Za pamięć

Mikro­ty­ki, Nie­ra­dość, Sier­pień, a teraz Mono­lok. Przy­wo­ła­ne tytu­ły intry­gu­ją, ale nie dostar­cza­ją zbyt wie­lu wska­zó­wek doty­czą­cych histo­rii, któ­re się pod nimi kry­ją. Taka też jest cała nar­ra­cja. Autor nie dąży do efek­tu wow ani do ocza­ro­wa­nia czy­tel­ni­ka, nie szpa­nu­je fiku­śną fabu­łą czy wykrę­co­nym języ­kiem. Jed­no­cze­śnie nie jest to prze­cież pisa­nie ot tak, sobie a lite­rom.

Wła­śnie na tym pole­ga czar tek­stów Soł­ty­sa: pozor­nie nie­istot­ne histo­ryj­ki oka­zu­ją się ide­al­nie skro­jo­ne pod nasze ser­ca. Nie bała­mu­cą inte­lek­tu ani nie wznie­ca­ją poża­ru słusz­ne­go obu­rze­nia. Mają za to ostro zakoń­czo­ne szpi­lecz­ki, któ­re wbi­ja­ją się pod skó­rę i tam zosta­ją. Niby nic się nie zda­rzy­ło, a rze­czy­wi­stość prze­su­nę­ła się o kil­ka cen­ty­me­trów i teraz Gro­chów już nie będzie tym samym miej­scem, któ­re wyda­wa­ło nam się zna­ne. A tak­że Kobiel­ska, Pro­cho­wa, ale i Wola, Uni­wer­sam (oddaj­cie Kino Moskwa!), Plac Szem­be­ka, Ale­ja Nie­pod­le­gło­ści. Wła­ści­wie cały świat. Topo­gra­fia pro­wa­dzi nas po tych histo­riach, kusi „uli­te­rac­ko­wie­niem” tego, co banal­ne i pro­ste. Jed­no­cze­śnie oprócz nastro­ju pozo­sta­wia w nas por­tre­ty ludzi, któ­rzy nie poru­sza­ją się po uli­cach War­sza­wy cha­otycz­nie – niczym kul­ki w maszy­nie losu­ją­cej – lecz są wro­śnię­ci w tkan­kę miej­sca. Widzie­li­ście kie­dyś face­ta z noga­mi zako­twi­czo­ny­mi w chod­ni­ku? Takie­go o skó­rze z cegla­nych fak­tur, któ­re­go oczy to okna z brud­ny­mi szy­ba­mi? Wła­śnie.

Mono­lok Paw­ła Soł­ty­sa to kolej­ny dowód na to, że Pablo­pa­vo zna­lazł dla sie­bie w lite­ra­tu­rze prze­strzeń abso­lut­nie natu­ral­ną. Po świet­nie przy­ję­tych zbio­rach opo­wia­dań Mikro­ty­kiNie­ra­dość, w któ­rych budo­wał świat z dro­bia­zgów, pół­to­nów i urwa­nych zdań, autor w Mono­lo­ku jesz­cze odważ­niej zwra­ca się w stro­nę pro­zy p a m i ę c i o w e j. W uję­ciu Soł­ty­sa sta­je się ona jed­nak pozba­wio­na pato­su, prze­peł­nia ją za to melan­cho­lia i nie­by­wa­ła czu­łość dla ludzi, któ­rzy mogli­by znik­nąć bez śla­du, gdy­by ktoś ich nie opo­wie­dział. Oczy­wi­ście pró­bo­wa­no to zro­bić wie­lo­krot­nie. Jest prze­cież pro­za Mar­ka Nowa­kow­skie­go (nagro­dę jego imie­nia dostał wła­śnie Soł­tys), są opo­wia­da­nia Andrze­ja Sta­siu­ka czy Tok­sy­mia Mał­go­rza­ty Rej­mer, Marek Bień­czyk i jego Ron­do Wia­tracz­na. Są tek­sty pio­se­nek. Nie zna­czy to jed­nak, że ta część sto­li­cy zosta­ła już wyczer­pu­ją­co opo­wie­dzia­na. Nic takie­go się zresz­tą nie sta­nie, poza tym Paweł Soł­tys klu­czy, jeź­dzi po mie­ście, zno­wu wra­ca. Snu­je opo­wieść może naj­spój­niej­szą z dotych­cza­so­wych.

