O ile mi wiadomo, Krystyna Miłobędzka nie wysyłała pocztówek z Margonina, chyba że robiła to, kiedy jeszcze podpisywała się jako Krystyna Łuczkiewicz, nazwiskiem ojca, które zmieniła kilka lat po wyprowadzce z rodzinnej miejscowości. Tak czy inaczej, pocztówki Miłobędzka posyłała bardzo chętnie przy najróżniejszych okazjach, choć czasami szalenie się z nimi męczyła, na przykład gdy pisała życzenia świąteczne i upierała się, by nie powtarzać w nich konwencjonalnych formułek, a do każdej z bliskich osób zwracać się indywidualnie. Z podobną uwagą, jak dobierała słowa, dbała też o stronę wizualną widokówek, co nie było łatwe, nie tylko w czasach niedoboru. Żaliła się na to w słanej do Tymoteusza Karpowicza „kalejdoskopowej” karcie pocztowej z turystycznymi atrakcjami Puszczykowa, podpoznańskiej miejscowości, w której Miłobędzka mieszkała w latach 1949–1964 z matką i bratem, a do której w 1993 roku wróciła z Wrocławia wraz z mężem, Andrzejem Falkiewiczem. Na tym tle szczególnie wyróżnia się pocztówka przedstawiająca zdjęcie zakola Warty w okolicach Puszczykowa. Adresat, również Karpowicz, przechowywał tę kartkę w szarej kopercie z ręcznie narysowaną zieloną obwódką i dwustronnym napisem: „Warta i istnienie”. Zżył się z tym widokiem. Wydaje się, że był on dla Karpowicza nośnikiem atmosfery twórczości Miłobędzkiej, poetki zawsze wychodzącej od świata, „współżywej” z przyrodą; był też obietnicą spotkania i spaceru, do którego w końcu doszło1:
Kiedy jestem zmęczony, patrzę na rozlewisko Warty pod Puszczykowem, na lenistwo krzewów (nie gorejących), na jakiś las, który zapiera horyzont z otwarciem […]. Brzegami wszystkiego biegnie ukryta (raczej ją się wyczuwa, niż widzi) ścieżka (po lewej stronie). Czy Państwo ją depczecie – miłośnie? Chciałbym kiedyś, razem z Państwem, odważyć się na nią. I na niej. Może?…2
Listowna odpowiedź Karpowicza na widokówkę była do tego stopnia sugestywna, że nie musiał on wspominać o konkretnych tekstach Miłobędzkiej, które kojarzyły się z tym krajobrazem, zresztą raczej rozproszonym w jej zapisach niż szczegółowo przedstawionym, utrwalonym w spójnych kompozycjach – by przywołać choćby taki, nieprzypadkowy jednak, fragment, zanotowany w domu matki przy oknie z widokiem na Wartę: „Jestem. Współżywa, współczynna, współwinna. Współzielona, / współdrzewna. Współistnieję. […] / Współotwarta z oknem, współpłynna z rzeką”3. A przecież Puszczykowo, gdzie powstał ten tekst, do którego Miłobędzka była szczególnie przywiązana, nie było miejscem dla niej najważniejszym. Było miejscem zamieszkania, przymusowych przeprowadzek, z czasem – oswojonym. Może dzięki przydomowemu ogrodowi, który poetka z zapałem i fantazją pielęgnowała, oraz leśnemu sąsiedztwu mogło też stać się miejscem powidoków z dzieciństwa. Tym bardziej wydaje się, że – z powodów subiektywnych i obiektywnych – na podobne żywe widokówki i podobne komentarze zasługuje Margonin. Dość powiedzieć, że do Margonina śladem Miłobędzkiej, a dokładnie jednego z jej zapisów (z tomu Imiesłowy, 2000), wybrała się ostatnio, wprawdzie tylko wirtualnie, Zofia Król, o czym opowiedziała w eseistycznej książce Droga przez łąkę (2025). Wybrała się, mimo że ten utwór niczego nie obiecuje, a nawet poskramia nieśmiałe fantazje o powrocie, oczekiwania zarówno autorki, jak i czytelniczki:
to będzie tamto niebo, pod niebem jesion
to będzie jesion, ten pierwszy
to jesion po jesionie
to ja po mnie
puste miejsce
pokaż mi to miejsce
twoje miejsce na zacznij, na znowuzaczynam4.
Miłobędzka napisała niewiele tekstów, które wprost, choć wciąż nie po imieniu, odsyłają do Margonina, ale i one, jak ten przytoczony wyżej, są raczej poruszonymi widokówkami, jeśli nie przeciw-widokówkami („Zwrócę mu po cichu zabrane okna, schody drzwi ścieżki przez / ogród w groby w pusty pokój”5 – pisała o swoim pierwszym domu, wyrzekając się roszczeń pamięci). Nie są więc też wspomnieniami, między innymi dlatego autorka nie nazywała swoich utworów wierszami, wolała mówić o zapisach, zapisach chwil (odróżniając je od ich opisów).
