Wypis z ksiąg własnych

Justy­na Sobo­lew­ska ape­lu­je o podej­mo­wa­nie świa­do­mej decy­zji lek­tu­ro­wej. W jej uję­ciu książ­ka jest instru­men­tem roz­po­czy­na­ją­cym zło­żo­ny pro­ces, w któ­rym istot­ne są: miej­sce, pozy­cja, warun­ki, nastrój, for­ma dnia, nie­co mniej kom­pe­ten­cje czy­tel­ni­ka. Przy­naj­mniej z zało­że­nia.

Trze­ba dużej odwa­gi, żeby w dobie Tik­To­ka, komer­cja­li­za­cji sztucz­nej inte­li­gen­cji i maso­we­go fabry­ko­wa­nia obra­zu rze­czy­wi­sto­ści zachę­cać spo­łe­czeń­stwo do uważ­ne­go czy­ta­nia, do lek­tu­ry przy­no­szą­cej satys­fak­cję i przy­jem­ność, do uczty inte­lek­tu­al­nej. Kul­tu­ra maso­wa skro­jo­na jest pod odbior­cę przy­swa­ja­ją­ce­go tre­ści krót­kie, krzy­kli­we oraz indy­wi­du­al­nie dopa­so­wa­ne.

Trud­no więc dzi­wić się sytu­acji, w któ­rej wydaw­cy – w tro­sce o swój byt – zale­wa­ją rynek publi­ka­cja­mi o nie­skom­pli­ko­wa­nych fabu­łach, stwo­rzo­ny­mi ze zdań pro­stych i łatwo przy­swa­jal­nych. Dzię­ki tej stra­te­gii sta­ty­sty­ki czy­tel­nic­twa nie wyglą­da­ją naj­go­rzej, naj­now­sze poda­ją, że po książ­ki się­ga ponad 40% pol­skiej popu­la­cji. Z tym że jest to dekla­ra­cja lek­tu­ry przy­naj­mniej jed­nej pozy­cji rocz­nie – waru­nek tyleż mini­mal­ny, co real­ny, zwłasz­cza w dobie rze­czy­wi­sto­ści obraz­ko­wej.

Ist­nie­ją jed­nak roz­ma­ite krę­gi lek­tu­ro­we zna­czą­co zawy­ża­ją­ce sta­ty­sty­ki. Moż­na je nawet okre­ślić bań­ka­mi. Czy­tel­ni­cy gatun­ko­wi, pro­fe­sjo­nal­ni, nauko­wi; pasjo­na­ci, wiel­bi­cie­le, nało­gow­cy. To jed­nost­ki poszu­ku­ją­ce praw­dy o świe­cie, zain­te­re­so­wa­ne opty­ką Inne­go, głod­ne wie­dzy. Cza­sem wystę­pu­ją samot­nie, czę­ściej pre­fe­ru­ją kon­tak­ty gru­po­we, dys­ku­sje oso­bi­ste i wir­tu­al­ne, tak by podzie­lić się opi­nią na temat ostat­niej lek­tu­ry. Z prze­czy­ta­nej książ­ki zosta­je bowiem tyle, ile prze­ka­że się innym. O takich ludziach i dla takich ludzi Justy­na Sobo­lew­ska napi­sa­ła Książ­kę o (nie)czytaniu.

