Poezja Marcina Mokrego jest dziwaczna. Gdyby podsumować całą jej recepcję, prawdopodobnie najczęściej pojawiającymi się w tekstach krytycznych epitetami okazałyby się wszelkie warianty wyrazów: „niezrozumiałe”, „chaotyczne”, „trudne”, „niewygodne”, „eksperymentalne”, „awangardowe” i „wielomedialne”. Co ciekawe, żadne z tych – jakże trafnych – określeń nikogo nie odstrasza; raczej przyciągają one coraz to nowych krytyków i badaczy podejmujących nieustanne próby opisania tej wyjątkowej twórczości. Ponadto mało kto o poezję Mokrego się spiera. Wszyscy, jak się zdaje, są ze sobą zgodni, wzajemnie cytują swoje teksty, czasem jedynie inaczej rozkładają akcenty interpretacyjne lub prezentują kolejne warianty już istniejących odczytań – w większości spójne z poprzednimi propozycjami.
Debiut Mokrego, czytanie. Pisma, wspólnie określano pojemnym i z dzisiejszej perspektywy zachowawczym pojęciem eksperymentu, a po wydaniu drugiego tomu jednogłośnie uznano awangardowość poety z Gliwic. Nic dziwnego, od 2019 roku stała się ona niezaprzeczalna i niemożliwa do przemilczenia. Świergot był – ogólnie rzecz biorąc – inspirowany poezją konkretną oraz – w bardziej szczegółowym ujęciu – między innymi Mechanicznym ogrodem Tytusa Czyżewskiego1, natomiast żywe linie nowe usta w jawny sposób „przepisują” awangardę historyczną, peiperowską. Nie sposób znaleźć wywiadu, recenzji, tekstu krytycznego, w których by o tym nie wspominano. Dzieje się tak za sprawą jednoznacznych nawiązań, ale winny jest też temu sam autor, który coraz częściej mówi wprost o swoich motywacjach. W każdym tomie, działaniu twórczym i w wielu wypowiedziach jasno komunikuje, że jego zainteresowanie awangardą nie dotyczy wyłącznie typowej dla niej estetyki; to fascynacja całym programem artystycznym. Rozmowa z Rafałem Wawrzyńczykiem, która odbyła się z okazji premiery żywych linii nowych ust, nosi tytuł Coś dla ojca (w domyśle: dla Tadeusza Peipera). Co więcej, autor Świergotu w wywiadzie z Antoniną Tosiek i Jakubem Skurtysem przyznaje, że postrzega samego siebie jako roślinę pirofilną, która rozsiewa awangardę w obecnej sytuacji kryzysu i pożogi, czyni to przy tym poprzez samospalenie. Biorąc pod uwagę zainteresowanie literaturoznawców i ich zgodność w interpretacjach, twórczość gliwickiego poety trafia na żyzny grunt (pytanie tylko, czy o grunt krytyczny i samounicestwienie komercyjne autorowi Świergotu chodziło?). Innym razem w rozmowie z Maciejem Mazurem Mokry przyrównuje siebie do krowy, której odbija się awangardą. Niezaprzeczalnie mamy do czynienia z tożsamościowym projektem zostawiającym ślady na wszelkiej twórczości. W najnowszym tomie Solarysze w stopce zamiast „redakcji” znajdziemy określenie „konsultacje” – udzieliła ich między innymi Marta Baron-Milian, a więc badaczka polskiego futuryzmu. O awangardowości Mokrego wyczerpująco pisała niedawno Alina Świeściak na łamach „Forum Poetyki” (2024) oraz „Tekstów Drugich” (2024), dlatego też nie widzę powodu, by na nowo roztrząsać tę sprawę. Szczególnie że badaczka stworzyła niezwykle przydatne pojęcie „awangardowej widmontologii”, które dobrze oddaje dialektyczność pomysłu Mokrego.