W tym przypadku – chwili, w której nie rozpoznaje siebie pod jesionem albo jesionu nad sobą. Może tak naprawdę chwili rezygnacji. Może Miłobędzka, jak jej wirtualnie podróżująca czytelniczka, do Margonina wybierała się jedynie potencjalnie, bo właśnie w tamtej chwili zrozumiała, że na miejscu rozminie się ze swoimi oczekiwaniami, jakiekolwiek by one były. Chyba że w ten sposób zadbała o to, by nic nie zasłaniało jej widoku, by mogła zacząć patrzeć od nowa i wybrać się tam już bez oczekiwań. Swoje związki z Margoninem wyraziła natomiast w innym trybie, głównie w rozmowach, które od pewnego momentu, gdy jej twórczość zyskiwała coraz większe uznanie, chętnie z nią przeprowadzano. Zresztą Margonin, niezależnie, czy poznawany za pośrednictwem tych dość jednak lapidarnych wspomnień Miłobędzkiej czy zupełnie inaczej, wydaje się wart bezinteresownej wycieczki, może zwłaszcza późną wiosną, na przykład na początku czerwca.
Margonin to nieduże wielkopolskie miasto położone w północno-wschodniej części województwa, na malowniczym terenie Pojezierza Chodzieskiego, nad rzeką Margoninką i Jeziorem Margonińskim. Tu 8 czerwca 1932 roku Miłobędzka urodziła się „w domu ale w lesie”6, jak pisała w jednym ze swoich najwyraźniej autobiograficznych tekstów. Poetka wychowała się na terenie osiemnastowiecznego Pałacu Skórzewskich, gdzie od 1908 roku (z przerwami) działała Państwowa Szkoła Leśniczych, której dyrektorem przed wojną i przez kilka powojennych lat był ojciec Miłobędzkiej, Witold Łuczkiewicz. Równolegle pełnił on funkcję tamtejszego nadleśniczego, a także prowadził działalność naukową. Pamięć o nim jako wybitnym pedagogu była tak żywa, że z inicjatywy jego dawnych uczniów w 1994 roku powstałemu w miejscu szkoły margonińskiemu Ośrodkowi Leśnemu nadano imię Witolda Łuczkiewicza. Z ojcem, dość wcześnie i nagle utraconym („w zielonym [ubraniu – A.J.], ginie […] w swoim za wysokim lesie, zawsze w zielonym”)7, łączyła Miłobędzką szczególna więź oraz podobna wrażliwość na przyrodę, od niego poetka uczyła się rozumieć swoją z nią współzależność.
Miłobędzka po latach podkreślała, że dom w Margoninie, a zwłaszcza otaczający go sporych rozmiarów leśny park, słynący z lipowej alei, pełen starych drzew, przez który przepływa rzeka, jest w niej „zawsze obecny”8, w kilku tekstach wracał w motywach łąki i letnich pikników. Ale przede wszystkim uformował jej wyobraźnię na znacznie głębszym poziomie, pozostał punktem odniesienia, o czym poetka napomykała w jednym z zapisów z tomu Dom, pokarmy (1975):
Za mną ten las z którego wzięłam las sobie. Nie dość leśny
i nie dość człowieczy, powoli wnoszony lasami latami które
do niego traciłam. Niedoznanie niedoczute do nazwy, za czułe
na imię, na wspomnieniekołatanie miejsc zdobytych niechcąco, okrążanie znajomym
niepokojem[…]
dalej się nie przedrę. Jest na pewno tylko skrzyżowanie dróg
w lesie całkiem jasne, po bokach szare kłębowisko dymu9.
Już w tajemniczym tytule cytowanego tekstu – Ozdobny zawijas ciągle mi przysłania – kryje się siła zapisanego w nim doświadczenia, związanego z otwarciem się na świat. Doświadczenie to poetka gdzie indziej nazwała „zespoleniem”10, mówiąc o tamtejszej jabłoni. Prawdopodobieństwo, że w margonińskim parku nadal rośnie jabłoń, pod którą zapewne sadzano kilkuletnią Miłobędzką, jest jeszcze mniejsze niż szansa na znalezienie w tym miejscu jesionu zapamiętanego przez poetkę w dzieciństwie. Ostatecznie nie musi to mieć jednak znaczenia. W debiutanckim tomie, zatytułowanym Pokrewne (1970), autorka znalazła bowiem język pozwalający tamtej jabłoni ukorzenić się w niej samej:
Ta jabłoń we mnie odkąd się zaczyna
Z białości ponad ogród czarną słyszę jabłkami zawęźloną
w kwiaty, przez śnieg nagłe odbywa zielenie. Liści się
bezwiedna mojej obecności, zbyt jawna jeszcze, zbyt jabłoń,
aż nasycone wspólnym oddaleniem ramionami plączemy
ciemność. „Zdarzyłaś mi ogród, w którym jestem dzieckiem,
w śniegu cała, jabłek pełna i zakwitająca”11.
