Słowem wstępu chcę zaznaczyć, że ten tekst nie jest typową recenzją oraz częściowo wypływa z moich osobistych doświadczeń związanych z lekturą. Jest próbą uchwycenia wątków, które w krytycznoliterackim odbiorze mogłyby zostać spłaszczone z uwagi na to, że pracują w nieco innych rejestrach. Przyczynkiem do tekstu są kategorie lekkości, wielowątkowości, przyjemności i płynącej z nich rozrywki – wszystkie towarzyszą lekturze książki Girl dinner Justyny Hrycyk. O tym, że literatura potrafi realizować się w tej funkcji, zdarza się nam zapominać.
Według Jamesa Wooda o tym, że fikcja jest wciągająca, nie decyduje sama fabuła, lecz efekt „żywotności”. W przypadku Girl dinner ten efekt można precyzyjniej nazwać atmosferą afektywną. Ona właśnie tworzy specyficzną „lepkość” narracji. Jest pewnego rodzaju przedpoznawczą ramą, która narzuca sposób doświadczania świata przedstawionego, zanim zaczniemy go interpretować. Czytanie Hrycyk staje się więc procesem dostrojenia do klimatu, w którym zmysłowe opisy smażenia placków czy zapachu flądry nie są tylko tłem, ale aktywnymi siłami wpływającymi na ciało czytelniczki lub czytelnika. To nic innego jak dynamiczne pole oddziaływań między narratorką, przedmiotami, a odbiorcami. W tym ujęciu czytanie nie jest aktem interpretacji, lecz zanurzeniem w doświadczeniu narracyjnym.
…frytkownica. Bohaterka w naszym domu, bohaterka całego osiedla, tego pamiętnego lata. Jego bohaterka. Jego obsesja. Nasza nemezis. Nasze utrapienie.
Jej obecność była totalna, absolutna, od pierwszego dnia – zaznaczała swoje istnienie, szturmując po kolei wszystkie, niemające szans, liche zmysłowe bariery naszych ciał. W kuchni zawładnęła przestrzenią – potrzebowała dla siebie całego stołu, spychając w kat słoje z mąką i kawą, misy z owocami i kryształowe wazony… W środku z kolei – wręcz przeciwnie, w środku miało być pełno, pochłaniała hektolitry kupowanej w matowych baniakach frytury w kolorze porannego, gęstego moczu. Wówczas nasycona, mogła się odpalić – rozgrzana do czerwoności rozpoczynała swoje show1.
Warto spojrzeć na ten debiut przez pryzmat humanistyki afirmatywnej, która proponuje odejście od postmodernistycznego traumatocentryzmu na rzecz strategii afirmacji i wzmocnienia. Zakładając, że tekst jest uwikłany wyłącznie w konflikty pokoleniowe, wybudowane na fundamencie nostalgii, czytelnicy mogliby odnieść wrażenie, że tematycznie książka Hrycyk przypomina już dobrze rozpoznane w polu narracje, widoczne choćby w książkach blurbistek (Emilii Konwerskiej i Natalii Suszczyńskiej), ale też echa polskiej literatury współczesnej przepracowane przez Mateusza Górniaka, Aleksandrę Kasprzak, Kingę Sabak czy Tomasza Gromadkę.
Osoby autorskie zebrane w tym zestawieniu realizują wątki dotyczące dorastania na przełomie lat 90. i 2000., odkrywania swojej seksualności, autorytetów, idoli czy poszukiwania sensów codziennych czynności. Jeśli wytniemy ten bagaż wspólnych, pokoleniowych doświadczeń, debiut Hrycyk zostanie pozbawiony jednej z głównych funkcji literatury, jaką jest przetwarzanie historii i znaczeń. Autorka nie tyle przepracowuje kolejną pokoleniową traumę, co uruchamia siły witalne, pozwalając czytelnikowi na budowanie wspólnoty opartej na afekcie i intensywności doświadczenia, a nie tylko na melancholijnym rozpamiętywaniu braków. Stąd zakładam, że skupiając się na zmysłowo-obrazowym aspekcie książki, uda mi się przedstawić drobne haczyki, które już przy pierwszym kontakcie z lekturą przytrzymały mnie na dłużej.
