat poetyc­ki opar­ty na cię­ciach, na skru­pu­lat­nym mon­ta­żu, jest dla cie­bie rów­nie istot­ny jak sama fra­za. Wra­ca­jąc do 5 – na okład­ce widzi­my język, a wła­ści­wie język wycho­dzą­cy z mózgu. Nie­któ­rzy powie­dzą, że to małż lub coś inne­go, ale ten język – jako akce­so­rium poetyc­kie – wyda­je się już nie­co prza­śny, może nawet iro­nicz­ny. Czy ten obraz był dla cie­bie zna­czą­cy? Czy miał sta­no­wić komen­tarz do same­go aktu mówie­nia, pisa­nia, czy może był tyl­ko wizu­al­nym żar­tem, któ­ry z cza­sem nabrał cię­ża­ru sym­bo­licz­ne­go?

Chcesz być następ­nym Paw­łem Kozio­łem? [śmiech]

Nie wiem, ale chcia­łem powie­dzieć, że ten język jest two­im inten­cjo­nal­nym wej­ściem do narzę­dzi poetyc­kich i osa­dze­nia pod­mio­tu lirycz­ne­go w struk­tu­rze wier­sza. Powiedz­my, że jest brosz­ką, za pomo­cą któ­rej sygna­li­zu­jesz swo­ją dba­łość o to, co dzie­je się w two­ich utwo­rach.

Okej, już łapię. To, co mówisz, brzmi faj­nie. Język i cała okład­ka nie ozna­cza­ją jed­nak wyna­le­zie­nia pro­chu na nowo. To czę­ścio­wo zagra­nie bez­po­śred­nie, kawa na ławę. Robi­my w języ­ku – wali­my cię nim w łeb na okład­ce. Czy­li: rze­czy pro­ste. Ale wyko­na­nie, roze­gra­nie tego – tej pro­sto­ty – przez Karo­li­nę Wiśniew­ską przy­nio­sło rezul­tat w posta­ci, moim zda­niem, pro­duk­tu, obiek­tu dość cza­row­ne­go. Ponoć dzia­ła [śmiech]. Zachę­cam do wery­fi­ka­cji orga­no­lep­tycz­nej.

Jak to odno­si się do inten­cjo­na­li­zmu i tego, że two­ja poezja jest bar­dzo moc­no osa­dzo­na for­mal­nie? Ope­ru­jesz wyraź­nym kon­struk­tem, wyprze­dzasz moje pyta­nia doty­czą­ce nie­któ­rych zabie­gów czy moty­wów, któ­rych uży­łeś, i dobrze wiesz, w jaki spo­sób i gdzie one gra­ją. Nie jest tak, że korzy­stasz z narzę­dzi nie­świa­do­mie albo że piszesz w spo­sób roz­luź­nia­ją­cy pole inter­pre­ta­cji tek­stów poetyc­kich w stro­nę afek­tyw­ne­go odczy­tu?

Pre­cy­zja jest dla mnie waż­nym okre­śle­niem, jeśli cho­dzi o pisa­nie.

Tak, ale mam wra­że­nie, że pre­cy­zja doty­czy innej sfe­ry. Kie­dy mówi­my o pre­cy­zji, odno­si­my się do wyczu­cia języ­ka oraz uży­cia narzę­dzi poetyc­kich do budo­wa­nia fra­zy. Z kolei mówiąc o inten­cjo­na­li­zmie, sku­pia­my się na meto­dzie i podej­ściu do pisa­nia.

Yyy! [śmiech]

Okładka tomu wierszy Szymona Biry pod tytułem „5”.
Szymon Bira, „5”, Wrocław: Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, 2025.

W roz­mo­wie z Kami­lem Galu­sem powie­dzia­łeś, że w 5 przede wszyst­kim cho­dzi o fazę, dryf, zawrót gło­wy. Co mia­łeś na myśli?