Gdyby umieścić Solarysze na mapie, bliżej by im było do Świergotu (2019) niż do żywych linii nowych ust (2022), zarówno pod względem warstwy materialnej, jak i treściowej książki. Mokry powrócił do swojego poprzedniego wydawcy (a więc do wrocławskiej Fundacji na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza), z którego pomocą ponownie zmusza odbiorców do refleksji nad materialnością (w przypadku poprzedniej publikacji jedynym tego przejawem była podziurawiona okładka edycji limitowanej). Materiał użyty na okładce strzępi się delikatnym puchem, nieustannie przypomina o swojej – i tym samym czytelnika – obecności tu i teraz.
Zanim Solarysze stały się tomem, były cyklem opublikowanym na łamach „Śląskich Studiów Polonistycznych” (2023, nr 2). Mokry wyraźnie nawiązywał tu do maszynowej poezji konkretnej, co więcej (jak pisze w komentarzu do cyklu): „Pierwotnie [Solarysze – I.B.] miały być w całości napisane na maszynie i powielone, sprzedawane w postaci luźnych kart w teczce służącej jako ramka i stojak dla wybranej karty”. Oznaczałoby to, że – o ile Mokremu wierzyć – od początku był to projekt niezwykle materialny. Obecne wydanie łączą z przedstawioną wizją faktura okładki, wstążka i akcenty kolorystyczne. Poeta zrezygnował z maszynowych kompozycji (może jeszcze ukażą się w innej formie?), natomiast zachował większość utworów oraz część konkretystycznych próbek, które raczej nazwałabym „wytrąceniami” z głównego tekstu – szczególnie ze względu na ich kaskadowy kształt. Porzucenie czerwonego koloru nici i innych akcentów wizualnych towarzyszących dwóm poprzednim publikacjom zapowiada niższą temperaturę tomu. Teraz – po raz pierwszy – dominuje barwa niebieska, a właściwie indygo, kojarzone z uczuciem niepewności, z osobliwością i podejrzanym spokojem.
Każda książka Mokrego jest nowym projektem logowizualnym. Tym razem autor Świergotu podzielił tom na pięć rozdziałów o tytułach: Retencje, Antropiki, Emiter, Migracje, Solarysze. W środku znajdują się długie prozy poetyckie, podzielone na akapity i doklejone do góry oraz do dołu kolumny, pozostawiające wielkie światło na środku każdej strony, którą czasem zajmują wspomniane wcześniej „wytrącenia”. Z tego schematu wyłamuje się rozdział Emiter, prawie w całości złożony dwuwierszem, niespotykanym dotąd w twórczości Mokrego.
W tomie wykorzystano obrazy Józefa Chełmońskiego, Zofii Stankiewicz, Rafała Malczewskiego, Ferdynanda Ruszczyca i Jacka Malczewskiego. Na pierwszy rzut oka rozpoznawalne jest wyłącznie Babie lato, które znalazło się na okładce, pozostałe dzieła zostały powiększone i rozmyte. Wpisuje się to w tendencję Mokrego do tworzenia multimedialnej sieci wokół swoich tomów. Debiutancka książka odsyłała do prasy, Świergot transponował informacje z archiwów, map, atlasów, żywe linie nowe usta zmuszają do sięgnięcia po teksty Peipera (miały też zawierać kod QR w celu „poszerzenia doświadczenia lektury o inne doznania”2). Solarysze są – tak jak i zawarte w nich obrazy – mniej wyraźne w swoim projekcie, co działa na ich korzyść. Wszystkie odniesienia służą raczej budowaniu atmosfery wierszy; nie stanowią klucza, który trzeba odkryć, by uniknąć porażki interpretacyjnej. Każdy rozdział został opatrzony wizualnym motywem przewodnim oraz mottem zaczerpniętym z twórczości polskich przedstawicieli szeroko rozumianej awangardy: Tytusa Czyżewskiego, Tadeusza Peipera, Anatola Sterna, Jana Brzękowskiego i Aleksandra Wata. Przytoczone wiersze (wyróżniające się złotym kolorem druku) trzymają czytelnika w orbicie podobnych skojarzeń co żywe linie nowe usta. I tutaj człowiek oraz cała rzeczywistość zmaga się z zakażeniem maszyną. Mimo to Solarysze pod wieloma względami nawiązują do Świergotu, jakby książka „peiperowska” okazała się zbyt dużym wybrykiem lub wystarczająco wyczerpanym projektem. Znajdziemy tutaj i wizualne, i treściowe odniesienia do tomu z 2019 roku. Można by też powtórzyć niektóre interpretacje, szczególnie tę z recenzji Jakuba Skurtysa: „Chodzi w Świergocie ni mniej, ni więcej o zachowanie istoty człowieczeństwa w świecie nowoczesnym”. Podobnie w Solaryszach – rzecz dotyczy kondycji ludzkiej.