Język dwudziestu sześciu rozdziałów jest żywy, opisowy, dynamizuje narrację. Prozatorska opowieść poświęcona jest zdarzeniom z codzienności, jej bohaterkom i bohaterom, w tym również przedmiotom, których udział należy wyraźnie zaznaczyć.
Potrzebowaliśmy emocji, ożywienia – kręcąc się całe dnie tam i z powrotem, to pozwalało nam nie stracić napędu, to odbijało się od źrenic jako błysk w oku. Wyłapywaliśmy je jak pokemony, próbując odnaleźć złotą proporcję czasu i kontaktu wzrokowego – działanie podtrzymujące wir, niewykraczające jednak poza, niewnoszące energii ruchu postępowego. Nie nasza odpowiedzialność. Nasza dobra zabawa, nasze pragnienia, nasze rachityczne mostki ze złączonych na sekundę palców nad bazującą taflą senchy. Kolory herbat wykwitające na skrze, ekspresyjny pu-erh mowy ciał. Zielona zazdrość o nowy początek, zielony spokój, biała gorączka, białe noce. Czerwone strzały, czarna rozpacz, czerwone flagi, czarne słońce. Jaki kolor ma pożądanie i czemu niepokojąco blisko mu do jawnej niechęci i czemu, ach czemu ta rzeka, po której płyniemy…2
Przedmioty są integralną częścią świata przedstawionego przez pierwszoosobową narratorkę. Służą jako katalizatory do dalszych rozmyślań, ale też pomagają jej w nawigacji po jej świecie. Niczym gwiazdy na niebie prowadzą kapitankę statku, oswajają przestrzeń, budują atmosferę. Wspólnota przebywania z nią w tej samej aurze, w jednakowym klimacie, najbardziej przyciąga czytelnika. To w niej formuje się wyjątkowa cecha debiutanckiej książki. Ta wspólnota wciąga do tego stopnia, że czytając poszczególne fragmenty, niemalże łapałem się na tym, że opisywane przez autorkę sytuacje są dla mnie nie tyle istotne z poziomu ontologicznego, ile w wytworzonym wokół nich spektrum. Akt czytania stał się przelotem przez kolejne strony wypchane od wrażeń, zmysłowych doświadczeń, domniemań i relacji, w jakich znajduje się frytkownica: z bohaterką, stołem, misami, słojami, olejem, i wszystkim, co w niej lądowało, oraz tym, na co udało się skapnąć kropelkom tłuszczu.
Hrycyk wpisuje się w program redefinicji relacji między człowiekiem a przedmiotem, co mogłoby być spójne z założeniami teorii aktora-sieci Latoura. W świecie girl dinner produkty żywnościowe, materiały, kolory, zapachy nie są niemym tłem, tylko pełnoprawnymi aktorami współtworzącymi sieć relacji. To one często prowadzą czytelniczkę. Zamiast biernymi narzędziami opisywanego środowiska stają się mediatorami działań i zmieniających się stanów rzeczy. Książka staje się rodzajem hybrydowego asamblażu, w którym żywotność aktorów nie-ludzkich w nierozerwalny sposób splata się z ludzką emocjonalnością.
Rozgrzany olej wylewał się na zakrętach, chlapał na prawo i lewo, ale to nieważne, to nic, bo my już z lądu pakowaliśmy się do morza, wskakiwaliśmy na rozkołysane wody world wide web, żeby po nich surfować niczym słoneczny patrol w wersji family friendly, edycja specjalna: wakacje w nadbałtyckim kurorcie3.
