Czytaliśmy już wiele książek będących zapisem żałoby i równie dużo tekstów rejestrujących migotanie i znikanie (nieobecnienie, jak pisze Joanna Mizielińska) oraz towarzyszące temu emocje. Księga umarłych to kolejny z nich. Od innych (nie wymieniam tytułów czy autorek/autorów, ale założę się, że pierwsze pozycje z list, które rozwijają się nam w głowach na hasło: „literatura żałobna”, są takie same) odróżnia tę opowieść to, że jest ona zapisem emocji po śmierci wielu osób/istot. Czytamy tu o umierającej pszczole (pierwsza śmierć widziana przez bohaterkę na własne oczy), o otruciu się ciotki, znanej tylko ze zdjęcia i rodzinnych legend, o koledze, o którego śmierci bohaterka dowiaduje się na spotkaniu klasowym i dawno po fakcie. Są w tej historii kuzynka matki i siostry babci, liczne wujostwo (łatwo pogubić się w koligacjach, choć w zasadzie, co szybko staje się jasne, nie ma sensu ich śledzić), są koty i zmarły niespodziewanie nauczyciel hiszpańskiego. Są wreszcie ukochana babcia i niekochana matka. Słowem: różni ludzie i nieludzie, bliscy i dalsi, dobrani według klucza znanego autorce (a może to wszyscy jej zmarli?). Zmieniają się narratorki, pierwszoosobowa narracja przeplata się w kolejnych rozdziałach z trzecioosobową (bohaterką tych fragmentów jest J.); w obszernych partiach tekstu autorka zwraca się w drugiej osobie do zmarłych, po których jest w żałobie. W drugiej części książki o śmierci bliskich opowiadają także bohaterowie, których poznaliśmy w części pierwszej.
W toku lektury szybko staje się jasne, że rzecz jest dokładnie o tym, co zawiera się w tytule. Umieranie, śmierć, żałoba odmieniane są tu przez wszystkie przypadki, niektóre kwestie (obsesja śmierci, poczucie winy wobec zmarłych) powracają, podobnie jak pytania bez odpowiedzi oraz takie, które raczej nie wymagają odzewu (Co stanowi o wartości życia? Kto może o tym decydować? Czy miłość trwa po śmierci? I kogo wówczas się kocha?). A skoro jest o umieraniu i śmierci, to jest też o chorobach, starości i opiece. Książka Mizielińskiej wpisuje się więc również w nurt literatury maladycznej, jak określa się narracje o chorowaniu (beletrystyczne bądź autofikcjonalne, pisane z perspektywy osób chorujących czy towarzyszących chorym) – najobszerniejsze partie Księgi umarłych dotyczą bowiem właśnie życia z chorobą (cukrzycą, nowotworem, chorobą afektywną dwubiegunową) oraz z niepełnosprawnościami, widzianego z perspektywy opiekunki/świadka. Przyjrzyjmy się sposobowi realizacji wymienionych tematów w Księdze umarłych.
Potrzebuję ciebie zapisanej
Książka przedstawia przede wszystkim emocje związane z umieraniem, którego narratorka/bohaterka była świadkiem/towarzyszką, o którym dowiedziała się od innych, które antycypuje (wspomniana obsesja śmierci jest jednym z powodów powstania opowieści oraz jej wątkiem przewodnim). Są tu wspomnienia, zapiski żałobne, a nawet narracja prowadzona z perspektywy osoby umierającej na glejaka. O żałobie na pewno można mówić w przypadku rozdziałów poświęconych śmierci babci i matki. Te teksty są najdłuższe i najbardziej przekonujące w warstwie emocjonalnej (wie to sama autorka, która w pewnym momencie mówi, zwracając się do zmarłej babci: „Moje pisanie staje się autentyczne dopiero wtedy, gdy piszę o swoich uczuciach, o braku, o wspomnieniach związanych z tobą”1). Taka jest też opowieść o zmarłej na raka kotce. Po odejściu Cykorki, najpierw latami oswajanej, a potem doglądanej z troską, wspólnie partnerką, w chorobie, narratorka wyznaje z żalem: „Teraz mamy wolny, niezagospodarowany czas, który tracimy na mniej istotne, niekocie sprawy”. „Dziwna to żałoba”, puentuje rozdział o kotce – i doskonale rozumiemy tę „dziwność”: ktoś umarł, tymczasem życie toczy się jak gdyby nigdy nic, a nawet jest prostsze.
