Prozatorski Dyskusyjny Klub Czytelniczy działa w Krakowie od dziewięciu lat. Pierwszy sezon spotkań upłynął nam w Krakowskim Forum Kultury przy Mikołajskiej 2, jeszcze pod flagą „literatury współczesnej” – w ten sposób Fundacja Poemat, odpowiedzialna za organizację całego przedsięwzięcia, starała się zaznaczyć różnicę między nami a DKCz Klasyka, którego opiekunem i moderatorem jest od początku, czyli od 2016 roku, Marcin Wilk. Przed dekadą rozpoczęły również swoją działalność prowadzony przez Szymona Kloskę Klub Reportażu oraz Klub Poezji Wojciecha Bonowicza; Klub Biografii Łukasza Wojtusika i Klub Literatury dla dzieci Barbary Gawryluk nie przetrwały próby czasu.
Nasz klub zmieniał lokalizacje i nazwy, wędrowaliśmy po mieście: z ulicy Mikołajskiej trafiliśmy na Krakowską do Księgarni Literackiej, by zacumować (miejmy nadzieję, że już na stałe) w Massolit Books & Café przy Felicjanek; z „klubu literatury współczesnej” przeobraziliśmy się w „klub powieści współczesnej”, by skończyć jako „klub prozy”. Zmieniała się też lista lektur: zaczęliśmy od Wegetarianki Han Kang w przekładzie Justyny Najbar-Miller i Choi Jeong, by potem mierzyć się z takimi wyzwaniami, jak To oślepiające, nieobecne światło Tahara Ben Jellouna w tłumaczeniu Małgorzaty Szczurek, Ministerstwo niezrównanego szczęścia Arundhati Roy w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego, Oczyszczenie Sofi Oksanen w tłumaczeniu Sebastiana Musielaka, Zmierzch Osamu Dazaia w przekładzie Mikołaja Melanowicza, Błogie odwroty Yanick Lahens w przekładzie Jacka Giszczaka, Może Estera Katii Petrowskiej w przekładzie Urszuli Poprawskiej, Zielone sari Anandy Devi w przekładzie Krzysztofa Jarosza, Kroniki Eksplozji Yana Liankego w tłumaczeniu Joanny Krenz, Zapomnienie Tani Malarczuk w tłumaczeniu Marcina Gaczkowskiego, Nadepnęłam na węża Hiromi Kawakami w tłumaczeniu Barbary Słomki, Dzicy detektywi Roberta Bolaña w przekładzie Tomasza Pindla i Niny Pluty, Dzieci getta. Mam na imię Adam Iljasa Churiego w przekładzie Hanny Jankowskiej, Nasza część nocy Mariany Enriquez w przekładzie Marty Jordan i Katarzyny Okrasko, Chilijski poeta Alejandra Zambry w przekładzie Carlosa Marrodána Casasa, Pamiętniki Hadriana Marguerite Yourcenar w przekładzie Hanny Szumańskiej-Grossowej, Hałastra Monika Helfer w przekładzie Arkadiusza Żychlińskiego, Wędrówka Intan Paramadithy w przekładzie Marianny Lis, Nad morzem Abdulrazaka Gurnaha w przekładzie Kai Gucio.
Ostatnio, czyli dokładnie przedwczoraj, w piątek, rozmawialiśmy o powieści Ja, która nie poznałam mężczyzn Jacqueline Harpman w przekładzie Katarzyny Marczewskiej. Nie zmienia się pora naszych spotkań: o prozie rozmawiamy w piątki, zaczynamy o osiemnastej. Stały – i wysoki – wydaje się też poziom zaangażowania osób uczestniczących w dyskusjach. A jak jest naprawdę? Kim są osoby tworzące nasz klub? Skąd przyszły? Co tutaj, w Dyskusyjnym Klubie Czytelniczym, robią? Czy mają poczucie, że budują wspólnotę wyrastającą ze wspólnych doświadczeń lekturowych? Oto kilka z opowieści powstałych w odpowiedzi na te pytania.