Książki są dla ludzi

Roman­si­dła z Auschwitz w tle, young adult, afir­ma­cja abso­lut­nie wszyst­kie­go, keto / glu­ten free / die­ta glu­ko­zo­wa, nor­dyc­ki kry­mi­nał – to naj­waż­niej­sze tren­dy czy­tel­ni­cze ostat­nie­go, powiedz­my, dzie­się­cio­le­cia. Bodaj jedy­nym pozy­tyw­nym giga­tren­dem są bio­gra­fie: czy to osób dotych­czas pomi­ja­nych (jak choć­by Anna Iwasz­kie­wicz, Keith Haring, Józef Czap­ski, Anna Świrsz­czyń­ska), czy zna­nych, ale odczy­ty­wa­nych na nowo, bez hagio­gra­fii, ale rów­nież bez eks­hi­bi­cjo­ni­zmu (by wymie­nić kil­ka nazwisk: Maria Konop­nic­ka, Zbi­gniew Cybul­ski, Tade­usz Borow­ski, Róża Luk­sem­burg, Jerzy Andrze­jew­ski, Agniesz­ka Osiec­ka). Rewer­sem są oczy­wi­ście pącz­ku­ją­ce spo­wie­dzi cele­bry­tów, śru­bu­ją­ce wyni­ki sprze­da­ży, szcze­gól­nie w okre­sach oko­ło­świą­tecz­nych. Rene­sans twór­czo­ści intym­nej – rów­nież w posta­ci dzien­ni­ków – trwa w naj­lep­sze już trze­cią deka­dę i nic nie wska­zu­je na to, żeby miał się skoń­czyć. I dobrze, ponie­waż zaspo­ka­ja potrze­by roz­ma­itych grup czy­tel­ni­czych: tych poszu­ku­ją­cych wyzwań inte­lek­tu­al­nych i pra­gną­cych prze­kra­czać gra­ni­ce wyzna­czo­ne przez tra­dy­cyj­ną histo­rio­gra­fię, ale tak­że tych cie­ka­wych intym­nych zwie­rzeń ido­li czy ich dro­gi do sła­wy.

Ana­li­zu­jąc rynek czy­tel­ni­czy, Sobo­lew­ska sta­wia fun­da­men­tal­ne w swo­jej isto­cie pyta­nie: czy współ­cze­sna lite­ra­tu­ra jest skro­jo­na pod odbior­ców czy może to wydaw­cy kształ­tu­ją potrze­by książ­ko­żer­ców? Inny­mi sło­wy: czy doszli­śmy do takie­go momen­tu, kie­dy towar jest źró­dłem zarob­ku, i to nie­za­leż­nie od potrzeb, jakie zaspo­ka­ja?

Odpo­wiedź wyda­je się oczy­wi­sta: tak, decy­zje wydaw­ni­cze są obec­nie podej­mo­wa­ne na pod­sta­wie per­spek­ty­wy zysku. Nie było­by Sza­chist­ki z Auschwitz, Chłop­ca z Auschwitz Sióstr z Auschwitz, gdy­by nie suk­ces Tatu­aży­sty z Auschwitz. Kie­dy powieść Heather Mor­ris zyska­ła mię­dzy­na­ro­do­wą popu­lar­ność, rze­sze piszą­cych natych­miast zabra­ły się do two­rze­nia fabuł roz­gry­wa­ją­cych się w obo­zie zagła­dy. Akcen­tu­jąc kil­ka naj­istot­niej­szych, ale też bole­śnie oczy­wi­stych ele­men­tów (ter­ror, głód, strach), snu­to opo­wie­ści o przy­jaź­ni i miło­ści, któ­re rów­nie dobrze mogły­by zawią­zać się na Sze­tlan­dach i w Pro­wan­sji. Po pro­stu odpo­wia­da­no na zapo­trze­bo­wa­nie ryn­ku. Moż­na roz­dzie­rać sza­ty w geście pro­te­stu, skąd­inąd zupeł­nie uza­sad­nio­ne­go, ale moż­na tak­że czer­pać radość z naj­bar­dziej pod­sta­wo­we­go fak­tu popu­lar­no­ści ksią­żek jako takich.