Wcze­śniej­sze książ­ki były jak pudeł­ka z rze­cza­mi zna­le­zio­ny­mi w piw­ni­cy: każ­dy przed­miot z pozo­ru bła­hy, ale obda­rzo­ny histo­rią, któ­ra nagle zaczy­na­ła żyć. W Mono­lo­ku może­my dostrzec podob­ny zabieg, tyl­ko bar­dziej roz­cią­gnię­ty w cza­sie, jego ska­la wyda­je się więk­sza. Dosta­je­my jeden głos, jeden stru­mień wspo­mnień sta­re­go fry­zje­ra z Gro­cho­wa – figu­rę wręcz ide­al­ną dla opo­wia­da­cza. Fry­zjer to prze­cież ktoś, kto widzi ludzi z bli­ska, w chwi­lach gada­ni­ny, zwie­rzeń, ner­wo­we­go śmie­chu, mil­cze­nia. On sam łączy nato­miast cechy kro­ni­ka­rza dziel­ni­cy, filo­zo­fa od wło­sów i poety przy­pad­ko­wych spo­tkań.

Okładka książki Pawła Sołtysa pod tytułem „Monolok”.
Paweł Sołtys, „Monolok”, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2025.

Ale jest w tek­ście rys, powie­dzia­ła­bym, edu­ka­cyj­ny, a wręcz spo­łecz­ny. Oto z cze­lu­ści „sty­li­sty wło­sa” czy „kre­ato­ra fry­zur” spo­zie­ra na nas poczci­wy golarz. Zawód, któ­ry odro­dził się kil­ka lat temu w chwa­le i modzie na cze­sa­nie retro. A prze­cież był to ostat­ni dzwo­nek dla nowych uczniów wymie­ra­ją­ce­go rze­mio­sła. Dzię­ki ponow­nej fascy­na­cji spo­łe­czeń­stwa pra­cą manu­al­ną i kul­tu­rą małych zakła­dów może­my obser­wo­wać, jak – nie bój­my się wiel­kich słów – dzie­dzic­two nie­ma­te­rial­ne zosta­je zacho­wa­ne. Tak o tym fachu pisze Paweł Soł­tys:

A naj­bar­dziej demo­kra­tycz­ny to nasz zawód był. Dobra, nawet wybit­na fry­zjer­ka albo fry­zjer mogli być i na Ocho­cie, i na Gro­cho­wie, w zakła­dzie takim jak wszyst­kie, ludzie sobie tyl­ko pod­po­wia­da­li, pocz­ta pan­to­flo­wa, czy nożycz­ko­wa raczej, szła. Pew­nie, że byli tacy, co się goli­li w Vic­to­rii albo Bri­sto­lu, ale tacy to i kawior żar­li do śnia­da­nia. Ilu ich mogło być? Tylu, co mia­ło Mira­fio­ri albo Mer­ce­de­sa. Dziś do bar­be­ra, do tych wszyst­kich salo­nów fry­zur inni ludzie cho­dzą niż do mnie czy do Wieś­ka na Kępie. No ale i wte­dy bywa­ło: ja strzy­gę Mar­ka, doli­nia­rza z Miń­skiej, a pan Anto­ni pro­fe­so­ra z poli­tech­ni­ki. I sie­dzą ucho w ucho, strzy­gnię­cie w gole­nie, i obaj jakoś gada­ją, choć jeden ma wię­cej przy­miot­ni­ków w zana­drzu, a dru­gi mniej. I z tego dziw­ne przy­jaź­nie bywa­ły. Dzień dobry, panie Pio­tru­siu, dzień dobry, panie Andrze­ju! Do fry­zje­ra? Ano trze­ba… I szli. Pan Pio­truś, robot­nik z Peru­na, pan Andrzej, pro­za­ik nagra­dza­ny1.

I jesz­cze to mru­gnię­cie do inne­go pisa­rza, zacny gest.

Soł­tys, co było już widać w Mikro­ty­kach, ma nie­zwy­kłe wyczu­cie deta­lu. W tek­stach tego auto­ra jed­no sło­wo może otwo­rzyć całe zapo­mnia­ne prze­strze­nie, a nie­po­zor­ne porów­na­nie – wskrze­sić epo­kę. I nie cho­dzi tu o zło­te myśli, któ­re ład­nie wyglą­da­ją w pamięt­nicz­ku (cho­ciaż sama notu­ję cza­sem na mar­gi­ne­sie wyjąt­ko­wo traf­ne według mnie okre­śle­nia). Mowa raczej o lapi­dar­nych stwier­dze­niach. Takich, po któ­rych nie trze­ba już nic wię­cej mówić, roz­wi­jać myśli. Tak, ujaw­nia się tu nie­by­wa­ły dar pio­sen­ko­pi­sa­nia.

Bo co zro­bić ze zda­niem: „Ale na każ­dej uli­cy może być dziew­czy­na, któ­ra kocha nie­zau­wa­żo­na”2? Nie moż­na zro­bić nic wię­cej, jak tyl­ko je przy­jąć, poki­wać gło­wą i iść do kąta prze­my­śleć swo­je wła­sne pisa­nie.