Podobnych konstatacji jest w tej książce wiele – w końcu o umieraniu i żałobie trudno powiedzieć coś nowego czy odkrywczego, a powstające wciąż teksty, z przewagą autofikcjonalnych, są w dużej mierze wtórne i konwencjonalne. W opowieści Mizielińskiej oczywiście też mamy do czynienia z autofikcją, i to taką, w której do głosu dochodzi wyłącznie to, co prywatne. Księga umarłych jest zwierzeniem doprowadzonym do granicy (chyba już nic dalej/więcej nie można powiedzieć), jest tekstem służącym autorce jako forma autoterapii, porządkowania własnych emocji (trudno oprzeć się wrażeniu, że pracując nad książką, zwłaszcza nad częścią o babci, Mizielińska korzystała z przygotowywanych w różnych okresach życia zapisków autoterapeutycznych), a także próbą wyrwania zmarłych z niepamięci, ocalenia ich poprzez opisanie. Krąg odbiorców takiej próby, jeśli książka ma działać (czyli rzeczywiście kogoś upamiętniać, wywoływać w kimś emocje, o jakie zwykle chodzi w przypadku literatury żałobnej), jest wąski. O tym, kim i jacy byli bliscy Mizielińskiej, dowiadujemy się z zazwyczaj krótkich szkiców, w których pokazani są oni przede wszystkim w relacji z autorką, nie jesteśmy więc w stanie ich poznać, polubić (czy znielubić). Zazwyczaj nie wywołują żadnych uczuć. Są jak postacie ze zdjęć wyjmowanych seriami ze starego albumu – rodzina, która pamięta uchwycone na fotografiach osoby, pewnie wzruszy się w czasie oglądania takich pamiątek, pozostali zaś pokiwają głowami i tłumiąc ziewanie, zerkną na zegarek. Oczywiście wiele zależy od tego, czy oglądaniu zdjęć będą towarzyszyły historie o życiu bohaterów, a jeśli tak, na ewentualne wzruszenie słuchaczy wpłynie również sposób przekazywania opowieści. W przypadku Księgi umarłych nie można w tym względzie liczyć na wiele: literacko tekst nie stanowi dla czytelnika wielkiego wyzwania. Język jest przezroczysty, próżno szukać tu metafor czy innych środków artystycznych wpływających na formę opowieści o żałobie, konstrukcja sprowadza się do wyliczanki: osoba, kilka faktów z jej życia, szczegóły dotyczące śmierci, informacja na temat emocji, które przy tej okazji stały się udziałem bohaterki czy narratorów/narratorek. Wykorzystany przez autorkę zabieg polegający na zmianach narratorów niczemu nie służy (w szczególności dotyczy to perspektyw „ja” i J.; pod względem językowym wypowiedzi narratorek w ogóle się od siebie nie różnią). Trudno również sensownie zinterpretować fakt, że zmarli mają w książce Mizielińskiej imiona, a żyjący tylko inicjały – chyba że pewnego rodzaju anonimowość miała sprzyjać ochronie prywatności żywych, podczas gdy o zmarłych można już mówić wszystko (wiele wskazuje na to, że autorka tak właśnie uważa). W każdym razie z niecierpliwością kartkujemy ten album złożony z pobieżnych szkiców dotyczących kilkunastu postaci, które nieuchronnie zlewają nam się w jedną – czy raczej dwie, bo przecież są też koci bohaterowie – i zastanawiamy się, po co nam czytać o tym (martwym) człowieku i (martwym) kocie.
