Czytam Notatki dla Johna Joan Didion i w miarę lektury kolejnych fragmentów w mojej kieszeni otwiera się może nie nóż, ale na pewno scyzoryk. Wszystko się w tym tekście sypie: struktura „rozdziałów”, konstrukcja samych zdań. Już nawet nie podglądamy przez szybkę czy szparę kompletnego rozchwiania i rozpadu autorki, bezradnej w obliczu prywatnego końca świata, ale patrzymy na zapis tych doświadczeń przez szeroko otwarte drzwi.
Jak to się stało, że możemy czytać Notatki…? Tekst nie był przeznaczony do publikacji. Około 1999 roku bardzo zła sytuacja domowa zaprowadziła Didion na kozetkę psychoanalityka Rogera McKinnona (wcześniej autorka korzystała z porad psychiatry, ale stawiała opór wobec terapii). Wyjątkowo ceniony i popularny wśród nowojorskiej inteligencji analityk w tradycji freudowskiej zaproponował pisarce tworzenie swego rodzaju sprawozdań z tych spotkań, w tym przypadku pozorowanych jako relacja niemal słowo w słowo. Miało to pomóc Didion, kreującej wcześniej wokół siebie aurę powściągliwości i opanowania, w przetrawieniu licznych i długotrwałych problemów małżeńskich i macierzyńskich. Zarówno jej związek z pisarzem i scenarzystą Johnem Gregorym Dunnem, jak i relacja z adoptowaną córką Quintaną, od wielu lat pełne napięć i trudności, znalazły się w fazie kryzysu.
Z zapisów wynika, że Didion i Dunne całkowicie polegli w kwestii relacji rodzicielskich, które Quintana, otrzymawszy minimum uwagi i maksimum wolności, okupiła uzależnieniem (przede wszystkim od alkoholu) oraz zaburzeniem osobowości. Prawie trzyletnia terapia przebiegała pod znakiem niezwykle bolesnej szarpaniny między przepełnioną poczuciem winy Didion a jej córką. Dostrzegamy tu znajome tropy zagubienia, zaniechań, błędów i niesymetrycznych relacji, w których spełnianie każdej zachcianki zastępowało okazywanie prawdziwej uwagi i uczuć, skutkujące całkowitym nieprzystosowaniem córki do życia. Utytułowana matka jest tu w pewnym sensie równie pogubiona, z tym że dzięki talentowi lepiej sobie w tym świecie radzi. Uwikłana we własne problemy i zajęta pisaniem, Didion prawdopodobnie nigdy nie powinna była mieć dzieci. Mimo dobrej woli wszystkich zaangażowanych nie sposób znaleźć wyjścia z trudnej sytuacji. Być może Didion rzeczywiście była beznadziejną matką, ale czy naprawdę musiałam – jako czytelniczka – się o tym dowiadywać? Poznawać ją w chwilach najbardziej delikatnych, pozbawioną szans na obronę, czyli choćby wycyzelowanie tekstu nieprzeznaczonego pierwotnie do publikacji?
W czasach chłodnej obserwacji i bezwzględnej, brutalnej oceny życia prywatnego osób publicznych Didion nie wypada najlepiej. Ale jej przykład pokazuje również naszą bezbronność w obliczu tak bezceremonialnego wkraczania w prywatność jednostki. W 2025 roku (wtedy ukazują się Notatki…, wtedy też powstaje ten tekst) wiemy już, że przekonanie o doskonałym, udanym i pełnym sukcesów życiu Didion, jednej z najsłynniejszych i najbardziej docenionych pisarek amerykańskich XX wieku, miało niewiele wspólnego z rzeczywistością. Ukazało się kilka jej biografii, w tym Ostatnia pieśń miłosna Tracy’ego Daugherty’ego. Znakomity biograf mimo wszelkiego rodzaju trudności (między innymi mimo odmowy współpracy ze strony pisarki) zdołał ukazać pęknięcia w tej fasadzie. Jednak nawet on poległ w zetknięciu z mitem, ponieważ na każdym kroku próbował usprawiedliwiać Didion. Daugherty interpretował jej postawę i decyzje jako przesiąknięte poczuciem winy z powodu niesprostania roli matki, a jeśli okazywało się, że pisarka nie lubiła feministek, natomiast jej sympatię budziła Linda Kasabian, jedna z morderczyń z bandy Charlesa Mansona, tłumaczył to za pomocą odwołań do licentia poetica.