Zda­je się, że autor­ka Książ­ki o (nie)czytaniu opo­wia­da się po stro­nie praw­dy histo­rycz­nej i obu­rze­nia, co ponie­kąd stoi w sprzecz­no­ści z nad­rzęd­ną, jak się zda­je, tezą o rado­ści czy­ta­nia za wszel­ką cenę. Jak sama jed­nak przy­zna­je, zawsze, nie­za­leż­nie od tren­dów i momen­tu histo­rycz­ne­go, naj­le­piej sprze­da­wa­ła się pul­pa, szmi­ra (szko­da, że zabra­kło w książ­ce Sobo­lew­skiej nawią­za­nia do zna­ko­mi­tej Szmi­ry Char­le­sa Bukow­skie­go, kwin­te­sen­cji zaspo­ka­ja­nia czy­tel­ni­czych pra­gnień). Powód był i zapew­ne będzie nie­zmier­nie pro­sty: czy­tel­nik maso­wy szu­ka eks­pli­ka­cji swo­ich poglą­dów i pra­gnień, nawet tych skry­tych, o któ­rych nie wspo­mi­na się w towa­rzy­stwie, ale któ­re wią­żą się z czy­stą przy­jem­no­ścią lek­tu­ry. To sche­mat podob­ny do inter­ne­to­wych forów i gru­po­wych cha­tów – popu­li­stycz­ne hasła odwo­łu­ją­ce się do ata­wi­stycz­nych lęków i dzie­dzi­czo­nych gene­tycz­nie traum zdo­by­wa­ją poklask i gro­ma­dzą gło­sy popar­cia. Jeśli więc czy­tel­nik znaj­dzie w lek­tu­rze wytchnie­nie od codzien­ne­go zgieł­ku, lep­szy świat bądź odpo­wie­dzi na rodzą­ce fru­stra­cję pyta­nia, to zacznie wer­to­wać kolej­ne tomy roman­sów kon­cen­tra­cyj­nych, porad die­te­tycz­nych czy fan­ta­zji ero­tycz­nych mło­dych doro­słych. W ustę­pach Justy­ny Sobo­lew­skiej o auschwit­zach jest gest pro­te­stu moral­ne­go, prze­sła­nia go jed­nak – zupeł­nie słusz­ne – zro­zu­mie­nie dla wymy­ka­ją­cych się logi­ce pre­fe­ren­cji czy­tel­ni­czych. Wykwi­ty pseu­do­ho­lo­cau­sto­we sta­no­wią jedy­nie eks­tre­mal­ny przy­kład szmi­ry, zale­d­wie uła­mek pro­cen­ta naj­więk­sze­go zja­wi­ska świa­ta wydaw­ni­cze­go. Osta­tecz­nym kry­te­rium jest w tym wypad­ku radość z czy­ta­nia – odczu­wa­na przez każ­de­go poje­dyn­cze­go czy­tel­ni­ka nie­za­leż­nie od jego świa­to­po­glą­du czy kom­pe­ten­cji inte­lek­tu­al­nych.

Po co w ogóle się męczyć?

W tram­wa­ju prze­szka­dza­ją w utrzy­ma­niu pozy­cji sto­ją­cej, w waliz­ce podróż­nej się nie miesz­czą, w kąpie­li wpa­da­ją do wody, zry­wa­ją domo­we pół­ki, fru­stru­ją nie­uda­ny­mi podej­ścia­mi, nisz­czą wzrok – po co mar­no­wać czas na książ­ki? W zale­wie ście­ku infor­ma­cyj­ne­go, któ­ry ata­ku­je nas w mediach pry­wat­nych i publicz­nych, dodat­ko­we bodź­ce wyda­ją się nie­po­trzeb­ne. Szcze­gól­nie te ofe­ru­ją­ce świa­ty, któ­re trze­ba sobie wyobra­zić. Fil­my i seria­le eli­mi­nu­ją anga­żo­wa­nie fan­ta­zji, a prze­cież tak­że moż­na tra­cić przy nich czas. W dodat­ku o wie­le wygod­niej prze­rwać oglą­da­nie odcin­ka i klik­nąć kolej­ną pozy­cję w wir­tu­al­nym kata­lo­gu, niż wstać z fote­la po następ­ną lek­tu­rę bądź, o zgro­zo!, ruszyć do osie­dlo­wej biblio­te­ki czy księ­gar­ni.

W opo­wie­ści Sobo­lew­skiej książ­ki (wciąż) sta­no­wią reme­dium na szum infor­ma­cyj­ny. Są jak sta­rzy przy­ja­cie­le, do któ­rych moż­na w dowol­nym momen­cie powró­cić, nawet po latach odrzu­ce­nia; nie oce­nia­ją, ponie­waż nie wysy­ła­ją komu­ni­ka­tu zwrot­ne­go inne­go niż ten nada­wa­ny przez czy­tel­ni­ka. Dla przy­kła­du: Fin­ne­ga­nów tren Jame­sa Joyce’a peł­ne­go zna­cze­nia nabie­ra dopie­ro w cza­sie lek­tu­rze gru­po­wej, Za Zło­tą Bra­mą Hele­ny Bechle­ro­wej pozwa­la oswo­ić się z prze­strze­nią po Zagła­dzie, a Cza­ro­dziej­ska góra Tho­ma­sa Man­na przy­wo­dzi na myśl daw­ną sym­pa­tię. W oso­bi­stym związ­ku z książ­ką Sobo­lew­ska widzi tajem­ni­cę aktu czy­ta­nia. Przy­swa­ja­nie infor­ma­cji inter­ne­to­wej trwa od kil­ku sekund do paru minut. Mno­gość wyja­ła­wia te tre­ści ze zna­cze­nia. Dłuż­sza lek­tu­ra daje prze­strzeń do wytwo­rze­nia rela­cji, nie zawsze rado­snej, nie­czę­sto łatwej, ale trwa­łej.