Mecha­nizm uważ­nej obser­wa­cji rze­czy­wi­sto­ści, w tym ludz­kich cech, dzia­ła tu na peł­nych obro­tach. Gro­chów raz przy­po­mi­na krzy­wo przy­cię­ty wąs, innym razem przy­wo­dzi na myśl nie­za­mie­cio­ne wło­sy na pod­ło­dze, któ­re ukła­da­ją się w dziw­ne pukle. Ta meta­fo­ry­ka jest, co waż­ne, kon­se­kwent­na. Mia­sto, ludzie, czas, wszyst­ko tu tęt­ni życiem jak zakład fry­zjer­ski, w któ­rym każ­da opo­wieść wyla­tu­je spod noży­czek, zanim ktoś zdą­ży ją zła­pać i zamieść.

W Mono­lo­ku jesz­cze bar­dziej niż w poprzed­nich książ­kach autor zgłę­bia tema­ty pamię­ci i prze­mi­ja­nia. Boha­te­ro­wie Nie­ra­do­ści zma­ga­li się z codzien­nym cię­ża­rem życia, ale opo­wia­da­nia zawar­te w tym tomie były poroz­rzu­ca­ne, jak­by każ­dy tekst był osob­nym odde­chem. Mono­lok łączy to wszyst­ko za pomo­cą wspól­ne­go ryt­mu, nie­śpiesz­ne­go, tro­chę chro­po­wa­te­go, wyzna­cza­ją­ce­go kolej­ne powro­ty do tych samych twa­rzy, zapa­chów, histo­rii. Nar­ra­tor opo­wia­da tak, jak ludzie napraw­dę wspo­mi­na­ją: swo­bod­nie, bez zacho­wa­nia ści­słej chro­no­lo­gii, w spo­sób nie­wy­du­ma­ny – jak­by usiadł z nami przy piwie i roz­to­czył wizję tego, co głów­ny boha­ter prze­żył przez osiem dekad swo­je­go życia.

Soł­tys ma ponad­to jesz­cze jed­ną zdol­ność: potra­fi nada­wać war­tość ludziom nie­wi­docz­nym spo­łecz­nie. Wcze­śniej robił to w krót­kich for­mach, por­tre­tu­jąc oso­by z kla­tek, uli­czek, auto­bu­sów. Teraz, dzię­ki posta­ci fry­zje­ra, może dzia­łać na więk­szą ska­lę, uka­zu­je więc roz­ma­itych boha­te­rów: doli­nia­rza, pro­fe­so­ra, kobie­tę tra­fio­ną pio­ru­nem, kocia­ry, gołę­bia­rzy. Każ­dy z nich ma swo­ją małą mito­lo­gię, któ­rej miej­sce jest już tyl­ko w czy­jejś pamię­ci. Bez pamię­ci nie ma opo­wie­ści. Nie ma tych posta­ci. Od tej pory nale­żą do nas wszyst­kich – i do tego mia­sta.

Jeże­li Mikro­ty­ki były bły­skiem, Nie­ra­dośćSier­pień – potwier­dze­niem talen­tu, to Mono­lok jest utwo­rem, w któ­rym autor łapie swój wła­sny, sta­bil­ny ton. To książ­ka o oswa­ja­niu świa­ta, któ­ry zni­ka, ale zosta­wia śla­dy w języ­ku, w porów­na­niach, w tych śmiesz­nych i strasz­nych histo­riach – żywych, o ile ktoś ponie­sie je w opo­wie­ści.

I nawet jeśli ten cały Gro­chów Soł­ty­sa jest zmy­ślo­ny, to prze­cież jest takim, jakim się go nam przed­sta­wi. Pierw­sze zda­nie Mono­lo­ku brzmi: „To są wszyst­ko takie rze­czy, panie, co się w nie nie wie­rzy. Jak­by ktoś książ­kę w życie prze­pi­sał. I to z błę­da­mi”3. Jak wcią­ga­ją­ca histo­ria, któ­rą ktoś nam opo­wie­dział, żeby nie mil­czeć, ale i żeby­śmy ją zapa­mię­ta­li.

„Za pamięć”4, brzmią ostat­nie sło­wa książ­ki – niczym toast wzno­szo­ny na cześć wszyst­kich histo­rii, któ­re może­my utrwa­lić i prze­ka­zać innym.

 

1 P. Soł­tys, Mono­lok, Woło­wiec: Wydaw­nic­two Czar­ne, 2025, s. 24.

2 Tam­że, s. 36.

3 Tam­że, s. 5.

4 Tam­że, s. 117.

– pisarka, publicystka, działaczka społeczna, kulturoznawczyni.

więcej →

– muzyk, autor piosenek, prozaik.

więcej →

Powiązane teksty