Jak w całej twórczości Mokrego, tak i tutaj wrogiem są dane, tym razem w większym stopniu te poddane algorytmizacji, a w mniejszym prasowe (czytanie. Pisma i Świergot) lub maszynowe (żywe linie nowe usta). Dane „przeciekają przez oddech”, „wywołują nas”, groźnie cyrkulują i pulsują, ale też niewinnie – jak wskazywałaby okładka – unoszą się w przestrzeni niczym babie lato. W każdym razie: osaczają, osamotniają i wciągają w ciemność. W poprzednim tomie dane przenikały przez człowieka, nieustannie próbowały połączyć się z nim w strukturę niemożliwą do rozdzielenia. Takie fragmenty z żywych linii nowych ust, jak: „Idioci […] postanowili kolejny już raz przesyłać przeze mnie obszary przypowierzchniowe”, „Nie można uzyskać człowieka hodowlą kotła” lub „Organoleptycznie stawiają w trzustce serwer”, korespondowały ze słowami Anatola Sterna: „Nie jest się dziś człowiekiem. Jestem także telefonem, kinem, teleskopem, maszyną rotacyjną, plakatem, radiotelegrafem”3. Mokry proponuje jednak przemianę owej wizji na poziomie wrażliwości. Cytat Sterna kończy się słowami: „Świat jest dynamiczną pomarańczą, którą pożeramy”4. W tomie autora Świergotu natomiast czytamy: „Człowiek patrzy na świat jak na syna”. O ile Mokry nie utożsamia człowieka z Saturnem Francisca Goi – można założyć, że w żywych liniach nowych ustach przedstawia relację opierającą się na trosce, ale też odpowiedzialności i swego rodzaju lęku (między innymi przed rozczarowaniem).
Mokry w Solaryszach nie koncypuje zupełnie nowego projektu, ale zastosowana przez autora narracja staje się tutaj intensywniej homocentryczna. W ostatniej odsłonie człowiek był podmiotem i przedmiotem przemocy, tym razem jest on przedstawicielem gatunku hominid emiter. Mokry wyraźnie kreuje opozycję ciemności (czy właściwie „szamotniczej ciemni” konstytuowanej przez dane) i światła – naturalnego oraz swoiście odczłowieczego. Podmiot w Solaryszach „iskrzy”, „migocze”, jest „rzuconą iskrą”, staje po stronie słońca, którego promienie już w pierwszym akapicie całego tomu Mokry nazywa „słowołaniem”. Odcięcie człowieka i jego wyróżnienie okazują się wyraźniejsze, kiedy zauważymy, co poeta wyciął z wiersza Powrót (autorstwa Tytusa Czyżewskiego), który stanowi motto rozdziału Retencje. W utworze zostały pominięte dwa wersy podane w nawiasie: „(gdyż nędzny robak ziemi / nie posiadam piór do lotu)”. Bez tego fragmentu, jednoznacznie umniejszającego rolę i moc człowieka, podmiot może wydawać się gigantem niesionym przez żurawia do raju pierwotności.