Anna: Czytać nauczyłam się dopiero w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Wcześniej ta umiejętność nie była mi potrzebna. Czytano mi. Pierwszą bibliotekę poznałam w szóstej, a może siódmej klasie: wiejską, z osobnymi regałami książek dla dorosłych i dzieci. Wtedy też wpadła mi w ręce nieduża encyklopedia literatury francuskiej. Nazwiska nie do wymówienia, ale jakie niezwykłe biografie tych ludzi, opowieści o nich! Bibliotekę z miasteczka, w którym chodziłam do liceum, zapamiętałam przede wszystkim przez wydzielone półki z książkami dla dorosłych i uwagi pań bibliotekarek: „wróć, dziecko, w przyszłym roku”. Te niedozwolone, te zakazywane książki poznałam dopiero w Krakowie, w czytelni biblioteki Pałacu pod Baranami. Nie można było ich wypożyczać, co dla mnie, studentki Akademii Górniczo-Hutniczej, zmęczonej wieloma godzinami pracy w czasie zajęć laboratoryjnych, wiązało się z wiecznymi wyborem. Dokąd iść? Do domu? Odpocząć? Czy może ruszyć na wyprawy w nowe, niezwiązane już ze studiami światy? W Krakowie namiętnie chodziłam do różnych księgarni, oglądałam nowości, zapamiętywałam nazwiska pisarzy i tłumaczy (teraz muszę się ich uczyć na nowo). Czasami udało mi się oglądać w TVP Kraków programy o nowościach literackich, ale najczęściej trafiałam na te poświęcone literaturze dziewiętnastowiecznej. O nowych nazwiskach w literaturze polskiej dowiadywałam się od koleżanek studiujących na Uniwersytecie Jagiellońskim, a z czasem już od słuchaczek Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Właśnie chyba dzięki temu źródłu odkryłam istnienie Dyskusyjnych Klubów Książki. To był świeży powiew. Na początku myślałam, że działają jako część instytucji wyposażonej we własną bibliotekę. Miałam (złudną, niestety) nadzieję, że będę mogła wypożyczać potrzebne książki. Okazało się jednak, że to wcale nie instytucja, a luźne stowarzyszenie miłośników książek. Szybko się z tym pogodziłam, bo formuła spotkań mi odpowiada. Zacznę od mentorki. Dzięki swojej wiedzy i umiejętnościom rozszerza nasz świat. Kieruje uwagę na kraje nieznane i ich znakomitych pisarzy, pokazujących swoje społeczeństwo, kulturę i historię. Swobodne rozmowy pozwalają poznać punkt widzenia uczestników spotkania, sprecyzować swoje poglądy na sprawy najistotniejsze i najzwyklejsze. Ale dla mnie i tak najważniejsza jest sama opowieść. Jej uroda, finezja kreślenia postaci, ich uczuć, zależnych lub nie od kultury danego kraju, od konkretnej tradycji. Jestem zadziwiona, jak wiele się nauczyłam, czytając i słuchając. Czasami nie mogę się doczekać spotkania, chcę się dowiedzieć, co inni myślą i jak odbierają świat stworzony przez autora, bo to jest przecież prawdziwy świat. Wspomniałam o zadziwieniu. Pochodzę z rodziny nauczycielskiej, w której jedno z rodziców miało poglądy komunistyczne, a drugie po prostu wierzyło. Wydawało mi się, że jestem osobą tolerancyjną, z zachwytem patrzącą na każdą odmienność. A jednak okazuje się, że wciąż mam tutaj sporo do zrobienia.