Z pisaniem o Joan Didion mamy w Polsce problem. Polega on na gigantycznie zróżnicowanej recepcji. Jeśli wpisać nazwisko autorki do wyszukiwarki, pojawią się setki, jeśli nie tysiące wnikliwych tekstów po angielsku, rozkładających najdrobniejsze aspekty twórczości pisarki na czynniki pierwsze. Każda nowa publikacja dotycząca Didion czy też pośmiertne zbiory jej tekstów są omawiane w długich esejach i gruntownych opracowaniach. Każdy szanujący się krytyk chce coś o niej napisać, bo pisanie o Didion to trochę jak korzystanie z jej splendoru. W Polsce natomiast jakoś kult ten nie chce się narodzić, choć w ostatnich latach ukazało się wiele przekładów jej książek, w tym być może najważniejszej, czyli Dryfując do Betlejem. Nie widzę bookstagramerek postujących selfie z Rokiem magicznego myślenia czy Błękitnymi nocami w mediach społecznościowych. Ale – co gorsza – nie widuję literaturoznawczych analiz pisarstwa Didion, nie publikuje się wnikliwych recenzji jej tekstów.
Didion na nowo zwróciła naszą uwagę bardzo późno, już po – moim zdaniem – lukrowanym i powierzchownym filmie dokumentalnym Netflixa The Center Will Not Hold: Joan Didion (Wszystko w rozkładzie), po śmierci w 2021 roku. Ale nawet w Stanach Zjednoczonych gwiazda Didion zaczynała przygasać. Rok magicznego myślenia, ostatnia ważna książka tej autorki, ukazała się w 2005 roku (w 2007 roku w Polsce nakładem Prószyński i Ska). A to właśnie drastycznie osobista zawartość Roku… – nagła śmierć męża twórczyni, zbliżająca się śmierć jej bardzo chorej córki – przywróciła i umocniła kultowy status pisarki. Nadejście ery autofikcji i swego rodzaju uzależnienie publiczności od opowieści o „prawdziwym życiu”, wręcz fascynacja takimi narracjami, która opanowała anglosaski rynek wydawniczy, wreszcie zagwarantowały książkom Didion miejsce w kanonie literatury. Pisarka doskonale nadawała się na klasyczkę: autorka legendarnych reportaży z epoki, którą Amerykanie uważają za „ostatnie chwile niewinności” swojej historii, uświęcona współpracą z biblią intelektualistów, czyli „New York Review of Books”, kobieta odnosząca sukcesy w czasach niezbyt przychylnym kobietom, obracająca się w towarzystwie zarówno Hollywood, jak i ekscytującej kontrkultury.
Okazuje się, że tego mitu nie można tak łatwo przełożyć na język polski. Będzie więc zadaniem dziwnym i trudnym napisanie o Didion – w dodatku w odniesieniu do tak dziwnej i budzącej zastrzeżenia książki, jaką są Notatki dla Johna – czegoś, co wniosłoby do dyskursu nowe treści, kiedy ten dyskurs w Polsce w zasadzie nie istnieje. A jednak w czasach autofikcji i popularności non-fiction zrozumienie tej autorki wydaje mi się kluczowe, dlatego też postanowiłam to wyzwanie podjąć.