Nieobecnienie
Wyjątkiem – nie pod kątem walorów literackich, lecz szczegółowości opisu, złożoności obrazu, oddanych niuansów – są wspomniane części o babci i matce. Portrety obu kobiet zawierają sporo detali, a relacje z narratorką są w tym przypadku opisane najpełniej, z uwzględnieniem ich ambiwalencji. Wymienione relacje bardzo się od siebie różniły: starszą z kobiet autorka określa jako miłość swojego życia i wzór. W pewnym momencie mówi, zwracając się do babci: „[przeszłość to – B.W.] ogromna przestrzeń mojego życia, którą ty spajałaś w Całość”2. Postać ta spaja też książkę Mizielińskiej, jest klamrą i osnową: od babci opowieść się zaczyna i na niej się kończy, starsza kobieta powraca również w opowieściach o innych osobach. Z kolei o matce narratorka mówi, że zawsze chciała kształtować się na jej „nieobraz i niepodobieństwo”3, a w jednym z rozdziałów (Umieraj stąd) życzy jej śmierci, choć nie tylko („stań się niemym warzywem, które oddamy do przytułku”)4. Choroba psychiczna kobiety i związane z tym ograniczenia sprawiły, że to babcię autorka traktuje jak matkę. Narratorka, niezależnie od uczuć, jakimi darzyła krewne, oraz od tego, jak układały się ich relacje, w obu przypadkach opiekowała się bliskimi przed śmiercią, a babcią także długo wcześniej (starsza kobieta miała cukrzycę i amputowaną nogę; młodsza zmarła na raka płuc), co szczegółowo referuje. Zajmowała się też chorującymi kotami i okazywała wsparcie dalszym członkom rodziny. I to jest w Księdze umarłych całkiem interesujące – nie temat śmierci czy żałoby, lecz sposób, w jaki autorka opowiada o starości i opiece nad potrzebującymi wsparcia osobami.
Książka Mizielińskiej jest narracją troski, z dość rzadko widoczną w polskiej literaturze figurą opiekunki; jest próbą – udaną – oddania złożoności opieki, ukazania jej w wymiarach instrumentalnym i emocjonalnym. To opowieść (monotonna i pełna powtórzeń) o codziennych rytuałach, domowym krzątactwie (przygotowywaniu jedzenia, zakupach, zmienianiu pościeli, podlewaniu kwiatów), praktykach cielesnych (depilacji, myciu, obcinaniu włosów) oraz związanych ze zdrowiem i leczeniem (przygotowywaniu leków, mierzeniu cukru), a także o okazywaniu czułości, byciu razem (rozmowach, wspólnym oglądaniu zdjęć czy ulubionego serialu, wakacyjnych wyjazdach). Zarysowane w Księdze umarłych konteksty sprawowania opieki – czy to nad osobą starszą, czy chorującą – wydają się dość typowe dla naszego społeczeństwa mimo wyższego niż przeciętny statusu społecznego bohaterki-opiekunki. Polska jest państwem z dużym udziałem familizmu publicznego w opiece, który oznacza poleganie na krewnych osób chorych, niepełnosprawnych i starszych w kwestii zapewnienia wsparcia tym potrzebującym – zakłada więc wykorzystanie w tym celu istniejących sieci społecznych. Oczywistością jest stwierdzenie, że opieka nieformalna bazuje na pracy kobiet – i to one są w książce Mizielińskiej głównymi opiekunkami osób chorych i starszych. Autorka pokazuje opiekowanie się innymi jako proces dynamiczny i emocjonalny, inicjowany i prowadzony dzięki miłości, wdzięczności czy innym zobowiązaniom. Pozytywne emocje są tu motorem działania (przypadek opieki nad babcią), choć ich brak nigdy nie ogranicza ani nie powstrzymuje świadczenia opieki: w opowieści Mizielińskiej poczucie obowiązku wobec członków rodziny odsuwa na dalszy plan wcześniejsze wzajemne żale, animozje czy niezgody, jak w przypadku matki czy chorującej na glejaka ciotki, której stan mobilizuje skłóconą rodzinę do zgodnej pracy opiekuńczej.