To powie­dział Kamil Galus. Brzmia­ło faj­nie, więc się zgo­dzi­łem. Ale już na poważ­nie: wiesz, jeśli rozu­mie­my dryf jako zmia­nę kie­run­ku przez jakąś for­mę przy­pad­ko­wą, loso­wą, to nie bar­dzo mi to jed­nak pasu­je. Mam wra­że­nie, że wek­to­ry 5 są naj­moc­niej obra­ne i napię­te ze wszyst­kich moich tomów. Nie tra­ci­my kur­su. Cza­su. Mamy tyle zajęć, obo­wiąz­ków i bodź­ców, że gdy już się spo­ty­ka­my, to pro­szę (jako czy­tel­nik rów­nież!), nie mar­nuj­my tego cza­su. „Piąt­ka” [tom 5 – K.K.] mia­ła być pre­cy­zyj­na. Wyni­kło to też pew­nie z dość krót­kiej for­my tych utwo­rów (w sumie nie wiem, co z cze­go bar­dziej wyni­ka, a wła­ści­wie co wyni­ka jako pierw­sze), pew­ne­go ich zbi­cia, spra­so­wa­nia, skon­den­so­wa­nia. „Powiedz­my sobie coś i niech to się zga­dza”. Na resz­tę szko­da ener­gii, cza­su. Moje­go i czy­tel­ni­ków. Zawrót gło­wy koja­rzy mi się z fil­mem Hitch­coc­ka [śmiech]. Ale wróć­my do kwe­stii wywia­du z Kami­lem Galu­sem – to jed­na z cie­kaw­szych roz­mów o „Piąt­ce”, jaką do tej pory mi zapro­po­no­wa­no!

Jest to też kurs, któ­ry moż­na obser­wo­wać w two­jej twór­czo­ści już od tomu 3,5. Obra­łeś jakiś kie­ru­nek.

Nie podo­bał ci się Pod­ręcz­nik kró­lo­wej, książ­ka „sprzed kur­su”, co?

[śmiech]. Pod­ręcz­nik kró­lo­wej mi się podo­bał. Ale w tej samej roz­mo­wie wspo­mi­na­łeś też, że 5 ma być książ­ką inną, prost­szą. Co to zna­czy?

„Piąt­ka” w ogó­le jest pierw­szą książ­ką, w któ­rej w pew­nym sen­sie zebra­łem utwo­ry napi­sa­ne w tym okre­sie. To 1,1, ostat­nia książ­ka, była ponie­kąd kon­cept-albu­mem pisa­nym na jed­nym tchu. Bez tchu. Tutaj mamy „2000–2024” jako pie­cząt­kę już na pierw­szej stro­nie. Z tego zbio­ru Aga­ta Puwal­ska, redak­tor­ka tomu, zro­bi­ła pięk­ną mozai­kę, amal­ga­mat, któ­ry stał się dla mnie czymś nowym, świe­żym. Ale czu­ję, że odpo­wia­dam ci jak poli­tyk. Ty pytasz o jed­no, a ja opo­wia­dam „na dru­gie”, któ­re już dobrze znam i lubię. Co do pro­sto­ty – nie wiem, może po raz pierw­szy po pro­stu mówię, momen­ta­mi, już tak zupeł­nie bez­po­śred­nio? A. B. C. Boli. Lubię. Nie lubię. Spier­da­laj.

Przy czym nie są to wier­sze zebra­ne.

Nie, nie, zebra­ne nie. Cho­ciaż w zasa­dzie: no jak nie? Wszyst­kie książ­ki z wier­sza­mi to wier­sze jakoś tam zebra­ne… [śmiech]

A jak jest z odnie­sie­nia­mi do kon­kret­nych sytu­acji z rze­czy­wi­sto­ści, któ­re prze­ja­wia­ją się w wier­szach? Czy two­ja poezja odda­je momen­ty bez­po­śred­nio zaczerp­nię­te z życia? Napi­sa­łeś wiersz o powo­dzi, wiersz o woj­nie na Ukra­inie, wiersz zako­rze­nio­ny w two­jej histo­rii, w zna­jo­mo­ściach.