Didion jest zbyt klasyczna w czasach przemiany paradygmatów. To, co w jej pisarstwie najlepsze (na przykład doprowadzone do perfekcji zdania), może dziś uosabiać niedosiężną doskonałość. Możliwe jednak, że język autorki i tematyka jej książek przyszły do nas za późno i są już po prostu „za stare”. Pod koniec lat 80. ukazały się po polsku: Rzekobieg (jej pierwsza powieść, dotycząca kontrowersyjnego dziś dziedzictwa córki „pionierów”), Graj, jak się da (jej bodaj najciekawsza proza, z czasów kiedy autorka przechodziła załamanie nerwowe i postanowiła rozprawić się ze swoim glamour życiem scenarzystki Hollywood) oraz Modlitewnik (również bezwzględna, zainspirowana własnym życiem pisarki opowieść o jej konserwatywnym backgroundzie i zależności od mężczyzny). Trudno powiedzieć, co z recepcji tej twórczości przetrwało do 2007 roku, kiedy ukazało się pierwsze polskie wydanie Roku magicznego myślenia. Wydaje się, że biografia autorki nie była dostatecznie nam znana, nie byliśmy na tę książkę przygotowani. Za to można mieć pewność, że jednym z najważniejszych trendów literackich ostatniego dziesięciolecia była autofikcja, tak zwana nowa szczerość. Pisanie o sobie stało się jedną z najlepiej przyjmujących się strategii twórczych w XXI wieku. „Nowa szczerość” jako termin miała ujmować złożone zjawiska – od powieści Davida Fostera Wallace’a aż po dominacje singer-songwriterów na rynku muzycznym czy serial Girls – skupione na niedoskonałościach, kwestiach żenujących i wstydliwych, które wprawiłyby w niesmak poprzednie pokolenia artystów. W ten sposób również niedoskonałości literackie stawały się raczej świadomym wyborem niż wypadkiem przy pracy czy obnażeniem braku talentu. To chyba największy wpływ estetyczny milenialsów na współczesną kulturę.
To paradoksalne, że Didion wypłynęła na tej fali – na widok tego rodzaju celowego niechlujstwa raczej cofnęłaby się z obrzydzeniem. Uosabiała niemal skrajne przeciwieństwo tej postawy. W swoim pisaniu przemycała elementy autobiograficzne, jednak zawoalowane, czytelne wyłącznie dla wąskiej grupy odbiorców. Nawet Rok magicznego myślenia, w którym autorka literacko przepracowuje stratę męża i postępującą chorobę alkoholową córki, daleki jest od konfesyjnego tonu. Wydaje się kolejną literacką konstrukcją Didion, w której przedstawia ona raczej korzystny obraz samej siebie. Didion jest też znana z cyzelowania swoich zdań, doprowadzania ich do perfekcji. Mawiała, że gramatyka była dla niej wszystkim. Ćwiczyła, przepisując na maszynie opowiadania Ernesta Hemingwaya, ale prawdziwą szkołą pisania była dla niej praca dla „Vouge’a”, wówczas w tekstach (zwłaszcza w podpisach do zdjęć) wszystko musiało się zgadzać co do przecinka, żadnych zbędnych słów. Nauka wyciągnięta z utworów Hemingwaya pomogła jej zrozumieć, jak działają zdania: powinny być czyste, gładkie, nieprzeniknione. Ta nieprzeniknioność była paliwem i zasłoną dymną Didion.
Zdania Didion są jej znakiem rozpoznawczym: prostota połączona z precyzją, zdolność wypowiedzenia jak najwięcej za pomocą jak najmniejszej liczby słów. Budzą podziw, ale też alarmują, jeśli pomyśleć, że Didion była tą jedyną namaszczoną przez krytykę autorką, której udało się dołączyć do męskiego grona: nie tylko do grupy dziennikarzy o ambicjach pisarskich – przedstawicieli „Nowego Dziennikarstwa”, takich jak Truman Capote, Hunter S. Thompson, Tom Wolfe, Gay Talese i wielu innych – ale i do panteonu amerykańskich pisarzy dwudziestowiecznych. Jeśli prostotę opisywać jako ten najdoskonalszy sposób pisania, oznaczać to będzie też pewnego rodzaju odrzucenie lub krytykę strategii odmiennych. Prostota może być również rodzajem pułapki. Ta forma wydestylowania kreuje wrażenie, że pod spodem nie ma już nic, co można byłoby wyciągnąć na wierzch. Żadnego drugiego dna. Żadnych sekretów.