Fragmenty poświęcone opiece są najciekawsze (choć – podkreślam – nie chodzi tu o walory literackie), zwłaszcza partie tekstu opowiadające o babci i czynnościach pielęgnacyjnych wokół starego, niepełnosprawnego, chorego ciała, którym narratorka zajmuje się z czułością i które uważa za piękne, a kontakt z nim opisuje jako źródło przyjemności, także fizycznej. „Gładziłam twoje stare ciało, obmywałam je z potu, szorowałam z brudu, pieściłam, pielęgnowałam kremami, masowałam, by poprawić krążenie” – pisze w odniesieniu do babci5. A wcześniej: „Zazdroszczę innym czekania [na powrót starszej osoby do domu – B.W.], dotyku starego ciała, ciepłych dłoni, miękkiego brzucha”6. Zmysłowe doświadczanie cudzej starości powiązane jest z pisaniem o opiece jak o czymś wartościowym. Rzadko zajmowanie się kimś starym i chorym pokazywane jest w taki sposób, czy to w literaturze, publicystyce, czy w tekstach naukowych. Częściej opowieści tego rodzaju koncentrują się na obciążeniach, uciążliwościach i problemach wymagających rozwiązania – opieka jest w tych narracjach czymś, co rozbija, stanowi przeszkodę w codziennym funkcjonowaniu, stresuje i męczy, zmusza do wyrzeczeń. Tu jest inaczej – opieka nad babcią jest dla narratorki naturalna, jest oczywistą konsekwencją ich miłości. Nie znajdziemy więc w książce Mizielińskiej narzekań na codzienne trudy i zmęczenie (a nawet jeśli, to podobnych sygnałów jest bardzo niewiele) czy fragmentów świadczących o poirytowaniu bohaterki sytuacją. Nie znaczy to, że autorce nie udaje się uchwycić ambiwalencji opieki – choćby wtedy, gdy pisze o relacji z babcią jako o czymś ograniczającym kontakty z innymi osobami („Ja przywiązana do ciebie, niemogąca nawiązać innych relacji”)7. Odmienne niż w przypadku babci były powody podjęcia się opieki nad matką: poczucie obowiązku („czynności pielęgnacyjne wokół matki to przykra konieczność”)8, współczucie, chęć niesienia pomocy ojcu. Czas spędzony z matką w okresie poprzedzającym jej śmierć jest też próbą – nieudaną – odbudowania relacji, ocalenia czegoś, co bezpowrotnie stracone. Przejmujące są akapity, w których narratorka opisuje „nioebecnienie” obu kobiet, kurczenie się, zwijanie w sobie, migotanie i gaśnięcie, czy to ze względu na starość, czy chorobę.
Mniej istotne, niekocie sprawy
Na koniec kilka słów na temat kwestii, która w Księdze umarłych jest bardziej problematyczna niż to, że książka pozbawiona jest walorów literackich. Obok przytaczanych obiegowych prawd o życiu i śmierci, uporczywych powtórzeń (na przykład faktów z życia rodzinnego, wnoszących niewiele informacji o koligacjach rodzinnych), epatowania szczegółami dla samego epatowania, niepotrzebnych nawiązań do popularnych w ostatnich latach tematów (prowincjonalne pochodzenie, wstyd klasowy, awans społeczny i tym podobne) oraz irytującego przeświadczenia, że krytyczne ocenianie matki oraz ogłaszanie braku miłości do niej to coś szalenie wywrotowego („naruszam tabu miłościświętejdoukochanejijedynejmatki”)9, znajdziemy w opowieści Mizielińskiej także anachroniczny, stygmatyzujący język mówienia o chorobie psychicznej. I nie są to pojedyncze wpadki: autorka, pisząc o swojej „chorej psychicznie” matce, osobie ze zdiagnozowaną chorobą afektywną dwubiegunową, konsekwentnie używa piętnujących określeń, a nawet neguje chorobę. ChAD nazywa „odmiennymi stanami świadomości”10. Zalecone przez psychiatrę leki, które chora sobie „zapodaje”11, to „psychotropy” („[matka – B.W.] wciąż tylko przysypia na tych swoich psychotropach”)12, doprowadzające do stanu „oszołomienia”13. Szpital psychiatryczny to „psychiatryk” („grożę, że zadzwonię do psychiatryka, by cię tam natychmiast zabrali”)14, w którym się „ląduje” („wylądowała w szpitalu dla psychicznie chorych”)15, a przebywająca tam matka wyda[je] się „nie mniej szalona od innych”16. Choć kobieta przez całe życie leczyła się psychiatrycznie (a w depresji próbowała popełnić samobójstwo), córka podaje w wątpliwość diagnozę, a nawet same objawy:
Ta choroba nigdy nie miała imienia, choć jej nazwy zmieniały się zgodnie z panującą nomenklaturą i twoimi odmiennymi stanami świadomości, w które wierzyli psychiatrzy17.