Autor­ka Książ­ki o (nie)czytaniu przy­czy­ny tego sta­nu rze­czy upa­tru­je w nie­ro­ze­rwal­nej wię­zi auto­ra z dzie­łem. Nie­któ­rzy czy­tel­ni­cy podzi­wia­ją twór­ców do tego stop­nia, że uda­ją się w podró­że śla­dem boha­te­rów uko­cha­nych powie­ści lub odtwa­rza­ją tra­sy spa­ce­ro­we Karen Bli­xen, Gustave’a Flau­ber­ta czy Emi­la Cio­ra­na. Przy­wo­ła­ny w Książ­ce o (nie)czytaniu słyn­ny postu­lat Rolan­da Barthes’a doty­czą­cy śmier­ci auto­ra natych­miast zosta­je zasy­pa­ny licz­ny­mi przy­kła­da­mi czy­tel­ni­cze­go odda­nia oso­bie, któ­ra roz­pa­li­ła ogień lek­tu­ry. Dzie­je się tak, ponie­waż więk­szo­ści odbior­ców nie obcho­dzą roz­wa­ża­nia teo­re­tycz­ne o skryp­to­rze, inten­cji czy kodzie kul­tu­ro­wym. Naj­waż­niej­sze są wła­śnie wspo­mi­na­ne przez Sobo­lew­ską ciar­ki na ple­cach – nama­cal­ny, fizycz­ny efekt zetknię­cia się z poru­sza­ją­cą książ­ką. Uważ­ny czy­tel­nik nie­rzad­ko prze­kra­cza gra­ni­cę papie­ro­we­go czy elek­tro­nicz­ne­go medium, wcho­dząc w jed­no­stron­ną rela­cję z twór­cą. Być może tutaj leży źró­dło popu­lar­no­ści bio­gra­fii i pry­wat­nych zapi­sków: książ­ko­wych mania­ków inte­re­su­ją nie tyl­ko samo dzie­ło, ale rów­nież dzie­je i myśli oso­by piszą­cej.

To zwią­zek nie do odtwo­rze­nia w krót­kiej infor­ma­cji czy rol­ce na Insta­gra­mie. Owszem, oso­bo­wo­ści inter­ne­to­we gro­ma­dzą spo­łecz­no­ści fanow­skie, wyma­ga to jed­nak cza­su i spo­re­go wysił­ku: regu­lar­ne­go posto­wa­nia i ofe­ro­wa­nia odbior­com wie­dzy lub rela­cji z wła­sne­go życia. To w isto­cie nowo­cze­sna for­ma pro­wa­dze­nia dzien­ni­ka z ele­men­ta­mi powie­ści odcin­ko­wej, nie­rzad­ko wyda­wa­nej osta­tecz­nie w wer­sji cią­głej (Histo­ria bez cen­zu­ry Woj­cie­cha Drew­nia­ka, Boże, Beata! Mate­usza Gle­na czy publi­ka­cje Ada­ma Mir­ka). Osta­tecz­nie wszyst­ko więc spro­wa­dza się do książ­ki, nawet vira­lo­we bła­host­ki.

Okładka książki Justyny Sobolewskiej pod tytułem, „Książka o (nie)czytaniu”.
Justyna Sobolewska, „Książka o (nie)czytaniu”, Warszawa: Iskry, 2025.