A jednak tych sekretów było mnóstwo. Selektywne podejście do faktów jest zauważalne zwłaszcza w dwóch ostatnich książkach Joan Didion, czyli Roku… i Błękitnych nocach, napisanych już po śmierci Quintany. Zwłaszcza ta druga pozycja budzi wątpliwości: jak na książkę dotyczącą córki jest tam zaskakująco niewiele o niej samej. Jeśli znaleźć można w tych tekstach introspekcję, to abstrakcyjną. Czytamy o tym, jak po śmierci męża Joan drobiazgowo planowała i urządzała dom dla Johna, na wypadek gdyby „wrócił do domu”, ale o ich wspólnym życiu nie dowiadujemy się niczego. Mamy do czynienia raczej z badaniem umysłu w żałobie, nie ze spowiedzią. Quintana wydaje się tu postacią szczególnie nieuchwytną: nie wiemy, co tak naprawdę się z nią dzieje. Nie dowiemy się tego z poświęconych jej Błękitnych nocy, choć znajdziemy tam informacje o tym, że miała depresję, była niespokojna, piła, a picie nazywała samoleczeniem. Można powiedzieć, że Didion ma prawo do własnej wersji wydarzeń, ma ostatnie słowo w materii własnego życia. Ale po lekturze tych książek inaczej patrzymy na język rzekomo „obiektywnych” Dryfując do Betlejem i Białego albumu.
Jednak pod tym wszystkim wyczuwa się strach. W tytułowym, otwierającym Biały album eseju czytamy długi na całą stronę wypis psychiatry dotyczący pacjentki doświadczającej zawrotów głowy, mdłości i poczucia, że zaraz zemdleje. Potem okazuje się, że tą pacjentką jest sama Didion. Autorka jest w swoich opowieściach, w których nie deklaruje obiektywizmu, ale właśnie sam ich język: tak pozornie prosty i przejrzysty, sugeruje obiektywizm. To oczywiście genialne posunięcie, a Didion potwierdza nim, że jest wielką pisarką. Nawet wbrew woli czytelnika, który musi często skapitulować przed tą pisarską przebiegłością. Kiedy czytamy jedno z najsłynniejszych zdań Didion, czyli „opowiadamy sobie historie po to, by żyć”, otwierające Biały album, to wcale (wbrew często występującym interpretacjom) nie mamy do czynienia z pochwałą pisarstwa i siły opowieści. To raczej uznanie, że świat jest w tak fatalnym stanie, a my wraz z nim, że aby w nim przetrwać, potrzebujemy fikcji, a potem potrzebujemy kurczowo się tych fikcji trzymać. Być może jednak Didion mówiła prawdę, kiedy sugerowała, że jej zdania są przejrzyste. A przynajmniej nie kłamała.