Olga: W DKCz wzięłam się z samotności. Nie znałam w Krakowie nikogo. Kiedy szłam na pierwsze spotkanie, mój cel był wyraźnie określony. Chciałam posłuchać kogoś innego niż ja sama. Wyjść z własnej głowy. Czytanie to samotne (najczęściej) doświadczenie. Szkoda, że tak rzadko dorośli czytają sobie książki na głos. DKCz to dla mnie odzyskanie czytania. Gdzieś pod „polem literackim”, gdzieś na obrzeżach „imaginarium”, gdzieś na marginesie słów dużych, akademickich i chłodnych są kluby. I spotykam się tam z osobami, z którymi w innych okolicznościach nigdy bym się nie spotkała, nigdy z nimi nie porozmawiała. I oni, one, uczą mnie czytać. Przypominają o podstawowej ekscytacji związanej z książkami: o tym, że w każdej książce jest tyle historii, ile osób ją przeczyta. Nie zgadzamy się ze sobą lub przeciwnie – energicznie sobie potakujemy. Klub prowadzony przez Anię Marchewkę to szczególne miejsce, miejsce, które m i e ś c i: różnorodność, ciekawość, kulturalną, ale niekiedy ostrą dyskusję. Odczytujemy książki na sposoby, których osoby autorskie nigdy by nie wymyśliły, a krytycy literaccy ich nie uprawomocnili. A to przecież czytelnicy, my, jesteśmy podstawową instancją. Nie do ferowania wyroków, bo to nie proces, ale do odczytywania. Nie przyznamy nagród literackich, nie wpiszemy książki w akademicki kanon (?), ale damy jej życie. Każda z tych lektur będzie w nas żyła, pracowała i owocowała. Odzyskaliśmy czytanie w tych ponurych czasach. Jak śpiewała Rihanna w przeboju Calvina Harrisa: we found love in a hopeless place.
Ola: Przychodzę, przybiegam, uciekam do Massolitu po chwilę skupienia i wyciszenia. Po dniach w biegu między pracą a przedszkolem, po próbie spełnienia życzeń dzieci i klientów tutaj przez dwie godziny wsłuchuję się w głosy mądre, przejęte, czasami irytujące, czasami nie na temat, ale przypominające mi, jak bardzo kocham literaturę i jak bardzo mi jej brak. I wychodzę nieco wolniejszym krokiem, bardziej odprężona i zaciekawiona. Taka terapia za jedną książkę.
Ania Piwowarska: Nie oszukujmy się. W dzisiejszym świecie trudno jest spotkać osobę, która czytała to samo co my, na dodatek w tym samym lub zbliżonym czasie. Dlatego większość rozmów o literaturze, które prowadziłam, zanim zetknęłam się z krakowskimi Dyskusyjnymi Klubami Czytelniczymi, brzmiała jak rekomendacje lokali gastronomicznych: „to fajne”, „to super”, „a to można sobie odpuścić”. Na to, by wyjaśnić, dlaczego fajne albo dlaczego odpuścić, zwykle nie było już czasu ani miejsca. Nie chciało się też spojlerować ani zanudzać rozmówczyni opowieścią o książce, której nie czytała, a być może nigdy nie przeczyta. Nie bardzo też chciało się słuchać wywodu drugiej strony o książce jeszcze przez nas nieprzeczytanej (której również być może nigdy się nie przeczyta). Rozmowy na temat książki, którą obydwie strony przeczytały, najlepiej nie tak dawno temu, i do tego wciąż ją żywo pamiętają, to był skarb. Rzecz bardzo rzadka i bardzo cenna. Tymczasem podczas spotkań DKCz, zwanych pieszczotliwie „dekaczkami”, takie skarby to dopiero punkt wyjścia. Można nie tylko porozmawiać o tej samej książce, można się też o nią pokłócić. Można odkryć, że niektórzy, choć czytali to samo, odczytali to zupełnie inaczej. Można wyjść z całą stroną innych tytułów książek i filmów, które wzbogaciły dyskusję i poszerzyły konteksty interpretacyjne. Można w końcu głośno wyrażać opinie zupełnie banalne („kocham te bohaterkę”, „nie trawię typa”). Można też przyznać, że się utknęło albo nie zdążyło przeczytać ostatnich stron. Albo że czegoś się nie zrozumiało. Miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniach DKCz przypominających wykłady akademickie (DKCz Proza Ani Marchewki to zdecydowanie ten kierunek) i takich, które były prowadzone jak luźne rozmowy przy piwie z dawno niewidzianymi znajomymi (DKCz Reportaż Szymona Kloski). Wciąż mam w pamięci spotkania online DKCz Klasyka (z Marcinem Wilkiem) i DKCz Poezja (z Wojciechem Bonowiczem), które ratowały mnie w długie zimowe covidowe wieczory. Dziś też chętnie odbywałabym część spotkań w takiej formule. Na szczęście jest jeszcze klub czytelniczy online „Buch, czyli książka” (poświęcony literaturze niemieckiej) oraz Pauzowy Klub Książkowy (poświęcony zagranicznym nowościom Wydawnictwa Pauza – w spotkaniach czasem uczestniczą tłumaczki omawianych książek). Obecnie mieszkam za granicą i z tęsknoty za rozmowami o książkach zorganizowałam tutaj oddolny i samozwańczy Book Club. Staram się tak układać plan pobytu w Krakowie, by zahaczył co najmniej o jedną rozmowę. Czasem jednak orientuję się za późno i przychodzę, nie przeczytawszy danej książki w całości – dla samej przyjemności posłuchania tych rozmów (oraz niekiedy wykładu lub ploteczek). Bo rozmowy o książkach, których się nie przeczytało (albo nie doczytało do końca), to osobna dyscyplina sportu w ramach DKCz.