Pozycja (nie) dla wszystkich

Obser­wu­jąc pro­ces pro­mo­cyj­ny książ­ki, moż­na poczuć się nie­co oszu­ka­nym zarów­no przez autor­kę, jak i przez wydaw­cę. Blurb, rol­ki w socia­lach i wypo­wie­dzi medial­ne Sobo­lew­skiej są zachę­ca­ją­ce, wręcz nie­sły­cha­nie włą­cza­ją­ce: chodź­my poczy­tać, zrób­my to razem, wszy­scy, wszę­dzie, teraz! Nie­mniej już po pierw­szych ustę­pach orien­tu­je­my się, że ten klub wca­le nie jest dla wszyst­kich. Tak, jest to książ­ka napi­sa­na przy­stęp­nie i inklu­zyw­nie, na pozio­mie języ­ko­wym uni­wer­sal­ność zapro­sze­nia nie ule­ga wąt­pli­wo­ści. Źró­dła rado­ści czy­tel­ni­czej pisar­ki są jed­nak tak róż­no­rod­ne, że fani pro­zy gatun­ko­wej – mimo pusz­cza­ne­go do nich co pewien czas oka – mogą naba­wić się kom­plek­sów. Sobo­lew­ska żon­glu­je nazwi­ska­mi i pozy­cja­mi, do któ­rych się odno­si, z ogrom­ną łatwo­ścią i ewi­dent­ną przy­jem­no­ścią; poja­wia­ją się tu Mar­cin Wicha, Umber­to Eco, Sán­dor Márai, Migu­el Cervan­tes, Susan Son­tag czy Vla­di­mir Nabo­kov. Tyle że współ­od­czu­wa­nie tej rado­ści w peł­nym zro­zu­mie­niu moż­li­we jest jedy­nie dla kogoś, kto posia­da kom­pe­ten­cje i doświad­cze­nie czy­tel­ni­cze podob­ne do tych, jaki­mi dys­po­nu­je autor­ka. W prze­ciw­nym wypad­ku sama eks­ta­za lek­tu­ro­wa będzie nie­wy­star­cza­ją­ca.

Książ­ka o (nie)czytaniu nie jest dla wszyst­kich, nie jest uni­wer­sal­nym ese­jem o esen­cji odbie­ra­nia komu­ni­ka­tów zamknię­tych mię­dzy okład­ka­mi. To w isto­cie wypis z lek­tur wła­snych autor­ki, któ­rym dzie­li się ona ze świa­tem bez inten­cji ewan­ge­li­za­cyj­nych. To popar­te wie­lo­ma przy­kła­da­mi zapro­sze­nie do pod­ję­cia wysił­ku lek­tu­ro­we­go nie z obo­wiąz­ku, a dla czy­stej przy­jem­no­ści, w odpo­wie­dzi na w peł­ni uświa­do­mio­ną potrze­bę. To w koń­cu uśmiech w stro­nę wszyst­kich uczest­ni­ków pro­ce­su wydaw­ni­cze­go.

Mode­lo­wi odbior­cy Książ­ki o (nie)czytaniu muszą podzie­lać entu­zjazm Sobo­lew­skiej i pozo­sta­wać otwar­ci na roz­cza­ro­wa­nie wła­sny­mi doświad­cze­nia­mi czy­tel­ni­czy­mi. Jest bowiem bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że lek­tu­rze będą towa­rzy­szy­ły obszer­ne notat­ki z wypi­sem cyta­tów i dłu­gą listą pozy­cji do prze­czy­ta­nia.

Hołd dla Marcina Wichy

Oma­wia­jąc pozy­cję Justy­ny Sobo­lew­skiej, nie spo­sób nie wspo­mnieć o posta­ci, któ­ra patro­nu­je całe­mu przed­się­wzię­ciu. Mar­cin Wicha jest dobrym duchem Książ­ki o (nie)czytaniu, jego reflek­sje nad codzien­no­ścią poja­wia­ją się tu wie­lo­krot­nie, są umiesz­cza­ne w roz­ma­itych kon­tek­stach, lecz zawsze pasu­ją ide­al­nie, zawsze wypeł­nia­ją i puen­tu­ją myśl autor­ki. Wicha pod pió­rem Sobo­lew­skiej ura­sta do ran­gi jed­ne­go z naj­wy­bit­niej­szych pisa­rzy współ­cze­snych – i nie wyglą­da to spe­cjal­nie kon­tro­wer­syj­nie. Być może za deka­dę albo dwie oka­że się, że sze­ro­kie gro­no czy­tel­ni­ków i spe­cja­li­stów od lite­ra­tu­ry umie­ści auto­ra Rze­czy, któ­rych nie wyrzu­ci­łem na liście TOP 20 twór­ców pierw­szej poło­wy XXI wie­ku. I w żad­nym wypad­ku nie będzie to osąd chy­bio­ny.

 

Radosław Młynarczyk

– redaktor i literaturoznawca.

więcej →

Fallback Avatar

– krytyczka literacka i dziennikarka tygodnika „Polityka”.

więcej →

Powiązane teksty