To nie klasyczność formy może sprawiać problem, ale rzadko poddawany dyskusji konserwatyzm Joan Didion. Pisarka pochodziła z konserwatywnej rodziny potomków amerykańskich pionierów, czyli grup osadników, którzy brutalnie kolonizowali zachód kraju w XIX wieku, przesuwając granicę Stanów Zjednoczonych i prowadząc do wysiedleń, a nawet zagłady rdzennych Amerykanów. Osadnicy ci maskowali te zbrodnicze działania pseudofilozofią tak zwanego Objawionego Przeznaczenia. Do dziś dalsza rodzina twórczyni posiada ogromne ilości ziemi z czasów zagrabienia terenów Indianom; można znaleźć na ten temat informacje. Współczesna, kojarzona z Gen Z cancel culture, czyli ocena moralna na podstawie poglądów czy postępków, całkowicie, jak się zdaje, omija Didion. Na razie się jej upiekło. Dlaczego? Często osoby nieznające jej dorobku uważają ją za ikonę feminizmu, tymczasem Didion o feministkach pisała pogardliwie, przypisując im dogmatyczność i upraszczanie skomplikowanych idei. Są na to kwity. Niewiele lepszą opinię miała o lewicowych radykałach z Partii Komunistycznej Ameryki czy Czarnych Panterach. Komentatorzy wspominali o tym często z uznaniem: Didion nie potrafi być hipokrytką, nie umie zaciągnąć się pod jakiś sztandar, jeśli nie wierzy w idee, które on reprezentuje.
A jednak nie jest to do końca prawda: kiedy sytuacja tego wymagała, Didion opowiadała się po którejś ze stron. Na przykład w 1964 roku popierała republikańskiego kandydata na prezydenta Barry’ego Goldwatera, wyrażając w ten sposób sprzeciw wobec reelekcji Lyndona Johnsona, który to najwięcej zrobił dla wprowadzenia desegregacji i równych praw dla Afroamerykanów. Didion nie tylko nie była zainteresowana wspieraniem czarnych współobywateli, ale też aktywnie uczestniczyła w dyskredytacji progresywnych, bardziej lewicowych głosów amerykańskiej polityki. Być może w retoryce amerykańskiej lewicy było sporo niespójności, ale z perspektywy czasu jest jasne, że przynajmniej stanowili jakąś alternatywę. Bez tej alternatywy Stany Zjednoczone zmierzały stopniowo ku neoliberalizmowi, który umocniły rządy Ronalda Reagana. Pod koniec lat 70. poglądy Didion były coraz bardziej prodemokratyczne, jednak swoje najważniejsze aktywne lata poświęciła ona dyskredytowaniu lewicy.
Robili tak zresztą liczni przedstawiciele tak zwanego Nowego Dziennikarstwa. Większość z nich spędziła ten czas na dokumentowaniu „szaleństw” Ameryki przełomu obyczajowego, zajmując bardzo krytyczne i konserwatywne stanowisko wobec prób tworzenia jakiejkolwiek alternatywy dla uświęconego amerykańskiego sposobu życia. Czytając Huntera S. Thompsona, opisującego gangi motocyklowe, czy Gaya Talese’a, który poddawał satyrze seksualną utopię komun naturystów, można odnieść wrażenie, że świat się rozpada, gdyż młode pokolenie otrzymało za dużo wolności i uwierzyło we własne złudy. Joan Didion jawi się tu jako osoba niezwykle krucha, przerażona tym, dokąd to wszystko zmierza.
Ale wcale nie chodzi mi o to, czy Didion była prawicowa czy niewystarczająco lewicowa. Upatruję problemu w utrzymywaniu złudzenia, że można pozostawać bezstronnym lub niezaangażowanym. Złudzenia, że twórca dzięki swojemu przejrzystemu jak woda stylowi, za pomocą którego opisuje tak bardzo podzielony świat, jaki opisywała Didion, w jakiś sposób pozostaje tym rozpadem niedotknięty. To oczywiście kolejna fikcja.