Wiesz, tu jed­nak tro­chę rzu­casz hasła­mi. Wiersz o powo­dzi, o woj­nie, o roz­bi­tych związ­kach. Jeśli będzie­my poru­sza­li się w takiej zero-jedyn­ko­wej ska­li, czy­tel­nik pomy­śli, że to czy­sto opi­so­we, publi­cy­stycz­ne „życie na gorą­co”. Tym­cza­sem pró­bu­ję jed­nak jakoś to ogry­wać – jęzo­rem ster­czą­cym z okład­ki. Bez fil­trów, szmi­nek, przy­naj­mniej dla mnie, no way. Nie chciał­bym tego stra­cić, wygu­bić po dro­dze. Tutaj widzę siłę, napęd lite­ra­tu­ry. Takiej lite­ra­tu­ry sam też poszu­ku­ję. Możesz pisać o naj­prost­szych fak­tach z życia na gorą­co (super), ale jakoś mi to dopraw, poukła­daj, prze­fil­truj, pod­ra­suj. Ta sztucz­ność języ­ka odda­je mi para­dok­sal­nie jakąś jego dziw­ną ener­gię, zale­tę, fraj­dę. To dla mnie bar­dzo waż­ne. Ale tak, zgo­da – mamy w „Piąt­ce” wier­sze o skut­kach powo­dzi, o agre­sji Rosji na Ukra­inę czy o związ­kach, w któ­rych byłem.

Rze­czy­wi­stość – no wła­śnie, co zro­bić z rze­czy­wi­sto­ścią? W któ­rym momen­cie może­my stwier­dzić, że prze­chwy­tu­je­my ją przez filtr poetyc­ko­ści, przez for­mę, ope­ra­cję na języ­ku i seman­ty­ce? Co jest real­ne, a co nie­re­al­ne? W two­jej poezji korzy­stasz z tech­nik zawłasz­cza­nia sen­sów, sto­su­jesz wycin­ki z mowy potocz­nej, zasły­sza­ne fra­zy i kon­stru­ujesz z nich… co? Inną rze­czy­wi­stość czy rze­czy­wi­stość odbi­tą w języ­ku poety? Czy to gest doku­men­tal­ny, czy raczej kon­struk­cyj­ny?

Cie­ka­wa jest ta kwe­stia gestów – jak to opi­su­jesz. Sta­wiam na remiks tych gestów z naci­skiem na gest kon­struk­cyj­ny (więc żaden remis)! Przy czym gest doku­men­tal­ny wymu­sza, napę­dza tutaj w pew­nym sen­sie tę pro­sto­tę.

Ale w jakim sen­sie? Gdzie jest ta pro­sto­ta? Gdzie moż­na ją zna­leźć? Bio­rę na warsz­tat jeden z wier­szy z 5: „sosik od pal­ców / w górę, tech­nicz­nie / nie do uję­cia”. I dalej: „w dom­ku mro­zik, ktoś / śpie­wa, dusi się”. Wiem, że to jest pro­ste, ale co z tą pro­sto­tą sta­ło się po dro­dze?

Cze­go nie rozu­miesz? [śmiech] W sumie super, że przy­to­czy­łeś ten tekst. Kie­dyś opu­bli­ko­wał go „Znak”, więc musi być czy­tel­ny [śmiech]. To utwór o bar­dzo dłu­gim związ­ku, któ­ry się zakoń­czył. O tym, co robi cia­ło, co dzie­je się z cia­łem, w jakiej sytu­acji znaj­du­je się to cia­ło, kie­dy po wie­lo­let­nim prze­by­wa­niu z innym cia­łem nagle zosta­je ono samo w miesz­ka­niu. Sosik od pal­ców w górę – jesteś w tym cały, mój dro­gi, uwa­lo­ny od pal­ców „po górę” wła­śnie. I nie zmy­jesz tego w pięć ani w pięt­na­ście dni. Musisz się z tym poukła­dać. Sosik jest faj­ny, bo jest taki lep­ki od razu, kie­dy go wypo­wia­dasz, jest obra­zo­wy [śmiech].