Nie twierdzę jednak, że Mokry w Solaryszach tworzy projekt samoświadomego antyposthumanizmu. Jego decyzja o umocnieniu pozycji człowieka to raczej poza, stroszenie piór, swoista strategia obronna wyłącznie przeciwko nieokreślonym danym i algorytmom. Wobec Wielkiej Historii i prawdziwych problemów – podobnie jak miało to miejsce w czytaniu. Pisma i w Świergocie – podmiot obawia się, że okaże się niewielki i niewystarczający. I tak samo jak w poprzednich tomach, szuka ratunku we współobecności, czyli w tym, co odczuwalne bezpośrednio, materialne i namacalne.
Ciało w żywych liniach nowych ustach jest osią wszelkich narracji, wszystkich utworów. Michał Trusewicz nawet nazywa ten tom poematem dermatologicznym i haptycznym, ze względu na dominację dotyku nad innymi zmysłami. Jest to ciało inne niż pojawiało się wcześniej u Mokrego, ponieważ zanieczyszcza się maszynowością. Staje się ofiarą różnego rodzaju – nomen omen – maszynerii afektywnych, które stawiają „w trzustce serwer”, nieustannie dostrajają tajemnicze „my” do niewiadomych częstotliwości. Następuje tutaj futurystyczne „zakażenie technicyzacją”5. Ciała składają się z kabli, ale też z zębów i żeber, które potrafią ukryć człowieka. To już nie materialność, a świadomość bycia obiektem. Owo „uczłowieczenie […] tyranii maszynowych procedur”6 (jak nazywa je Świeściak) nie jest tylko projektem, konceptem, a przebiega przez powołanie się na zmysłowość. I to zmysłowość zakorzenioną w awangardzie, nie we współczesnych dyskursach (chociażby nowomaterialistycznych).
Natomiast tom Solarysze tematyzuje materialność i obecność w podobny sposób, jaki miało to miejsce w Świergocie – tu chociażby fragment „Dotknij, to rzeczywistość, chociaż ja o niej mówię”. Ale też „Siedźmy” na samym początku oraz zakończenie „Żyliśmy pośród, życiem. I żyli. O, żyli”. Jeśli podmiot się ujawnia, to nie jest on bierny w kontakcie ze światem fizycznym – co więcej zachęca, rozkazuje, żeby odbiorca również dotknął rzeczywistości. Następuje degradacja lub przynajmniej zwątpienie w wartość słownego przetworzenia. Taka perspektywa przypomina fragment z debiutu, w którym podmiot przyznaje: „nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego jak często upadla nas. Czytanie”. Nowością jest tutaj wiara lub nadzieja w iskrzenie, a może nawet – po raz pierwszy – przewrotny lub powściągliwy optymizm? Jednakże Mokry i tego nie uznaje za ostateczną odpowiedź i dostrzega dialektyczność figury hominid emiter:
Jak jaśniejszy jest szmer twojego przełykania śliny od nocy, gdy śpiąca ściągasz ze sobą dni, jedno z drugim, żebyśmy mogli ze swobodą wydrzeć się, poszarpać, a potem wtulić. Ciepło. Przypomnieć, że my nawołujemy, że my tylko nawołujemy siebie. Przełknąć oddech, który staje się coraz dłuższą chwilą odkładania. To są popioły, a to korzenie. Światło się pali, o czym pamiętam. Nie chcę, żebyś się kiedykolwiek wstydziła, że paliłem węglem. Nie jesteś córką potwora. Byliśmy w niewoli. Koniec miesiąca, koniec świata. To ta sama walka.
