Bóg Zero Jeden, debiutancka powieść Michała Kłodawskiego, jest klasycznym przykładem książki utrzymanej w konwencji hard science fiction – ze wszystkimi jej zaletami i wadami. Czy ktoś poza koneserami gatunku ma tutaj czego szukać? Wbrew pozorom tak.
Wydawnictwo IX wypracowało sobie reputację oficyny ambitnej, choć trochę niszowej – między innymi dlatego, że często publikuje książki ryzykowne marketingowo, a do tych należą właściwie wszystkie umiejscowione pod szyldem hard science fiction.
Niewtajemniczonym śpieszę wyjaśnić, że mówimy tu o konwencji w ramach szerszego pojęcia science fiction, charakteryzującej się bardzo rygorystycznym podejściem do kwestii naukowego prawdopodobieństwa opisywanych zjawisk. I – jak można się domyślić – w polskich realiach ta kategoria książek jest nieustannie przygniatana ciężarem tytanicznej pracy Stanisława Lema.
Czekam z niecierpliwością na dzień, w którym polskie science fiction zrzuci z siebie wreszcie owo brzemię, ponieważ najwyraźniej jeszcze to nie nastąpiło. Przy okazji tej refleksji można zacząć opis największego problemu Boga Zero Jeden: naprawdę chciałbym móc tutaj ani razu nie przytoczyć nazwiska Wiadomo-Kogo, ale w wypadku książki Kłodawskiego jest to po prostu niemożliwe. Tematem książki jest kontakt, a więc wielki temat twórczości Lema. Poza tym podobieństwa strukturalne do Solaris czy Fiaska wręcz kłują w oczy od początku do końca lektury, choć z czasem Kłodawski wyszarpuje sobie więcej autonomii. Należy zaznaczyć, że autor Boga Zero Jeden nie powiela bezmyślnie lemowskich narracji, a raczej stara się je zaprząc do własnego epistemologicznego powozu. Jest to jedyny czynnik, który chroni twórcę przed porównaniami do Lema – i bardzo dobrze, gdyż w takim zestawieniu Kłodawski siłą rzeczy musiałby wypaść niekorzystnie.
Struktura Boga Zero Jeden jest prosta: cała akcja powieści rozgrywa się na pokładzie statku kosmicznego Horyzont, który został wysłany do odległego układu gwiezdnego w celu zbadania tajemniczego sygnału o treści: „JA JESTEM WASZYM BOGIEM”. Za pośrednictwem Adriena Asha, pierwszoosobowego narratora i zarazem jednego z członków załogi Horyzontu, dowiadujemy się, że dowódca misji zginął w tajemniczym wypadku. Ta śmierć zapoczątkowuje ciąg wydarzeń obejmujący odkrycie kosmicznej anomalii i wszystkie – często dziwaczne – tego konsekwencje.
Sceneria powieści nie wyróżnia się spośród klasycznych dzieł hard science fiction: w ramach tego gatunku już dawno wytworzył się konsensus dotyczący możliwych rozwiązań technologicznych i światotwórczych, które mieszczą się w granicach prawdopodobieństwa. Pod tym względem książka Kłodawskiego nie wyróżnia się niczym interesującym – pomyślcie o nolanowskim Interstellar i macie to.
Autor umiejętnie łączy prawdziwe koncepcje naukowe z fikcyjnymi, realność z potencjalnością. Balans między science a fiction jest tu zachowany, zarazem Kłodawski wystrzega się tandetnego futurologizowania (co się ceni!). Nikt tu nawet przez sekundę nie sugeruje, że celem miała być jakakolwiek forma prognozy technologicznej. Zresztą autor decyduje się również na kilka drobnych przesunięć w ramach znanych nam struktur rzeczywistości, co wyklucza taką sugestię.
Cały sztafaż przede wszystkim pełni funkcję podstawy refleksji epistemologicznej, która jest fundamentalna dla książki. Kłodawski zapewnia nam niezwykle ciekawy punkt wyjścia rozważań: podobnie jak w Solaris, bohaterowie powieści Kłodawskiego mają do czynienia z istotą o nieodgadnionym i niejasnym statusie, zdecydowanie obcą. Tym razem jednak tajemniczy byt dokonuje specyficznego samookreślenia, sam bowiem nazywa się bogiem – a więc korzysta z kategorii, paradoksalnie, antropocentrycznej, gdyż wszechświat jako zjawisko fizyczne takiego pojęcia nie zna.