W 5 na pierw­szy plan wysu­wa się pew­ne­go rodza­ju prze­zro­czy­stość – czy­tel­ność, kla­row­ność, ale też, mam wra­że­nie, rodzaj zgry­wy. Pusz­cza­nie oka do czy­tel­ni­ka, gest auto­re­fe­ren­cyj­ny, któ­ry nie tyle roz­bra­ja, ile pro­wo­ku­je. Czy ta prze­zro­czy­stość jest dla cie­bie stra­te­gią for­mal­ną, czy raczej pró­bą wyj­ścia poza język, poza kon­struk­cję? Czy trak­tu­jesz ją jako narzę­dzie komu­ni­ka­cji, czy może jako spo­sób na pod­wa­że­nie same­go aktu pisa­nia? I czy owo pusz­cza­nie oka jest pró­bą zbli­że­nia się do czy­tel­ni­ka, czy raczej ma na celu jego deli­kat­ne zmy­le­nie?

Przy­zna­ję się do pusz­cza­nia oka.

Czer­piesz ze zwy­kłe­go życia – to ma być pro­sta książ­ka, opar­ta na codzien­no­ści, na prze­chwy­ty­wa­niu zasły­sza­nych fraz, na gestach języ­ko­wych, któ­re poja­wia­ją się mimo­cho­dem. Zasta­na­wia­ją mnie dwie kon­fi­gu­ra­cje, o któ­re chciał­bym cię zapy­tać. Pierw­sza to układ: mózg–język, język–intelekt. Sytu­acja, w któ­rej pod­miot jest w dro­dze, w ruchu poznaw­czym: widzę–rozumiem–mówię. Dru­ga to kon­fi­gu­ra­cja bar­dziej roz­pro­szo­na, opar­ta na wypi­sy­wa­niu tego, co się zda­rzy­ło, na loso­wo­ści, w któ­rej pod­miot zosta­je zanu­rzo­ny. Czy te dwa porząd­ki – kon­struk­cyj­ny i afek­tyw­ny – współ­ist­nie­ją w two­jej poezji? Czy któ­ryś z nich domi­nu­je, czy może wła­śnie ich napię­cie budu­je struk­tu­rę tek­stu?

Yyy­yy! [śmiech] Afekt z kon­struk­tem. Hmm. W sumie: cie­ka­we!

Cały czas pró­bu­ję cię zapy­tać o życie, o sytu­acje, jak by to powie­dzieć, poezjo­twór­cze. W jakim stop­niu inte­re­su­ję cię one onto­lo­gicz­nie? Jakie są? Jak wpły­wa­ją na cie­bie, na język?

Wróć­my do tej zgrab­nej krzy­żów­ki – remik­su kon­struk­tu z doku­men­tem. Doku­ment rozu­miał­bym wła­śnie (albo też) tak jak wspo­mnia­ną wcze­śniej sytu­ację sosi­ko­wą. Czy­li żyć­ko, mnie się wyda­rzy­ło, wyda­rza, ja pamię­tam, doświad­czam. To dorzuć­my sobie jesz­cze do tego moc­ne dopa­la­nie się tek­stem, tek­sta­mi innych. Tro­chę już powie­dzia­łem o tych lek­tu­rach.