W tym samym czasie Didion opisywała rozpad amerykańskiego świata i rozwijała niezwykle udaną karierę scenarzystki w Hollywood. Miała piękny dom z widokiem na plażę, zapraszała do niego aktorów, pisarzy i śmietankę kontrkulturowego Los Angeles na regularne imprezy. To towarzystwo nie było może prawdziwą bohemą, ale ją przypominało. Osoby z otoczenia autorki tak usilnie starały się zaistnieć w tym świecie, że starsi gracze, na przykład legendarny Christopher Isherwood, uważali ich nachalność za niesmaczną. Didion opisała potem ten okres w Graj, jak się da, być może najbardziej szczerej ze swoich powieści. Właśnie w tej książce apatyczna, pozbawiona energii czy poczucia sprawczości młoda aktorka Maria ma chorą psychicznie adoptowaną córkę, którą wraz z partnerem umieszcza w ośrodku zamkniętym, za co prześladuje ją ogromne poczucie winy. Przez większość powieści kobieta prowadzi zastanawiające, smutne rozgrywki z rozmaitymi mężczyznami, między innymi z nie do końca byłym mężem. Bohaterka proponuje mu, że podda się aborcji – przerwie ciążę, w którą zaszła z innym mężczyzną, byle tylko mąż pozwolił jej odzyskać ich wspólne dziecko. Wydaje się, że w powieści Didion – jak każda śmiertelniczka – projektowała ideę porządku moralnego, której sama rzecz jasna nie potrafiła zrealizować w życiu. Ale być może gorączkowe poszukiwanie sensu czy jakiegoś ładu przebijające z jej książek jest przynajmniej dowodem na chęć podtrzymania tej ułudy. Kwestie emocjonalne wolała przepracować raczej w prozie niż w reportażu; wolała rozegrać je na chłodno.
Może właśnie dlatego autorzy piszący o Didion tak często traktują sprawę osobiście, jakby chodziło o kogoś bliskiego. Starają się ją wybronić z moralnych meandrów, zakrętów i dylematów, których niezbite dowody istnieją w jej pisarstwie. To dlatego, że może ze wszystkich innych pisarzy amerykańskiego mainstreamu, Didion najdobitniej przedstawiła obraz Stanów Zjednoczonych i zaoferowała całemu pokoleniu Amerykanów ich sposób widzenia świata. Nie była to już wizja idealistyczna, naiwna, pełna wiary w odbudowę świata, ale mimo to oferowała pewien całościowy inteligentny opis rzeczywistości późnego XX wieku. Didion zdekonstruowała wyidealizowaną wizję Stanów Zjednoczonych w chwili szczytu ruchu hipisowskiego, momentu w historii tego państwa, kiedy mogło pojawić się coś w rodzaju „nowego socjalizmu” jako opozycja do zbankrutowanej polityki Nixona, wojny w Wietnamie i innych oznak kryzysu poprzez swoje opisy dekadencji, złud i kłamstw, jakie opowiadała sobie w latach 60. kontrkultura. Może dlatego, że nie dorastała w liberalnym domu, wręcz przeciwnie, była wychowywana konserwatywnie, była produktem Ameryki do pewnego stopnia prowincjonalnej – nie miała idealistycznego, inteligenckiego spojrzenia na świat. Jej fani uznają, ze właśnie dzięki swojemu pochodzeniu Didion miała kontakt z „prawdziwą Ameryką” – z redneckami, konserwatystami, tymi wszystkimi, którymi brzydzi się wielkomiejska liberalna elita. Didion nie musiała pisać wprost, że jest krytyczna też wobec rewolucji seksualnej i rozluźnienia norm społecznych. Sam sposób prezentacji materiału jest u niej taki, aby doprowadzić czytelnika do konkluzji, że od całkowitej apokalipsy może nas uchronić już tylko zewnętrzna interwencja, prawna, społeczna czy militarna.