Między premierą żywych linii nowych ust a Solaryszy (a więc rokiem 2022 i 2025) nastąpił niemożliwy do zignorowania przeskok w obecności czy wręcz technologicznej dominacji oraz zaskakującej kompetencji sztucznej inteligencji. Tytuł jednego z rozdziałów nawiązuje do dewelopera SI o dystopijnej nazwie AI Anthropic. Ponadto podmiot wprost mówi o dialogach z czatbotem i mniej wprost o człowieczeństwie zmąconym przez „uczłowieczone” do skrajności algorytmy. Tytułowe solarysze wydają się pełnić funkcję antytezy dla groźnych danych. Tym samym, można by spróbować je rozumieć jako wiersze lub bardziej ogólnie słowa. Na taką interpretację wskazywałyby (aż nazbyt bezpośrednie) fragmenty jak: „Oddani algorytmizacji i odtwarzaniu, // pozbywamy się umiejętności, które tworzą / i wymagają działania. Kretyn // to naciskacz guzików. Wiersz / musimy sobie wyobrazić, // gdy pojawia się nieoczekiwane, / bez miary z tym zmierzyć”. Niemniej wydaje się to zbyt dużym uproszczeniem. Solarysze to raczej – jakkolwiek naiwnie by to nie brzmiało – to, co się wydarza poza algorytmami lub właściwie wbrew algorytmom, a więc bliskość, zawodna pamięć, relacje, ciepło, współobecność. Tak też czytam kompozycję typograficzną zamykającą tom, w której pojawiają się twarze w gąszczu liter. Dodatkowo, gdyby kontynuować odczytanie w kluczu korespondencji z awangardą historyczną, można by potraktować dwie ostatnie strony jako troskliwe oddanie (uzupełnienie?) samogłosek, których swego czasu zabrakło Aleksandrowi Watowi patronującemu temu rozdziałowi.
Niemniej, należy wspomnieć, że Solaryszom nadal jest daleko do najbardziej konfesyjnych utworów Mokrego, które ukrywają się pod kodami QR, wydrukowanymi na marginesach tekstu Uwaga, opublikowanego w 36. numerze czasopisma „Elewator”. W nagraniu o tytule Wstaje nowy dzień słyszymy głos poety mówiący np. „Posłuchaj / pomieścimy się z rodzicami w jednym mieszkaniu / […] zobaczysz, sowa wylatuje o zmierzchu / a Marcin z pracy” lub w utworze Inflacja: „przestraszony chłopiec wychowuje dzieci / chyba tego mi nie zrobisz / bo zabiję się / mówię ci, inflacjo / uwierz, zanim gaz odetną, ja w kosmos polecę / ale kto się zajmie dziećmi?”. Niemniej ślady autoetnografii oraz swoista prywatność, wychylenie się poza projekt i autokreacje, są zdecydowanie bardziej widoczne niż miało to miejsce chociażby w żywych liniach nowych ustach – szczególnie w poemacie z rozdziału Emiter oraz w dedykacji „Tym, których widziałem: Agnieszcze, Antoniemu, Marii – i nieprzebranej liczbie przyjaciół, których już nie zobaczę – przed nami tyle niezapomnianych chwil” (tym ważniejszej, że nigdy wcześniej Mokry nie opatrzył swojego tomu żadną dedykacją). Także wątek Górnego Śląska pojawia się w Solaryszach kilkukrotnie. Mokry kojarzy człowieka z węglem (między innymi „Kruszywa-Ludzie”, „pylący organizm”, „Gdy dostarczaliśmy blasku hutom”) i pozostawia bez jednoznacznego rozstrzygnięcia, czy w takim razie Solarysze traktują wyłącznie o tożsamości śląskiej czy mimo wszystko – jak próbowałam określić to wcześniej – o kondycji ludzkiej ogółem.
Pytanie tylko, czy tak wysoka stawka – a przecież kwestia zachowania człowieczeństwa jest stawką najwyższą – pozostaje równie przejmująca za każdym razem? Z pewnym wstydem muszę przyznać, że tak. Mokry skutecznie wciąga mnie w przeżywanie kolejnej odsłony projektu „człowiek vs. nowoczesność”. Szczególnie, kiedy w precyzyjny sposób trafia w drobinki, w margines doświadczenia, chociażby: „Dzielimy ekrany na dotyk palca” albo „Upokorzenia nigdzie się nie odkładają. Wybuchamy, ale nie skutecznie. Żadnej drogi, którą moglibyśmy opuścić. Żadnej, której wystarczy się trzymać”. Wszystkie nowości: dystychowy poemat, „wytrącenia” na środku stron czy powrót do podkreślania materialności książki odświeżają narrację i przyciągają na nowo, mimo że w warstwie tekstowej są zdecydowanie mniej intensywne lub nawet mniej agresywne niż zachwycające poprzednie żywe linie nowe usta.