Być może właśnie dlatego, że Miłobędzka nie starała się usilnie zachować wizji margonińskiej jabłoni (podobnie jak widoku samego Margonina), udało się jej zatrzymać ją wciąż żywą. Zamiast odtwarzać obraz drzewa z pamięci, a więc zamykać go w określonym momencie w czasie i narzucając własną perspektywę, obrysowywać jego zmienne kontury, poetka zapisała wyłącznie cykliczne poruszenia nieruchomej jabłoni, tym bardziej wiarygodnej jako niewzruszona oś dzieciństwa. „Jak to opowiedzieć?” Miłobędzka po wielu latach pytała, przede wszystkim siebie, o specyfikę ich pokrewieństwa, opisanego w tekście zawierającym to samo pytanie w tytule. Wspomniany utwór wystarczy zresztą za odpowiedź. Mówi o tym, że autorka musiała się zgodzić, żeby tamta jabłoń przerosła, przeżyła jej dzieciństwo. Tylko w ten sposób mogła ją w nim zakorzenić.
Odkąd rodzina Miłobędzkiej po śmierci ojca poetki opuściła dom w margonińskim parku, przez kolejne dekady niewiele się tam zmieniło. Widok wciąż dawał się złożyć z tych samych punktów orientacyjnych, które kiedyś z pamięci wyliczała autorka: „krzaki, staw, płot, fiołki w trawie, dom, komin gorzelni / wieża kościelna”12. Zanim w 2013 roku pałac został wystawiony na sprzedaż, jako obiekt zabytkowy znalazł się pod ochroną, a na terenie parku wytyczono ścieżkę przyrodniczo-historyczną. Idąc nią, można było między innymi wspiąć się na kopiec niewiadomego pochodzenia, gdzie rośnie stara lipa, zatrzymać się nad stawem, do którego wpływa rzeka, czy trafić na kamień upamiętniający pobyt i zawarty tu ślub chyba najsłynniejszego gościa pałacu, Józefa Wybickiego.
Dziś, gdy posiadłość pozostaje w rękach prywatnych, do wielu z tych punktów nie da się dotrzeć, parkowe dróżki są zupełnie zarośnięte, a wnętrza pałacu właściwie wyburzone. Ale nie pojechałabym do Margonina, by próbować zobaczyć go oczami Krystyny Miłobędzkiej; na daremność takiej wyprawy już wcześniej zdążyły mnie przygotować teksty poetki. Pojechałabym tam, żeby ćwiczyć się w uważności, za którą podziwiam tę niezwykłą postać i której się od niej uczę. Może wróciłabym stamtąd ze swoimi widokami: gąszczu bujnej czerwcowej zieleni na tle ołowianego nieba czy majestatycznej sylwetki starego modrzewia – z widokami dającymi odpór widmowej pustce po ludziach.
Motto za: Umknąć z języka. Z Krystyną Miłobędzką rozmawiają Ewa Obrębowska-Piasecka i Violetta Szostak [w:] Wielogłos. Krystyna Miłobędzka w recenzjach, szkicach, rozmowach, wyb., oprac., red. J. Borowiec, Wrocław: Biuro Literackie, 2012.
1 J. Borowiec, Szare światło. Rozmowy z Krystyną Miłobędzką i Andrzejem Falkiewiczem, Biuro Literackie, Wrocław 2009, s. 138.
2 List z 19 października 1998 [w:] M. Karpowicz, T. Karpowicz, A. Falkiewicz, K. Miłobędzka, Blisko z daleka. Listy 1970–2003, oprac. J. Borowiec przy współpracy K. Miłobędzkiej, posł. J. Orska, Wrocław: Wydawnictwo Ossolineum, 2021, s. 421.
3 K. Miłobędzka, [inc. „Jestem”] [w:] tejże, Zbierane, Wrocław: Biuro Literackie, 2006, s. 185.
4 Taż, [inc. „to będzie tamto niebo”] [w:] tejże, Zbierane, s. 234.
5 Taż, [inc. „To co się chce samo zawołać po imieniu”] [w:] tejże, Zbierane, s. 166.
6 Taż, [inc. „kurtyna, trud odsłaniania kurtyny”] [w:] tejże, Zbierane, s. 176.
7 Tamże, s. 172.
8 Umknąć z języka…, s. 635.
9 K. Miłobędzka, Ozdobny zawijas ciągle mi przysłania [w:] tejże, Zbierane, s. 120.
10 Taż, znikam jestem. Cztery wieczory autorskie, Wrocław: Biuro Literackie, 2010, s. 62.
11 Taż, Ta jabłoń we mnie odkąd się zaczyna [w:] tejże, Zbierane, s. 53.
12 Taż, [inc. „kurtyna, trud odsłaniania kurtyny”]…, s. 172.