Kłodawski maksymalnie wykorzystuje ten paradoks, hojnie obdarowując swoich bohaterów kolejnymi kryzysami egzystencjalnymi i epistemologicznymi, w trakcie których zarówno rozważają oni charakter własnych ograniczeń poznawczych, jak i poddają rozbudowanej refleksji problematykę rozdźwięku między pojęciami a postrzeżeniami. Zniekształcenia abstrakcyjnej semantyki przez postępujący progres technologiczny to bardzo interesujące i nieczęste w literaturze zagadnienie, podobnie jak poważnie traktowane wątki postsekularne.
Wszystko to jest szalenie ciekawe, ale niestety prowadzi na mieliznę intelektualną. Ostatecznie bowiem, wbrew własnym deklaracjom, główny bohater przyjmuje postawę nihilistyczną i nawet natrętnie symboliczne zakończenie nie jest w stanie go z niej wytrącić. Ujmując rzecz prościej i dosadniej: cała para idzie w gwizdek, a konkluzją książki jest zwykły egzystencjalny bezsens, który najwyraźniej nigdy nie wychodzi z mody. A szkoda, bo myślę, że była tu przestrzeń na naprawdę ciekawą refleksję, jeśli nie po stronie autora, to chociaż czytelnika. Niestety Kłodawski skutecznie temu przeciwdziała, korzystając z charakterystycznego strukturalnego lemizmu: na końcu książki umieścił bowiem rozdział podsumowujący, który bezlitośnie pozbawia odbiorcę jakiejkolwiek szansy przekierowania interpretacji na inne tory.
Na szczęście to nie wszystko, co decyduje o wartości powieści science fiction. Jak zwykle bywa w fabułach tak silnie ograniczonych przestrzennie, istotna jest tu dynamika relacji między bohaterami zamkniętymi w klaustrofobicznym wnętrzu: z tym w książce Kłodawskiego bywa różnie, ale raczej dobrze. Przede wszystkim uwagę zwraca świetny wątek nawracającej kontry między głównym bohaterem a formalistą Terranovą, pełny bynajmniej nie przyjacielskich uszczypliwości i małostkowych pretensji. Ta wieczna kłótnia dodaje przedstawianej historii ludzkiego charakteru, jakiego często brakowało w tekstach Lema. Motyw ten uważam za chyba najbardziej udany zabieg w książce – na kolejne starcia Asha z inżynierem czeka się z niecierpliwością.
Bardzo podobały mi się również te fragmenty Boga Zero Jeden, w których bohaterowie badają tytułowy fenomen, charakteryzujące się mnóstwem ciekawych eksperymentów myślowych – tłumaczonych zrozumiale, ale nie trywializująco, co jest rzadkie w science fiction. Zwracają też uwagę te części książki, w których bohaterowie reagują aktywnie na zdarzenia. Kłodawski wyjątkowo sprawnie pisze sceny akcji – rozbudowane i długie, lecz niezwykle żywiołowe. Mogę tylko żałować, że było ich tak mało, ale z perspektywy artystycznej to całkiem zrozumiała decyzja. Chętnie bym się przekonał, jak autor odnalazłby się w bardziej dynamicznej konwencji, szczególnie że w przeciągających się dialogach ma tendencję do popadania w sztuczność.
Ostatecznie jednak, mimo paru krytycznych sądów wyrażonych w mojej recenzji, mówimy o powieści dobrej, a ściślej: bardzo rzetelnej. Jest tu wszystko, czego trzeba w porządnym hard science fiction, a to całkiem dużo. Bóg Zero Jeden to też książka stosunkowo przystępna pod kątem kompozycji i stosowanej przez autora nomenklatury, więc stanowi świetną pozycję dla osób, które chciałyby zgłosić akces do grona fanów gatunku.