To rów­nież sytu­acja, w któ­rej czy­tel­nik, wyła­pu­jąc tego rodza­ju ludz­kie doświad­cze­nia uję­te w tek­ście, jest w sta­nie zbli­żyć się tro­szecz­kę do poety­ki, do auto­ra, do całe­go kon­struk­tu książ­ki, a tym samym się z nią oswo­ić, zna­leźć w niej coś dla sie­bie, coś ludz­kie­go. Jakub Famul­ski w recen­zji opu­bli­ko­wa­nej w „Zakła­dzie” pisze, że pod­miot 5 wypo­wia­da się z per­spek­ty­wy doświad­cze­nia, prze­my­ca do poetyc­kiej opo­wie­ści frag­men­ty życia, co – w uję­ciu nostal­gicz­nym – mogło­by zostać odczy­ta­ne jako lek­kie „dzia­do­wa­nie”. Ale może – powiedz mi, czy się mylę – bliż­sza jest ci posta­wa, w któ­rej pod­miot wyra­ża się przez akcep­ta­cję sta­nu rze­czy? Czy to jest gest afir­ma­cji – zro­zu­mie­nia porząd­ku, w któ­rym funk­cjo­nu­je­my, i pró­by włą­cze­nia tego porząd­ku do struk­tu­ry wier­sza?

„Zbli­ża­nie się do sie­bie”, „po ludz­ku” – okej, zgo­da. Pasu­je mi to. I pew­nie tutaj nam też wybi­ja zno­wu „pro­sto­ta” 5, o któ­rej roz­ma­wia­li­śmy. Rozu­miem cię, ale chy­ba jed­nak nie o taką akcep­ta­cję cho­dzi. W „Piąt­ce” jest wciąż dużo gnie­wu. „Piąt­kę” gniew w pew­nym sen­sie napę­dza, nastra­ja. To nie filtr akcep­ta­cji pod­su­wa jej wąt­ki. Nie ina­czej było z ostat­ni­mi dwie­ma książ­ka­mi, szcze­gól­nie z „gory­lem”, ostat­nią książ­ką, 1,1. Lubię to sło­wo. Nie bunt, wkurw, nie złość, nie fru­stra­cja. Gniew. Moc­na rzecz. Biblij­na nie­mal. Poświę­cam mu, gnie­wo­wi, nawet utwór w 1,1. Pada tam fra­za: „Czy potra­fisz się jesz­cze gnie­wać? […] Rychło się sto­pisz – ale się gnie­waj”. Czy jakoś tak [śmiech]. Myślę, że nie zabrak­nie też gnie­wu w mojej kolej­nej książ­ce. Jeśli nato­miast rozu­miesz akcep­ta­cję jako pewien wgląd w sie­bie, akcep­ta­cję tego, co tam znaj­du­jesz, co prze­ży­łeś, na co masz wpływ, a co dzie­je się nie­za­leż­nie od cie­bie, no to okej, tro­chę już „pod­mio­to­wi” uda­ło się w ostat­nich latach prze­pra­co­wać „sie­bie”. Ale z tym pogo­dze­niem się ze świa­tem w „Piąt­ce” był­bym moc­no ostroż­ny.

No wła­śnie – może to tak­że gest wpusz­cze­nia wła­snej mikro­hi­sto­rii? Pod­czas spo­tka­nia pre­mie­ro­we­go #10 nume­ru „Zakła­du” w Whi­te Hole we Wro­cła­wiu Sonia Nowac­ka pyta­ła cię o wąt­ki zwią­za­ne ze ślą­ską toż­sa­mo­ścią. Czy ten temat – lokal­ny, oso­bi­sty, zako­rze­nio­ny – jest dla cie­bie istot­ny w kon­tek­ście budo­wa­nia pod­mio­tu lirycz­ne­go? Czy ślą­skość, z całym jej kul­tu­ro­wym i języ­ko­wym zaple­czem, sta­no­wi dla cie­bie punkt odnie­sie­nia, czy raczej tło, któ­re cza­sem się ujaw­nia, a cza­sem zni­ka? I czy mikro­hi­sto­ria – ta pry­wat­na, zasły­sza­na, prze­ży­ta – może być narzę­dziem poetyc­kim, któ­re pozwa­la zbli­żyć się do czy­tel­ni­ka nie przez uni­wer­sal­ność, ale przez kon­kret?