Specyficznym mechanizmem dającym się wpisać w tak wykreowaną atmosferę lektury jest binge-reading. Pojęcie wywodzące się w prostej linii od binge-watchingu, tyle, że przeniesione na literaturę i pracę tekstu. Hrycyk w serialowy sposób przygotowała odpowiednie fragmenty tekstu oddające różnorodność poszczególnych historii. Podział treści tworzy wrażenie odcinkowości. Nasycenie i łatwość w przeskakiwaniu pomiędzy kolejnymi częściami są budowane przez autorkę przy pomocy wyraźnie filmowych zabiegów. Pojawiają się zakończenia, które swoją funkcją przypominające cliffhangery czy hooki – polegające na inicjowaniu kolejnego odcinka w zakończeniu poprzedniego. Struktura książki jest wielowątkowa z przeplatającymi się storyline’ami. Można też wyróżnić nazywany w żargonie filmowym zabieg cold open – stosowany w pierwszych akapitach rozdziałów. Są one odpowiednikiem „przedwejścia” w historię, której właściwa narracja zaczyna się od akapitu drugiego. (Tak jakby otwierający dżingiel pojawiał się dopiero po pierwszym akapicie).
Sprzyjający binge-readingowi rytm książki przypomina „literackie scrollowanie”. Hrycyk projektuje warunki lektury, które odpowiadają na wrażenie przebodźcowania. Tworzą symbiotyczny układ między tradycyjną formą książki a nowomedialną dynamiką TikToka, czy Instagrama. Pozorna, w tym kontekście, recesja literatury nie zmniejsza jej wartości, ale przenosi ją w stronę ekologii afektywnej. Tekst staje się przestrzenią rezonansu dla nowych form konsumowania treści.
Niewykluczone, że konstrukcja debiutu uwypukla binge-readingowy odbiór, robiąc miejsce na to, co dookoła, co wokół czytelniczki i czytelnika, zachęcając krótką formą tekstów i silnie skoncentrowanymi sekwencjami emocjonalnych, prostych w odczytaniu opisów. To miniserial wypełniony najnowszymi, trendującymi akcesoriami, które rozmywają się w spinającym całość stylu autorki. Wciągająca fikcja nie wynika przy tym wyłącznie z samej fabularnej „maszynerii”, lecz również z żywego detalu i płynności stylu podkreślających efekt zanurzenia w postaci. W tym sensie binge-reading nie jest wyłącznie efektem ustrukturyzowania fabuły, ale konsekwencją zaniku dystansu między narracją a doświadczeniem czytelniczym.
To tureckie śniadanie. Stół suto zastawiony mnóstwem talerzyków, a na każdym z nich inna potrawa, inny produkt, inny smak. Można je łączyć dowolnie, a nawet niektóre pominąć, ale razem tworzą jadalną, spójną kompozycję. Czepialstwem byłoby pytanie, czy tytuł odnoszący się do instagramowego trendu #girldinner, polegającego na gotowaniu z tego, co znajduje się pod ręką, jest zbyt pojemny. Jestem skłonny myśleć, że bliżej tu do puszczenia oka do czytelniczki. Zaproszenia jej do niezobowiązującej, lekkiej lektury, do której nie trzeba się specjalnie przygotowywać. (Nastawiać mentalnie, szykować herbaty, kadzidełka, zeszytu i ołówka do podkreślania trudnych w odbiorze fragmentów). To książka do czytania z marszu, gdzie wielowątkowość tematyczna podsyca temperaturę lektury. Każda całostka pozwala na odkrycie nowej przygody, nowej potrawy, nowego doznania. Zawsze jest coś nowego.
Binge-reading to pojęcie względnie nowe w polskim dyskursie literackim, niemające w pełni zbudowanego zaplecza teoretycznego, dlatego swoją recenzję traktuję przede wszystkim jako wstępne rozpoznanie oraz próbę zarysowania kierunku, który może być przydatny w odbiorze tego tekstu i jemu podobnych. W jaki sposób struktura i styl utworu mogą wywoływać wciągające wrażenie lektury? Czy warunki panujące w tego rodzaju odbiorze przekładają się na to odczucie? Co je stwarza? Czy można je odtworzyć lub zaprojektować? Czy jest to właśnie spójność narracji, stylu, struktury książki, jej długości, języka, relacyjności na zasadzie odniesień do świata i doświadczeń czytelniczych, lekkości, przyjemności, rozrywki? A może środowisko jako zespół wszystkich powyższych cech?
1 J. Hrycyk, Girl dinner, Warszawa: Cyranka, 2026, s. 43.
2 Tamże, s. 110.
3 Tamże, s. 46.