Czy wyżej wymienione spostrzeżenia sprowokowały u mnie niechęć do autorki? Sama jestem zaskoczona, ale stało się wręcz przeciwnie. Im dłużej studiuję jej biografię, tym lepiej rozumiem jej wybory. Didion żyła w określonej epoce, chciała być pisarką i czuć w tym pełną wolność. Na drodze stał seksizm, polityczne zawirowania, niedostrzegalne na pierwszy rzut oka, ale żelazne i nieubłagane zasady, jakimi kieruje się show-business i świat kulturalno-literacki. Zdając sobie sprawę ze swoich ograniczeń, stworzyła personę, kogoś innego niż jest. Nieprzystępną, uosobienie glamouru, postać, której portrety, okraszone wielkoformatowymi zdjęciami ukazywały się w magazynach ilustrowanych. Ten tajemniczy, wyidealizowany obraz zarazem służył autorce do ukrycia się, jak i był cenną strategią, przynoszącą jej uznanie. Didion-Dunne’owie nie przypadkiem wybrali Hollywood: to na sprzedanych scenariuszach naprawdę zarabiali, a nie na reportażach i książkach. Pielęgnowanie idealnego obrazu rodziny musiało być ryzykowne i wymagać ogromnego wysiłku. Notatki dla Johna rozbijają ów obraz w szczególnie spektakularny sposób, choć to tylko przypieczętowanie tego, co już wiedzieliśmy. Konkluzja na pewno jest taka, że kobietom świat wybacza znacznie mniej.
„Styl to charakter”, napisała Didion w jednym z tekstów i tej zasady przestrzegała. Z jednej strony mamy styl jej prozy, słusznie chwalony za stalową, minimalistyczną elegancję. Mamy też styl osobisty, chłodny, zdystansowany sposób bycia, który tak fascynował media. Nowe pokolenie jej fanów, przynajmniej na zachodzie, wydaje się nie odróżniać wręcz jednego od drugiego. Didion wprowadziła nowatorski, osobisty sposób pisania, w którym filtruje otoczenie poprzez siebie, a siebie poprzez otoczenie. Nowe dziennikarstwo zburzyło granice między fikcją a rzeczywistością, zdetronizowało powieść na długie lata, zarazem wciąż bazując na czytelniczym zaufaniu, że dziennikarze mówią prawdę. Didion nie starała się bynajmniej pisać „prawdy”, a przynajmniej inaczej tę prawdę rozumiała. Nie jako perfekcyjną zgodność z faktami, ale jako prawdę perfekcyjnego zdania, które chwyta ducha czasu. Uosabiała słynny „koniec wielkich narracji”. Pisanie Didion było jak ona, pełne sprzeczności. Uwielbiała krótkie, dobitne zdania, które kojarzyły jej się z jej pochodzeniem ze środowiska ludzi, którzy nie lubili rozwodzić się zanadto nad swoimi uczuciami. Ale uwielbiała też pisać długie, pełne złożeń, skomplikowane zdania, w których dochodziło do spiętrzenia ambiwalencji.
Notatki dla Johna już ich nie mają. Didion musiała czuć wewnętrzny konflikt wobec tego materiału – jak na „nieprzeznaczony do publikacji” został starannie przygotowany. Zajmował szczególne miejsce, tuż obok jej komputera, jakby tylko czekał na swoje odkrycie. Notatki napisane zostały przez osobę z pewnością znajdującą się w ogromnym stresie, przestraszoną, wciąż jeszcze próbującą rozpaczliwie poskładać złamany obraz rodziny, siebie, swojej kariery w jedną całość. Jednak w przeciwieństwie do jej memuarów, tutaj nie ma kontroli nad każdą zgłoską. Zdumiewa i budzi podziw fenomenalna zdolność do zapamiętywania szczegółów, co sprawia, że te zapiski czyta się jak coś więcej, niż tylko funkcjonalną kronikę rozmów z psychoanalitykiem. Rozmowy nie dotyczą bynajmniej wyłącznie Quintany. Analityk dotyka dzieciństwa Didion, źródła jej lęków związanych z wyjazdem ojca na wojnę (drugą światową), bada jej reakcję nieobecność ojca (rzekomo przestała wówczas rosnąć), a potem życie rodzinne ze stresem pourazowym ojca. Przewija się przez to lęk przed utratą Quintany: czuła, że na nią nie zasługuje (niezasługiwanie to cały leitmotyw) i żę niechcący uczyniła życie córki zbyt „łatwym” – tzn. do tego stopnia pozbawionym obiektywnych trudności, że uniemożliwiła przez to córce wykształcenie własnego, silnego ja. Wybija się tutaj odpowiedź McKinnona: jedynym sposobem, w jaki może jej pomóc, jest akceptacja, że taka pomoc jest niemożliwa. W pewnym sensie musi pozwolić córce się zniszczyć.