To „tło” pod­ło­ży­łem w 5 po raz pierw­szy. Sam musia­łem mu się dokład­nie poprzy­glą­dać, wyma­cać je, wyczuć. I tu chy­ba zno­wu wra­ca­my do tej pro­sto­ty, doj­rza­ło­ści… Nale­ży jed­nak pod­kre­ślić, że nie jest to w żad­nym wypad­ku książ­ka „ślą­ska”. Fakt, poja­wia się tutaj mini­tryp­tyk, któ­ry się­ga do moje­go dzie­ciń­stwa spę­dzo­ne­go na Gór­nym Ślą­sku. Ale to co inne­go. Na przy­kład bez­kar­nie dar­ło się ryja przez pół dnia na pla­cu pod kamie­ni­cą, wśród blo­ków, nie ozna­cza­jąc tego dar­cia ryja co pięć minut na Insta­gra­mie. Kom­plet­nie nie patrząc na to, kto jest z jakie­go domu, ile kasy mają jego sta­rzy. Z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy – pre­hi­sto­ria. I widzisz, tutaj zno­wu mik­su­ją się doświad­cze­nia moje, tak zwa­ne życio­we, z lata­niem po tek­stach. Bo utwór Z poły­skiem [jeden z tryp­ty­ku – K.K.] w ogó­le by nie powstał, gdy­bym nie wycho­wy­wał się w Byto­miu, ale nie powstał­by też, gdy­by nie repor­taż Aga­ty Listoś-Kostrze­wy Bal­la­da o śpią­cym lwie. Co cie­ka­we, repor­taż ten jest pró­bą spoj­rze­nia na Bytom z punk­tu widze­nia kogoś zupeł­nie z zewnątrz. Więc nie bra­ku­je, Kami­lu, w „Piąt­ce” tak zwa­nych pry­wat, o któ­re mnie pod­szczy­pu­jesz co chwi­la. A zoba­czysz dopie­ro, co będzie w powie­ści [śmiech].

Masz na myśli nad­cho­dzą­cy dra­mat Lipiec?

Nie, nie. To jesz­cze coś inne­go. Mówię o powie­ści. Pod­pi­sa­łem już na nią nawet umo­wę. Nie­ste­ty świa­tło dzien­ne w tym przy­pad­ku to jesz­cze moc­no odle­gły ter­min. Pew­nie w grę wcho­dzi dopie­ro koniec 2026 lub 2027 roku. Tam to dopie­ro pogrze­ba­łem sobie w prze­szło­ści. Oj! Będzie też inten­syw­nie języ­ko­wo. Jeden ze zna­nych wydaw­ców odrzu­cił tę powieść, odpi­su­jąc tyl­ko w mej­lu: „Za gęsto”. Tak mi się to spodo­ba­ło, że dumam jesz­cze, czy go nie popro­sić o wrzu­ce­nie tego „za gęsto” na blurb.

Czy masz już w gło­wie tytuł?

Mam już tytuł na papie­rze! Oczy­wi­ście ci go nie zdra­dzę (jesz­cze nie). Będzie to jed­no, krót­kie sło­wo. Na czte­ry lite­ry.

Czte­ry, dobrze. Czwór­ki jesz­cze nie było w serii. Może jed­nak jakaś pod­po­wiedź?

Tam żad­nej czwór­ki nie będzie. Tyl­ko jed­no sło­wo. Skła­da­ją­ce się z czte­rech liter.

‒ poeta, dramatopisarz.

więcej →

– poeta, muzyk, animator kultury.

więcej →

Powiązane teksty

04.04.2026
Rozmowy

Język odgrywa istotną rolę w odczłowieczaniu. Percival Everett jest tego świadomy

Percival Everett, świadomy magicznej mocy języka, posługuje się nim jako bronią, co jest naturalne, bo polem bitwy jest tu fikcja literacka. Słowo staje się narzędziem wymierzania sprawiedliwości, gdyż nie można w tej sprawie liczyć na naturę, Boga ani historię. Pozostaje trzymać się magii języka – mówi Tomasz Macios, tłumacz Drzew, w rozmowie z Amelią Sarnowską.