Mirka K.: Powstanie klubów czytelniczych zbiegło się z początkiem nowego etapu w moim życiu. Tak się złożyło, że przez wiele lat czytałam głównie „po coś”, można powiedzieć: utylitarnie, kod kątem wykorzystania książki w mojej pracy zawodowej, na przykład jako kontekst i poszerzenie tematu głównego lekcji. Kiedy przeszłam na emeryturę, nagle pojawiły się obawy, czy czytanie tylko dla siebie ma sens, czy nie będzie to wyłącznie zapełnieniem czasu, takim pustym przebiegiem. Spotkania czytelnicze odkryłam przypadkiem podczas giełdy książek na Placu Marii Magdaleny naprzeciw Kościoła św. Piotra i Pawła. Na jednym ze straganów (Antykwariatu Abecadło) widniało ogłoszenie o spotkaniu dyskusyjnego klubu czytelniczego na temat Moralności pani Dulskiej. Byłam świeżo po lekturze biografii Gabrieli Zapolskiej Szkło i brylanty. Przyszłam na spotkanie – i tak się zaczęła moja przygoda oraz wielka nowa przyjemność czytelnicza. Dziś, z perspektywy kilku lat, mogę powiedzieć, że dyskusje o książkach w gronie ludzi, którzy kochają czytać, są najlepszą rozrywką w Krakowie! Najbliższy jest mi klub prozy współczesnej w Massolicie, prowadzony przez Annę Marchewkę, oraz klub klasyki w Antykwariacie Abecadło, prowadzony przez Marcina Wilka. Oboje prowadzący stawiają ciekawe pytania dotyczące lektury, co wywołuje dyskusję, a nawet polemiki. Muszę tu wyznać, że Anna Marchewka bardzo poszerzyła moje pole czytelnicze. Książki, które proponuje, nigdy nie pojawiłyby się w przestrzeni moich zainteresowań. Odkryłam niezwykłą literaturę spoza Europy i to uważam za wielką wartość. Mimo że spotkania są otwarte i co rusz dołączają do nas nowe czytelniczki i czytelnicy, to trzon grupy – mam wrażenie – tworzą osoby, które znają się od lat i lubią swoje towarzystwo, o czym świadczą choćby rozmowy prowadzone po zakończonym spotkaniu, kiedy musimy już opuścić lokal. Można by dużo jeszcze opowiadać, ale trzeba także oddać głos innym. Zatem do zobaczenia na następnym spotkaniu, wszyscy na nie czekamy.