Didion w żaden sposób nie komentuje tych rozmów, nie snuje dodatkowych refleksji, nie sprzeciwia się, ale też nie aprobuje konkluzji analityka. Pozostaje dziwnie nieobecna. Czegoś tu brakuje. Tak, jakby z najbardziej osobistymi problemami chciała radzić sobie bezosobowo. Ujęcie kwestii osobistych w dyskurs terapeutyczny generalizuje je, sprawia, że tracą swoją bolesną jednostkowość. Można powiedzieć, że w przedziwny sposób Didion zachowuje swój sposób widzenia z reportaży. Nie ma tu jednak, wbrew wypowiedziom krytyków wydania tej książki, żadnych wielkich ujawnień czy rewelacji, może poza tym, że autorka była leczona na raka. Przyznaje też w pewnym momencie, że „obawia się”, że nie lubi swojej córki. Kocha ją, ale jej nie lubi. Dowiadujemy się też o desperackich, ale też wprost niemądrych, wywołanych poczuciem winy i bezradnością zachowaniach Didion i Dunne’a. Na przykład dają oni córce 100 tysięcy dolarów jako…prezent pod choinkę, który to prezent trudno potraktować jak cokolwiek innego, niż ułatwianie jej pogrążania się w nałogu.
Niekonsekwencja wobec własnych dzieci jest jednak czymś raczej powszechnym. Błędy rodzicielskie nie omijają wielkich pisarek. Ujawnianie naszych wewnętrznych sprzeczności może boleć, ale sam fakt, że tacy jesteśmy, to raczej norma. Nawet ktoś tak poukładany i precyzyjny, jak Joan Didion. W eseju Why I Write pisała, że pisarz to dla niej „osoba, której najbardziej absorbujące i namiętne godziny zostają spędzone na aranżowaniu słów na kawałkach papieru”. Jeśli Didion pokładała w czymś wiarę, to właśnie w tej aktywności, wobec której wszystko inne bladło. Praca mogła stanowić jedyny stały punkt w obliczu „świata, który się rozpada”. Jednak tragedia, jaką był nałóg, autodestrukcja a potem śmierć córki stanowiło zbyt wiele, nawet dla zachowującej fasadę opanowania i perfekcyjnego ułożenia Didion. Przez dekady pisarce udawało się zachowywać kontrolę: nad swoją karierą, wizerunkiem, choć przede wszystkim nad układem wyrazów i zdań na stronie. Pod koniec zostaje już tylko praca pisarska i zachowanie kontroli, jaką ona daje. Można powiedzieć, że w Notatkach… znika również i ona. Nie ma już selektywności, pominięć i przemilczeń. Jest wszystko to, co gdzie indziej zostałoby poddane krytyce i wyeliminowanie. Czy poznając jej sekret, dopuszczamy się wobec tej tak wspaniale zazwyczaj panującej nad stylem autorki zdrady? Po dekadach chronienia powierzchni – „stylu jako charakteru”, na kozetce u McKinnona Didion musiała zaakceptować ruiny życia osobistego. A były to ruiny absolutne. Notatki dla Johna są więc bezcennym dokumentem procesu, w ramach którego naprawdę powstaje literatura. Zapory pękają, Didion regularnie płacze. Język nie wytrzymuje konfrontacji z życiem i o tym między innymi jest ta książka. Ostatecznie pisanie nie okazuje się ratunkiem ani nawet nadzieją. Jest raczej kompulsją, owymi „historiami, które opowiadamy sobie po to, aby żyć”.