I wreszcie tak pisze Mizielińska o chorobie afektywnej dwubiegunowej, zwracając się do chorującej matki: „Czy nie mogłabyś jej na chwilę wyłączyć i pozwolić mi poczuć, jak to jest obcować z tobą?”18; sugeruje przy tym (oczywiście zapewne nieświadomie), że nad chorobą psychiczną da się zapanować siłą woli. W innych kontekstach Mizielińska też nieszczególnie przejmuje się słowami: matka „urządza histerię”19, „łapie delirkę”20. O raku mówi się tu w kategoriach „wyroku”21, pojawia się również, w odniesieniu do bycia osobą zależną, słowo „warzywo” („które oddamy do przytułku”)22. Słowa te niczemu w narracji nie służą, bo niechęć do matki i tak pozostałaby czytelna, nawet gdyby autorka zrezygnowała z takich określeń, jak „psychotropy” i „psychiatryki” – chyba że celem jest tu pokazanie władzy, która nierozerwalnie wiąże się ze stigmą. Można by powiedzieć, że prywatny język referuje osobiste doświadczenia, ale przecież chodzi tu o coś więcej: anachroniczność języka mówienia o chorobie psychicznej konserwuje negatywne stereotypy. I trudno zrzucić winę na wydawcę, ponieważ wiedza o roli języka w społecznym konstruowaniu rzeczywistości z pewnością jest nieobca autorce Księgi umarłych. Bez wątpienia Mizielińska ma też świadomość, że stygmatyzacja i dyskryminacja osób chorujących psychicznie jest w Polsce ogromnym problemem społecznym. W tym kontekście używanie tak silnie nacechowanych, piętnujących słów w tekście z nurtu literatury faktu (napisanym przez akademiczkę) budzi wątpliwości etyczne.
O ile pod względem przedstawienia umierania i żałoby książka Mizielińskiej jest wtórna, a dzięki wątkowi opieki – jednak (partiami) warta uwagi, choć nieliteracka, o tyle język mówienia o chorobie psychicznej sprawia, że jest po prostu szkodliwa. Jednocześnie Księga umarłych stanowi przykład obserwowanej na przestrzeni ostatnich lat tendencji rozwojowej literatury faktu, a w zasadzie ilustruje punkt szczytowy owej tendencji. Referowanie historii rodziny przez pryzmat śmierci i chorób jest tu opowiadaniem o sobie, w którym do głosu dochodzi wyłącznie to, co prywatne. Jest wyrzucaniem z siebie osobistych doświadczeń, które na koniec pozostawia skonsternowaną czytelniczkę z pytaniem: po co właściwie to wszystko przeczytałam?
Pierwsza część tytułu oraz śródtytuły to cytaty zaczerpnięte z „Księgi umarłych” Joanny Mizielińskiej.
1 J. Mizielińska, Księga umarłych, Warszawa: Agora, 2025, s. 106.
2 Tamże, s. 42.
3 Tamże, s. 208.
4 Tamże, s. 205.
5 Tamże, s. 127.
6 Tamże.
7 Tamże, s. 129.
8 Tamże, s. 243.
9 Tamże, s. 215.
10 Tamże, s. 218.
11 Tamże, s. 209.
12 Tamże, s. 190.
13 Tamże, s. 220.
14 Tamże, s. 217.
15 Tamże, s. 252.
16 Tamże, s. 220.
17 Tamże, s. 218.
18 Tamże, s. 212.
19 Tamże, s. 90.
20 Tamże, s. 218.
21 Tamże, s. 230.
22 Tamże, s. 205.