MK: Dowiedziałam się o klubie w 2021 roku z ulotek znalezionych w księgarni. W szkole nigdy nie przepadałam za językiem polskim, nigdy też nie byłam z niego dobra – chyba dlatego, że zawsze zwracałam uwagę na „złe” wątki. Do momentu trafienia do klubu znałam tylko dwie osoby regularnie czytające książki podobne do moich lektur: byli to moi rodzice. Miło jest na żywo zobaczyć inne osoby (w różnym wieku i o różnym backgroundzie), które czują i myślą podobnie. Mimo że nie spotykam się z żadnym z uczestników poza klubowymi dyskusjami, są to ludzie, których lubię i z którymi tworzę wspólnotę. Jeszcze nigdy nie czułam się tak związana z podobną grupą. Dobrze jest mieć do czego wracać w chaosie ostatnich lat. Dziękuję, że jesteście!
Marta: DKCz to miejsce, gdzie można podyskutować o książkach z oczytanymi, myślącymi ludźmi, w którym prowadzi się ożywione dyskusje i mimo różnic w poglądach wszyscy wychodzą ze spotkań zadowoleni. Nie ma wielu innych takich przestrzeni.
Gosia: Odpowiedź na pytanie: „skąd jesteś?”, jest w moim przypadku tak skomplikowana, że ułożyłaby się w dość złożoną historię. Sądzę, że wiele osób ma podobnie. To literatura podpowiedziała mi, jak mogę sama układać własną narrację o sobie i świecie w sposób wymykający się zdaniom wytartym, nieprzystającym do rzeczywistości czy narzuconym (co nie jest łatwym zadaniem). Właśnie z marzenia, by dzielić tę potrzebę słuchania i tropienia znaczeń w opowieściach, by wspólnie przeżywać emocje z tym związane, wzięła się moja decyzja o przyjściu na spotkanie klubu. Myślę, że jesteśmy tutaj, ponieważ chcemy być usłyszani. Przybywamy, żeby spotkać się w języku i w opowieści. Nawet wtedy, gdy różnimy się w odczytaniu czy doświadczaniu danego tekstu, pozostajemy na jakiejś wspólnej płaszczyźnie, używamy literatury i języka, razem, wielogłosowo opowiadamy sobie świat i siebie nawzajem. Staramy się sięgnąć gdzieś głębiej w procesie rozumienia. Myślę, że to dla nas bardzo ważne doświadczenie. Jestem za nie ogromnie wdzięczna, nieustająco.
Joanna: Przyjechałam tu w drugiej połowie XX wieku z robotniczego Gdańska. Kraków był dla mnie wtedy miastem księgarń i antykwariatów, po których uwielbiałam się włóczyć. Teraz włóczę się po kawiarnio-księgarniach i klubach, to znaczy DKCz-ach. Nie potrafię żyć bez książek, literatura towarzyszy mi od zawsze, chociaż bywa, że wątpię w jej sens. Na co dzień z racji wykonywanego zawodu operuję językiem muzyki i bardzo brakuje mi słów, dlatego muszę czytać. Nie pamiętam, kiedy ani jak trafiłam do DKCz, pewnie gdzieś zobaczyłam plakat albo ulotkę. Wpadłam po uszy! Pracuję popołudniami i muszę nieźle kombinować, żeby przyjść na spotkanie z kolejną lekturą, a przede wszystkim – ze wspaniałymi ludźmi. Wśród nich czuję się jak wśród przyjaciół, chociaż niewiele o sobie wiemy i niekoniecznie widujemy się poza DKCz. A jednak łączy nas coś ważnego i pięknego. Zastanawiam się, co to jest… Otwartość na świat i drugiego człowieka? Ciekawość? Uważność? Szacunek do wszelkiego stworzenia? Nasze rozmowy są żarliwe. Bywa, że zamieniają się w spory, w których albo nikt nie ma racji, albo mają ją wszyscy, co jest możliwe tylko w świecie wyobraźni. Ale nie bujamy w obłokach, o nie, poruszamy ważne zagadnienia dotyczące świata i egzystencji. Zachwyca mnie wielość interpretacji i spostrzeżeń. Dziękuję prowadzącym i wszystkim uczestnikom dyskusji w DKCz za otwieranie mi oczu. Cudownie jest poznawać świat w Waszym towarzystwie! Odnoszę wrażenie, że odbyliśmy razem niejedną podróż i przeżyliśmy wiele przygód. My czy bohaterowie książek? A czy to nie wszystko jedno?