Nazwałam poezję Mokrego „dziwaczną”. Używam tego pojęcia za Markiem Fisherem, który w zbiorze esejów The Weird and the Eerie pisze „[dziwaczność] dokonuje denaturalizacji przestrzeni, odsłaniając jej niestabilność, otwartość na zewnętrze”7 i dalej „[…] dziwaczne jest konstytuowane przez obecność – obecność czegoś, co nie pasuje. Niektóre przykłady tego, co dziwaczne […], charakteryzuje przerost obecności, pewien nadmiar, który przekracza możliwości reprezentacji”8. Czytając twórczość gliwickiego poety, trudno nie mieć wrażenia, że pojawia się tu pewien nadmiar. Szczególnie w Świergocie wszystkie daty, definicje, indeksy zajmują równoprawne miejsce na kartce i tak samo zajmują równoprawne miejsce w rzeczywistości, codzienności podmiotu właściwego poematu. Tak samo dziwaczność, zaprzeczenie swojskości i tego, co znane występuje w żywych liniach nowych ustach oraz w Solaryszach. Znajdujemy wyrazy, które przez odmianę czy użycie nagle nie pasują, udziwaczniają (nie: udziwniają!) to, co znane. Należy natomiast przyznać, że Solarysze są mniej afektywne niż tom poprzedni, który poprzez formę mockumentu, a konkretnie poprzez obrazowe zadania egzaminacyjne dla opiekunów medycznych i wierszokrzyki9 (Trusewicz), wprowadzał trudny do zignorowania dyskomfort. Tak samo Świergot przytłaczał natłokiem informacji, a czytanie. Pisma agresywnością formy prasowej. Solarysze są z nich wszystkich najbardziej subtelne.
Poetyka Mokrego, wyróżniająca się neologizmami i zmąconą składnią, utrudnia rozumienie, wprowadza czytelnika w stan nieustannego zwątpienia w swoje w zdolności percepcyjne oraz wymusza uważność. A równocześnie: już nie dziwi i nie wywołuje szoku. Jeśli zaskakuje, to właśnie tą nagłą konfesyjnością oraz powściągliwym optymizmem. Przyznaje to i chyba sam poeta, który w ostatnim rozdziale pisze autotematycznie: „Olbrzymia zlewnio, wylewasz się. Parujesz. Mokry jesteś. Rozumiesz? Śmiech”.
1 Należy zaznaczyć, że w wywiadach Marcin Mokry nie potwierdza takiego założenia (ale też mu nie zaprzecza), twierdząc, że „kwiatowe” wiersze były inspirowane przede wszystkim fotografiami z Sarajewa.
2 Zapowiedź z Biura: Marcin Mokry: „żywe linie nowe usta”, online: https://www.biuroliterackie.pl/biuletyn/zapowiedz-z-biura-marcin-mokry-zywe-linie-nowe-usta/ [dostęp: 18.03.2026].
3 A. Stern, O poetach Nowej Sztuki. List do redaktora „Almanachu” [w:] Antologia polskiego futuryzmu i Nowej Sztuki, Wrocław: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1978, s. 68.
4 Tamże.
6 Zob. J. Grądziel-Wójcik, Zmysł formy. Sytuacje, przypadki, interpretacje polskiej poezji XX wieku, Kraków: Universitas, 2016, s. 36.
6 A. Świeściak, Puste miejsce po awangardzie, „Teksty Drugie” 2024, nr 5, s. 38.
7 M. Fisher, Dziwaczne i osobliwe, tłum. i posł. A. Karalus, T. Adamczewski, Gdańsk: słowo/obraz terytoria, 2023, s. 32.
8 Tamże, s. 65.
9 Zob. M. Trusewicz, Dotykani i dotknięci (Marcin Mokry, „żywe linie nowe usta”), Magazyn „Wizje” 2022, online: https://magazynwizje.pl/aktualnik/trusewicz-mokry/ [dostęp: 18.03.2026].
